"Of all the gin joints in all the towns in all the world, she walks into mine." CASABLANCA, 1942
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert De Niro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert De Niro. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 12 stycznia 2016
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
[56] Film: American Hustle / Amerykański przekręt" (2013)
Jak już pisałem w swojej recenzji dotyczącej książki (recenzja TUTAJ) miałem ogromną nadzieję, że twórcy filmu nie powtórzą błędów autora relacji (choć ciężko tu mówić o błędzie, bo jest to przecież historia autentyczna) i nie zaleją nas masą nazwisk i mało znaczących szczegółów a skupią się na sensownym i ciekawym, a przede wszystkim wciągającym poprowadzeniu akcji. Moje oczekiwania zostały spełnione połowicznie. Bohaterów rzeczywiście było mniej a akcja w miarę wciągająca jednak nie wszystko było tak różowe jak lata 70. pod koniec których toczy się akcja filmu.
Historia opowiadana nam przez Davida O. Russella nie wykorzystuje całego materiału jaki pojawił się w książce. Czerpie tylko kilka wątków i ogólny zarys historii opowiadając nam o oszuście, który po tym jak jego kochanka i wspólniczka zostaje złapana na gorącym uczynku zgadza się na współpracę w wymiarem sprawiedliwości. W jej trakcie ma im "wystawić" czterech innych kanciarzy a puszczą ich wolno (a przynajmniej ja tyle zrozumiałem). Jednak z tygodnia na tydzień apetyty FBI rosną a ludzie, z którymi przychodzi im się zadawać są coraz potężniejsi i bardziej niebezpieczni. Jak to się wszystko skończy mniej więcej wiadomo, bo operacja Abscam, na której opiera się fabuła, jest znana wszystkim tym, którzy mieli czas i ochotę wyszukać w googlach informacje na jej temat, jednak właśnie w rozwiązaniu akcji autorzy poczynili największe zmiany. I to liczy im się na plus.
A dlatego na plus, bo pierwsza godzina, która w mniejszym lub większym stopniu dublowała to co znałem już z książki, strasznie mnie znudziła. Nie pomogły piękne kostiumy, scenografia, odwzorowanie realiów epoki i charakteryzacja aktorów. Historia, moim zdaniem, rozkręcała się w zbyt ślamazarnym tempie. Swoją drogą uważam, że film można by było śmiało skrócić o jakieś 20-30 minut i nie byłoby wielkiej szkody dla fabuły. Kolejnym elementem, który zupełnie nie zrobił na mnie wrażenia, a wręcz mnie zmęczył, była zbyt obszerna prezentacja niektórych wątków. I o ile jeszcze wątek żony Irvinga Rosefelda (Christian Bale), Rosalyn (świetna Jennifer Lawrence) oraz jego i jego kochanki Sydney Prosser (Amy Adams) był jak najbardziej na miejscu, to już tak rozbudowany, także o elementy prywatne, w tym próbę nawiązania romansu z Sydney, wątek agenta Richarda DiMaso (Bradley Cooper) był już zupełnie przesadzony. Wydaje mi się, że powodem tego była po prostu karykaturalnie zła gra aktorska Coopera i jakaś przeciętność i nieautentyczność Adams. Cooper, który miał odegrać rolę furiata i dążącego za wszelką cenę do osiągnięcia jak największych celów agenta, nie potrafiącego się jednak odnaleźć w niuansach świata oszustów wydawał mi się śmieszny. Te jego wariackie krzyki, wymachiwanie rękami i cała reszta chwytów, którymi budował swoją postać, nie przekonały mnie zupełnie i pierwsze co bym zrobił to wykasował właśnie jego postać. Adams także nie była dużo lepsza, choć już przynajmniej nie aż tak sztuczna. Na jej plus mogę jedynie wskazać, że jest...ładna, ale to chyba za mało. Co innego Jennifer Lawrence, która z każdą kolejną rolą coraz bardziej mnie zachwyca. I nie chodzi tutaj zupełnie o jej urodę, bo to całkiem nie mój typ, ale o sposób w jaki potrafi zbudować swoją postać. O emocje, o autentyczność, o to, że ten Oscar wcale nie był jej dany na wyrost. Jej rola, choć co prawda pisana podobno właśnie dla niej przez Russella, to prawdziwy diament w gąszczu bezwartościowych cyrkonii. Jeśli chodzi o innych aktorów, to Bale zupełnie przeciętny, ani specjalnie nie przykuł swoją gra mojej uwagi, ani też nie poszło mu tak źle jak Cooperowi. Jeremy Renner w roli skorumpowanego burmistrza Carmine'a Pollito także był całkiem dobry, choć akurat w jego przypadku wybrał bym innego aktora z racji na jego specyficzną urodę, sprawiającą, że co się pojawił na ekranie z tą okropną fryzurą nie potrafiłem się skupić na akcji bo ciągle chciało mi się śmiać. W epizodzie pojawił się także Robert De Niro, który, jak już zdążyliśmy do tego przywyknąć, grał gangstera. Jak mu poszło trudno powiedzieć, bo jego występ był bardzo krótki. Inne postaci też raczej przeciętne.
