Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/10. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 listopada 2013

[35-39] Książka: Cykl o Enderze ("Pierwsze spotkanie w świecie Endera" 2002, "Gra Endera" 1985, "Ender na wygnaniu" 2008, "Cień Endera" 1999, Cień Hegemona" 2001, "Mówca Umarłych" 1986) - Scott Orson Card

Ostatnio stała się rzecz przedziwna. Zacząłem czytać Carda i o dziwo mi się podoba. Nigdy się tego nie spodziewałem. Ta moja niewiara w jego umiejętności wynikła z gdzieś przeczytanej sugestii jaką poczynił Sapkowski, że ten autor po prostu nie jest dobry. Pewnie myślałbym tak do końca życia, nawet nie próbując się o tym przekonać na własnej "skórze", gdyby nie trailer "Gry Endera", która jakiś czas temu zawitał na ekrany naszych kin. Pomyślałem sobie: 'Hmm...to może być ciekawe. Trzeba sprawdzić o czym będzie film." I w taki oto sposób, w ciągu tygodnia, który został do premiery miałem już przeczytane dwie części przygód Endera, "Grę..." i "Mówcę umarłych". I muszę powiedzieć, że Sapkowski się mylił!

Uzbierało się tak dużo tych książek, że pozwolę sobie na zamieszczenie recenzji przekrojowej i bardzo ogólnej; oddającej raczej moje odczucia co do całego uniwersum jakie na potrzeby tej powieści stworzył Card i poszczególnych postaci w nim się pojawiających niż poszczególnych książkowych pozycji. To tylko tak gwoli wyjaśnienia. 


Zacznę może od tego, że świat Endera rozrósł się już do dość potężnych rozmiarów i jest podzielony między dwie sagi: Sagę Endera i Sagę Cieni. W tej pierwszej autor, z tego co zdążyłem do tej pory przeczytać, przedstawia losy samego Endera, gdzie jest on postacią pierwszoplanową bądź wyraźnie obecną. Druga, czyli Saga Cieni, opowiada losy przyjaciół i wrogów Endera ze Szkoły Bojowej, a także jego rodziny. Dodatkowo Card w pierwszej sadze umieścił jeszcze, dość niedawno napisaną i nawet jeszcze nie w pełni skończoną, trylogię przedstawiającą losy pierwszych dwóch inwazji robali na ziemię (dotychczas ukazały się dwa tomy, trzeci jest w przygotowaniu, choć po polsku wydano dotychczas jedynie "W przededniu" 2012, napisane wraz z Aaronem Johnstonem).

A tak prezentują się wszystkie książki i opowiadania z obu sag w kolejności chronologicznej wydarzeń:
"W przededniu" ("Earth Unaware", 2012) – akcja powieści toczy się sto lat przed wydarzeniami przedstawionymi w "Grze Endera" i opisuje pierwszy kontakt ludzkości z obcą rasą;
"Earth Afire" (2013) – kontynuacja poprzedniej książki;
"Earth Awakens" (w przygotowaniu) – kontynuacja poprzednich dwóch książek;
"Chłopiec z polski" ("Polish Boy", 2002) - opowiadanie o losach ojca Endera, opowiadanie zawarte w tomie "Pierwsze spotkanie w świecie Endera";
"Zmora nauczyciela" ("Teacher's Pest", 2003) - opowiadanie zawierające historię gdzie i w jakich okolicznościach poznają się rodzice Endera, opowiadanie zawarte w tomie "Pierwsze spotkanie w świecie Endera";
"Gra Endera" (Ender's Game, 1977) - opowiadanie rozpoczynające i będące przyczynkiem do powstania całego uniwersum Endera, pierwotnie opublikowane w czasopiśmie "Analog", obecnie zawarte w tomie opowiadań "Pierwsze spotkanie w świecie Endera";
"Gra Endera" ("Ender's Game", 1985) - z Sagi Endera;
"A War of Gifts: An Ender Story" (2007) - krótka opowieść dziejąca się w trakcie "Gry Endera";
"Ender na wygnaniu" ("Ender in Exile", 2008) - z Sagi Endera;
"Doradca inwestycyjny" ("Investment Counselor", 1999) - opowiadanie, w którym Ender poznaje Jane, superinteligentny byt wirtualny, który spotkamy później m.in. w "Mówcy Umarłych", opowiadanie zawarte w tomie "Pierwsze spotkanie w świecie Endera";
"Cień Endera" ("Ender's Shadow", 1999) - z Sagi Cieni;
"Cień Hegemona" ("Shadow of the Hegemon", 2001) - z Sagi Cieni; 
"Teatr cieni" ("Shadow Puppets", 2002) - z Sagi Cieni;
"Cień olbrzyma" ("Shadow of the Giant", 2005) - z Sagi Cieni;
"Shadows in Fligh" (2012) - nadal nie przetłumaczona powieść Carda; 
"Mówca Umarłych" ("Speaker for the Dead", 1986) - z Sagi Endera;
"Ksenocyd" ("Xenocide", 1991) - z Sagi Endera;
"Shadows Alive" (w przygotowaniu) - tom będzie łączył fabularnie Sagę Endera z Sagą Cienia.
I jako dodatek - "Pierwsze spotkanie w świecie Endera" ("First Meetings in the Enderverse", 2003) - zbiór opowiadań łączących wiele wątków świata Endera*

* Informacje zawarte w tym akapicie pochodzą głównie z Wikipedii i oficjalnej strony Scotta Orsona Carda.

Gra Endera była oczywiście pierwszą książką jaka wpadła w moje ręce. Już po kilkunastu pierwszych stronach byłem "kupiony". Świat jaki stworzył Card mnie oszołomił! Co tu dużo mówić, nigdy wcześniej nie spotkałem się z taką wizją przyszłości, bądź też alternatywną wersją naszej rzeczywistości (może dlatego, że jednak twardej S-F nie czytam znów tak wiele). Świat zagrożony inwazją obcych istot z kosmosu jest oklepany i wyeksploatowany, można by rzec, do cna, ale wizja tego, że tylko genialne dzieci wyselekcjonowane przez specjalne testy i trenowane w Szkole Bojowej, Szkole Taktycznej i Szkole Dowodzenia, poczynając już od 6 roku życia, jest nadzwyczaj oryginalna. 
Obok bardzo ciekawie zarysowanej akcji i interesujących bohaterów, szokująca była też dla mnie psychika dziecka jaką zaprezentował nam Card. Ja oczywiście rozumiem, że jest to jedynie fikcyjna, wyssana z palca opowieść, ale jak już zaczynam coś czytać i porwie mnie wir wydarzeń, to ciężko mi wciąż sobie powtarzać, że to przecież nie jest prawda. Podświadomie chcę uwierzyć autorowi, że to co pisze ma jakieś odniesienie do rzeczywistości. A to co pisze Card jest naprawdę nieprawdopodobne - jakby to paradoksalnie nie brzmiało. 
Małe dzieci tak inteligentne aby wziąć na barki odpowiedzialność za losy całego świata w wieku lat 6ciu (jak na przykład Andrew 'Ender' Wiggin). Czy też wyrachowane i zupełnie pozbawione skrupułów, aby myśleć o przejęciu kontroli nad światem, i w wieku lat 10ciu otwarcie i z pełną premedytacją mówiące o śmierci swojego rodzeństwa (jak na przykład brat Endera, Peter). Czy też empatyczne i nad wyraz współczujące i opiekuńcze (jak na przykład Valentine, ośmioletnia siostra Endera, która w pełni podporządkowuje się woli starszego brata żeby tylko obronić młodszego). Takich postaci wcześniej w literaturze nie spotkałem (może za wyjątkiem ciekawej i podobnie dziwnej jaką był Oskar, główny bohater "Blaszanego bębenka" Guntera Grassa). 
A świat stworzony przez Carda jest ich pełen i to pełen zdecydowanie różnych charakterologicznie dzieci, zupełnie do siebie nie podobnych, choć wszystkich na swój sposób genialnych. Analitycznych  i kalkulujących co najbardziej opłaca im się zrobić (Groszek vel Julian Delphiki), aroganckich i zarozumiałych (Bonzo Madrid), odrzuconych na margines z racji swojej płci choć nie mniej inteligentnych od reszty (Petra Arkanian) oraz wiele innych takich jak na przykład Achilles, Virlomi, Suriyawong, Han Tzu, Nikolai ect., których intencje i motywy zachowania lepiej poznajemy dopiero w kolejnych częściach sagi Cieni.
Ale nie tylko dziecięcy bohaterowie są interesujący. Card kreuje także cały szereg barwnych i "prawdziwych" postaci dorosłych, choć ci stanowią raczej tło dla opisu postępowania dzieci, to ich losy także będą istone dla przebiegu fabuły. 8/10

