sobota, 29 sierpnia 2015

[148-150] Książki: "Norweski dziennik T. 1-3" - Andrzej Pilipiuk (2005, 2006, 2008)

Po raz kolejny wpadłem w znany sobie ciąg czytania powieści tego samego autora. Po zbiorze opowiadań pt.: Reputacja i najnowszej odsłowny cyklu o kuzynkach Kruszewskich pt.: Zaginiona przyszła kolej na kolejny cykl autorstwa Andrzeja Pilipiuka noszący wspólny tytuł Norweski dziennik (t. 1: Ucieczka, t. 2: Obce ścieżki, t. 3: Północne wiatry). Zapraszam zatem na recenzję.

Jeśli spojrzymy na fabułę, to książka (będę traktował wszystkie trzy części jako jedną całość, ponieważ akcja ciągnie się w nich dzień po dniu - jak to w dzienniku) jest przedziwna i to pod wieloma względami.  Z jednej strony cała tajemnica jest tak nieprawdopodobna i szalona, że aż ciężko sobie to wszystko poukładać w głowie, kiedy autor pod koniec ostatniego tomu rozwiązuje worek z nowinami i postanawia wyjaśnić na kilku stronach intrygę, którą skrzętnie układał przez setki wcześniejszych stron. Jest to swoją drogą pierwsza z wielu wad tej książki - fakt że autor postanawia dopiero pod sam koniec pokazać wszystkie karty zamiast stopniowo zdradzać nam pewne fakty, które pozwoliłyby nam samodzielnie dojść do prawdy (ja wiem, że to nie kryminał, ale takie rozwiązanie było by w tym przypadku o niebo lepsze). Nie mogę za wiele napisać o tym z czym się w tej książce zetkniecie, żeby nie zepsuć całej misternej intrygi, jednak napiszę tyle, że mamy tutaj do czynienia z 15 letnim chłopakiem pochodzącym z Polski (a przynajmniej tam mieszkającym, kiedy go poznajemy), któremu tajemnicza organizacja pomaga wyrwać się z komunistycznej Polski do małego miasteczka w Norwegii, gdzie ma spędzić następnych kilka tygodni. Chłopak nie ma rodziców i posiada bardzo niewielu przyjaciół. Nie ma także wspomnień, a przynajmniej wcześniejszych niż te sprzed 4 lat ,kiedy to cudem uszedł z życiem z wypadku samochodowego (no nie do końca, ale taka jest początkowa wersja), w którym zginęli jego rodzice. Aby rozwiać mroki jego samotności na obcej ziemi po kilku dniach przyjeżdża pierwszy z dwóch jego "kumpli", którzy go w tym czasie odwiedzą. Maciek jest - co ciekawe - potomkiem Jakuba Wędrowycza, czyli jednej z najbardziej znanych postaci autorstwa Pilipiuka (sam Jakub także pojawi się na ostatnich kartach powieści we własnej osobie), ale o tym później. No i tu zaczynają się kolejne schody. Maciek ma pomóc Tomkowi (bo tak nazywa się nasz główny bohater) w odzyskaniu pamięci, jednak ma to robić subtelnie i niezbyt nachalnie, nie może mu też zdradzać zbyt wiele z jego przeszłości, wspomnienia mają się pojawić same w kontakcie z kimś kogo znał przed wypadkiem. Jednak to czym się zajmują chłopcy podczas wakacji w Bodo w Norwegii i to jak wyglądają poszczególne dni ich egzystencji, to jedna wielka absurdalna nuda! Chłopiec bowiem opisuje jak cały dzień wyrywał na przykład deski z podłogi, zjadł obiad z puszki i szedł spać. Zamawiał kolejne deski, znów coś jadł i znów spał. I tak w dookoła Wojtek w różnych konfiguracjach. Co prawda pojawiają się jeszcze inne osoby (jak Ingrid - potencjalna dziewczyna Tomka i Sigrid - jej przyjaciółka, która w trzecim tomie zmieni imię na Karen [???], Sven - brat Ingrid, różnego rodzaju arystokracja rosyjska włącznie z księżniczkami Tamarą i Tatianą oraz wieloma innymi przedziwnymi naukowcami i szpiegami) czy też zajęcia (jakieś drobne mordobicia, wycieczki nad może, dyskoteki - cały raz, po której i tak najważniejsze było mordobicie, bale urodzinowe u księżniczek, strzelaniny, etc.) to i tak najważniejsza i przeważająca w tym cyklu jest szara i smutna codzienność przeplatana przedziwnymi niesamowitościami związanymi bezpośrednio z głównym bohaterem. Za wiele zdradzić nie mogę, ale telepatia, umiejętność odnalezienia się w każdej sytuacji oraz różne "potrzeby" (Tomek uwielbia jeść trawę a jego pot zapachem przypomina ten koński) są tymi z najbardziej rzucających się w oczy. Po wyjeździe Maćka, który musi wrócić do komunistycznej ojczyzny, Tomka odwiedza Paweł - starszy od niego o około 3 lat drugi przyjaciel z Polski. Ten ma trochę inne zadania i inne umiejętności od Maćka (a może jest po prostu lepiej wyszkolony). Jednak pojawienie się Pawła zmienia akcję w trochę mniej nudną i jest katalizatorem poważniejszych wydarzeń, które w konsekwencji doprowadzą do całkowitego wyjaśnienia sprawy Tomasza Paczenki. Tyle mogę napisać dla tych, którzy będą chcieli to przeczytać, reszta zainteresowanych historią a nie koniecznie książkami, rozwiązanie znajdzie na wikipedii.

