Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kroniki Żelaznego Druida. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kroniki Żelaznego Druida. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 kwietnia 2015

[120] Książka: "Nóż w lodzie" - Kevin Hearne (2015 r.; 7 część z Cyklu o Żelaznym Druidzie)

No i skończyło się ciekawe pisanie naszego miszcza od ganiania po parku z pieskami. A szkoda, bo liczyłem, że wraz z szóstą częścią znów nabrał wiatru w żagle i ruszy do przodu z głowa pełną nowych pomysłów. Wszak właśnie po to dodał druidowi dwoje, a licząc psa nawet troje nowych towarzyszy. Skończyło się jednak na pobożnych życzeniach. Tym tomem Druidyczny cykl osiągnął dno. Szkoda. Zapraszam na moją opinię. 

Zacznę może od tego, że stylistycznie nic się nie zmieniło. Autor dalej posługuje się piórem lekko co przekłada się na szybkość i umiarkowaną przyjemność przedzierania się przez kolejne strony powieści. Jest też równie wiele co w poprzednich częściach nawiązań do kultury popularnej a także kalsyki szczególnie z dziedziny literatury (głównie Szekspir i Whitman). Zmieniło się jednak sporo jeśli chodzi o narrację. W tej części jest ona prowadzona już trzytorowo. Swoje perypetie opowiada nam Atticus, Granuaile i nowy towarzysz, czyli stary archdruid  Siodhachana, który na potrzeby współczesnych przybrał imię Owen Kennedy. 

No i tu się zaczyna pierwszy problem. Autor doszedł do wniosku, że będzie fajnie jeśli każde z bohaterów będzie sobie biegało po świecie samopas za swoimi sprawami... Jakoś nie kupuje tego pomysłu, bo i nie do końca podobał mi się ich "rozkład zajęć" z ostatniego tygodnia. Granuaile chce z pomocą Lakshy (hinduskiej wiedźmy, którą poznaliśmy w pierwszych częściach cyklu) ratować swojego ojca, którego ciałem i umysłem zawładnął jakiś potężny demon (nie pytajcie jaki i jak się nazywa, to są zbyt trudne rzeczy jak dla mnie). Atticus najpierw wprowadza w realia życia w XXI wieku swojego archdruida (co przysparza autorowi wielu sytuacji do rozśmieszania czytelników), a później goni gdzieś na drugi koniec świata za lisem z pięcioma ogonami na spotkanie z shintoistycznym bogiem pozostawiając niedzisiejszego człowieka pod opieką wilkołaków. Owen natomiast, kiedy już odmłodniał przy pomocy magicznej druidzkiej herbatki o jakieś 35 lat (ponosząc oczywiście wszystkie tego konsekwencje, w których kluczowymi elementami był dół i łopata) i nauczył się jako tako władać współczesnym językiem angielskim, zaczął się zaprzyjaźniać z wilkołakami głównie poprzez łóżko (to akurat z ich częścią piękną), walkę (z całą resztą) i filmy o Sherlocku Holmesie (Cumberbatch rządzi! xD). Dopiero na kilku ostatnich stronach cała ekipa łączy siły w starciu z jednym Tuatha Dé Danan, ale z którym, po co i jak to się wszystko skończy, to już musicie sobie przeczytać sami ;) 

Teraz napiszę o tym co mi się nie podobało. A niestety było tego sporo. Po pierwsze chyba najgorszym posunięciem było zrobienie z Granuaile pełnoprawnego bohatera tej opowieści. Jej ckliwe wypowiedzi i te "słodziuchne" rozmowy z psem bardziej przyprawiają o mdłości niż widok dobrze odżywionej nastolatki w bikini... Tutaj krótka próbka jej (a tak naprawdę jego, bo przecież ustami bohaterki przemawia do nas autor) możliwości:

"Obok mnie leży zwinięta w kłębek Orlaith, więc trącam ją czule, żeby się obudziła.
Dzień dobry, słodka psino.
<Granuaile! Witaj! Radość! Musieć przeciągnąć>.
Też się z tobą przeciągnę.
Przeciągamy się rozkosznie i nie po raz pierwszy myślę sobie, że ten pies to prawdziwe błogosławieństwo. Orlaith już pomaga mi przetrwać te ciężkie chwile, przypominając po prostu, że życie toczy się dalej i trzeba się nim cieszyć."

