Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film 2017. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film 2017. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 stycznia 2018

[184] Film: "Kierowca" (2017)

Kierowca to netflixowy one man show z Frank Grillo w roli głównej jakie zostało nam, widzom zaproponowane w 2017 roku. Po raz kolejny parafrazuje historię znaną nam już z Drive Nicolasa Windinga Refna oraz po części również z zeszłorocznego Baby Drivera, której twórcą był Walter Hill pod koniec latach siedemdziesiątych prezentujący szerokiej publiczności swojego Kierowcę z Ryanem O'Nealem i Isabellą Adjani.

Jak wypada Wheelman na tle swoich konkurentów? Przede wszystkim inaczej. Jest zrobiony ze zdecydowanie mniejszym rozmachem, stąd też moje określenie One-man-show. Frank Grillo załatwia półtorej godzinny film Jeremy'ego Rusha niemal w całości samodzielnie. Kilka razy mamy na ekranie innych aktorów - najdłużej widzimy jego nastoletnią córkę Katie (
Caitlin Carmichael) - jednak często nie widzimy nawet ich twarzy, bo z większością jedynie rozmawia przez telefon albo się ściga bmw E39 (jak udało mi się zauważyć, bo auto również widzimy niemal jedynie od środka) czy też porsche 911 turbo. Wszystkie pościgi także są pokazywane z kamer zamocowanych na samochodzie, z których obraz jest bardzo okrojony. Praktycznie przez cały film nie ma żadnego ujęcia samochodu z dalszej perspektywy. Całość dzieje się podczas jednej nocy, kiedy to nasz Kierowca jedzie wykonać kolejną robotę. Musi spłacić dług dla mafii, która podczas jego pobytu w więzieniu opiekowała się jego rodziną. Jednak coś nie idzie zgodnie z planem. Zaczynają się jakieś dziwne telefony i niezrozumiałe instrukcje, które tylko komplikują sprawę. W pewnym momencie dochodzi do tego, że nasz "bohater" znajduje się niemal w centrum wojny gangów. Do tego dochodzą jeszcze problemy z nastoletnią córką oraz byłą żoną, które nasz Kierowca, oczywiście załatwia przez telefon. I tak sobie z nim jeździmy po nocnym mieście i odbieramy telefony.

Cóż. Może ktoś gustuje w takich minimalistycznych filmach z dość prostą fabułą i niezbyt wybuchową akcją. Mnie nie do końca podszedł. Choć Grillo zagrał bardzo dobrze. Robił co do niego należało. Wkładał tyle ekspresji w prowadzenie auta i rozmawianie przez telefon ile się dało, ale powiedzcie sami... Czy to mogło się udać? Moim zdaniem raczej nie. Efekt jest chyba nawet lepszy niż moje oczekiwania. Film dla tych, którzy widzieli trzy poprzednie i chcą zobaczyć jak inaczej można opowiedzieć tę samą historię lub dla tych..., którzy mają za dużo czasu.

Moja ocena: 5.5/10

czwartek, 4 stycznia 2018

[183] Film: "Volta" (2017)

Jak tylko dowiedziałem się o tym, że Juliusz Machulski kręci nowy film, ucieszyłem się. A kiedy zobaczyłem pierwszy zwiastun jego najnowszej produkcji - Voltę, bo taki nosi tytuł, - czekałem z niekłamanym zainteresowaniem. Jest wszak Juliusz Machulski scenarzystą i reżyserem, który bardzo niewiele razy w całej swojej dotychczasowej działalności artystycznej mnie zawiódł. A filmy takie jak Vabank, Kiler, Vinci pozwalają mieć nadzieję na to, że również kolejna jego produkcja nie zawiedzie.

Z tego też powodu do seansu Volty usiadłem pełen nadziei na mile spędzone 100 minut. Były na to całkiem duże szanse również z powodu obsady. Bo jak było do przewidzenia u takiego tuza jak Machulski zagrała cała plejada większych i mniejszych gwiazd polskiego kina, teatru i telewizji z Andrzejem Zielińskim i Olgą Bołądź na czele. Na drugim planie jak zwykle świetny Jacek Braciak, poprawna Aleksandra Domańska i zaskakująco dobry Michał Żurawski. A także Katarzyna Herman, Joanna Szczepkowska i Krzysztof Stelmaszczyk oraz Robert Więckiewicz, Tomasz Kot, Cezary Pazura i Antoni Pawlicki w epizodach.

