Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 marca 2017

[220] Książka: "Afganistan. Relacja BORowika" - Jan Jagoda, Władysław Zdanowicz (2015)


Relacja BORowika to kolejna książka, w której maczał swoje palce autor Misjonarzy z Dywanowa - Władysław Zdanowicz. Tym razem był odpowiedzialny za nadanie bardziej przystępnego sznytu dziennikowi pewnego BORowika, którego poznajemy jako Jana Jagodę, choć jak sam nas informuje we wstępie, z oczywistych względów jest to pseudonim, który sam sobie wymyślił, lub też Młodego, jak zwracali się do niego starsi stopniem i stażem koledzy z Firmy.

Relacja BORowika jest tylko i aż zapisem prywatnych doświadczeń pracownika Biura Ochrony Rządu z pobytu na placówce dyplomatycznej w Afganistanie. Dla jednych będzie to wadą, inni z pewnością odbiorą to jako główną zaletę, ponieważ historia ta nie została w najmniejszym stopniu sfabularyzowana, jest czystym zapisem tego, co może czekać pracownika BORu na placówce w tzw. psychostanie, czyli rejonie (dokładniej mieście), w którym aktualnie trwa konflikt zbrojny, a w 2007 roku, czyli okresie który obejmuje akcja książki takim miejscem z pewnością jest Afganistan (chociaż tam zawsze od kilkuset lat trwa jakaś wojna i chyba nic się nie zmieni).

Nie ma tutaj udramatyzowania akcji, jest za to dokładny zapis tego, czego nie dowiemy się z oficjalnych przekazów medialnych. Autor sucho, wręcz beznamiętnie relacjonuje każdy (prawie każdy) dzień swojego pobytu na placówce nie skąpiąc jednak swoich własnych przeżyć i uczuć jakie nim niekiedy targają, jak choćby podczas sytuacji zagrożenia życia. Wszystko zaczyna się od cokolwiek dziwnej rekrutacji na misję i lotu huczącą CASĄ na miejsce odbywania służby poprzez drogę do polskiej ambasady, która z uwagi na brak funduszy leży poza tzw. bezpieczną strefą na obrzeżach miasta Kabulu; zakwaterowanie w piwnicy obok agregatu prądotwórczego, poprawek w sferze bezpieczeństwa po poprzedniej obsadzie, która nie potrafiła nawet odpowiednio ustawić sprzętu monitorującego; chorobę aklimatyzacyjną, problemy z zaopatrzeniem się w wodę oraz żywność; trudności z wyrobieniem odpowiednich dokumentów upoważniających do korzystania ze stołówki w bazach wojskowych, do których odbywali częste wycieczki w sprawach służbowych, a częściej prywatnych naszych dyplomatów (siłownia, sklepy PX*), kończąc na zbyt małej obsadzie placówki co powodowało, że BORowiki cały czas chodziły niewyspane, ponieważ służbę pełniły często po 22 godziny na dobę oraz słabym wyposażeniu, jak choćby "miękkich" samochodach, czyli takich bez opancerzenia, a także niemożności dostania się do lekarza (w pewnym momencie cała ambasada była chora na grypę lub jakiś uciążliwe przeziębienie, do tego dochodzą dolegliwości tzw. miejscowe, jak na przykład opryszczka na jajach oraz prozaiczny ból zęba, który przerodził się w zapalenie okostnej). Do tego wrzystkiego dochodziła jeszcze  głupota "matołków", jak potocznie nazywani są cywilni pracownicy ambasady, a w szczególności dyplomaci, których zdecydowana większość poleceń była delikatnie ujmując, daleka od sensownych (np. zakaz opuszczania placówki bez pozwolenia ambasadora, ambasadora nie ma przez jakiś czas, a jeść i pić trzeba... i tym podobne).

Wszystko to, a także wiele więcej - jak choćby mały zbiór obyczajów i zasad rządzących tym dzikim krajem - znajdziecie w Relacji BORowika. Te elementy czynią ją nie tylko ciekawą, ale wręcz obowiązkową pozycją dla wszystkich tych, którzy chcą oddechu świeżości od oficjalnych i ogólnie aprobowanych relacji z miejsc takich jak Afganistan, które z rzeczywistością mają tyle wspólnego co politycy z uczciwością. Polecam. 