Teraz kilka słów o tym, że Russell niepotrzebnie próbował wplatać w ten film wątki humorystyczne. Był to zbędny zabieg, dodatkowo zrobiony tak nieudolnie, że film w pewnym momencie przeradzał się w parodię a nie dramat do jakiego aspirował. Jednak jak już wspomniałem na początku po nudnej pierwszej godzinie, kiedy to wszystko było dość przewidywalne twórcy troszkę zmienili kierunek prowadzenia narracji i zmiksowali kilka wątków z książki, co spowodowało, że ostatnie 45 minut przesiedziałem w dużym skupieniu, bez zmrużenia oka śledząc dalszy los bohaterów. Samo zakończenie także było ciekawe i niespodziewane, bo myślałem, że będzie tak jak w książce. Za to duży plus dla scenarzystów i reżysera. Kolejnym plusem był soundtrack, w którym co i rusz pojawiały się klasyki przełomu lat 70. i 80. które były wisienką na dość zakalcowatym torcie.
Podsumowując, film na pewno o wiele lepszy od książkowego pierwowzoru dzięki odrzuceniu tego co w książce było nie do zaakceptowania, czyli natłoku postaci i nieistotności tematu. Tutaj skupienie się na głównych bohaterach i ich losach w większym stopniu niż na skorumpowanych politykach wyszło filmowi na dobre. Jednak cały potencjał tej historii nie został wykorzystany z racji wielkiej pomyłki w kreacji Coopera i dziwnej konwencji zbyt nieudolnie łączącej dramat z komedią. Skupienie się na podtrzymaniu napięcia i odpuszczenie sobie wątków humorystycznych wyszło by filmowi na dobre. Jednak mimo tych wad uważam, że jest to film warty uwagi, szczególnie ze względu na rolę Lawrence i w miarę interesującą i ciekawą fabułę.
Moja ocena ogólna 6/10, gatunkowej brak.
Etykiety:
adaptacja,
American Hustle,
Amy Adams,
Bradley Cooper,
Christian Bale,
David O. Russell,
dramat,
film 2013,
Jennifer Lawrence,
Jeremy Renner,
Robert De Niro
środa, 8 stycznia 2014
[56] Film: "Porachunki / The Family" (2013)
Zasiadając do seansu "The Family" (będę używał oryginalnego tytułu, ponieważ lepiej pasuje do opowiadanej historii), zupełnie nie wiedziałem czego mam się spodziewać. Jednak pod koniec seansu byłem mile zaskoczony jakością przedstawienia, którego byłem świadkiem. Film okazał się naprawdę przyzwoity.
![]() |
| Co by o nich nie mówić, to naprawdę kochająca się rodzina |
A skąd te moje rozterki? Ano stąd, że niby z jednej strony producentem wykonawczym filmu był Martin Scorsese, czyli powinno być dobrze. Jednak z drugiej, za reżyserię odpowiadał Luc Besson, a wszyscy dobrze wiemy, że już dano nie wyszedł spod jego ręki film, którym można by się zachwycać. Podobnie było z obsadą. Bo niby mamy świetnego Tomy Lee Jonesa, ale jest też (tutaj pewnie dla większości z Was słowa, które napiszę będą świętokradztwem), staczający się ostatnimi czasy po równi pochyłej, Robert De Niro i zupełnie zapomniana przez świat i ludzi Michele Pfeiffer. No i na dodatek dwójka mniej znanych dzieciaków w rolach...dzieciaków :) Z takiego misz-maszu mogło wyjść wszystko i stąd też moje obawy. Okazały się one jednak zupełnie bezpodstawne. Film już od pierwszych minut był intrygujący i wciągający. Tajemniczy klimat i wiele niedomówień, które były nam wyjaśniane z czasem tylko potęgował zaciekawienie. Dodatkowo bardzo dobrze skrojone postaci dopełniały całości.