Podsumowując cały cykl, to muszę stwierdzić, że była to najbardziej monotonna i nudna książka jaką czytałem w ciągu ostatnich liku lat. Jej tajemnica była przedziwna i bardzo bardzo... dziwna, i  choć autor poradził sobie w miarę dobrze z jej uwiarygodnieniem, to jednak nie podobało mi się to w jaki sposób i kiedy to uczynił. Na plus można dodać kilka smaczków takich jak krótkie wzmianki o bohaterach znanych z innych jego tekstów (wspomniany Wędrowycz) czy też napomknięcie o czymś co pojawia się jako inna zamknięta całość (operacja opisana kryptonimem "Dzień wskrzeszenia"), które w trakcie lektury na pewno wyłapią fani jego twórczości. 

Jest jednak wyjaśnienie, które poniekąd rozgrzesza autora - choć nie zmienia mojej końcowej oceny tego fragmentu jego twórczości. Pilipiuk pisze w ostatnim tomie krótkie "podsumowanie", w którym wyjaśnia okoliczności powstania pierwszych tomów tego cyklu. Zaczął w 6 klasie szkoły podstawowej jako terapię spowodowaną niedopasowaniem do otaczającej go rzeczywistości. Ucieczka w krainę wyobraźni była dla niego jedynym ratunkiem przed pogrążeniem się w poważnej depresji. Jeśli zna się te informacje trochę inaczej patrzy się na odrobinę infantylny język i niektóre zachowania bohaterów (i nie chodzi mi tu o kreowanie postaci na dziecinne lecz o bardzo dokładnym odwzorowaniu myślenia i postrzegania rzeczywistości przez nad wyraz rozwiniętego emocjonalnie i intelektualnie nastolatka). Prawdopodobnie pierwsze dwa tomy były prowadzone jako terapia a trzeci został dopisany później jako zamknięcie i podsumowanie - nie wiem to są jedynie moje domysły - ale czuć w nim jakąś zmianę, czy to dynamiki akcji, czy też jakby większego obycia w pisaniu jako takim (no i tę przedziwną zmianę imienia jednej z bohaterek!). Jednak mimo całego mojego niezadowolenia z tego w jaki sposób cała ta historia została rozwiązana, muszę przyznać, że czytało mi tę to nad wyraz dobrze i w miarę szybko i płynnie. I, paradoksalnie, cieszę się, że sięgnąłem po te książki, Nie wiem jak to wyjaśnić...

Moja ocena:
Tom 1: Ucieczka - 4/10
Tom 2: Obce ścieżki - 4/10
Tom 3: Północne wiatry - 5/10 

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

[147] Książka: "Zaginiona" - Andrzej Pilipiuk (2014)

Przygody kuzynek Kruszewskich czytałem już dość dawno. Pamiętałem jednak, że pojawiały się tam ciekawe postacie typu kilkusetletni alchemicy, golemy, wampiry (oraz łowcy tychże), a wszystko było zakorzenione we współczesnym nam świecie. Czyli jakby na to nie spojrzeć coś w sam raz na dla mnie. Ostatnio, zupełnie przez przypadek, dowiedziałem się, że Pilipiuk, po 9 latach od ostatniego tomu, wydał kolejną część tego cyklu, więc na fali rozpędu po lekturze jego Reputacji postanowiłem zobaczyć co tam słychać u Kruszewskich.