Fabuła również dawała nadzieję na ciekawą rozrywkę, ponieważ całość intrygi koncentrowała się wokół cudownego odnalezienia korony Kazimierza Wielkiego w jednej z lublińskich kamienic. Odkrycia tego dokonuje młoda dziewczyna, Wiktoria (Bołądź), która, jak wszystko na to wskazuje, dopiero co uciekła z więzienia. Dziwnym trafem, o mało jej nie potrącając autem, tajemnice korony poznają również Agnieszka, zwana "Kitek" (Domańska) oraz jej ochroniarz Dycha (Żurawski). A za sprawą Dychy również facet Agnieszki, słynny spin-doktor Bruno Volta (Zieliński), który ostrzy sobie ząbki na tę koronę, bo to w końcu kilkanaście milionów euro. Sami przyznacie, że pomysł bardzo chwytliwy.

Niestety, tylko pomysł. Tym razem coś nie zagrało i wyszło na to, że w trailerze znalazło się wszystko to, co w filmie ciekawe, a film jest nudny i ma wiele niepotrzebnych wstawek oraz zabiegów, nazwijmy je technicznymi, które psują całość. Zacznę od trochę dziwnego castingu, ponieważ za jego sprawą w roli "kochanków" mamy tutaj parę, która aktualnie w pewnym serialu telewizji polskiej propagandowej gra... ojca i córkę. Przyznacie, że to trochę... niesmaczne niezależnie od kunsztu i biegłości w swoim fachu odtwórców tych ról. Ale gdyby tylko to było problemem, nie byłoby sprawy. A sprawa jest i to zdecydowanie poważniejsza. Film jest po prostu nudny. Akcja rozwija się w sposób ślamazarny, a zbyt wiele wstawek zdradzających nam finałowy "myk" jest zdecydowanie niepotrzebna. Jeśli już jesteśmy przy wstawkach, to również te historyczne, retrospektywne, które, jak zakładam miały być w większości przypadków humorystyczne są przede wszystkim niepotrzebne, a co gorsza nie śmieszne. Całości nie ratuje ani dość sprawna, choć pobieżna diagnoza naszego "swołeczeństwa" - jak zwykł nazywać je Volta, ani kandydat na prezydenta V RP, przewodniczący partii Godność i duma, Kazimierz Dolny, w którego rewelacyjnie wciela się Jacek Braciak. Przaśność, zajadłość, brak wykształcenia oraz narodowo-socjalistyczno-monarchistyczne zapędy świetnie oddają kwaśny smrodek polskiego politycznego bagienka. To jednak nie wystarcza, żeby "Voltę" zaliczyć do udanych produkcji. Nawet końcówka, w której poznajemy wszystkie szczegóły operacji Volta nie rekompensują ponad 90 minut wiejącej z ekranu nudy.

"Volta" obok "Początku" Dana Browna okazała się największym rozczarowaniem 2017 roku. Film tak wyczekiwany, z tak ciekawą osią intrygi i tak dobrą obsadą po protu nie mógł nie wyjść. A jednak mu się udało. Szkoda.

Moja ocena: 4/10

wtorek, 5 grudnia 2017

[182] Film: "Morderstwo w Orient Ekspressie" (2017)