"Wypijam kilka garści, a potem podchodzi Orlaith i wychłeptuje swoją część, robiąc przy tym wiele hałasu, który zwykle mógłby być denerwujący, ale tym razem wydaje mi się taki kochany."

Wkurzyło mnie również to, że przejaskrawiona i posunięta do granic absurdu poprawność polityczna wkroczyła także na karty tej powieści, a dokładnie do jednego ze stad wilkołaków, w którym męska Alfa ma... męża:/

"Po naszym późnym lunchu zabrałem go pod adres, który podał mi Hal, i poznaliśmy tam Sama Obrista, alfę Watahy z Flagstaffu. Choć wiedziałem oczywiście, że to miasto ma całkiem sporą watahę, nigdy jakoś nie miałem okazji go poznać. Wysoki blondyn o kwadratowej szczęce na nosie miał okulary, które były bez wątpienia tylko objawem hipsterskiego sentymentu. Jego dom położony był tuż pod lasem – w sumie logiczne – i mieszkał w nim ze swoim betą, Tyem Pollardem, który był zarazem jego mężem."

Sytuację tak naprawdę ratują tylko dowcipne wymiany znań Atticusa z Oberonem: 

"No tak. Wyciągnąłem. Jest w Flagstaffie z kilkoma wilkołakami. Nic mu nie będzie… chyba.
<Nie słyszę pewności w twoim głosie>.
– Nie zna jeszcze najlepiej języka i jest w gorącej wodzie kąpany – mruknąłem, podłączając komórkę i odrywając kolejną żółtą karteczkę, żeby zapisać czas naszego wyjścia.
<Czyli byłby idealną gwiazdą filmów akcji, tak?>."

"Oberonie, siądź po mojej lewej, proszę, i żeby cię przypadkiem nie podkusiło zadzierać z tym lisem. To nie jest zwykły kitsune. To tenko, lis tysiącletni.
<Nie bój lisa. Nic mu nie zrobię. Latające lisy są jeszcze bardziej niefair od latających wiewiórek>."

"<Ale nie powiesz nigdy Orlaith, że poprosiłem o kąpiel, co? To takie niepsie>.
– Niepsie? Nie jestem pewien, czy w ogóle istnieje taki przymiotnik, Oberonie.
<Teraz już tak. I musisz mi też przy okazji obiecać, że nigdy słowem nie wspomnisz przy niej o moim uzależnieniu od pudlic>.
– O twoim uzależnieniu od pudlic?
Oberon spuścił głowę i ogon.
<Taka jest prawda, Atticusie. Jestem pudlicarzem>.
– Nawet nie ma czegoś takiego!
<Jest, jest. A pierwszy krok do zerwania z tym nałogiem to przyznać, że się ma z tym problem. A ja mam. Z pudlicami>.
– Oberonie, skąd ty wytrzasnąłeś tę bzdurę? Nie masz żadnego problemu.
<O, widzisz? Proszę bardzo! Jeszcze mnie usprawiedliwiasz, Atticusie! Obaj musimy z tym zerwać. Powinniśmy chodzić na odpowiednie spotkania>.
– Własnym uszom nie wierzę. Powiedz mi, skąd ty to wytrzasnąłeś."
Lub wypowiedzi samego psa. Tutaj moja ulubiona xD:
"<Fuuuu! Teraz śmierdzę jak dupa w płynie!>."
W pewnym miejscu pojawił się nawet delikatny pojazd a duchownych kościoła rzymsko-katolickiego, w którym oczywiście brał udział obok Jezusa, ups... Jesusa (w tym konkretnym przypadku przybrał postać wyluzowanego meksykanina) i Atticusa również pies:

"Oberonie, na miłość boską, dobrze, że cię nikt nie słyszy. Nie uchodzi pytać żadnego faceta, czy ma w spodniach grube salami, rozumiesz? A już w szczególności nie tego.
<Dlaczego? Facet ma coś przeciwko salami?>.
Jezus roześmiał się rozbawiony i nalał nam hojnie tequili.
– Podoba mi się twój pies, Siodhachanie. – Przechylił głowę, żeby zwrócić się bezpośrednio do niego. – Cześć, Oberonie. Ja też cię słyszę i powiem ci szczerze, że nie mam nic przeciwko salami samemu w sobie. Lepiej jednak, żeby każdy wiedział, kiedy powinien trzymać swoje salami w porciętach, a kiedy je wyciągać, i powiem ci, że nawet moi księża mają czasem z tym problemy."
Kilka opisów wyglądu bohaterów lub ich atrybutów takich jak części ciała, bądź elementy fizjonomii również powodowały u mnie szczery śmiech:

"Perun tylko rozerwał koszulę i zacisnął prawą dłoń na toporze. Miał na sobie czarne pantalony rodem z jakiegoś teledysku z lat osiemdziesiątych, wciśnięte w wysokie do kostek, błękitne zamszowe botki, które na pewno ukradł z jakiegoś komiksu z tej samej epoki."

"Brwi mojego archdruida – szalone, białe, włochate gąsienice, które spokojnie mogłyby mu służyć jako miotełki do odkurzania bibelotów – zjechały się na czole."

Również wymiany zdań z niedzisiejszym druidem były niekiedy przezabawne, a niekiedy niosły ze sobą pewne - można by nawet rzec ludowe - mądrości:

"– Uczą się rzeczy z książek zamiast od druidów?
– Tak.
– To muszą być dość durni, nie?
– No, część z nich może rzeczywiście – przyznałem. – W większości ci, którzy nie czytają. W każdym razie książki mają tę zaletę, że zawierają wiedzę dostępną dla wszystkich. Ludzie, którzy czegoś nie wiedzą, mogą w każdej chwili się tego dowiedzieć, we własnym tempie. Poza tym książki nie mają zwyczaju walić ich po głowach dębowym kijem i mówić, że znowu coś spieprzyli."

"– Nikt już nie jest tak uczciwy w sprawach seksu jak kiedyś – zacząłem.
– Dlaczego nie?
– Przez monoteizm wszyscy się boją, czy aby się nie puszczają."

"– Dzwoń do biura.
Myślę w panice, czy aby nie powiedział tego do mnie, ale w samochodzie rozlega się jakiś dźwięk, coś stuka, a potem kobiecy głos mówi:
– Magnusson & Hauk, słucham.
Próbuję ukryć zdumienie i od niechcenia rozglądam się po pojeździe, żeby ustalić, gdzie się schowała ta kobieta. Tu naprawdę nie ma miejsca na nikogo poza nami dwoma."

"Fryzura doktora Jodurssona świadczy jednak o tym, że nie szuka on długotrwałego związku. Jest zbyt dopracowana i zaczynam podejrzewać, iż należy on do współczesnego plemienia mężczyzn, o którym wspominał mi już Siodhachan. Plemię to nazywa się ponoć Dupki."

"Żywiołak radzi mi pobiec w stronę jeziora Woods Canyon, gdzie Siodhachan splótł jakieś drzewo. Spędził zresztą kilkaset lat na splataniu świata z Tír na nÓg. Było to ponoć w czasach, gdy królowie zmuszali swoich ludzi do zapracowywania się na śmierć, a księży wykorzystywali do tego, by wmawiać tymże ludziom, że taki jest plan Boga i nie im go kwestionować."