A trochę się dzieje. Ale zacznę może od tego - dla osób, które nie znają tego cyklu - kim są kuzynki Kruszewskie, a to bardzo ciekawe postacie (Monika - wampirza księżniczka - obecna w trzech pierwszych częściach nie jest z nimi spokrewniona, jednak w tej części jest jedynie wspomniana w rozmowie i nie uczestniczy w akcji). Katarzyna jest byłą agentką CBŚ i informatyczką z wykształcenia. Jej bardzo odległa kuzynka Stanisława ma trochę inne zdolności i "zawód wyuczony", jest wszak ponad czterechsetletnią alchemiczką, najlepszą uczennicą Michała Sędziwoja - najznamienitszego polskiego alchemika. 

Tym razem akcja dzieje się troszkę obok samych bohaterek ich bezpośrednio nie dotycząc (a przynajmniej nie od samego początku). Jej osią są losy Anny Czwartek. Tak, wiem, że to głupie (a przynajmniej takie nijakie) nazwisko, ale dziewczyna naprawdę nazywa się inaczej i wcale nie jest tak do końca zwyczajna jakby to mogło na pierwszy rzut oka wydawać. Nie mogę zdradzić zbyt wiele z jej losów, jednak powiem tylko, że jej życiowym celem jest odnalezienie pewnej wyspy oraz próba uniknięcia śmierci z rąk złych ludzi zanim to osiągnie. Jej losy z kuzynkami Kruszewskim i przecinają się podczas aukcji "staroci", kiedy dziewczyna licytuje starą mapę (tę samą, którą chce nabyć Stanisława). Początkowo dziewczyna niewiele je obchodzi, jednak z czasem także Kruszewskie potrzebują odnaleźć wspomnianą tajemniczą wyspę (jedynie na niej rośnie bardzo specyficzna odmiana niebieskiej róży, która może uratować Stanisławie życie). Jest jednak jeden problem - ta wyspa nie istnieje na żadnej współczesnej mapie i tak naprawdę bardzo niewielu ludzi zna jej położenie. Kuzynki postanawiają zjednoczyć siły z dziewczyną i wspólnie dotrzeć do tego "zaginionego" lądu. Oczywiście także w tej fabule delikatne pobrzmiewają wydarzenia II WŚ, które mają duży wpływ na losy bohaterów. 

Książka ta, co mnie niezmiernie zaskoczyło, składa się nie z jednej, a z dwóch fabuł. Pierwsza z nich, zajmująca około 75% całości, to tytułowa Zaginiona, jednak w tomie znalazło się również miejsce dla opowiadania pt.: Czarne skrzypce, w którym kuzynki Kruszewskie zostaną wynajęte do zdjęcia uroku z pewnej nastolatki. W opowiadaniu tym na krótką chwilę pojawi się nawet mój ulubiony "handlarz starzyzną" - Robert Storm. 

Całość prezentuje się lekko i niezobowiązująco. Jest ciekawie, choć większości rzeczy można się w miarę szybko domyślić, więc fabuły nie trzymają nas do końca w jakimś oszałamiającym napięciu. Ot, lekka i przyjemna lektura z tajemnicą z przeszłości i odrobiną magii w tle.

Moja ocena: 6.5/10  


piątek, 21 sierpnia 2015

[146] Książka: "Reputacja" - Andrzej Pilipiuk (2015)


Tego mi właśnie od dłuższego czasu brakowało. Dobrej wciągającej i niezbyt trudnej w odbiorze, choć nie trywialnej i prostackiej fabuły. I tutaj znów przyszedł mi z pomocą jeden z moich ulubionych rodzimych pisarzy. Zapraszam na recenzję najnowszego, siódmego już, tomu opowiadań Andrzeja Pilipiuka pt.: Reputacja.

A cóż w tym tomie? Koneserzy talentu pisarza widzą zapewne, że jego dwie najbardziej nośne postaci to Robert Storm (nazwisko należy wymawiać tak jak się je pisze, a nie z niemiecka) - młody, choć już doświadczony "handlarz starzyzną".* Oraz doktor Paweł Skórzewski - żyjący na przełomie wieków dziewiętnastego i dwudziestego lekarz, badacz, podróżnik...* I choć Pilipiukowi zdarzyło się pisywać opowiadania z przenajrozmaitszymi postaciami wiodącymi to w tym tomie skupił się właśnie na opowiedzeniu 5 historii dotyczących działalności ww. panów, z czego jestem niezmiernie rad, ponieważ są to moi ulubieni bohaterowie. I co prawda akcenty rozłożone są zdecydowanie nierównomiernie, ponieważ Storm zgarnął 4 teksty a postać Skórzewskiego pojawiła się tylko w jednym, to doktor tym razem doznał nobilitacji i tekst z jego przygodami jest tytułowy i otwiera cały zbiór.