Morderstwo w Orient Expressie jako kryminał zaskoczy niewielu. Bo jak wielu fanów kina (lub literatury) nie zna już tej historii, o zbrodni dokonanej w ekskluzywnym pociągu jadącym niemal przez cała Europę, z Londynu do Istambułu*? Na film Kennetha Branagha nie idzie się, aby śledzić intrygę i odgadywać nazwisko mordercy wraz z Herkulesem Poirotem. Idzie się po to, żeby sprawdzić jego wizję tej dobrze znanej historii.
A jest ona z pewnością warta uwagi i największych pochwał. Tak ładnego filmu nie widziałem bardzo dawno. Prześliczne zdjęcia, rewelacyjne kostiumy, charakteryzacja (wąsy Poirota rozwalają system), piękna scenografia. Całość tworzy niezapomniany klimat przełomu wieków, kiedy kobiety nie wstydziły się nosić nakryć głowy innych niż czapeczka z daszkiem lub wełniany kondon a'la czapka papy smerfa. A panowie byli nienagannie ubrani niezależnie od pory dnia czy nocy. Ten film to emanująca z ekranu nieskazitelna elegancja. Jest to również, podobnie jak wcześniejsze wersje tego dzieła, jeden z najlepiej obsadzonych filmów ostatnich lat. Aktorzy tacy jak: Johnny Depp, Judi Dench,
Michelle Pfeiffer, Penélope Cruz oraz Willem Defoe to klasa sama dla siebie. A kilka młodszych, mniej znanych, choć mających już na swoim koncie świetne występy, nazwisk również przyciągają. Wiele z tych gwiazd miało tutaj swój najlepszy występ od dobrych kilku lat. Na przykład Johnny Depp, który poniewierał się ostatnio w różnego rodzaju gniotach przechodzących zupełnie bez echa. Judi Dench i Willem Defoe, również nie mieli się czym zbytnio ostatnio pochwalić, ale przede wszystkim Michelle Pfeiffer, która daje tutaj popis aktorstwa na najwyższym poziomie oraz sam reżyser wcielający się w postać ekscentrycznego belgijskiego detektywa bije na głowę wszystkich poprzednich odtwórców tej roli. 

Novum jest w tym filmie przede wszystkim ruchliwość i energia Poirota, który tym razem pracuje nie tylko głową, ale kiedy trzeba również "w ryj dać może dać". Z tego, co pamiętam żaden poprzedni Poirot nie wykraczał w swoim dochodzeniu poza genialną, ale jedynie dedukcję. Tutaj detektyw potrafi zadbać o własne bezpieczeństwo stając z przeciwnikiem do walki wręcz twarzą w twarz.

Całości dopełnia przepiękna, klimatyczna muzyka
Patricka Doyle'a, która jest idealnym uzupełnieniem każdej sceny.

Tak zrobione filmy ogląda się z największą przyjemnością. Serdecznie polecam ten seans wszystkim, niezależnie od tego, czy znają zakończenie, czy jakimś dziwnym trafem nigdy wcześniej nie trafili na tę historię.

Moja ocena: 8/10 
* Pociąg kursował po różnych trasach w różnych latach.

wtorek, 20 czerwca 2017

[176] Film: "Król Artur: Legenda miecza / King Arthur: Legend of the Sword" (2017)

Jeśli lubicie dotychczasową twórczość Guya Ritchego (Porachunki, Przekręt, Sherlock Holmes, Kryptonim U.N.C.L.E.) to nie macie się czego obawiać. Jeśli natomiast cenicie sobie wszelkiego rodzaju legendy arturiańskie (Excalibur, Rycerz króla Artura, Mgły Avalonu, Król Artur) film będzie wymagał od was sporej otwartości na modyfikacje tej mitycznej historii, jednak również nie powinniście się poczuć zawiedzeni. Król Artur: Legenda miecza jest bowiem tym co najbardziej cenimy w Ritchim z dawką fantasy na przyzwoitym poziomie.

