Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gwiezdne Wojny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gwiezdne Wojny. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 lipca 2017

[227] Książka: "George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia" - Brian Jay Jones (2016)

George Lucas. Gwiezdne wojny i cała reszta. Ten tytuł świetnie oddaje proporcje tej biografii. I nie nawiązywałbym do tego, gdyby nie fakt, że trochę dziwnie się ją przez to czytało. Po lekturze nasuwa mi się porównanie co do sposobu i okoliczności jej pisania.
Widzimy dzieciaka, założonego dookoła stosami notatek, faktów, wycinków z wywiadów i innych biografii. Przystępuje on do pisania z werwą i entuzjazmem. Przedstawia dokładnie historie dziadka (Waltona Lucasa), ojca (Georga Waltona seniora), nawet miejscowości (Modesto), w której jego bohater przyszedł na świat (dokładnie 14 maja 1944 roku). Jego wczesne dzieciństwo, dorastanie, hobby (wyścigi samochodowe i tuningowanie aut), momenty zwrotne w życiu (wypadek samochodowy, w którym jego auto zostało niemal zmiażdżone, a on cudem uniknął śmierci wypadając z samochodu tuż przed tym, kiedy zawinęło się ono na drzewie), które go kształtowały i wyznaczały mu drogę. Jego edukację (Lucas wybrał wydział kinematografii na Uniwersytecie Północno-kalifornijskim USC), pierwsze sukcesy (filmy tworzone na zaliczenie poszczególnych przedmiotów, które zdobywały uznanie tak wykładowców jak i kolegów studentów), a także problemy, z którymi radził sobie sam lub przy wsparciu przyjaciół (tzw. "mafii USC" w skład której wchodzili. poza Lucasem, jeszcze Willard Huyck, Randal Kleiser, John Milius, Walter Murch oraz dwóch największych przyjaciół, którzy zostaną z nim na całe życie Francisa F. Coppolę i Stevena Spielberga). Pierwszą miłość (Marcia, którą poznał podczas dorywczej pracy przy montowaniu filmów rządowych, i z którą się ostatecznie ożenił). Potem pierwszy film (THX 1138, rozwinięcie szkolnej etiudy, który został przyjęty stosunkowo chłodno), po którym środowisko trochę ostygło w stosunku do jego osoby, talentu i możliwości. Następnie kolejny film (Amerykańskie graffiti), w który nikt nie wierzył, ale ten stał się oszałamiającym hitem a sam twórca udowodnił, że potrafi. No i wreszcie pomysł na dzieło życia (Gwiezdne wojny). W tym momencie zaczyna się znoszenie strusiego jaja przez kolibra, czyli mozolne krwawienie na kartkę. Tak powstaje pierwsza wersja scenariusza (która zostanie zmieniona jeszcze kilkanaście razy). Kiedy wreszcie po kilku latach scenariusz jest gotowy rozpoczyna się szukanie odtwórców głównych ról (Ford wcale nie chciał montować tych drzwi w obecności Lucasa, ale jak już przyszedł, to w sumie mógł wygłosić kilka kwestii wraz z innymi dzieciakami zaproszonymi na casting). Mozolne zdjęcia (Lucas źle się czuje na planie, nie umie współpracować z aktorami) i jeszcze trudniejsze tworzenie efektów specjalnych (do tego celu Lucas stworzy Industrial Light & Magic), z których tak naprawdę nigdy nie będzie do końca zadowolony (nawet po wprowadzeniu kilkunastu poprawek w oryginalnej wersji wydawanej w formacie DVD, a później Blue-Ray za co znienawidzą go wierni fani oryginalnych filmów; HAN SHOOT FIRST!) oraz najprzyjemniejsza część, czyli montaż (Lucas zawsze najbardziej z całego rzemiosła filmowego lubił montować swoje filmy; jak twierdził, na planie robił tylko 50% pracy, reszta to montaż). Wielka premiera (zanim do tego dojdzie Lucas wynegocjuje jedną z najlepszych umów z wytwórnią Fox w historii biznesu filmowego, które przy kolejnych częściach będzie jeszcze udoskonalał aż w konsekwencji przyniosą mu one w zysk 4.5 miliarda dolarów - za tyle sprzedał Disneyowi całe Gwiezdne wojny), po niej oszałamiający sukces i praca nad kolejnymi częściami. Najpierw druga. Później trzecia. W między czasie kilka mniej ważnych projektów oraz ten całkiem istotny przy współpracy ze Spielbergiem (mowa tutaj oczywiście o awanturniczym archeologu Indianie Jonesie). W między czasie adopcja dzieci (dwie córki, najpierw Kate później Amanda, a na końcu Jett, zanim nie dorobi się własnego dziecka z surogatki <buahahahaha>) i trudny rozwód z żoną. Budowa Skywalker Ranch (które miało być kompleksowo wyposażonym miejscem, gdzie filmowcy mogliby w spokoju pracować nad pre- jak i postprodukcją swoich produktów). No i wreszcie przystąpienie do kontynuacji Gwiezdnych wojen (co nastąpiło dopiero w momencie kiedy technologia rozwinęła się na tyle, żeby usatysfakcjonować zwracającego uwagę na każdy szczegół Lucasa; premiera Mrocznego widma nastąpiła dopiero w roku 1999 a prace nad nim zaczęły się 5 lat wcześniej). 
I w tym momencie do naszego ucznia, pilnie odrabiającego pracę domową, przychodzi mama i mówi: "- Synku, jest już późno, pora kłaść się spać." a on, jak to ma w zwyczaju każde grzeczne dziecko odpowiada: "- Dobrze mamusiu, tylko szybko dokończę i już się kładę.". I w taki oto sposób cała reszta, czyli stworzenie kolejnych trzech części filmu oraz sprzedanie firmy Disneyowi, a także ponowne małżeństwo zajmuje naszemu dzielnemu pisarczykowi niespełna 100 stron (na wcześniejszą historię przeznaczył prawie pięć razy więcej).