W Enderze na wygnaniu Card opowiada nam historię tak jakby sprzed 15go rozdziału "Gry Endera", który to po wydaniu tej powieści uległ zmianie i został dostosowany do wymagań tej książki (autor postanowił, że to jedyny sposób na dopasowanie do siebie obu tych książek, choć pierwsze wydania zawierają jeszcze starą wersję wydarzeń). 
Owocuje to kolejną częścią przygód Endera, jego rodziny i przyjaciół rozgrywającą się tuż po zakończeniu wojny z robalami. Ender ma już lat 13 i wydawałoby się, że powinien wrócić na ziemię aby w glorii i chwale cieszyć się swoim zwycięstwem i powrotem do domu. Jednak wiele czynników sprawia, że do domu wrócić nie może. Zostaje wyznaczony do piastowania stanowiska gubernatora w pierwszej ludzkiej kolonii na planecie należącej wcześniej do robali. I pomimo tego, iż w podróż wraz z nim postanawia wyruszyć jego ukochana siostra, to Ender nie zazna spokoju ani zbytniego szczęścia. Będzie musiał uporać się z kilkoma sprawami, m.in. ostudzić ambicje kapitana statku co do przejęcia jego funkcji na planecie, do której zmierzają, uniknąć małżeństwa z piękną włoską dziewczyną, a także rozwiązać zagadkę związaną z dzieckiem swojego przyjaciela ze Szkoły Bojowej - Groszka. Więc roboty jest sporo, ale czy Enderowi uda się z tym wszystkim uporać? Musicie przekonać się sami. Sam koniec tej części, choć sygnalizowany już w "Grze Endera", także jest ciekawy i obiecujący. 7/10

Cień Endera jest natomiast powieścią, której akcja toczy się jakby równolegle do wydarzeń z "Gry Endera" tylko, że jej głównym bohaterem jest Groszek. Poznajemy go jako bardzo małego chłopca wegetującego na zdziczałych ulicach Holandii, gdzie przetrwać mogą jedynie najsilniejsze dzieci. Groszek, mimo stanu prawie agonalnego, postanawia postawić wszystko na jedną kartę i w bardzo brawurowy sposób przyłącza się do jednej z ulicznych "rodzin", której przywódcą czyni Achillesa, chromego "łobuza", który w przyszłości stanie się jego najzacieklejszym wrogiem. Groszek mimo wszystkich swoich zasług dla "rodziny" wciąż żyje na jej marginesie, jednak jego ponadprzeciętna inteligencja nie uchodzi uwadze siostrze Carlotty, werbowniczce do dziecięcego projektu Międzynarodowej Floty. To ona zauważa Achillesa i Groszka i postanawia wyciągnąć ich z ulicy umieszczając w programie. Wtedy nie jest jeszcze świadoma jakie to będzie miało konsekwencje dla losów obu chłopców, ale przede wszystkim świata.
I tak, z nędznych ulic Rotterdamu, akcja przenosi się do Szkoły Bojowej, gdzie Groszek stara się zaadaptować. Jest mały, ekstraordynaryjnie inteligentny i nie potrafi nikomu zaufać. Te cechy sprawiają, że nie ma, tam tak naprawdę, nikogo bliskiego. Ta sytuacja zmienia się kiedy postanawia obdarzyć zaufaniem Nikolaia, chłopca, który mimo, że mniej lotny niż on, wydaje mu się jego bratnią duszą. 
Jego historia toczy się obok historii Endera, a chłopcy spotykają się dopiero pod koniec ich przygody w tym miejscu, ale tym razem poznajemy je z punktu widzenia Groszka, co zdecydowanie rozszerza naszą recepcję tych wydarzeń. W tej części jeszcze dobitniej widać całą perfidię i determinację dorosłych w stosunku do dzieci i do konieczności szybkiego wyboru tego jedynego, który będzie potrafił pokierować inwazją na robale. 7/10

Ostatnią z części Sagi Cieni jakie udało mi się przeczytać  jest Cień Hegemona. Tylko dla wyjaśnienia podam znaczenie słowa hegemon w uniwersum Endera - jest to mianowicie osoba sprawująca kontrolę nad wszystkimi zjednoczonymi narodami ziemi. Funkcja ta powstała w momencie sojuszu wszystkich narodów świata w konsekwencji inwazji robali. I tak oto w tej części o status Hegemona ubiega się Peter, starszy brat Endera, który jak już wiemy z "Gry Endera" zdobył wielką estymę w sieci publikując polityczne eseje pod pseudonimem Loke. Jednak żeby piastować tę funkcję Peter musi się ujawnić, a do tej pory tylko kilka osób wie, że Loke to zaledwie 16letni chłopak. 
W między czasie, Achilles porywa wszystkie dzieci z jeeshu (drużyny, która ostatecznie dokonała unicestwienia robali), oprócz Groszka vel Juliana Delphiki, który nauczony doświadczeniami z Rotterdamu, nie dał się zaskoczyć i wraz z rodziną zdążył się ukryć. Petra Arkanian, jedna z porwanych, ma świadomość, że Groszek jest jedyną osobą, która może ich z tego wyciągnąć. A Groszek będzie musiał się nieźle nagimnastykować aby odnaleźć przyjaciół i pokrzyżować plany Achillesa. Będzie też musiał zawrzeć sojusz z osobą, o której do tej pory nie myślał w kategoriach przyjaciół. O kim mowa i w jakim stopniu mu się powiedzie będziecie musieli sprawdzić sami. 6/10