W tym przypadku mamy do czynienia z królem, który nie wie, że jest królem. A jak się już dowie, to wcale nie będzie chciał nim być. Woli swoje poukładane "gangsterskie" życie w nibylandii zwanej Londinium. Ma tutaj już ugruntowany status, niemalże ojca chrzestnego, który kontroluje większość wartych kontroli biznesów i ma poukładane stosunki z "czarnymi nogami" (taka ichnia policja). A to, że jego wuj zamordował jego matkę i ojca, omal nie mordując także jego, co dało mu tron, a młodego następcę skazało na los małego ulicznika wychowywanego w burdelu przez damy lekkich obyczajów? Gówno go to obchodzi. No ale cóż zrobić, Pan każe sługa musi. Nawet taki sługa, który trzęsie połową miasta. Wszystko wali się wtedy, kiedy król, w obawie przed tym, że prawowity następca tronu jednak gdzieś żyje i może mu zagrozić, postanawia sam go znaleźć za pomocą próby z mieczem (wiecie, tylko prawowity następca da radę wyciągnąć ze skały Excalibur etc., etc.; swoją drogą w tej scenie bardzo udany epizod Becksa), a kiedy już się dowie kim jest następca, będzie mógł go najspokojniej w świecie zgładzić na oczach przelęknionej gawiedzi. A manifestacja siły jest niezbędna, ponieważ ciemiężony motłoch zaczyna podnosić w ostatnim czasie łeb za sprawą coraz śmielszych akcji ruchu oporu. W momencie, kiedy miecz ulega pod ręką, w której płynie krew prawowitego następcy tronu afera wybucha z całą swoją mocą. W tym momencie naszemu młodemu protagoniście - w myśl zasady "nie chcem, ale muszem" - nie pozostaje już nic innego, jak rozprawić się z bydlakiem raz na zawsze. 

Ale fabuła nie jest przecież (raczej), dla nikogo kto wybiera sie na ten film, niczym zaskakującym. Wszyscy wszak znamy - lepiej lub gorzej - historię Excalibura i króla Artura. W tym filmie najważniejsze jest to w jaki sposób ta legenda została nam zaprezentowana. A uwierzcie mi, Ritchie folguje sobie w całej rozciągłości. I o ile z antagonistą Vortigenem (Jude Law) nie dzieje się nic zaskakującego - ot, zwykły żądny władzy łotr, który dla stanowiska - w tym akurat przypadku drewnianego fotela zwanego potocznie tronem - jest skłonny do zdrady, a także bratobójstwa, a później do rzeczy równie podłych i nikczemnych. O tyle w przypadku młodego Artura (Charlie Hunnam) reżyser pozwala sobie na daleko idące odejścia od ustalonych na przestrzeni wieków standardów.  Jest wszak nasz młody Artur czymś w rodzaju szefa gangu, który przez lata życia na londinumskiej ulicy wypracował sobie zdolności (potrafi świetnie walczyć tak wręcz jak i mieczem), grupę zaufanych współpracowników (jest dla nich niepodważalnym autorytetem, ale też przyjacielem i opiekunem) oraz pozycję i jest gotów bronić tego status quo przed jakimikolwiek odstępstwami. Jest mu dobrze tak jak jest, gdyby tylko nie te koszmarne sny z niejasnymi wydarzeniami jakby z jego dzieciństwa... ale z tym da się przecież żyć. Można śmiało powiedzieć, że jest to "postać nie z tej bajki", bo choć większość cech charakteru się zgadza (lojalność, waleczność, sprawiedliwość - bardzo specyficznie pojęta, ale zawsze), to jednak ogólny obraz z pewnością nie prezentuje nam typowego szlachetnego rycerza bez skazy ani zmazy, który jest w stanie położyć na szali swoje życie dla wartości moralnych i dobra ogółu. Można by powiedzieć - typowy Ritche. Taki trochę jak z Porachunków w ogólnej charakterystyce głównego bohatera oraz jak z "Sherlocka Holmesa" w klimacie i unowocześnianiu mitu. Duża uwaga jest również przyłożona do postaci drugiego planu. Może nie wszyscy są dającymi się zapamiętać aktorskimi perełkami, ale kilka z nich z pewnością, jak choćby Aidan Gillen w roli Williama aka Gęsi Smalec oraz rewelacyjny Eric Bena w roli Uthera Pendragona, ojca Artura, z pewnością tak.