Trochę dziwnie się to czyta. Bo o ile na początku każdy najdrobniejszy szczegół jest opisywany z namaszczeniem i uwaga godną lepszej sprawy, o tyle im bliżej końca tym wszystko jest traktowane troszkę po macoszemu bez większej spiny. Nie zmienia to jednak faktu, że całość jest pełna zaskakujących niekiedy faktów z życia reżysera oraz samych filmów (jak choćby to, że prawa do utworów muzycznych wykorzystanych w Amerykańskim graffiti kosztowały prawie 100 tys. $, czyli niemal 1/7 całego budżetu albo to, że Lucas bardzo chciał wyreżyserować Czas apokalipsy, czy też jego zakaz: "Żadnych podskakujących cycków na planie Gwiezdnych wojen, co tyczyło się bezpośrednio młodziutkiej Carrie Fischer i skutkowało tym, że musiała swój biust zabezpieczać taśmą klejącą, etc., etc.). Dla wszystkich
mniejszych i większych fanów sagi oraz samego reżysera, jest to zdecydowanie lektura must read. Nie rozczarują się także wszyscy wielbiciele kina, ponieważ Lucas to jedna z osób, które swoimi dokonaniami zmieniły jego obraz nieodwracalnie.

Moja ocena: mimo wszystko 7.5/10

środa, 23 grudnia 2015

[129] Film: "Gwiezdne Wojny VII. Przebudzenie Mocy" (2015)

Powiem szczerze, że nie czekałem jakoś bardzo na ten pamiętny, dla wielu psychofanów, dzień. Najgorsze były jednak minuty tuż przez kupieniem biletu gdyż niefortunnie wybrałem się tam (czyt. do kina) w niedzielę 6 grudnia. A że wszystkie kina teraz są w tych pierdolonych centrach handlowych dumnie nazywanych galeriami (co kurwa pasuje jak kwiatek do kożucha) kupno biletu nieodmienne łączy się z komplikacjami. Moja polegała na tym, że na zewnątrz było akurat dość zimno, więc ubrałem grubą kurtkę, której nieopatrznie nie zostawiłem w aucie, ponieważ pomyślałem, że kupienie biletów to małe Miki, 3 minuty i jestem z powrotem. Niestety, tak się nie stało, a jak wszyscy wiemy temperatura wewnątrz tego okropnego miejsca jest ustawiona tak, żeby jego pracownicy mogli chodzić w koszulkach z krótkim rękawkiem. Prawdopodobnie większość z Was potrafi już powoli dojść do prawidłowych wniosków. Ale to jeszcze nie wszystko. Wcale nie bez powodu podałem na początku datę zakupu moich biletów - 6.12. Sprawiło to, że ci wszyscy debilni rodzice byli kurwa akurat wtedy ze swoimi okropnymi pociechami w tym samym kinie co ja, żeby ten cudowny dzień uczcić seansem jakiejś odmóżdżającej bajki dla pół-idiotów. A że trafiłem akurat na godzinę tuż przed seansem sprawiło to, że umordowałem się niemiłosiernie, czekając na moją kolej. Najśmieszniejsze jednak w tym wszystkim było to, że kupiłem bilet jako ostatni, bo za mną już nikogo nie było. Cała chmara ludzików zniknęła w salach kinowych, więc prawdę powiedziawszy, gdybym przyszedł około 25 minut później kupiłbym bilet bez żadnych komplikacji. No ale, któż mógł to wiedzieć. Dodam tylko, że biletów na ten film nie można było zarezerwować przez internet a do transakcji "kup bilet" doliczali jakąś zdupną opłatę (pierdoleni kapitaliści!). 