Natomiast ostatnią pozycją z Sagi Endera z jaką się zapoznałem był Mówca Umarłych. Tytułowym mówcą jest oczywiście Ender, który po odnalezieniu na Szekspirze (taka planeta:P) jaja z cudem ocalałą królową robali zrozumiał jej historię. Pisze książkę pod tytułem "Królowa kopca", w której przedstawia motywy postępowania robali wobec ludzi. Podpisuje się jako Mówca Umarłych. Później opowiada historię swojego brata Petera (wszystko to ma miejsce w "Enderze na wygnaniu") i z nic nie znaczącego pseudonimu, który miał zachować w tajemnicy jego prawdziwe nazwisko, tworzy się międzygalaktyczny zawód. Teraz każdy może zostać Mówcą Umarłych i opowiadać na pogrzebach prawdziwą historię zmarłego, jeśli tylko zostanie o to poproszony przez kogoś z rodziny. Jednak akcja "Mówcy Umarłych" dzieje się blisko 3000 lat po wydarzeniach z "Gry Endera", a jej historia rozgrywa się w większości na planecie Lusitania, gdzie ludzie odkryli nową obcą rasę - prosiaczki - i starają się ją jak najlepiej poznać bez jakiejkolwiek ingerencji w ich naturalny rozwój. Dzieje się tak w konsekwencji tego co Ender napisał w "Królowej kopca". Po tym jak strach związany z robalami minął, Ender został okrzyknięty największym mordercą w dziejach świata, a jego nazwisko stało się wulgarnym przezwiskiem. A ludzie nie chcą być po raz kolejny niszczycielami obcego gatunku. Nie chcą być tacy jak Ender Ksenobójca. Jednak Ender wciąż żyje, choć ma już lat 35. Jest to możliwe dzięki bardzo częstym podróżom kosmicznym z prędkością światła, i bardzo krótkim pozostawaniem Endera i Valentine w jednym miejscu. 
Po tajemniczych i tragicznych wydarzeniach na Lusitanii jedna z tamtejszych mieszkanek "zamawia" wizytę Mówcy Umarłych. Jej zaproszenie przyjmuje właśnie Ender i choć wyrusza prawie natychmiast, to minie kilkanaście lat zanim dotrze do miejsca przeznaczenia, a w tym czasie na Lusitanii także wiele się wydarzy i kiedy się pojawi nikt już nie będzie chciał aby przemówił. 
"Mówca Umarłych", to druga w kolejności powieść o Enderze jaką napisał Card, choć jeśli zwrócimy uwagę na chronologię wydarzeń, to jest ona naprawdę odległa czasowo. Nie zmienia to faktu, że podobnie jak "Gra Endera" jest odrobinę lepsza niż te z Sagi Ceni. Widać, że autor miał tutaj więcej do powiedzenia, bo na jej potrzeby wymyślił bardzo złożoną intrygę i stworzył całkiem nową rasę wraz z jej wierzeniami, obyczajami, wyglądem, zachowaniami. 
Saga Cieni, choć interesująca, rozwija jedynie losy pobocznych bohaterów, co sprawia, że jest raczej odtwórcza. Obcujemy w niej prawie cały czas z tym samym okresem, tymi samymi wydarzeniami i w większości przypadków, tymi samymi bohaterami. Tutaj natomiast jedynymi znanymi postaciami jest Ender i jego siostra Valentine. Cała reszta jest, można by powiedzieć, brand new. Także rozmach z jakim Card kreuje ten nowy świat jest godny pochwały (tak swoją drogą, to pochwałami były nagroda Hugo i Nebula, te same dwie, które rok wcześniej otrzymał za "Grę Endera"). Ja w swoim rankingu plasuje "Mówcę Umarłych" o oczko wyżej niż dotychczas przeczytane pozycje Sagi Cieni, czyli 8/10.

Na zakończenie chciałbym tylko wspomnieć o książce Pierwsze spotkanie w świecie Endera, który jest zbiorem opowiadań pozwalającym nam się zapoznać z bohaterami, o których opowieść snuje Card już od prawie 30 lat. Mamy w tym tomie 4 opowiadania z różnych okresów czasowych, choć wszystkie są raczej wprowadzeniem do samej "Gry Endera", jedynie akcja "Doradcy inwestycyjnego" dziej się po zniszczeniu robali przez młodego Wiggina. Bardzo ciekawa pozycja, z którą każdy fan tego uniwersum powinien się zapoznać. 7.5/10

Ok, kończę już ten przydługi wywód. Mam nadzieję, że chociaż kilka osób dotrwało ze mną do końca. Tym zazdroszczę wytrwałości, a wszyscy ci, który się poddali, tych słów czytać już raczej nie będą :) Jednak na samo zakończenie chciałbym po prostu szczerze zachęcić do zapoznania się z przygodami Endera, bo myślę, że naprawdę warto!

czwartek, 14 listopada 2013

[53] Film: "Thor: Mroczny świat / Thor: The Dark World" (2013)

Ok, wszyscy piszą o nowym Thorze, napiszę więc i ja. Zacznę może od tego, że film ogólnie mi się podobał, ale chyba zupełnie inaczej niż wszystkim... Ale zacznę od czegoś innego, choć moim zdaniem bardzo ważnego.


Najnowsze przygody boga piorunów w naszych polskich kinach były dostępne w wersji 3D i 2D z napisami i dubbingiem. Jednak najgorsze jest to, że dubbing był w obu "wymiarach" a napisy tylko w 3D. A to prowadzi nas do prostej konkluzji -> w Heliosie 3D jest tak żałosne, że po "Iron Manie 3" już nigdy więcej nie obejrzę tam filmu w trzech wymiarach (a Helios jest jedynym kinem w moim mieście, w którym emitowany był nowy Thor), więc musiałem wybrać dubbing, czyli jedyną formę tłumaczenia dostępną w 2D. I ten wybór dość mocno wpłynął na mój odbiór całości. Bo powiedzmy sobie szczerze - dubbing "głupi jest, brzydki jest!" i tak naprawdę podobał mi się tylko w Harrym Potterze i trzech pierwszych częściach Gwiezdnych Wojen. Żaden inny film nie zyskał na dubbingu. Co innego bajki, ale to już inna...bajka. "Thor" także został skrzywdzony przez dubbing. I to dość poważnie, bo moim zdaniem ten rodzaj tłumaczenia odbiera co najmniej dwa oczka od oceny końcowej. Ale do oceny przejdę później. Najpierw wrażenia z seansu.

piątek, 13 września 2013

[43] Film: "So close / Zabójcze trio" - Corey Yuen (2002)

Wczoraj miałem przyjemność, bo chyba tak można powiedzieć, obejrzeć bardzo dziwny film. Jego dziwność polegała na moich bardzo mieszanych uczuciach po jego zakończeniu. Z jednej strony chciałem mu dać 4, ale z drugiej wahałem się czy nie ocenić go nawet na 8. Skąd ta rozbieżność? Zapraszam na recenzję. 

Starsza siostra w akcji

Czym się charakteryzuje dziwność tego filmu? Na filmwebie funkcjonuje jako film akcji. Jednak jest w nim ukrytych tak wiele gatunków, że ciężko się przygotować na to co zostanie nam zaserwowane. Mamy tutaj i bardzo ckliwy melodramat, i  elementy komediowe, mamy namiastkę kryminału i wreszcie całkiem niezłe mordobicie w iście azjatyckim stylu. Co rozumiem przez azjatycki styl? Weźcie "Przyczajonego tygrysa..." i przenieście go do czasów nam współczesnych. Kung-Fu w najczystszej postacie. Z całym tym lataniem i ekwilibrystycznymi ewolucjami. Plus broń palna i olśniewające japońskie katany. A jak dopowiem, że w rolach głównych wystąpiły trzy piękne Azjatki to myślę, że większość panów czytających ten post już zaczyna przeszukiwać internet ;)

Młodsza siostrzyczka na razie przyczajona...


A kim są te aktorki? Jedna z nich znana jest głównie tylko z filmów pochodzących z Chin i szeroko pojętej Azji - to Karen Mok, którą możecie kojarzyć z "80 dni dookoła świata" lub też "Shaolin soccer". Kolejna, może odrobinę bardziej znana i niemniej urocza, to Wei Zhao, która zagrała główną rolę w "Mulanie" z 2009 roku a także występowała w "Trzech królestwach", "14 ostrzach" i "Shaolin soccer". Jak widać, także raczej kino azjatyckie. Ostatnią i najbardziej rozpoznawalną jest Qi Shu, która tuż po sukcesie "Zabójczego tria" zagrała w "Transporterze" i dodatkowo można ją było jeszcze obejrzeć w "Zakochanym Nowym Jorku". Miała też okazję towarzyszyć Jackiemu Chanowi we "Wspaniałym", ale reszta jej dorobku, to także Azja i to taka raczej mniej znana w naszym kraju. 