Wielkie dzięki należą się również twórcom scenariusza za nie umieszczanie w tej historii ckliwej i zupełnie niepotrzebnej historii miłosnej, która mogła by zupełnie "zamordować" tak klimat jak i rytm filmu. Na wielką pochwałę zasługuje również dobór aktorów. Charlie Hunnam (znany dotąd m.in. z Pacyfic Rim i Synów Anarchii) jest genialnie obsadzony. Jego charakteryzacja oraz kostiumy (nie ma co ukrywać, że jest najlepiej ze wszystkich członków obsady ubranym aktorem, nawet kiedy na planie stoi ramie w ramię z samym królem to jego postać błyszczy i wybija się na pierwszy plan) sprawiają, że jest idealnym odtwórcą tej roli. Wszystko się tutaj zgadza, łącznie z poczuciem humoru i specyficzną narracją oraz montażem niektórych scen (jak choćby opowieść dla dowódcy „Czarnych nóg”, która łamie wszelkie konwencję tego gatunku). Na wielką pochwałę zasługuje również muzyka, która zdecydowanie daje temu filmowi bardzo dużo. Charakter wielu scen jeszcze się uwypukla, a pewien główny motyw rytmiczny przewija się przez kilka melodii (jak choćby Growing Up Londinium, czy też Run Londinium) sprawiając, że zdecydowanie zapada nam w pamięć. Pojawia się również bardzo mocna i budząca ducha niepokoju ballada w folkowym stylu (The Devil & the Huntsman), która jest przysłowiową "truskawką na torcie".

Niestety, w każdej beczce miodu znajduje się zawsze łyżka dziegciu. Tym niepasującym do reszty elementem są - o zgrozo w tego gatunku filmie - niestety elementy czysto fantastyczne. Niby jest mocno, dużo, trójwymiarowo (zawsze się zastanawiam czy to filmowcy chcą tworzyć specjalnie sceny z takim rozmachem w specyficznym stylu, czy jest to raczej wymóg dystrybutorów i wielkiego parcia na to, aby każdy blockbuster był obecnie w 3D), ale jakoś się to wszystko kupy dupy nie trzyma. Świetne jest w filmie wszystko poza wątkami i elementami magicznymi. W tym się Ritche nie odnalazł i chyba kolejnym filmem kostiumowym w jakim bym go widział jest... Robin Hood, też mamy wieki dość mocno przeszłe, nawet z odrobiną szamaństwa, ale bez świecących oczu, wielkich jak TGV węży, słoni ogromnych jak nasze czteropiętrowe klatki dla królików, oślizgłych potworów o korpusach kobiet z dużą ilością macek i tego typu artefaktów kina SF. Ja tego do końca nie kupiłem, ale wciąż jestem zachwycony klimatem i stylem w jakim reżyser zaprezentował nam tę historię.


Nie zależnie od tego czy jesteście fanami Guya czy też legend arturiańskich, myślę, że nie popełnicie zbyt dużego błędu wybierając się na ten film.

Moja ocena: 8/10

niedziela, 4 czerwca 2017

[175] Film: "Wonder Woman" (2017)

Byłem, widziałem, podobało mi się, polecam. Tak w kilku słowach można byłoby streścić recenzję z najnowszej odsłony przygód bohaterów uniwersum DC. A musicie wierzyć, że jest to nie lada komplement z moich ust, ponieważ osobiście twierdzę, że całe to uniwersum, jak i jego postaci są nudne i do przesady poważne, jak zresztą każdy film, który do tej pory został o nich zrealizowany. 

W tym kadrze ujęto legendarnego pogromcę bogów tylko czy to aby na pewno miecz?