Jeśli przejdziemy do samych fabuł, to choć są tu opowiadania lepsze i gorsze, to jednak tomik trzyma bardzo wysoki poziom całości. Moim faworytem jeśli chodzi o klimat i zmyślność fabuły jest opowiadanie tytułowe, czyli Reputacja opowiadające o walce ze złymi mocami. Akcja osadzona w małej norweskiej mieścinie o nazwie Bergen, gdzie doktor Skórzewski wraz z przyjacielem z dawnych lat - doktorem Hanussenem - będą musieli zmierzyć się ze złem w najczystszej postaci. Zmyślna historyjka łącząca w sobie tradycje i wierzenia ludowe (dziś zwane zabobonami) skonfrontowane z najnowszymi odkryciami.

Tak jak już wspomniałem wcześniej, w kolejnych czterech tekstach pt.: Szachownica, Hitler w szklanej kuli, Naszyjnik i Wielbłądzie masło narratorem jest Robert Storm. Pierwsze opowiadanie ma miejsce w okresie, kiedy Storm jest jeszcze studentem i przedstawia proces rekrutacji do elitarnego Grona Jarzębiny, czyli stowarzyszenia zbieraczy i znawców rzeczy pięknych i wartościowych, ale też przeróżnych kuriozów i artefaktów z przeszłości. W kolejnym tekście, po uzyskaniu członkostwa we wspomnianym stowarzyszeniu zostaje Storm dopuszczony do bardzo groźnego i tajemniczego artefaktu z przeszłości, który jego właściciele chcą unicestwić lecz nie wiedzą jak się do tego zabrać. I to właśnie do znalezienia sposobu anihilacji tego ustrojstwa jest im potrzebny młody historyk. Opowiadanie pt.: Naszyjnik po raz kolejny przedstawia tajemnicę z przeszłości, tym razem jednak Storm będzie musiał rozwikłać zagadkę łańcuszka zrobionego ze starożytnych monet i starej, "dziwnej" ikony. To czego się dowie będzie być może jedną z największych tajemnic w jego dotychczasowej karierze. Opowiadanie zamykające cykl i zarazem najdłuższe z całego tomu jest moim zdaniem jego najsłabszym ogniwem. Najmniej tu zagadek, tajemnic i magii a najwięcej nudnej i trochę zbyt obszernie opisanej historii z życia cyrkowej trupy podczas niemieckiej okupacji w trakcie II WŚ. Tym razem Robert dostaje zlecenie od swojego "niechcianego" przyjaciela ze szkoły - cygana Tytusa - odnalezienia miedzianego kociołka, który zaginął wraz z jego, Tytusa praszczurem Kusym, który podróżował wraz z cyrkiem "Amfora" po przedwojennej Polsce. W tym opowiadaniu historia opowiadana jest dwutorowo. Z jednej strony poznajemy postępy w poszukiwaniach historyka, z drugiej śledzimy trudny los cyrkowców w zajętym przez nieprzyjaciela mieście.

Nie muszę chyba przypominać, że to właśnie odkrywanie zagadek z przeszłości, a także opis oraz staranna relacja z renowacji przedmiotów pięknych, wartościowych lecz w naszym pełnym tandetnych jednorazówek świecie zupełnie zapomnianych i zepchniętych na margines bardzo bliski śmietnika lub starego pieca, są elementami, za które tak cenię ten fragment twórczości Pilipiuka. Również dyskretne lecz niedające się przeoczyć komentowanie i częste wyśmiewanie otaczającej nas rzeczywistości jest w moim odczuciu zaletą jego pisarstwa (pod warunkiem, że wyznaje się podobne poglądy). Dodatkowo bardzo ładne i estetyczne wydanie (jak większość książek opatrzonych znakiem Fabryki Słów) z ciekawymi ilustracjami, oszczędną, ale bardzo ładną okładką utrzymaną w oryginalnej kolorystyce są kolejnym plusem tej publikacji.