..później już nie

Co do fabuły tego gatunkowego kolażu, to jest ona dość prosta. Mamy do czynienia z dwiema siostrami, z których starsza jest płatną zabójczynią a młodsza bardzo chce dorównać swojej siostrze, a w między czasie przyjmuje zlecenia i za pomocą super programu, stworzonego przez ich ojca, pozwalającego za pomocą satelity kontrolować wszystkie kamery na świecie, pomaga jej z biura w wykonywaniu zadań. Wspomniałem o programie, bo jest on tutaj dość istotny. To z jego powodu zabici zostali rodzice naszych bohaterek. Przestępcy bardzo chcieli wejść w jego  posiadanie  przed policją, której to senior chciał go sprezentować. No cóż, tak to bywa. Jednak dziewczynki przeżyły, dorosły, zdobyły ciekawe umiejętności i postanowiły zemścić się na zabójcach. Po wyeliminowaniu kolejnego z listy złoczyńcy w życiu Lynn - starszej siostry (Qi Shu) pojawia się jej wielka miłość z przeszłości. I teraz wchodzimy w wątek melodramatu. W między czasie w policji pojawia się nowa pani kryminolog - Hong Yat Hong (Karen Mok) - wraz ze swoim ciamajdowatym asystentem Yenem (Seung-heon Song). Jak możemy się spodziewać, Hong jako jedyna potrafi wytropić siostry i w pewnym momencie kiedy Sue (Wei Zhao) postanawia wziąć zabójcze sprawy w swoje ręce, cała czwórka się wreszcie spotyka. Więcej zdradzić nie mogę, bo popsuję zabawę z oglądania tym, który zdecydują się na seans. 

Piękny chiński Alvaro

Teraz przejdę do wad tego obrazu. Dziwnie się czułem kiedy tuż po całkiem mocnym, choć odrobinę nierealistycznym, mordobiciu twórcy przeszli do bardzo landrynkowego wątku miłosnego, a później z miejsca do komedii i znów do filmu akcji. To troszkę wybijało mnie z rytmu oglądania i psuło klimat. Drugi mankament to kilka luk w scenariuszu i troszkę pokręcona fabuła. Dużo niedomkniętych wątków i niedomówień. I to by chyba było na tyle. No może poza jeszcze jednym rozwiązaniem fabularnym, którego nie zdradzę, a który mnie zdenerwował. 

Troszkę ekwilibrystyki w windzie

Zaletami filmu są na pewno wyginające się na ekranie piękne Azjatki :D a także naprawdę fajne sceny walki, szczególnie ta na parkingu podziemnym i ostatnia sekwencja w wieżowcu, kiedy to dochodzi do walki na miecze. Kilka komicznych sytuacji także dobrze zrobiło temu filmowi. To na pewno. 

I nie tylko w windzie

Podsumowując, film był i dobry i odrobinę infantylnie naiwny. Stąd moje mieszane uczucia co do oceny. Jednak myślę, że najsprawiedliwiej będzie jeśli wystawię po prostu ocenę 6/10, bo w ogólnym rozrachunku był to jednak kawałek dobrego rozrywkowego kina. 

Co by tu dziś obejrzeć...?

środa, 11 września 2013

[VS#2] [24]"Operacja Argo" Matta Baglio i Antonio Mendeza (2012) czy [42]"Operacja Argo" Bena Afflecka (2012)

Już dawno nie pisałem posta z tego cyklu, ale i nie było za bardzo materiału pasującego właśnie do niego. Teraz jednak, po lekturze "Operacji Argo" uważam, że najlepiej będzie zrecenzować książkę w bezpośrednim zestawieniu z filmem na niej bazującym. 


Hmm...więc od czego by tu zaczęć? Może od książki, bo to głównie ona jest powodem pojawienia się tego tekstu. Książka jest ciekawa. To na pewno. Jednak jest to książka raczej wspomnieniowo-biograficzna, więc jest tam dużo faktów z życia głównego bohatera, których w filmie nie ujrzycie. Zaczynając od dzieciństwa, przez wszystkie etapy kariery zawodowej aż do momentu rzeczonej akcji, która pojawia się mniej więcej w połowie książki, albo i później. Mnie to nie przeszkadzało, bo Mendez zdradza wiele ciekawych informacji związanych z funkcjonowaniem Agencji (mam tu na myśli oczywiście CIA), a przynajmniej z komórką, w której on pracował. Jest też sporo przypisów, co podkreśla nam, że książka nie jest fabułą (to dobrze, przynajmniej daje nam to jakiś rodzaj pewności, że sprawy w niej ujawnione nie są wyssane z palca). Dużo procedur, obostrzeń i innych schematów działania CIA w czasie zimnej wojny i innych kryzysowych zajść na świecie. To wszystko jest na plus.


Na minus jest natomiast opowiedzenie już dokładnie tej historii, która była przyczynkiem do powstania filmu. Oczywiście nie mówię tutaj o o wiele dokładniejszym jej przedstawieniu, bo znajdziemy tutaj zdecydowanie więcej faktów niż w filmie. Czyli np. dokładne przedstawienie losów ukrywających się amerykańskich dyplomatów od momentu szczęśliwej ucieczki (już nie pamiętam jak to się stało, że oni uciekli; chyba po prostu w czasie ataku na ambasadę nie było ich wewnątrz i później jak zobaczyli co się dzieje, to postanowili nie wracać) do chwili kiedy znaleźli się w domu ambasadora kanadyjskiego. Dodatkowo bardzo skrupulatnie jest także przedstawione działanie agentów CIA w kraju tuż przed przystąpieniem do akcji ratunkowej. Można się dowiedzieć bardzo wielu ciekawych rzeczy na temat tego jak to wszystko funkcjonuje i ile trzeba przedsięwziąć kroków aby takie akcje miały szansę się powieść. Dodatkowo przedstawiona jest inna akcja ratunkowa, niejakiego Raptora (kryptonim pułkownika armii Irańskiej, który postanowił uciec z kraju), która była przeprowadzana przez Mendeza kilka miesięcy wcześniej z tego samego terenu. To wszystko można jeszcze zaliczyć na plus. Ale przejdę wreszcie do tego co mnie najbardziej rozczarowało. Sama akcja w zupełności nie trzyma w napięciu. Od samego początku do końca wszystko idzie jakoś tak bez większych problemów, a nawet jeśli się pojawiają, to autor przedstawia je w taki sposób, że ani przez chwilę nie obawiamy się o życie czy też bezpieczeństwo jego samego jak i ludzi, których przyjechał uwolnić. To było moje największe rozczarowanie. I wiem, że może brzmię tutaj trochę jak hipokryta, bo przecież przystąpiłem do lektury znając już historię z filmu, ale jednak inny sposób napisania książki i tak powinien wzbudzić we mnie jakieś obawy co do powodzenia akcji. Nie znalazłem tego jednak.


Film natomiast, mimo, że kilka rzeczy pozmieniał (tak naprawdę do Iranu pojechało dwóch agentów a nie jeden, Mendez miał troje dzieci a nie jedno i to zdecydowanie starszych itp.), to okazał się o wiele lepszą rozrywką i zdecydowanie bardziej trzymał w napięciu niż książka. Teraz już wiem, że były to zabiegi czysto hollywoodzkie, aby usatysfakcjonować widza, bo wiele z rzeczy przedstawionych w filmie nie miało tak naprawdę miejsca, ale nie mam twórcom za złe, że je umieścili. Dzięki temu film naprawdę emocjonuje podczas seansu, wzbudza w nas lęk o życie i bezpieczeństwo przetrzymywanych amerykanów.


Dodatkowym atutem filmu jest rewelacyjny Ben Afflec, który obok reżyserowania wciela się także w głównego bohatera i muszę przyznać, że od dawna nie widziałem go w tak dobrej kreacji. Świetnie przedstawia życie w stresie i często z dala od rodziny, na jakie skazani są agenci wywiadu. Jest może troszkę za ładny jak na agenta, ale maskuje to brodą iście z lat 70. Swoje robią także świetni odtwórcy ról drugoplanowych. Szczególnie Alan Arkin wcielający się w postać szefa wytwórni firmowej, która jest producentem filmu pod tytułem "Argo" i John Goodman - światowej klasy charakteryzator współpracujący z agentem od wielu lat.


Biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw, z przykrością muszę stwierdzić, że to kolejny pojedynek, w którym dokładnie z taką samą różnica punktów wygrywa film nad książką.

Wyniki:
Książka: 6/10
Film: 8.5/10


Ale, ale...przez to wszystko zapomniałem napisać o co z grubsza w tym wszystkim chodzi, bo przecież nie każdy musi znać fabułę filmu, czy też książki. Mamy do czynienia z zamieszkami wywołanymi w Iranie przez bojówki studentów po tym jak szach Rawa Pahlawi uciekł z kraju do Stanów Zjednoczonych a do władzy doszedł Ajatollah Ruhollah Musawi Chomejni. Dzieje się to wszystko za prezydentury Jamesa "Jimmiego" Earla Cartera (który jednakowoż po tym incydencie, którego nie będzie potrafił rozwiązać, nie zostanie wybrany na drugą kadencję), czyli w pod koniec 1979 roku (zakładnicy zostali wzięci do niewoli 4 listopada '79 a uwolnieni dopiero 20 stycznia '81, ale to nie na ich historii skupia się film, choć ona także jest w nim przedstawiona) kiedy to studenci zaatakowali amerykańską ambasadę w Teheranie i wzięli do niewoli 53 zakładników. Jednak 6 dyplomatom udało się uciec i po wielu "perypetiach" znaleźli schronienie w domu kanadyjskiego ambasadora. A w kraju CIA, kiedy tylko dowiedziało się o tej szóstce, przedsięwzięło plan uwolnienia ich. W grę wchodziły trzy warianty, tzw. legendy. Są to nauczyciele angielskiego szukający pracy; druga miała przedstawiać ich jako speców od rolnictwa przeprowadzających jakieś kontrole; no i trzecia najbardziej niedorzeczna, która jednak wygrała, że są to filmowcy, którzy przyjechali do Iranu szukać plenerów do filmu science fiction pod tytułem "Argo". Reszty już nie zdradzę, zresztą wszystko to możecie z łatwością znaleźć w necie, gdyż jest to opowieść zupełnie prawdziwa.



A tutaj dodatkowo taka ciekawostka. Tekst pochodzi z wp.pl:

"Władze Iranu zapowiedziały, że chcą wytoczyć proces twórcom oscarowej "Operacji Argo". Według urzędników, film przedstawia nierealny obraz ich kraju.

Miejscowy dziennik "Shargh" podaje, że francuska adwokat, Isabelle Courant-Peyre, będzie reprezentowała Iran podczas procesu. Prawniczka pracowała już dla pochodzącego z Wenezueli terrorysty Illicha Ramireza Sancheza, znanego jako Carlos Szakal.
Teheran zarzuca, że "Argo" to czysta anty-irańska propaganda i promocja CIA. W filmie przypomniano o ataku na ambasadę USA w Iranie, w wyniku którego 52 Amerykanów było przetrzymywanych przez 444 dni.

Mimo, że film nie był wyświetlany w irańskich kinach, wiele osób widziało go na DVD. "Operacja Argo" wywołała burzliwą dyskusję między pokoleniem rewolucjonistów z 1979 roku a młodzieżą.

Urzędnicy stwierdzili, że amerykańska produkcja promuje przemoc i zagraniczne wzorce kulturowe. Podkreślili, że Nagroda Akademii dla tego filmu jest owocem politycznej nagonki na ludność Iranu i całą ludzkość. Reżyserowi produkcji, Benowi Affleckowi, zarzucono nierzetelną relację przedstawianych wydarzeń.

Warto dodać, że to nie pierwszy przypadek, gdy władze z Teheranu oskarżają twórców z Hollywood. W 2009 roku ogłosili, że filmy "300" i "Zapaśnik" naruszają dobre imię Irańczyków.

wtorek, 10 września 2013

[23] Książka: "Strych Tesli. Stowarzyszenie Accelerati" - Neal Shusterman, Eric Elfman (2013)

Dużo ostatnio czytam. Dużo. Ale nie bójcie się, to się wkrótce zmieni. Niestety. Jednak póki co mam dla Was kolejną recke książki jaką udało mi się pochłonąć. 

Kiedyś było takie powiedzenie: "Wszyscy chcą być tacy jak Mike", ale ta moda już minęła. Teraz wszyscy chcą być tacy jak J.K. Rowling. A przynajmniej ci, którzy piszą literaturę dla młodzieży. Tacy chcą też być Neal Shusterman i Eric Elfman. A przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie czytając pierwszą część cyklu Stowarzyszenie Accelerati pod tytułem "Strych Tesli". I choć do ideału sporo im brakuje, to jednak ich książka jest ciekawa, w miarę wciągająca, a miejscami nawet zabawna.

W tej książce mamy do czynienia z młodym chłopakiem, czternastoletnim Nickiem Slate'em, który po pożarze domu, w którym nieszczęśliwe zginęła jego matka, przyjeżdża wraz z młodszym bratem Dannym i ojcem z Tampy na Florydy do miasteczka Colorado Springs. Ma zamieszkać w starym wiktoriańskim domu po stryjecznej babce. Dom wydaje się okropnie obskurny i zniszczony, natomiast sam Nick ma dreszcze na myśl o pójściu, w połowie roku szkolnego, do nowej szkoły. W momencie kiedy ze strychu spada na niego staroświecki toster, Nick postanawia pozbyć się wszystkich tych gratów na garażowej wyprzedaży. Jakiś przykry zbieg okoliczności powoduje, że akurat w tym samym momencie rozpoczyna się wielka ulewa i Nick wraz z rodziną musi pospiesznie ukryć się wraz z częścią tego szajsu w garażu. Tam aby rozświetlić trochę mroki włącza starą estradową lampę, która oświetla swym blaskiem cały ten szajs. I wtedy się zaczyna. Ludzie walą "drzwiami i oknami" aby tylko coś z tego złomu kupić płacąc za te graty bajońskie sumy. I w taki oto sposób okazuje się, że te śmieci mają...hmm...magiczną moc? Bo na przykład magnetofon nagrywa myśli zamiast słów, aparat robi zdjęcia przyszłości, a stary toster zabijaka też sporo potrafi. I jeśli dodamy do tego fakt, że na te fanty zaczaja się tajemnicza organizacja Accelerati, czyli popleczników Thomasa Edisona w odwiecznym konflikcie z Nicola Teslą , to dopiero zaczyna się robić ciekawie.

Tak mniej więcej rysuje się fabuła. A sama książka też nie jest najgorsza. Napisana dość zręcznie powoduje, że nie męczymy się podczas lektury. Postaci także są nieźle wykreowane. Dobrze się uzupełniają a ich temperament i charaktery tworzą szereg komicznych sytuacji. Jak dodamy do tego jeszcze odwieczną walkę o faceta i nieudolne staranie się o dziewczynę, to mamy produkt, który zachwyci każdego nastolatka. 

Ja, niestety, ten szalony okres  dorastania mam już za sobą, ale przy lekturze bawiłem się całkiem nieźle. Nick Slate na pewno nie będzie drugim Harrym Potterem, i to nawet mimo blizny na czole od tostera, ale jego historia wydaje mi się na tyle ciekawa, że na pewno sięgnę po kolejny tom jego przygód. 

Podsumowując, książkę oceniam na 6/10 i polecam ją wszystkim, który lubią takie klimaty, inni mogą się rozczarować.

P.S. A tutaj najlepsze teksty i cytaty :D Enjoy!

"- W porządku. A jeśli nawet projekt nie wypali, zawsze możesz zrobić mi łaskę... - chciał powiedzieć: "...i porozmawiać ze mną", lecz w tym momencie coś trzasnęło i połączenie się urwało, pozostawiając Nicka zadręczającego się tym, czy Caitlin przypadkiem nie usłyszała w ostatnim słowie "l" zamiast "ł"."