"- Zatem sprawa załatwiana. A teraz chodzimy do miasteczko na dóle tej góry i najebijmy się w sześć gąb i jeden psi pysk.
Wszystkim nam opadły szczęki i spojrzeliśmy na niego zdezorientowani. 
- Co proszę? - wybąkałem.
- Nie tak się mówi? To jak się mówi, jak się ludź chce porządnie upić?
- A. Masz może na myśli "najebać w cztery dupy"?
Perun bezwolnie zamachał rękoma.
- I jak to ma niby być logicznym? Nas być sześć luda. I niby czemu w dupy? Dobra wódka nic nie ma do dupy!
- Hmm, nie mnie to oceniać...
- I dobrze. To chodźmy się najebać w sześć gąb."

I tym optymistycznym akcentem zakończmy nasze spotkanie z Druidami. Mam tylko nadzieję, że kolejna część będzie bardziej spójna i przede wszystkim duuużo ciekawsza, bo w tej nie znalazłem zupełnie nic oprócz humoru, co by mnie zainteresowało i utrzymywało w jakim takim skupieniu. 

Moja ocena 4/10 + 1punkt za śmichychichyzkońskiejkichy = 5/10

wtorek, 22 kwietnia 2014

[67] Książka: "Kronika wykrakanej śmierci" - Kevin Hearne (2014)

Oglądaliście kiedyś jakiś film drogi? Na przykład "Vanishing Point" albo "Sugarland Express"? Kevin Hearne chyba oglądał i chyba lubi tego typu filmy, a nawet jeśli nie jest to jego ulubione kino, to swoją najnowszą część przygód Żelaznego Druida Atticusa O'Sullivana osadził właśnie w takim klimacie. Nie da się ukryć, że było to całkiem zmyślne rozwiązanie. Po pierwsze, tempo akcji jest cały czas na wysokim albo bardzo wysokim poziomie. Po drugie, cały czas coś się działo. Z radością muszę przyznać, że miło mi znów zobaczyć go w dobrej formie.

Tak, Hearne znów zaczął pisać zajmująco i dynamicznie. Po nieudanej części czwartej i całkiem przeciętnej trzeciej wrócił do poziomu za jaki go naprawdę polubiłem. Jego historia miejscami bawi (częściej) innym razem wzrusza (chyba tylko dwa razy, ale za to dość mocno), ale cały czas jest interesująca. Autor wreszcie na dłuższy czas porzucił nudnego Kojota i zajął się ciekawszymi panteonami. Tym razem Atticus, jego pies i jego uczennica, która w tej części występuje już jako pełnoprawna początkująca druidka, są w ciągłym biegu. Gonią ich dwie olimpijskie boginie Diana i Artemida. Cała ta sprawa jest następstwem tego co w 5 części Atticus zrobił z Bachusem i pewnie jakimiś innymi jego przewinami, których jak wiadomo ma całkiem sporo na swoim koncie. Pojawiają sie także wampiry, szalony Loki ze swoją córką, jednooki Odyn, Perun i Flidais. Do tego jeszcze Mantykora, Hermers i Merkury, a całości dopełnia Herne myśliwy, duch z windsorskiego lasu.