To tyle względem czekania. Teraz przejdźmy do tego czy było warto. Ale zanim to nastąpi, to jeszcze jedna sprawa. Na razie czytałem tylko jedną recenzję (pana Łukasza), jednak zauważyłem, że każdy kto pisze o SW nawet w komentarzach deklaruje się odnośnie swojego stosunku do tej serii. Zrobię to więc i ja. Nie jestem psychofanem. Lubię te uniwersum, ale bez jakiejś wielkiej przesady. Podoba mi się to co stworzył Lukas i jego następcy, ale nie zagłębiam się jakoś specjalnie w sensy i nie staram się dorabiać ideologii tam gdzie jej nie ma. Ot, ciekawy pomysł raz lepiej, raz gorzej podany. To wszystko. Dobrze, więc jeśli tę sprawę mamy załatwioną to mogę z czystym sumieniem przejść do moich prywatnych odczuć względem filmu. A wiedzcie, że szedłem na niego całkiem nie wiedząc czego się spodziewać, ponieważ zupełnie nie interesowałem się przeciekami na temat fabuły.

Uwaga Spojlery!

A fabuła jest taka, że po wydarzeniach z VI części w tej galaktyce, która jest "far, far away" wszystko się spierdoliło i zwyczajny porządek zamienił się w Nowy Porządek, któremu przewodzi jakieś szkaradztwo wyglądające jak glut z nosa z domalowanymi oczkami i krzywą buźką mającym za swoje "prawe ręce" Mirka Czajkę z serialu Mamuśki - generał Hux i bardziej płaczliwą wersję młodego Snape'a - Ben Solo aka Kylo Ren. Są też oczywiście rebelianci, a może nawet Rebelianci, którzy jak to mają w zwyczaju Rebelianci sprzeciwiają się naciskowi faszystowskiego buciora. Jest też podobno Republika, ale istnieje chyba tylko po to, żeby było kogo wysadzić w powietrze. Jednak głównymi bohaterami tej odgrzewki są młoda żeńska wersja Luke'a Skywaltera - Rey Beznazwiska oraz nawrócony szturmowiec bez imienia, zwany dalej Finn'em. To właśnie w ich ręce trafia android BB-8 z fragmentem mapy, która prowadzi wprost do ukrywającego się Luke'a, gdyż tylko on (chuj jednak wie dlaczego) może przywrócić ład i porządek. Na doczepkę mamy jeszcze starego i dobrego Hana Solo (chyba najlepsza postać w całej tej części), Chewbackę, Leię Organę (a może Solo?) i te dwa stare złomy: C3PO i R2D2.

Teraz może kilka słów o tym co mi się podobało. Podobało mi się kilka tekstów, kilka scen w stylu tej ze znalezieniem Sokoła na pustyni i kilka wątków, które teraz gdzieś uciekły, ale pamiętałem je wychodząc z kina. 

Co mi się nie podobało? Nie podobała mi się postać głównego antagonisty, czyli Bena Rena (dobrze, że nie Ben Tena buahahahaahah). Żałosny gość, źle napisany, źle zagrany, źle dobrany, no... żałosny po prostu. Jak zdjął ten hełmik, to nie wiedziałem: śmiać się czy płakać? W końcu nie zrobiłem nic. No ale trudno, nie moja rzecz. Ale jak już wspomniałem o tym w komentarzu u Łukasza, do postaci Vadera nawet się nie umywa. I te jego zdolności?! No trzymajcie mnie, bo nie strzymam. Byle dziecko z pustyni, zbieraczka złomu stawiła opór wielkiemu Kylo Renowi? Ja chyba śnię! Co ja mówię, ona go pokonuje z taką samą łatwością z jaką starsi, więksi i brzydsi koledzy zawsze spuszczają głowy szkolnych ciapciaków w ubikacyjnych klozetach. Powtórzę się, ale nie mogę sobie darować. Żałosne! No, ale co zrobić, wszystko psieje, nawet wyznawcy ciemnej strony mocy... Co do reszty najgorsza wydaje mi się ciągle napierająca na nas odgrzewa. Każda scena zaprezentowana w tym filmie już kiedyś gdzieś była w poprzednich sześciu częściach. To trochę uwłaczające tej klasy twórcom i całej serii. Ale spoko, to jakoś przełknę. Może kolejne będą "oryginalniejsze". 