 "W istocie Vince nie był przyzwoicie ubrany. Miał na sobie slipy - w żółtym kolorze taśmy, jaką policja ogradza miejsca przestępstw - z nadrukiem: OSTROŻNIE! ZAWARTOŚĆ MOŻE EKSPLODOWAĆ!" 
Caitlin natychmiast zakryła oczy dłonią. 
- Vince! - rzekła z wyrzutem.
- Przepraszam - rzucił i szybko wciągnął podarte dżinsy - Teraz lepiej?
- Tylko częściowo - odparła. - Dopóki nie wyrobisz sobie jakichś mięśni klatki piersiowej, nalegam, abyś nosił koszulkę. Rozumiemy się?
Vince westchnął i włożył koszulkę.
- Nikt już nie potrafi docenić uroku niedożywienia."


wtorek, 3 września 2013

[19] Książka: "Kijem i mieczem" - Kevin Hearrne (2013)

Wczoraj udało mi się przeczytać aż trzy książki i dziś miałem problem recenzją której się z Wami podzielić. No, może nie przeczytać, ale w większości przypadków dokończyć, bo mam w zwyczaju zawsze czytać kilka na raz. Jednak postanowiłem pisać po kolei, czyli dziś ta którą doczytałem jako pierwszą. Jest to kolejne spotkanie z Żelaznym Druidem - Atticusem O'Sullivanem, jego psem Oberonem i uczennicą Granuaile...no i kilkoma panteonami bogów, jak to zwykle u Hearne'a bywa.

Muszę przyznać, że po ostatnich dwóch częściach już spisałem go na straty, jednak w tej odsłonie znów mnie miło zaskoczył. Może nie tak jak przy pierwszej części, bo zbyt wiele się między nami zadrażnień uzbierało, żebym mu znów tak wszystko pięknie wybaczał jak kiedyś, ale z ręką na sercu mogę stwierdzić, że znów jest w formie. 

Najważniejsze dla mnie jest to, że porzucił ten mało ciekawy wątek z Kojotem i ponownie przeniósł się do bardziej interesujących mitologii, takich jak skandynawska, celtycka, czy chociażby grecka i rzymska. Ważną sprawą fabularną jest także to, iż w historii minęło aż 12 lat od ostatnich wydarzeń, i kiedy spotykamy naszych bohaterów Granuaile jest gotowa aby połączyć się z ziemią...wiem, to brzmi dziwnie, więc już wyjaśniam o co chodzi...aby stać się pełnoprawnym druidem. Zabieg ten jest dość długi i bolesny (wytatuowanie połowy ciała przy użyciu naturalnych sposobów i składników) i wymaga ogromnej koncentracji. Jednak jak możecie podejrzewać ktoś będzie próbował do niego nie dopuścić, co przedłuży trochę ten, i tak czasochłonny, proces. Dodatkowo wszystkie złe uczynki naszego druida i zobowiązania z jakich musi się wywiązać spowodują, że akcja ewidentnie będzie wymagała zakończenia w kolejnym tomie.

Jednak, jak już pisałem, nie jest źle. Można nawet powiedzieć, że jest nieźle :D Stworzenie z Granuaile nowego druida powoduje wiele humorystycznych sytuacji. Dodatkowo wprowadzenie jej na stałe do opowieści także urozmaica akcję (dwa punkty widzenia, utarczki słowne i różne złośliwości między kobietą a mężczyzną którym na sobie zależy), no i wreszcie nie mamy już tylko dialogów druida z psem, a dwóch druidów z psem, a to zdecydowanie wyższy level absurdu. Jest też sporo seksu (jeśli to kogoś interesuje), no może bardziej aluzji do niego, a także wiele pięknych nagich ciał (nie tylko żeńskich, więc i Panie znajdą coś dla siebie :P, choć męskie są trochę kudłate :D przynajmniej niektóre). 

Styl autora póki co się nie zmienia. To chyba dobrze, bo wciąż potrafi mnie rozśmieszyć, wplata dużo nawiązań do kultury popularnej, szczególnie w rozmowach z psem, a to że jest mało wyszukany i dość prosty, to też trzeba chyba można potraktować jako atut, bo przynajmniej łatwo i szybko się czyta. No i czytelnicy dostają to do czego już zdążyli się przyzwyczaić. 

Podsumowując, piąty tom sagi o Żelaznym Druidzie, choć przez jedną, bliską mi osobę uznany za dość nudny, mnie znów dał nadzieję, że Hearne jeszcze się od dna odbije, i jego książki znów będą mi sprawiać przyjemność. Choć trzeba przyznać, że jeśli będzie pisał w takim tempie, to jego saga urośnie do niewyobrażalnych rozmiarów. Na plus trzeba zaliczyć to, że książki nie są przesadnie grube i bardzo łatwo się je czyta (to nie G. R. R. Martin :D). Moja ocena to 6/10. Polecam!

czwartek, 18 lipca 2013

[13] Książka: Barça. Za kulisami najlepszej drużyny świata - Graham Hunter (2012)

Jeśli ktoś się zastanawiał jaka jest najnowsza książka opowiadająca o losach "najlepszej drużyny świata", to już nie musi. Powiem Wam - to panegiryk...tak w 95%. Barca jest genialna! Mniej więcej tyle z tej książki wynika.

Książka tylko i wyłącznie dla fanów Barcelony. Zwykły kibic - taki jak ja na przykład - nie znajdzie w niej zbyt wiele ciekawych informacji spoza klubu. To raczej oczywiste, bo jest to przecież książka opowiadająca o Barsie, ale fajnie by było przeczytać trochę więcej o samych zawodnikach i o klubie w ogóle, a tutaj autor skupia się na najnowszej historii klubu i na ostatnich wygranych. Tak naprawdę mamy dokładnie opowiedzianą historię, gdzieś mniej więcej od 2004 roku, aż do ostatnich sukcesów Guardioli. Jest też troszkę wcześniejszych wątków, między innymi wątek Guardioli jako zawodnika, czyli mniej więcej całe lata 90. i wątek Johana Cruyffa jako zawodnika, a później trenera. Ale to są ziarnka piasku w piaskownicy.

Nie wiadomo po co autor skupia się aż tak mocno na walce o władzę w klubie miedzy Joanem Laportą (były prezes) a Sandro Rosellem (obecny prezes). Ja wiem, że to jest ciekawe (czy na pewno?), i że każdy kibic che to wiedzieć (tak?) ale napisanie o tym kilkudziesięciu stron to chyba lekka przesada. 


Nie przeczę, było w książce kilka ciekawych wątków zawodników, jak choćby ten o Carlesie Puyou i Gerardzie Piqué, czy też wątek Villi, Pedro, Messiego, ale zabrakło mi tutaj wyjaśnienia tego słynnego zatargu między Barcą a Zlatanem Ibrahimoviciem, o którym było w mediach dość głośno. W książce zajęło to może kilka zdań :/

Podsumowując tę pozycję muszę przyznać, że nie spodziewałem się po tej książce niczego więcej  niż otrzymałem, więc rozczarowany czuć się nie mogłem. Wydana została ona w czasie wielkiego boomu na literaturę traktującą o piłce tuz przed EURO 2012 i wydaje się jakby autor nie za bardzo chciał przedstawić całą historię klubu, a jedynie jego ostatni, tak znakomity i obfitujący w sukcesy, okres. Stąd ocena 6/10, bo nie jest to książka zła, tylko nie pełna.
 