Co do fabuły to nie będę jej zdradzał żeby nie psuć zabawy. Chcę jednak napisać kilka słów o zmianach w narracji. Po raz pierwszy dotychczas Granuaile występuje jako samodzielna bohaterka. Mam tutaj na myśli, że druid nie opowiada nam o niej i to, że pojawia się w dialogach a to, iż w niektórych rozdziałach to ona jest narratorką. To z jej punktu widzenia poznajemy kolejne elementy fabuły i toczące się wydarzenia. Na początku było to dla mnie dziwne, ale później zrozumiałem zamysł autora. Było mu to potrzebne do pewnego zabiegu jakiego dokonał dla urozmaicenia historii, którą snuje w tej części. jednak nie tylko. Tym zabiegiem chce zrobić z druidki pełnowartościowego bohatera tej opowieści i kolejnych jej tomów. Nastąpiło to dopiero teraz, bo jak mogę się tylko domyślać, autor pewnie nie podejrzewał, że jego cykl będzie się cieszył taką popularnością. A "ciągnięcie" go jedynie na jednej postaci mogłoby się w niedługim czasie zrobić odrobinę kłopotliwe .Moim zdaniem to zabieg całkiem sensowny i potrzebny. I jeśli autor znów nie zboczy na tereny mniej ciekawe fabularnie, to jak najbardziej będę trzymał kciuki za powstawanie następnych części. 

Na zakończenie dodam tylko, że jako bonus Hearne umieścił na końcu książki opowiadanie "Dwa kruki i (jedna) wrona", którego akcja dzieje się pomiędzy 4 i 5 częścią, a dokładniej sześć lat po "Zbrodni i kojocie". Opowiadanie jest ciekawe, dookreśla losy bohaterów, pokazując co się między nimi działo podczas szkolenia Granuaile na driudkę, a także z drugiej strony, zagęszcza akcję wprowadzając, być może, kolejnego bohatera spod znaku sękatego kija i tatuaży na jednej stronie ciała. Jednak, póki co, ta postać jeszcze się nie pojawiła, ani w części 5 ani też 6, więc może autor zaniechał tego wątku. Jednak wydaje mi się, że gdyby tak było, to nie pokazywałby nam tej krótkiej formy.

Podsumowując, powtórzę to co zawarłem we wstępie, bardzo się cieszę, że autor wrócił do formy a mój ulubiony druid znów jest cool. 

Ocena gatunkowa 7.5/10
Ocena 6/10 (chyba, bo to przecież tylko łatwa lekka i przyjemna literatura, choć nie całkiem bezsensu, stąd te absurdalnie wysokie "6" ;) )

wtorek, 3 września 2013

[19] Książka: "Kijem i mieczem" - Kevin Hearrne (2013)

Wczoraj udało mi się przeczytać aż trzy książki i dziś miałem problem recenzją której się z Wami podzielić. No, może nie przeczytać, ale w większości przypadków dokończyć, bo mam w zwyczaju zawsze czytać kilka na raz. Jednak postanowiłem pisać po kolei, czyli dziś ta którą doczytałem jako pierwszą. Jest to kolejne spotkanie z Żelaznym Druidem - Atticusem O'Sullivanem, jego psem Oberonem i uczennicą Granuaile...no i kilkoma panteonami bogów, jak to zwykle u Hearne'a bywa.

Muszę przyznać, że po ostatnich dwóch częściach już spisałem go na straty, jednak w tej odsłonie znów mnie miło zaskoczył. Może nie tak jak przy pierwszej części, bo zbyt wiele się między nami zadrażnień uzbierało, żebym mu znów tak wszystko pięknie wybaczał jak kiedyś, ale z ręką na sercu mogę stwierdzić, że znów jest w formie. 

Najważniejsze dla mnie jest to, że porzucił ten mało ciekawy wątek z Kojotem i ponownie przeniósł się do bardziej interesujących mitologii, takich jak skandynawska, celtycka, czy chociażby grecka i rzymska. Ważną sprawą fabularną jest także to, iż w historii minęło aż 12 lat od ostatnich wydarzeń, i kiedy spotykamy naszych bohaterów Granuaile jest gotowa aby połączyć się z ziemią...wiem, to brzmi dziwnie, więc już wyjaśniam o co chodzi...aby stać się pełnoprawnym druidem. Zabieg ten jest dość długi i bolesny (wytatuowanie połowy ciała przy użyciu naturalnych sposobów i składników) i wymaga ogromnej koncentracji. Jednak jak możecie podejrzewać ktoś będzie próbował do niego nie dopuścić, co przedłuży trochę ten, i tak czasochłonny, proces. Dodatkowo wszystkie złe uczynki naszego druida i zobowiązania z jakich musi się wywiązać spowodują, że akcja ewidentnie będzie wymagała zakończenia w kolejnym tomie.