Można podejrzewać, że skoro ten tom sprawił mi wiele radości i na cztery miłe wieczory dostarczał mi inteligentnej rozrywki, jego ocena będzie wysoka. Jest nie inaczej. Moim zdaniem jest to książka, która fanom jego twórczości z pewnością przypadnie do gustu, a miło zaskoczyć może również osoby do tej pory nie mające styczności z jego twórczością. 

Moja ocena: 8/10

*W tym tomie autor pokusił się o sporządzenie krótkich biogramów swoich dwóch sztandarowych bohaterów. Opis został zaczerpnięty właśnie z nich. 



wtorek, 18 sierpnia 2015

[145] Książka: "Rach-ciach-ciach, czyli pchamy, pchamy!" - Tomasz Jaroński, Krzysztof Wyrzykowski (2015)

Czytałem już książki różnych autorów. I pomijam tutaj wszelkiego rodzaju powieści, bo te maże tworzyć każdy. Chodzi mi bardziej o szeroko pojętą literaturę autobiograficzną i literaturę faktu. Tutaj mają szansę jedynie ludzie, którzy "coś" osiągnęli, do "czegoś" doszli. Sportowcy, politycy, wielcy wodzowie, żołnierze, naukowcy, odkrywcy etc. Jednak książka pisana przez zupełnie nieznanych mężczyzn w sile wieku? To jakaś niedorzeczność i novum zarazem. 

Większość z Was zastanawia się pewnie kim są Tomasz Jaroński i Krzysztof Wyrzykowski, myśląc, że to jakieś zupełnie przypadkowe osoby. Niesłusznie, ci dwaj panowie, to jedni z najlepszych dziennikarzy i komentatorów sportowych polskiego oddziału stacji Eurosport. I z pewnością kojarzą ich głosy wszyscy ci, którzy podczas zawodów biathlonowych lub kolarskich zamiast męczyć się z tymi żałosnymi bubkami z TVP przełączają się na wspomnianą wcześniej stację zagramaniczną. 

Może to źle zabrzmi, ale nie chodzi mi tutaj wcale o wyższy poziom fachowości tych panów, rzecz raczej w lekkości prowadzenia dyskusji i utrzymywania uwagi widza, czasami przez wiele godzin (relacja z kolarskiego etapu Tour de France potrafi trwać ponad 5 godzin) różnymi, często absurdalnymi i oderwanymi od rzeczywistości wypowiedziami i dyskusjami. 

Tutaj kilka krótkich próbek ich twórczości studyjnej:

"- Widzisz tutaj ten ładny zameczek? Chciałbym tam mieszkać. Najbardziej mi się podoba ten zwodzony most. Gdybyś chciał do mnie wpaść z niezapowiedzianą wizytą, tobym go zamknął i byś nie przyszedł."

"– Jak byś jednym słowem określił takiego, co nie potrafi skręcać?
– Nieskręt.
– Prostolinijny."


"– A chodź, będziemy sobie też przyznawać punkty (jak w „L’Équipe”, które ocenia występy kolarzy po każdym etapie).
– No dobrze, to ja za wczorajszy etap przyznaję ci cztery punkty.
– Na dziesięć?
– Tak.
– Czyli sobie przyznajesz sześć? A uzasadnienie?
– A po co? To trzeba uzasadniać? Tak jest po prostu.
– Dobrze, to ja sobie przyznaję siedem, a tobie trzy, w związku z tym w sumie jestem lepszy.
– Też nie uzasadniasz?
– Nie."

"– Patrz, jak tu się dzielą tą wodą, jak tutaj jeden z kieszonki wyjmuje, tu podaje, tam przekłada, tamten pije, ten nie pije… Ależ tu kombinacje!
– Kolarze na ogół zabierają ze sobą dwa bidony, jeden pełny, drugi pusty. Wiesz dlaczego?
– Nie.
– Bo albo im się będzie chciało pić, albo nie."

"– Neuner na strzelnicy… Jeden zestrzelony… Dwa… Trzy…
– Neuner ma sporo propozycji sportowych i pozasportowych. Ostatnio „Playboy” zgłosił ofertę sesji zdjęciowej, ale Neuner odmówiła. W sumie dobrze, ma dopiero osiemnaście lat.
– No rewelacja!
– Co?
– Strzelanie Neuner! Pięć celnych!
– Ach! Myślałem, że mówiłeś o ewentualnej sesji Neuner dla „Playboya”."