*Specjalne sklepy w bazach wojskowych, w których za grube dolary można kupić prawie wszystko co jest potrzebne do życia i o wiele więcej.

czwartek, 18 czerwca 2015

[135] Książka: "Siedem dni z życia psa" - Dariusz Loranty (2015)

Jak pewnie zauważyliście, ostatnimi czasy trochę czytam książek, w których o swoim życiu zawodowym opowiadają ludzie związani z organami ścigania (w Polsce jak i poza granicami kraju). W przypadku tej książki nie jest inaczej, bo tytułowy pies, to oczywiście policjant - literacki odpowiednik Dariusza Lornatego, gdyż książka ta jest mocno inspirowana wspomnieniami z życia autora. Czy jednak jest ona ciekawa, dobra? Czy spełniła pokładane w niej oczekiwania? Zapraszam na recenzję!

Napiszę krótko - nie, nie podobało mi się. I w sumie, jak już kilka poprzednich recenzji, w tym momencie mógłbym skończyć, ale szacunek dla drugiego człowieka (autora) i moich nielicznych czytelników nie pozwala mi potraktować tej książki w ramach hasła "nie, bo nie".

Czytając ją miałem wrażenie, że autor to całkiem ogarnięty pies, któremu jednak (co w końcu nie takie znów dziwne, bo nie każdy jest Vidockiem albo innym Pinkertonem) nie starcza talentu do pisania. Skąd takie odczucia? Ano stąd, że kiedy w całości pisze o policyjnych akcjach, opisuje procedury, przepisy prawne (których jest stosunkowo mało), a także uwarunkowania służbowe poszczególnych etatów (opisuje, że był negocjatorem w oddziale antyterrorystycznym, ale nie tylko) czy też innych jednostek, wszystko jest w umiarkowanym porządku. Nie ma tu jakiegoś niesłychanego kunsztu pisarskiego w tworzeniu napięcia i przykuwaniu uwagi odbiorcy, nie ma też żadnej intrygi, zagadki do rozwiązania, bo to nie taka do końca fabuła w tradycyjnym tego słowa znaczeniu (po prostu siedem dni tygodnia, które nie koniecznie następują po sobie a między niektórymi mija nawet kilka lat), ale czyta się to znośnie z umiarkowanym zainteresowaniem. 

Jednak, kiedy Loranty przechodzi do pisania o życiu osobistym lub też jedynie luźno powiązanym z pracą zawodową (np. coś co dzieje się na komendzie jednak poza służbą), to jest po prostu straszne! Jedno wielkie  G R A F O M A Ń S T W O  w najczystszej formie! Miejscami jest tak żałośnie, że nie wiadomo czy śmiać się z rozpaczy czy płakać... też z rozpaczy, że ktoś pozwolił to wydać w takiej formie. Autor próbuje być tak fajny, taki super zabawny, że aż mu to nie wychodzi. Te momenty, a było ich ze 2/3 książki są koszmarnie złe. Mam setki cytatów, jednak z racji, że jest to książka papierowa przytoczę tylko kilka z nich. Zacznę może od tego pierwszego proroczego:

"Czy będzie to grafomański epos dla nikogo, oceni czytelnik." - Tak zaczyna autor przedostatni akapit wstępu i wydaje się, jakby coś przeczuwał!

"Czwartym jest najstarszy wiekiem aspirant Szczur, który dołączył do nich z Głównej. Ta wspaniała czwórka bardzo często dojeżdża do Szczytna zaszczurzoną mazdą, czyli autem, którego właścicielem jest aspirant Szczur." - No, tych zdań nie powstydziłoby się żaden twórca szkolnego wypracowania.

"Bernard jest osobnikiem, który alkohol wchłania niczym ożywcze górskie powietrze. Natura obdarzyła go talentem, że potrafi przyjąć go w ilościach ponadprzeciętnych, a osobiste przymioty sprawiają, że czyni to z radością i odpowiedzialnością." - Naprawdę...? Tylko po co to jest tak pseudo-śmiesznie napisane, i to chyba raczej jakieś predyspozycje pycho-fizyczne a nie talent, że można wódę jak mleko łoić, ale spoko, nie moja rzecz, ja tylko za to językowe pokractwo kasę zapłaciłem.