Jednak, jak już pisałem, nie jest źle. Można nawet powiedzieć, że jest nieźle :D Stworzenie z Granuaile nowego druida powoduje wiele humorystycznych sytuacji. Dodatkowo wprowadzenie jej na stałe do opowieści także urozmaica akcję (dwa punkty widzenia, utarczki słowne i różne złośliwości między kobietą a mężczyzną którym na sobie zależy), no i wreszcie nie mamy już tylko dialogów druida z psem, a dwóch druidów z psem, a to zdecydowanie wyższy level absurdu. Jest też sporo seksu (jeśli to kogoś interesuje), no może bardziej aluzji do niego, a także wiele pięknych nagich ciał (nie tylko żeńskich, więc i Panie znajdą coś dla siebie :P, choć męskie są trochę kudłate :D przynajmniej niektóre). 

Styl autora póki co się nie zmienia. To chyba dobrze, bo wciąż potrafi mnie rozśmieszyć, wplata dużo nawiązań do kultury popularnej, szczególnie w rozmowach z psem, a to że jest mało wyszukany i dość prosty, to też trzeba chyba można potraktować jako atut, bo przynajmniej łatwo i szybko się czyta. No i czytelnicy dostają to do czego już zdążyli się przyzwyczaić. 

Podsumowując, piąty tom sagi o Żelaznym Druidzie, choć przez jedną, bliską mi osobę uznany za dość nudny, mnie znów dał nadzieję, że Hearne jeszcze się od dna odbije, i jego książki znów będą mi sprawiać przyjemność. Choć trzeba przyznać, że jeśli będzie pisał w takim tempie, to jego saga urośnie do niewyobrażalnych rozmiarów. Na plus trzeba zaliczyć to, że książki nie są przesadnie grube i bardzo łatwo się je czyta (to nie G. R. R. Martin :D). Moja ocena to 6/10. Polecam!

sobota, 8 czerwca 2013

[3-6] Książka: Kroniki Żelaznego Druida - Kevin Hearne

Dziś chciałbym Wam zaproponować nawet ciekawą serię książek o przygodach ostatniego żyjącego na ziemi druida. Do tej pory pojawiły się cztery tomy jego przygód ale na lipiec zapowiedziana jest premiera piątej, tak więc recenzja jak najbardziej na czasie;) 
Enjoy!

 

"Na psa urok" (2011)

Lekka, łatwa i przyjemna lektura na słoneczne jak i deszczowe dni.

Styl autora jest bardzo przyjemny dla czytelnika, choć czasami zdarzają się drobne potknięcia, chociaż nie wiadomo ile w tym "zasługi" pisarza a ile tłumacza.

Fabuła, jak dla mnie, troszkę za szybko się rozwinęła i rozpoczęty wątek dobiegł do końca już w pierwszym tomie. Myślałem, że autor będzie go starannie rozwijał przez wszystkie tomy, jednak jak widać w każdym z nich chce opowiedzieć inną, choć powiązaną ze sobą historię. Nie umniejsza to jednak w żadnym stopniu frajdy z czytania.