Ale Wonder Woman jest inna. Wnosi powiew świeżości do tego skostniałego świata smutnych i zmęczonych facetów (czyt. Superman i Batman). Jest pełna życia, zdeterminowana, waleczna, ale też naiwna i w pewien sposób głupiutka jak młody szczeniak, dla którego wszystko wydaje się niesłychanie ważne i ciekawe i dopiero z wiekiem nabiera przeświadczenia, że nie za każdą piłką warto biec, że pozwolę sobie na użycie tak obrazowej matołfory. Ale jakżeby mogło być inaczej skoro główna bohaterka - Diana, córka Hipolity, królowej Amazonek - całe życie była wychowywana na ukrytej i całkiem odizolowanej od świata wyspie wśród najwaleczniejszych kobiet jakie widział nasz świat. Początkowo, z woli matki, walka była dla mniej zakazanym owocem, później stała się sensem jej życia, ponieważ musiała się starać dziesięć razy bardziej, aby udowodnić, że jest gotowa do... no właśnie, do czego? Do starcia z bogiem wojny Aresem. Jak głosi legenda tylko poskromienie, a raczej unicestwienie syna Zeusa, Aresa pozwoli ludzkości zaznać pokoju i sprawi, że staną się dobrzy i "grzeczni", ponieważ to on szepce im do ducha i podburza do wszczynania ciągle nowych konfliktów. Diana, żyje w ciągłym oczekiwaniu na idyllicznej wyspie na "T", której nazwy nie pamiętam, stając się najpotężniejszą z Amazonek aż do momentu, kiedy zabłąkany brytyjski pilot uciekając przed ścigającymi go Niemcami przelatuje przez magiczną barierę i rozbija się nieopodal wyspy. Po krótkiej, choć krwawej walce z najeźdźcami dzielny brytyjski szpieg zostaje wzięty na spytki przez stado żądnych krwi wojowniczek. Po tym czego Amazonki dowiadują się od Brytyjczyka Diana już wie co powinna zrobić i zrobi to niezależnie od decyzji swoje matki - musi wyruszyć do świata ludzi z tym mężczyzną, aby raz na zawsze unicestwić boga wojny, Aresa. 


Tak w skrócie można streścić to co w filmie najważniejsze. Oczywiście, jak możecie się domyślać, później pojawią się wszystkie elementy przynależne do tego typu opowieści, jak choćby wątek miłosny między dwojgiem głównych bohaterów, werbowanie grupy nieprzeciętnych jednostek do pomocy w wykonaniu zadania (turecki (osmański???) oszust i pseudo aktor Sameer, który każdemu potrafi wcisnąć każdy kit - Saïd Taghmaoui; szkocki strzelec wyborowy, którego dręczą demony przeszłości Charlie - Ewen Bremner, indiański wód, który wygnany z własnej ziemi stara się znaleźć dla siebie miejsce na ziemi pozostając wolnym człowiekiem - Eugene Brave Rock), kilka spektakularnych akcji mających pokazać potencjał i umiejętności całej grypy, jak i poszczególnych jej członków no i wreszcie kulminacyjna walka między przedstawicielami dobra i zła. 


Największym atutem produkcji jest oczywiście sama Gal Gadot świetnie spisująca się w roli Diany (chociaż moja kobieta uparcie twierdzi, że film nie był wcale taki dobry, a podobał mi się tylko dlatego, że po prostu ślinię się na widok Gal... cóż, co zrobić, jestem tylko upośledzonym samcem...). Jest śliczna, urocza i dobrze zbudowana <rolf>. Ma w sobie też wystarczająco dużo charyzmy i talentu, aby udźwignąć film na swoich barkach. Reszta obsady również nie schodzi poniżej pewnego, dość wysokiego, poziomu, a sam kapitan Steve Trevor (Chris Pine), mimo dziwnej pulchności (słowa mojej lubej) także daje sobie radę w konfrontacji z nieposkromioną i zupełnie zieloną tak w kontaktach z "naszym" światem, jak i samymi mężczyznami Wonder Woman. 


Mimo, że druga część przygód najwaleczniejszej z Amazonek ma się dziać już w czasach nam współczesnych i poznaliśmy jej możliwości w konfrontacji Supermana z Batmanem z zeszłego roku, nie zmienia to jednak faktu, że jeśli lubicie filmy o superbohaterach musicie poznać legendę i narodziny Wonder Woman, najpotężniejszej postaci z uniwersum DC. A mnie nie pozostaje nic innego jak szczerze polecić ten film, jako pierwszą od wielu lat ciekawą produkcję z uniwersum DC.

Tego używacie jako zbroi?

Moja ocena: 8/10

P.S. Jeśli twórcy nowego serialu o Wiedźminie szukają odtwórczyni do roli Yennefer, to mogą już przestać. W osobie Gal mają wymarzoną kandydatkę. 

wtorek, 30 maja 2017

[174] Film: "John Wick 2 / John Wick: Chapter 2" (2017)

Ostatnio podobno odgrzałem niezłego kotleta, więc dziś dla odmiany coś o 30 lat świeższego - druga część kultowego Johna Wicka. Chapter 2 daje nam tego samego kopa wysmakowanego kiczu co część pierwsza, a także o wiele więcej.