Ok, może na tym poprzestanę, zachęceni muszą sięgnąć po książkę, gdzie podobnych perełek jest znacznie więcej. Ale nie tylko takie treści wypełniają książkę. Panowie Jaroński i Wyrzykowski dzielą się z nami swoimi spostrzeżeniami na sport od strony rywalizacji ale też zakulisowych machinacji, dopingu i spraw związanych z organizacją zawodów. Opowiadają o swoich dziennikarskich doświadczeniach z przeszłości kiedy pisali do gazet, a także pracowali w telewizji polskiej. No i co najważniejsze wyjaśniają pochodzenie i znaczenie zwrotów "Rach-ciach-ciach" i "Pchamy, pchamy!", które składają się na tytuł (ja wiedziałem, ale ja oglądam :P).

Podsumowując, książka jest napisana w formie rozmowy (coś jak wywiad rzeka, tylko tym razem nikt nikogo tak po prawdzie nie przesłuchuje) zachowanej w podobnej formie jak występy panów w tv. Miejscami wkrada się więcej powagi, kiedy wypowiedź staje się obszerniejsza lub dotyczy jakiegoś ważkiego tematu. Książka zainteresuje jednak jedynie tych, którzy interesują się sportem (głównie kolarstwem, biathlonem, tenisem stołowym) i są fanami panów komentatorów. Innych może znużyć i nie zaciekawić. Ja sam miejscami miałem podobne odczucia. Jednak dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy zza kulis i anegdot na temat sportowców i imprez sportowych, które panowie poznali od wewnątrz, więc ogólnie jestem w miarę usatysfakcjonowany i czasu poświęconego na lekturę nie uważam za straconego. 

Moja ocena: 6/10


wtorek, 11 sierpnia 2015

[144] Książka: "Spowiedź pas. Brudna prawda o polskiej policji" - Dariusz Loranty (2013)

Są książki, które się czyta. Tak po prostu. Otwierasz i historia porywa cię od pierwszych stron, a nawet zdań. Są też bohaterowie, którzy w jakiś sposób nas fascynują. Ich osobowość, perypetie, wybory oraz dylematy życiowe. Z reguły tak dzieje się w przypadku literackiej fikcji, jednak ja jestem orędownikiem twierdzenia, że nic nie jest tak ciekawe i zaskakujące jak ludzkie losy. Z tego też względu wiele moich wyborów czytelniczych pada na biografię, literaturę faktu czy też rozmowy z ciekawymi ludźmi, dokładnie jak w przypadku tej książki. Spowiedź psa... jest bowiem wywiadem rzeką z policjantem, który, jak sam o sobie mówi, był jednym z najsłynniejszych i zasłużonych polskich negocjatorów. Jednak czy i jego opowieść była tak ciekawa jak te wszystkie dotychczas przeze mnie czytane? O tym w dalszej części tekstu.

Jak pewnie wiedzą ci z Was, którzy zaglądają tutaj regularnie, nie jest to moje pierwsze spotkanie z Panem Lorantym. przygodę z nim zacząłem w odwrotnej kolejności, ponieważ najpierw w moje ręce wpadała "powieść" fabularna pt.: Siedem dni z życia psa bazująca na autentycznych wydarzeniach z życia Lorantego. Ci, którzy pamiętają tę recenzję znają moją ocenę zdolności i możliwości pisarskich Pana Lorantego. Jednak aktualnie omawiana książka nie wymagała od jej głównego bohatera żadnego literackiego kunsztu. Ot, zwykłą rozmowa. 

Niestety i w tym przypadku okazało się, że Pan Dariusz nie jest osobą, której "słucha się" z przyjemnością. Ma arcy roszczeniowe podejście do służby, do której udał się - jak sam pisze - w wieku dość zaawansowanym z powodu niepowodzeń we wszystkim innym czego się tknął w życiu. Książka jest pełna narzekania, które być może mają podstawy, jednak wydają się w ogólnym rozrachunku dość śmieszne i miałkie. 

Jednak nie megalomaństwo i niespełnione ambicje są najgorsze, najsmutniejsze i najbardziej przykre w konsekwencji zestawienia ze sobą obu tytułów, w których powstaniu, w mniejszym lub większym stopniu, partycypował Pan Loranty. Najgorsze, najsmutniejsze i najbardziej przykre jest to, że około 95% drugiej książki (Siedmiu dni...) jest powtórzeniem historii zawartych w tym wywiadzie. Nie, Panie Loranty. Tak się nie robi. To jest jednoznaczne oszustwo i naciąganie naiwnego czytelnika, który ma prawo liczyć na choć odrobinę oryginalności kupując, bądź co bądź, całkiem inny tytuł (choć opatrzony nazwiskiem tej samej osoby).