"Kto tylko miał odtwarzacz albo lepiej wideo, mógł z kaset obejrzeć prawie każdą produkcję filmową." - A dlaczego to akurat "lepiej wideo"? Funkcja odtwarzania była w obu, więc co to, kurwa, za różnica jest!

"Grzegorza nie każdy film interesował. Nie obchodziły go dzieła laureatów amerykańskiego Oscara ani francuskiego Cezara. Nie preferował filmów o sztukach walki, tak bardzo popularnych wśród młodzieży. Upajał się filmową produkcją niemiecką, która nielegalnie zalewała polski rynek wideo. Typowy niemiecki film wybierany przez Grzegorza nie miał zawiłej fabuły albo malowniczych scen, nawet gra aktorów była bez znaczenia. Były to filmy przeznaczone do pobudzania, hm, powiedzmy samczej wyobraźni." - A nie lepiej było napisać, że Grzegorz po prostu lubił pornole i darować sobie 
te gimnastykę słowną :/ Boże! widzisz i nie grzmisz!

"Wychodzą z pokoju jednocześnie. Nie spoglądają na siebie, tylko niemal bezgłośnie mówią sobie >>do widzenia<<.
Być może japońscy naukowcy w swoim wiekopomnym odkryciu nie badali populacji europejskiej. Skupili się na swojej nacji, a naukowe odkrycie niefrasobliwie przypisali całej ludzkości." - WTF?! Nie mam zupełnie pojęcia do czego tyczy się to ostatnie zdanie o naukowcach. Ale to najmniejszego. Nic wcześniej nie jest z nim tematycznie powiązane...

"Ubrana jest w czarną spódnicę mini, tak króciutką, że widzi taką po raz pierwszy na kobiecie, a nie na fotografii." - A na tej fotografii to samą spódnicę wiedział, tak?

"Czwartek jest dniem tygodnia, którego nazwa pochodzi od cyfry cztery. Bo jest czwartym dniem pracy." - No to żeś teraz powiedział... Nobla mu! Jak Wałęsie :]

"Najbardziej chciałby zjeść owoce morza. Może dlatego, że niedane mu było jeszcze nigdy ich degustować, a może, bo lubi oglądać filmy przyrodnicze o rafie koralowej." - Idąc tym tokiem myślenia, ja lubię oglądać wyścigi samochodowe, a że nigdy nie miałem okazji degustować samochodu, więc teraz mam ochotę na ragoût ze skrzyni biegów i purée ze spalonej opony a to wszystko okraszone wiórkami błotnika.

"Dotąd jadał zawsze rodzime, swojskie posiłki, zapijając je tylko i wyłącznie przezroczystymi płynami." - A nie prościej było napisać, że lubił pierogi i wódę?! Nosz kurwa, jak mnie ta słowna bezsensowna galopad męczyła podczas lektury, to moje...

"Członkowie komisji spojrzeli na niego, czuł jakby oczyma go sztyletowali." - Tylko mnie się wydaje, że z tym zdaniem jest coś nie w porządku?

"Po pracy delektuje się produktami rodzimych wytwórców: mieszaninami wody i soku z domieszką spirytusu, utrwalanymi naturalnym pierwiastkiem, siarką." - No i po raz kolejny włączył się szalony grafoman-dowcipniś. A nie można było po ludzku napisać, że walił wino pod sklepem...

"Bernard ma stać z daleka. Wyprostowany i na wprost drzwi." - Można powiedzieć, że to zdanie jest brawurowo napisane! Swoją drogą jeszcze nigdy nie stałem "z daleka", ale widocznie w policji umie się więcej :)

Ok, kończę to, bo nie ma sensu się nad człowiekiem pastwić. Nie wyszło mu. A to, że w posłowiu napisał, że teraz jest pisarzem? Cóż, każdy może się pomylić. Mam jednak nadzieję, że poprzestanie na tych dwóch tworach (wydał jeszcze "Spowiedź psa", którą niestety też kupiłem i zaraz będę czytał). Gdyby nie to, że pojawiło się tutaj kilka ciekawych opowieści z życia policjanta (na służbie), to książka by poległa sromotnie, jednak dzięki temu wspięła się dwa oczka wyżej. 

Moja ocena: 3/10

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...