Po tym wiadrze pomyj sądzicie zapewne, że mi się nie podobało? Wręcz przeciwnie. Bawiłem się całkiem nieźle, choć przyznaję, że liczyłem na zdecydowanie więcej. I nie odradzam wizyty w kinie. Przebudzenie Mocy to kawałek naprawdę dobrej rozrywki ze starymi lubianymi postaciami w tle i kilkoma nowymi na pierwszym planie. 

Moja ocena: 7/10

środa, 23 lipca 2014

Casting ważna rzecz... #2

Witojcie! Chwilkę mnie nie było, ale taki był gorąc, że nie miałem siły na kreatywne myślenie :] Jednak niebo zasnuły czarne chmury i aniołki przygotowują się chyba do pójścia na "pipi", w związku z tym mój mózg (którego podobno już niewiele zostało) stwierdził, że możemy dziś trochę popracować. Zapraszam na drugą część moich prywatnych rozważań na temat istotności doboru aktora do roli i postaci jaką ma odgrywać w ogóle, czyli na "Casting ważna rzecz..."!


Dzisiejsze rozważania poświęcę w całości jednej tylko osobie, a mianowicie Harrisonowi Fordowi, aktorowi do którego jakoś nigdy nie mogłem i wciąż nie mogę się przekonać, który ma jednak w swoim dorobku role rewelacyjne, dzięki idealnemu spasowaniu z odgrywaną postacią.

Zacznę może od tego co w mojej opinii mu się udało, czyli od dwóch cykli filmów, dzięki którym już na zawsze będzie obecny w świadomości kinomanów całego świata. Zapewne już wiecie jakie filmy mam na myśli, ale tylko dla ścisłości powiem, że chodzi mi oczywiście o "Star Warsy" i postać Hana Solo oraz tytułową rolę w cyklu o "Indiana Jonesie". Czyż nie było genialnym posunięciem Lucasa obsadzenie w roli awanturnika, kosmicznego kowboja tego nikomu nie znanego (wcześniejsze role, nie przyniosły mu zbyt wielkiego rozgłosu) cieśli? Nie, żartuje. Lucas dostrzegł Forda już 4 lata wcześniej (1973) angażując go do swojego innego filmu pt. "Amerykańskie Graffiti", ale to i tak dopiero "Nowa nadzieja" przyniosły mu rozgłos, sławę i pieniądze. A wyobraźcie sobie, że Solo miał zagrać Perry King! A któż to jest Perry King, zapytacie? Też nie wiem, ale może gdyby to on a nie
Ford wcielił się w Hana, to teraz było by zupełnie na odwrót? Nikt tego nie wie, choć King też ma w swoim dorobku kilkadziesiąt filmów, to jednak muszę przyznać, że żadnego nie widziałem. A Ford już dwa lata później dostał drugi plan w "Czasie Apokalipsy" u Coppoli, a w następnym roku było trzeba ponownie ubrać buty Hana Solo, aby za kolejne 12 miesięcy zmierzyć się z nowym rozrabiaką, Indianą Jones'em, który zadebiutował na ekranie w "Poszukiwaczach zaginionej Arki" i w bardzo wielkim stopniu, wraz z dwoma już nagranymi częściami Star Warsów przyczynił się do powstania nowatorskiego gatunku - kina nowej przygody. Osobiście myślę, że gdyby nie te 6 filmów, to Forda byśmy zupełnie nie znali, albo byłby on kimś takim jak owy King. 

Jednak i w przypadku Forda, który z reguły ani mnie nie zachwyca, ani mi zbytnio nie przeszkadza na ekranie, zdarzały się totalne pomyłki castingowe. Jak zapewne wiedzą moi stali czytelnicy, chodzi mi oczywiście o rolę Jacka Ryana w dwóch filmach z tej serii. Tym razem buńczuczność, marszczenie brwi i ta dziwnie arogancka twardość, która tak pasowała do wcześniej omawianych ról się nie sprawdziła. Aktor był przede wszystkim za stary do tej postaci (różnica 15 to jednak całkiem sporo). Nie pasowało mi także wiele innych rzeczy, których nie potrafię jednak sprecyzować, ale wydaje mi się, że był za bardzo poukładany, jeśli wiecie co mam na myśli. Zdecydowanie lepiej wypadli w tej roli Ben Affleck ("Suma wszystkich strachów") i Chris Pine ("Jack Ryan: Teoria Chaosu"), a nawet Alec Baldwin ("Polowanie na Czerwony Październik"), ale to pewnie z racji wieku. Cóż, czasu nie cofniemy, a filmy o Ryanie do arcydzieł kinematografii nie należą, więc nie ma co za bardzo nad tym ubolewać. Cieszmy się natomiast tym, że Ford był Indim i Solo!


W tym odcinku to już koniec moich bredni, ale już powoli zbieram materiały na kolejny ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...