środa, 17 lipca 2013

[32-34] Filmowy Flesz #3: "Morderstwo w Orient Expresie" (1974), "V jak vendetta" (2005), "Looper - pętla czasu" (2012), "Hamilton - na własną rękę" (2012)

Przyszła pora na kolejnego filmowego flasha, czyli skrótowe podzielenie się z Wami moimi ostatnimi filmowymi seansami ;) Ostatni czas nie obfitował może w jakieś genialne mega-produkcje, ale na szczęście nie pojawiły się też przeokrótne gnioty, tak jak to bywało w przeszłości. 

Zapraszam!

"Morderstwo w Orient Expresie" (1974)

Ten dość wiekowy już film na podstawie prozy Agathy Christie chciałem zobaczyć już od jakiegoś czasu, jednak nigdy nie było okazji. A, że akurat wczoraj sobie o nim przypomniałem i akurat nic innego nie miałem w planach (poza "Facetami w czerni 3", ale po nich nie chciało mi się wstawać z łóżka :D), więc postanowiłem wreszcie zobaczyć "Morderstwo w Orient Expresie" w reżyserii Sydneya Lumeta z Albertem Finlneyem w roli detektywa Herculesa Poirot.
No i na całe moje szczęście, nie zawiodłem się na tym obrazie. Film opowiadał bardzo ciekawą historię (ale to oczywiście zasługa literackiego pierwowzoru) w bardzo dobry sposób - to już akurat zasługa reżysera i aktorów. I właśnie o aktorach chciałem napisać kilka słów więcej. Miło było zobaczyć na ekranie tyle starych i młodych gwiazd zebranych w jednej produkcji. Cieszyłem się jak dziecko na widok jednej z moich ulubionych aktorek - Lauren Bacall, choć już nie tak pięknej jak kiedyś, to wciąż w świetnej formie. Wciąż piękna i młoda pojawiła się także Jacqueline Bisset, którą pamiętałem z roli Cathy w "Bullitcie". Swój epizod miała także Ingrid Bergman, Sean Connery, Michael York, i wiele innych osób, które w bardzo sugestywny sposób oddały ducha tej historii. Jednak na największe uznanie zasługuje odtwórca głównej roli Albert Finney, jako Poirot. Ehh...jaki ten mały Belg jest okropny. Ten żałosny wąsik, te włoski na brylantynę. To zachowanie. Wszystko było po prostu wstrętne. Ale było tak przekonujące, że ręce same składają się do oklasków. 
Bardzo ciekawy klimat filmu z nutką grozy i tajemnicą w tle oglądało się rewelacyjnie. Film mimo ponad dwóch godzin długości nie męczył a całokształt sprawił, że już się rozglądam za kolejnymi zekranizowanymi powieściami Aghaty Christie ;)

Ocena 7.5/10

"V jak vendetta" (2005)

Ten film, podobnie jak opisywany powyżej, chciałem zobaczyć już dawno temu. Nawet kiedyś już raz go włączyłem, ale to chyba jeszcze nie był jego czas. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze. Wreszcie udało mi się obejrzeć tę bardzo ciekawą adaptacje komisu Alana Moore'a i Davida Lloyd'a. A historia ta poruszała bardzo ciekawy temat - mówiła o totalitaryzmie, zniewoleniu i walce o wolność. Ja osobiście bardzo lubię takie "rzeczy" i z chęcią o nich czytam, ale w wersji filmowej także z chęcią się zapoznam :D No i po raz kolejny się nie zawiodłem, choć niektórym z moich znajomych na filmwebie ów film nie przypadł do gustu. Cóż, ja jestem w pełni usatysfakcjonowany. Historia bazowała na epizodzie z życia XVI-wiecznego brytyjskiego bojownika o wolność - Guya Fawkesa, który w 1606 roku chciał, wraz z grupą swoich katolickich towarzyszy, wysadzić parlament. Ten tzw. spisek prochowy zakończył się fiaskiem a sam Fawkes dokonał żywota na stryczku. Idea jednak pozostała, bo idee są wieczne. I właśnie tę ideę próbuje w totalitarnym Londynie wcielić w życie niejaki V, przebrany za Fawkesa i noszący jego maskę, nieznany mężczyzna. Pojawia się 5 listopada i wysadza gmach sądu, ogłaszają wszem i wobec, że za rok od dziś z powodzeniem przeprowadzi plan, który nie powiódł się Faweksowi. W między czasie zaczyna jeszcze rozliczać się z kilkorgiem ludzi ze swojej przeszłości, którzy mają wiele "za uszami", a także poznaje piękną i młoda Natalie Portman, którą uwalnia od strachu. Wątków w tym film jest dość sporo i nie da się przedstawić wszystkich tak, aby nie zdradzać fabuły, więc na tym poprzestanę. 
Na zakończenie mogę tylko dodać, że film jest wciągający i zajmujący. W ciekawy sposób przedstawia interesującą opowieść. Ja siedziałem przed ekranem w napięciu i nie mogłem się doczekać rozwiązania całej tej historii. 

Ocena 7/10

"Looper - pętla czasu" (2012)

Film z jednej strony ciekawy, a z drugiej troszkę rozczarowujący. Dlaczego? Hmm... Bo opowiada dość oryginalną i ciekawą historię, o podróżach w czasie i płatnych zabójcach zwanych looperami. Looperzy wykonują wyroki śmierci na ludziach z przyszłości, bo tam bardzo trudno pozbyć się ciała. Tak więc ludzie, na których światek przestępczy wydał wyrok są odsyłani do przeszłości, gdzie czeka na nich looper ze strzelbą, strzela i pozbywa się ciała. Za to otrzymuje solidną porcję srebra. Jednak zdarza się też tak, że czasami na wcześniej przygotowanej foliowej macie pojawia się sam looper, tylko o kilkadziesiąt lat starszy. Oznacza to, że i jego czas nadszedł. Że rezygnuje się z jego usług, a jemu pozostaje 30 lat życia, bo po tym czasie po niego przyjdą i odeślą go do przeszłości, gdzie będzie musiał się zabić.  I to spotka naszego głównego bohatera.
Jednak wątek główny i ten, który napędza całą opowieść, będący katalizatorem wszystkich wydarzeń jest okropny, bo jest nim (uwaga delikatny spoiler, ale nie taki bardzo mocny, bo to w sumie wynika z fabuły i nie jest aż taką wielką tajemnicą jak się uważnie ogląda) okropny dzieciak. Nie lubię dzieci. Szczególnie brzydkich i z obłędem w oczach. Może gdyby to był milusi chłopczyk, to jeszcze bym to jakoś przeżył, ale taki herod-gnojek?! Nie. To jakby połączenie Damiena z "Omena" i 47-letniego "hełmiarza" (czyli Kacpra) z "Rodzinki.pl". I właśnie tu jest pies pogrzebany. Bo cała opowieść jest fajna. Zataczająca koło historia, która może się skończyć na kilka różnych sposobów i aż do ostatniej chwili nie wiemy jak twórcy nią pokierują. A oni wybierają z jednej strony najmocniejsze z możliwych rozwiązań, najmniej pożądane przez ludzi nie lubiących dzieci, ale też najciekawsze fabularnie. I niestety tak jak już wcześniej napisałem, wszystko byłoby dobrze gdyby nie to dziecko... Bo nawet gra była niezła. Chodzi mi oczywiście o Josepha Gordon-Levitta, którego na początku nie poznałem, a to jest niezły wyczyn, a nie o dziadka Brucea Willisa, który mógłby już w sumie dać sobie na spokój z graniem, gdyż już kupę lat nie widziałem jego dobrej roli. No cóż, jednak mimo wszystko film nie był najgorszy.