Najbardziej podobał mi się pomysł z psem jako najlepszym przyjacielem. Niby model stary jak świat...ale od czego mamy literaturę fantasy. Nasz bohater może się kontaktować ze swym towarzyszem mentalnie, czyli w pełni go rozumieć i wypowiadać rozkazy, które on także rozumie w każdym calu i to bez używania słów. Dodatkowo skonfrontowanie psiej "psychiki" z ludzką powoduje miejscami wiele zabawnych sytuacji.
Druid i jego ukochany Wilczarz Irlandzki - Oberon

Kolejnym atutem książki jest jej intertekstualność. Mamy tutaj cytaty z przeróżnych tworów kultury  zaczynając od Szekspira a na "Kill Billu" kończąc. Haerne nie sili się na bycie Eco, jego książka trafi raczej do innego grona odbiorców a i jemu samemu pewnie też brakuje erudycji (a komu jej nie brakuje w zestawieniu z Eco:-]). Nie jest to bynajmniej jego słabość, ponieważ książka skierowana jest głównie do młodzieży, która bez trudu będzie mogła zlokalizować i umiejscowić cytaty w niej zawarte i prawdopodobnie nie zależy jej zbytnio na wyszukanych grach i zabawach literackich a dobrej fabule i akcji.

Polecam wszystkim, którzy choć trochę interesują się i lubią fantasy (w tym przypadku urban fantasy) napisane lekko i zabawnie, choć nie pozbawione prób delikatnego moralizowania (druid kocha ziemię:) )

"Na psa urok" - 7/10

"Raz wiedźmie śmierć" (2011)

Jak tak dalej pójdzie to ostatnia część będzie już naprawdę przeciętna.

Autor kontynuując opowieść o przygodach Żelaznego Druida trochę się zagalopował. Pierwszą część przeczytałem z niekłamaną przyjemnością. Była napisana z polotem i nie sprawiała trudności w odbiorze.

W tej części jednak, po mimo tego, że ogólna konwencja i pomysł się nie zmieniły to jednak dobór postaci (nie chciałbym obejrzeć wiernej adaptacji tej książki i to szczególnie po posiłku) i sposób eksterminacji "tych złych" był z lekka przesadzony. Hearne przytłoczył mnie także w swojej książce natłokiem akcji. Ja oczywiście lubię jak się coś dzieje, lubię żywe dialogi i ciekawie opisane sceny walki, ale tutaj nie ma nic poza tym. Tak jak pisałem, w pierwszej części to jeszcze tak nie przeszkadzało, ale co za dużo to nie zdrowo. I do tego ta ostatnia scena unicestwiania "heks" i demonów. Całość była przedstawiona tak chaotycznie i z takim nagromadzeniem szczegółów i detali, że niekiedy łapałem się na tym, że oprócz tego, że wszędzie sikała krew nie za bardzo wiedziałem o co chodzi. Także niektóre wątki były dodane na przyczepkę i zupełnie zbędne, jak choćby z Kojotem. Być może jakieś jego echa pojawią się w kolejnej części.

Kevin Hearne

Mam nadzieję, że w kolejnej (ostatniej?) części autor wracając do tematyki walki z bogami - tym razem ma chyba na celowniku Thora jak się nie mylę - uraczy nas podobna rozrywką jak w części pierwszej. W przypadku Ocean's 11, 12 i 13 też druga część była najgorsza a w trzeciej powrót do "korzeni" sprawił, że znów było świetnie (może to mało adekwatny przykład, ale taj jakoś mi się skojarzyło:-)).

Dalej uważam, że najlepsze są wymiany zdań między druidem a jego psem, chociaż akcja z "golasem" i staruszką też była niezła.

Znów nie udało się uniknąć także drobnych potknięć stylistycznych (szyk zdań kuleje). Są to oczywiście niuanse nie wpływające na ocenę ogólną ale mnie tam w szkole inaczej uczyli mówić.

Cóż, dalej polecałbym tę książkę raczej fanom fantasy... i kiepskiej rąbaniny niestety.

"Raz wiedźmie śmierć" - 6/10


"Między młotem a piorunem" (2011)


,,-No nie mogę. Ta paranoja to ci się, stary, normalnie pogłębia. Jak się ostatnio widzieliśmy, nie było aż tak źle.''