Codziennie po robocie tak się czuję jak on wygląda kiedy wracam do domu...

Wszyscy pamiętamy poprzednią część, w której legendarny zabójca John Wick, który po śmierci ukochanej żony przeszedł na emeryturę, z powodu zamordowania psiaka - ostatni prezent od ukochanej oraz kradzieży uwielbianego forda mustanga postanawia po raz ostatni wymierzyć sprawiedliwość niesfornym rzezimieszkom - w tym przypadku akurat rosyjskiej mafii.

Będzie Pan zadowolony!

W tej części John po niezłej rozwałce w siedzibie mafii zawiera pokój z jej szefem odbierając przy tym swoje ukochane auto. I już można byłoby spokojnie żyć, bo auto "się wyklepie", gdyby nie wizyta gościa z przeszłości. Gościa, który prosi o spłacenie przysługi (coś jak w Ojcu Chrzestnym, "... być może taki dzień nigdy nie nadejdzie, ale wiedz o tym, że kiedyś mogę się pojawić i poprosić o zwrot przysługi, którą ci teraz wyświadczam...") posiadając specjalną pieczęć poświadczoną krwawym odciskiem palca beneficjenta (oraz wpisaną do księgo ich tajnego stowarzyszenia morderców. (Swoją drogą pełen ukłon z mojej strony za wymyślenie takich bredni tak umiejętnie, że wszystko da się nie dość, że z łatwością przełknąć, to jeszcze nieźle tym podjarać) Problem polega na tym, że Snatino D'Antonio (owy gość z przeszłości) chce jako spłaty długu śmierci swojej siostry, która zdeczka blokuje mu etat w radzie morderców, bo to właśnie ją desygnował na to stanowisko ich papa po swojej śmierci. Cóż, John nie ma wyjścia, musi spełnić żądanie "przyjaciela" (jak za pierwszym razem odmówił, to mu wyjebali w kosmos chałupę), jednak braciszek nie jest do końca uczciwy. A to oznacza kłopoty.

- Zabiję cię. - Nie, to ja cię zabiję. - Napijmy się...

Wielką zaletą tej części jest głębsze wprowadzenie widzów w struktury tej dziwnej organizacji, która płaci złotymi monetami za wszelkie usługi takie jak "sommelier" od broni, specjalny "bibliotekarz/archiwista/kartograf" (to ostatnie określenie pochodzi z filmwebu, choć moim zdaniem jest słabo celne), który wskaże nam drogi wejścia i wyjścia z interesujących nas budynków oraz przygotuje komplet pasujących kluczy, czy też krawiec, który uszyje kuloodporny garnitur. :D Na uwagę i szacunek zasługuje z pewnością również fakt, że 95% scen walki oraz scen kaskaderskich Keanu wykonał samodzielnie. Szacun. w tym wieku, to już nie jest takie łatwe, a trzeba było przyznać, że było co robić.
Dużą zaletą jest również gościnna wizyta Laurence'a Fishburne'a.

Co Pan sobie życzy przeładować?

Dość sporą wadą zbyt rozciągnięte sekwencje walki, które niekiedy ciągną się w nieskończoność a podczas tych starć podają trupem dziesiątki przeciwników. Ja wiem, że John jest najlepszy, ale w niektórych momentach twórców poniosło. Film krótszy o jakieś 30 minut byłby zdecydowanie spójniejszy i nie miał tych nieznośnych przestojów, w których tak naprawdę nic się nie dzieje choć wydawałoby się, że dzieje się wiele. 


Jeśli zakosztowaliście pierwszej części i wam się spodobało, nie pozostaje już nic innego jak tylko zasiąść przed ekranem i prześledzić dalsze losy Baby Jagi. Myślę, że się nie rozczarujecie. Całą resztę odsyłam najpierw do nadrobienia "jedynki".

Moja ocena: 6.5/10
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...