![]() |
| Kolego, ten uśmiech naprawdę nie wróży dla ciebie nic dobrego |
Wszyscy spisali się naprawdę dobrze. I mimo, że nie jest to film na miarę "Leona zawodowca", czy też "Chłopców z ferajny", to i Luc Besson i Robert De Niro wyszli z tego przedsięwzięcia z tarczą. Reszta obsady także świetnie sobie radziła, ale to w końcu stare wygi i jeśli dostają dobry scenariusz (który wspólnie stożyli Besson i Michael Caleo) to poradzą sobie ze swoimi rolami wzorowo. Ale nie o tym chcę napisać. Dla mnie zaskoczeniem było jak wypadła ta najmłodsza dwójka, czyli Dianna Agron w roli Belle Clake (17-letniej córki De Niro - Freda Blake'a vel Giovanniego Manzoni) i John D'Leo w roli 14 letniego syna.
![]() |
| Zapewniam Was, że rakieta nie złamała się podczas gry w tenisa |
I mimo, iż wcześniej nie kojarzyłem obu tych nazwisk, a w szczególności niespełna 19 letniego D'Leo, to teraz wiem, że będę się im bacznie przyglądał, gdyż to jak zagrali swoje role w tym filmie to było mistrzostwo świata. A grali rodzeństwo, których ojciec jest jednym z największych bossów amerykańskiej mafii, od kilku lat objętych programem ochrony światków, ponieważ sypnął swoją rodzinę. Ich mamą jest żona Giovanniego Manzoni, a to od razu tłumaczy, że z tą kobietą nie powinno się zadzierać. Dzieciaki, wychowane głównie w drodze i przyzwyczajone do ciągłych przeprowadzek i życia na walizkach (tata nie potrafił zdusić w sobie nawyków z przeszłości i czasami kogoś gdzieś "trafił") musiały nauczyć się o siebie troszczyć (w sumie z takimi genami to nie kłopot). Kiedy ich poznajemy, właśnie "instalują się" w domu w jakimś małym miasteczku w Normandii (jest to totalne zadupie Francji a oni mają udawać Amerykanów, więc z tolerancją może być rożnie), który jest ich nową kryjówką. Z toku wydarzeń wiemy też, że poluje na nich płatny mafijny morderca, bo głowa Manzoniego jest teraz warta 20 milionów dolarów.
![]() |
| Biedny hydraulik, jeszcze nie wie co go za chwilę spotka |
Jednak czyhające na 'rodzinę' niebezpieczeństwo nie przeszkadza im w pielęgnowaniu starych nawyków. Fred wciąż nie może sobie poradzić ze swoim uzależnieniem od przemocy, Maggie (Pfeiffer) swoją spowiedzią doprowadza księdza do ataków lękowych i wdaje się w zatarg z właścicielem supermarketu, a dzieciaki jak to dzieciaki, kombinują i pokazują różki.
![]() |
| A może zamiast gangsterem zostanę pisarzem? ...Hmm...tak, napiszę o sobie! |
Cały film ma bardzo fajny, na wpół melancholijny i spokojny, na wpół groteskowo brutalny charakter. Jest sporo scen komicznych w dobrym guście. Całość jest spójna (no, może nie za bardzo wiadomo dlaczego Frank zaczął sypać albo mnie to po prostu jakoś umknęło) i prawie nie czuć kiedy mija te 111 minut. Mimo początkowemu sceptycyzmowi muszę przyznać, że miło było zobaczyć tę gromadkę starych wyjadaczy (i kilka nowszych nazwisk) w dobrej formie. Film oceniam na 7/10 i polecam.
![]() |
| Ciii...jeszcze jedno słowo i... |
Subskrybuj:
Posty (Atom)