Ja poczułem się oszukany i jedyne szczęście jakie dostrzegam w całej tej sytuacji jest takie, że książki udało mi się kupić z solidnym rabatem (choć i tak uważam, że każda z tych złotówek została wyrzucona przeze mnie w błoto i lepiej bym je spożytkował dając osiedlowemu żulikowi na wino), ponieważ jeśli bym zapłacił cenę nadrukowaną na okładce, to chyba napisałbym do Pana list z żądaniem zwrotu pieniędzy. 

Mam nadzieję, że nie uda się już Panu Lorantemu Dariuszowi znaleźć tak naiwnego wydawcy, który zainwestuje pieniądza i drogocenny papier w jego grafomańskie popisy. A wszystkich Was przestrzegam przed sięganiem po tę literaturę, bo jest to jedynie strata czasu.

No i na koniec cytat z ostatniej strony, który stawia mnie w zgoła nieprzychylnym świetle, bo wynika z niego, że po raz kolejny się nie znam...

Czy liczy Pan na rozgrzeszenie?

– Da mi je czytelnik, który będzie umiał wyciągnąć z tego wnioski. Czytelnik, który naprawdę zrozumie tę książkę”
  No, niestety. Ode mnie Pan rozgrzeszenia (cokolwiek by to miało znaczyć) nie dostanie.

Moja ocena: 2/10

sobota, 8 sierpnia 2015

[143] Książka: "Ostatnie rozdanie" - Wiasław Myśliwski (2013)

Są takie książki, które mimo braku solidnie zarysowanej fabuły mają w sobie coś czemu nie możemy się oprzeć. Jakąś taką wewnętrzną siłę przyciągania, która już od pierwszych zdań wciąga nas w gąszcz, mogłoby się wydawać niezwiązanych za sobą, wydarzeń. Taką książką jest na pewno długo wyczekiwana, najnowsza powieść Wiesława Myśliwskiego pt.: Ostatnie rozdanie.

Jest to bardzo specyficzny typ powieści określany mianem filozoficznej. Stąd też wspomniany wcześniej brak fabuły, a także chronologii wydarzeń ani nawet układu przyczynowo-skutkowego. Mamy tylko głównego bohatera oraz jego przemyślenia, doświadczenia życiowe, które go ukształtowały, ludzi mu najbliższych, a często i dalszych, którzy mieli wpływ na jego życie i charakter. 

Przyczynkiem do tych wszystkich rozważań jest notes z adresami. Notes, do którego przez większość życia bohater wpisywał najrozmaitsze nazwiska ludzi, którzy przewinęli się przez różne etapy jego życia, przez co rozrósł się do karykaturalnych rozmiarów i po raz kolejny nadeszła pora, aby go uporządkować. I właśnie podczas jednej z takich prób (bo jak się dowiemy z dalszej lektury - nie pierwszej) go poznajemy. Dodajmy oczywiście, że prób nieudanych. Bo porządkowanie takiego notesu jest trochę jak porządkowanie życia...

Ciekawostką pozostaje fakt, że w zatrzęsieniu nazwisk, imion, pseudonimów z jakimi mamy w książce do czynienia, nasz bohater pozostaje anonimowy. Jednak poza tym dowiadujemy się o nim naprawdę dużo. Wraz z nim brniemy przez kolejne nazwiska, wizytówki i wydarzenia z nimi związane. Poznajemy jego dzieciństwo, młodość, dojrzałość przez pryzmat osób, z którymi wchodził  w interakcje.

Jest to powieść bardzo przemyślana. Dokładna. Pisana niespiesznie. Powieść głęboka, miejscami metafizyczna, słaniająca się niekiedy na granicy jawy i snu, choć mimo tego bardzo realistyczna. Powieść skłaniająca do przemyśleń na temat świata, życia, przemijania. Powieść, która może być czytana po wielokroć i za każdym razem odkrywać nowe treści i sensy. Powieść, która pozwala znów nabrać szacunku i uwierzyć w wartość polskiej literatury.