To już trzeci tom przygód Żelaznego Druida. Tym razem nasz bohater, który w poprzednim tomie złożył pewne obietnice, za które otrzymał kilka małych przysług, musi się wreszcie odwdzięczyć swoim "przysługo-dawcom". W tym celu zapuszcza się po złote jabłko do ogrodu Idunn w Asgardzie - siedzibie nordyckich bogów, dla pewnej Indyjskiej wiedźmy. Przy okazji daje się namówić na pomoc w zabiciu Thora, co skutkuje niezłym zamieszaniem. Na koniec musi tylko uciec z miasta w którym mieszka, bo narobił sobie  nie lada kłopotów. Ale jak do tego doszło i jak to się wszystko potoczyło, musicie przekonać się sami!

Kolejny tom przygód Atticusa, jest jednak słabszy od poprzedniego. Autor ewidentnie przejawia tendencję spadkową, co powoduje, że książki (a tak naprawdę książka, bo tylko pierwszy tom był naprawdę fajny), które były ciekawe i wielką przyjemnością było pochłanianie każdej kolenej strony stają się coraz mniej interesujące:/  Niby styl autora się nie zmienił, jednak fabuła jest coraz słabsza. Autor wciąż stosuje te same zabiegi, jest zabawny, nawiązuje do popkultury, gada ze swoim psem, ale to za mało aby nazwać tę książkę dobrą. Ona jest, niestety, tylko niezła. 

"Między młotem a piorunem" - 6/10

"Zbrodnia i Kojot" (2012)


To jak na razie ostatnia część przygód Żelaznego Druida, choć jak wspomniałem we wstępie, mam informację, że kolejny tom pojawi się już w lipcu tego roku i będzie miał tytuł "Kijem i mieczem". Jednak wracając do meritum, w tym tomie Atticus O'Sullivan znów nie ma lekko w sumie, czy on kiedykolwiek przez te kilkadziesiąt wieków życia miał chwile spokoju?;> no dobra, miał, ale o tym dowiedzie się właśnie z 4 tomu). Poprzez zawarcie umowy na pewne przysługi z Kojotem, który jak wiemy jest bogiem oszustów, będzie miał dużo więcej na głowie niż mu się pierwotnie wydawało. Między innymi utworzyć w pewnym, konkretnym, miejscu złoże złota, pozbyć się dwóch duchów z Pierwszego Świata (świat wierzeń plemienia Nawahów - cała ta historia będzie się w dużej mierze opierała na właśnie tym obszarze kulturowym)i, ale to już dla własnego spokoju, sfingować śmierć swoją i swojej uczennicy, aby wszyscy bogowie, który mają z nim jakieś zatargi dali sobie wreszcie spokój z zemstą. 

Atticus i Granuaile

Niestety jednak, tak jak pisałem powyżej, Hearne spada po równi pochyłej na łeb na szyję. Każda jego książka jest odrobinę (a czasami nawet więcej niż odrobinę) gorsza od poprzedniej. I w taki oto sposób dochodzimy do momentu kiedy przygody ostatniego druida są już naprawdę nudne :/ Nic w tej książce nie sprawiło mi radości. Czasami jedynie kilka razy uśmiechnąłem się pod nosek kiedy toczył słowne utarczki ze swoim psem bądź uczennicą, ale to już tylko jakby cień dawnego Hearna.

Być może dzieje się tak dlatego, że autor, któremu udało się uzyskać pewną stałą pozycje w swoim wydawnictwie, i zdobyć sławę i rozgłos dla swojego cyklu, zwyczajnie przestał się starać. Albo pisze książki za szybko, nie przywiązując już takiej uwagi do szczegółów jak czynił to przy części pierwszej?:| Nie wiem, zostają mi jedynie domysły. A one wskazują na to, że jak tak dalej pójdzie, to 5-tej części nie da się już czytać w ogóle :/

"Zbrodnia i Kojot" - 5/10


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...