Moja ocena: 9.5/10 

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

[142] Książka: "Takeshi 2. Taniec Tygrysa" - Maja Lidia Kossakowska (2015)

Minęło już trochę czasu odkąd czytałem pierwszą część przygód Takeshiego pod tytułem Cień śmierci i z przykrością muszę przyznać, że nic z niej nie pamiętałem. Jednakże pierwsza część nie zrobiła na mnie jakiegoś super wielkiego wrażenia, nie chciało mi się czytać jej po raz kolejny i przystąpiłem do lektury drugiej części jedynie z mglistym wspomnieniem części poprzedniej, w trakcie czytania przypominając sobie pewne fakty i osoby (co i tak do końca mi się nie udało). Jak wrażenia, zapytacie? Ano, zapraszam do przeczytania tychże, poniżej!

Z tego co udało mi się przypomnieć w trakcie czytania wynika, że w ostatniej części nasz główny bohater został dość mocno poturbowany i aktualnie, wraz z jakąś nastolatką zachowującą się jak naspeedowany koker spaniel, przebywa w niewoli u bardzo złych ludzi. Jednakowoż z tej niewoli wykradł go (i naspeedowanego koker spaniela) i przewiózł bezpieczne miejsce przyjaciel z Zakon Czarnej Wody. W tymże miejscu stara się doprowadzić go z powrotem do zdrowia (prezentując przy okazji wszelkie zabiegi przez jakie muszą przejść członkowie tego stowarzyszenia, o czym za chwile). Mimo, że jego rany były bardzo poważne dzięki zabiegom medycznym Takeshi powoli zaczyna zdrowieć. Jest to niestety tylko jeden, choć ten najważniejszy, wątek poruszony przez pisarkę. Tych jest wszak zdecydowanie więcej w drugiej części przygód Takieshiego. Na innym planie rozgrywają się kolejne historie, które w mniejszym lub większym stopniu łączą się gdzieś w ostatniej ćwiartce książki jeśli nie z wątkiem głównym, to miedzy sobą. O losach pozostałych bohaterów, nie za bardzo chcę mi się rozpisywać, choć niektóre z nich, szczególnie młodego wegetalisty (coś w rodzaju szamana), do którego przychodzi kot, który nie zwykł chadzać w butach, są czasami bardziej interesujące niż wątek wiodący. 

A teraz czas na wrażenia z lektury książka Mai Lidii Kossakowskiej. Podobnie jak pierwszy tom przygód, również druga odsłona historii Takeshiego nie zachwyciła mnie w jakiś super sposób. Jej największą wadą jest to, że akcja podzielona została na zbyt dużą liczbą bohaterów, którzy często nawet do ostatnich stron powieści się z tobą nie spotykają i czekają na kolejny tom, żeby ich losy odegrały jakieś fabularnie istotne znaczenie (o czym większość czytelników pewnie zapomni...). Kolejną wadą (dla mnie) jest zbyt wielka zdobniczość języka autorki. Jej zdania są jak pięknie zdobione bombki, gustowne, ale puste w środku. W takiej literaturze (i chyba w każdej innej również) wole konkrety. Na dłuższą metę staje się to męczące, bo to już drugi tom a historia posunęła się do przodu zaledwie o skrawek (wpływa na to również wspomniana wcześniej duża ilość bohaterów, których losy również trzeba zaprezentować). Następną wadą jest duża wtórność pewnych elementów opowiadanej historii. Szczególnie fragmenty prezentujące losy głównego bohatera oraz prezentujące metody pozyskiwania członków Zakonu Czarnej Wody a także szkolenie oraz dość selektywne „terapie” jakim poddawani są adepci są jakby zerżnięte z powieści wiedźmińskiej Sagi Andrzeja Sapkowskiego. Jednak autorka nie poprzestała tylko na inspirowaniu się klasykami, dużo dodała także od siebie. Na największą uwagę i podziw zasługuje połączenie kultury japońskiej z szeroko pojętymi praktykami Voodoo, a także nowych technologii z tradycjami i dość zamierzchłym w swojej formie światem przedstawionym (okolice feudalnej Japonii). Razem daje to naprawdę ciekawy efekt i może się podobać.

Jednak historia ta mnie po raz kolejny nie porwała. Jest oryginalna, to na pewno - tak w swojej formie jak i treści. Dla mnie chyba jednak zbyt oryginalna. Nie zmienia to faktu, że z umiarkowanym zainteresowaniem sięgnę po kolejną część cyklu. Mam jednak nadzieję, że tym razem po ostatnią.

Moja ocena: 6/10

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...