Ocena 6/10

"Hamilton - na własną rękę" (2012)

Kolejna odsłona "przygód" komandora Carla Hamiltona, w którego z powodzeniem wciela się Mikael Persbrandt, to taki szwedzki Bonda bez setek milionów dolarów budżetu. Filmy z tej serii (dotychczas nakręcone dwa, ten i "Hamilton - w interesie narodu", oba z roku 2012) to solidne kino szpiegowskie z dość dobrze nakreślonymi postaciami i ciekawym scenariuszem. Historia ta opowiada o akcji szwedzkich służb specjalnych, które mają za zadanie złapać i przesłuchać pewnego Saudyjczyka podejrzanego o współpracę z terrorystami. W wyniku nieudanej akcji Saudyjczyk ginie, a w odwecie terroryści porywają Hamiltonowi chrześnicę. Nasz bohater postanawia ją odbić z rąk porywaczy. 
Filmy te kręcone są na podstawie książek Jana Guillou'a, więc i scenariusz nie jest aż tak do końca nierzeczywisty jak by można było przypuszczać. Dodatkowo stonowany klimat skandynawskich produkcji, bez niepotrzebnego miejscami amerykańskiego blichtru i nademocjonalności, powoduje, że filmy te, choć nie rzucają na kolana, są całkiem przyzwoite i nie rozczarowują tak jakby cię można tego spodziewać.

Ocena 6/10

środa, 10 lipca 2013

[27-30] Filmowy Flesz #2: "Star Trek" (2009), "United" (2011), "Podziemny front" (2008), "Serenity" (2005)

Ostatnimi czasy na odprężenie po ciężkim wysiłku intelektualnym lubię sobie obejrzeć film. A poza tym cały czas szukam "dobrego filmu". W taki oto sposób mam duuuużo do opisania, więc formuła "flesha" jest najwygodniejsza do podzielenia się z Wami moimi przemyśleniami.

Zapraszam na "Filmowy flesh #2"

"Star Trek" (2009)

No i wreszcie znalazłem film, który po prostu mi się podobał. Bez żadnych "ale". Niczego bym nie zmieniał, nie mam żadnych zastrzeżeń, a w trakcie seansu nie pojawiły się żadne znaki zapytania, czy niedomówienia, które psułyby mi frajdę podczas oglądania. "Star Trek" był po prostu bardzo dobrym filmem sci-fi. Muszę się na wstępie przyznać, że NIGDY nie oglądałem serialu i nie zamierzam tego robić po seansie filmowej wersji, bo wydaje mi się, że klimaty tych duch mogą nie współgrać i mogę się czuć zawiedziony wersją "podstawową". Czekam już tylko na to kiedy będę mógł obejrzeć drugą część, bo niestety seans w kinie mnie ominął, czego bardzo żałuję.

Ocena 8/10

"United" (2011)

Ten film obejrzałem z "polecenia" Łukasza K, który w komentarzu pod postem "Top: 10 Filmów sportowych" wspomniał, że film zrobił na nim dobre wrażenie, a że ja lubię filmy o sporcie, nie mogłem tego nie zobaczyć. Film mi się podobał, i mimo iż opowiadał tragiczną historię drużyny Manchesteru United, której większość pierwszego składu zginęła w katastrofie lotniczej w Monachium w 1958 roku, to niósł ze sobą pozytywne emocje i przesłanie, że nigdy nie można się poddać i zawsze trzeba walczyć do końca, bo po tym odróżnia się słabych od silnych i buduję legendę. Do tego rodząca się legenda Bobby'ego Charltona jako oś wydarzeń. Najciekawsze było jednak to, że jeden z aktorów (Dougary Scott) był podobny do mojego profesora z filozofii :D

Ocena 7.5/10

"Podziemny front" (2008)

Zapowiedź tego filmu, podobnie jak "Chloe", zobaczyłem na Filmboxie i podobnie jak ten pierwszy wydał mi się interesujący. Nie zawiodłem się. A przynajmniej zdecydowanie mnie niż na "Chloe". Film opowiadał o walce ruchu oporu w Danii podczas okupacji niemieckiej, a dokładniej o parze dwóch "cyngli" wykonujących wyroki podziemia. Jeden z nich to Płomień, 23 letni rudzielec, który skrupulatnie i z premedytacją wykonuje większość rozkazów. W tej roli bardzo przekonujący Thure Lindhardt. Jego najbliższym przyjacielem i "współpracownikiem" jest Cytryna, małomówny mąż i ojciec. W niego bardzo dobrze wciela się Mads Mikkelsen. Film opowiada prawdziwą historię, więc jest dość przekonujący i nie ma dziur, jak to bywa przy zmyślonych opowieściach. Klimat jest bardzo gęsty i tajemniczy, choć całość ogląda się bardzo dobrze. Cały film zdecydowanie różni się od tego co o podobnych tematach opowiadają polscy czy też amerykańscy twórcy. Jest dość specyficzny, ale przez to chyba bardziej prawdziwy.

Ocena 7/10

"Serenity" (2005)

Jako ostatni i najgorszy z tego zestawienia był mój żelazny faworyt po seansie tych kilkunastu odcinków serialu "Firefly", bo jest to jego pełnometrażowe domknięcie, po kasacji serialu już w pierwszym sezonie. Sam film jednak mnie zawiódł. Klimat i bohaterowie byli dokładnie ci sami i za to jest głównie ocena, ale już sama historia, czyli wyjaśnienie wątków River, która jakby nie patrzeć była osią wydarzeń, a wszystko co działo się wokół niej miało prędzej czy później doprowadzić do wyjaśnienia jej historii, mnie po prostu nudzi i nieciekawi. Sama jej postać jest słaba i może stąd moja reakcja. Mimo wszystko fajnie było zobaczyć załogę mojego ulubionego statku gwiezdnego jeszcze raz w innej odsłonie. 

Ocena 6/10

Kolejna odsłona moich poszukiwań "dobrego filmu" tym razem zakończyła się sukcesem. Oby tak dalej! :)

poniedziałek, 8 lipca 2013

[23-26] Filmowy Flesz: "Niezniszczalni 2" (2012), "Drużyna Asów" (1994), "Chloe" (2009), "Parker" (2013)

Ostatnio w poszukiwaniach dobrego filmu łapię się już wszystkich możliwych gatunków. W związku z tym nagromadziło się kilka filmów, których jednak nie będę recenzował w pełni "profesjonalnie". Napiszę tylko kilka swoich spostrzeżeń i uwag a propos tychże. 

"Chloe" (2009)

Po obejrzeniu zapowiedzi tego filmu w telewizji (miał być puszczony chyba na Filmboxie) miałem co do niego wielkie oczekiwani, bo wydał mi się bardzo ciekawy. Mamy do czynienia z dojrzałym małżeństwem (Catherine Stewart - Julianne Moore i David Stewart - Liam Neeson), dobrze sytuowanym (ona jest ginekologiem z własnym gabinetem, a on wykładowcą uniwersyteckim), mają piękny dom i dorobili się nawet nastoletniego syna. Jednak ich życie, widziane głównie oczami żony, nie wygląda zbyt dobrze. Kobieta czuje się odrzucona i nieatrakcyjna dla męża, którego podejrzewa o zdrady, a także ignorowana i niedoceniana przez syna, który wydaje się lepszy kontakt ma z ojcem. W scenie rozpoczynającej cały film poznajemy także Chloe (Amanda Seyfried), młoda i piękną prostytutkę, która opowiada nam jak stać się spełnieniem męskich marzeń. W pewnym momencie filmu drogi obu kobiet się przecinają a ich losy splatają ze sobą dość mocno. Catherine zatrudnia Chloe aby spróbowała uwieść Davida i opowiedziała jej jak mąż na to zareagował. Chloe przyjmuje zlecenie, wykonuje je i skrupulatnie opowiada Cat przebieg zajścia. Te "relacje" sprawiają", że Cat coraz mniej ufa mężowi i jest coraz bardziej zafascynowana Chloe. Między kobietami rodzi się dziwna więź. Ale jak to się kończy musicie zobaczyć sami. Cały film byłby zdecydowanie lepszy, jeśli intencje Chloe mały mocniejsze fundamenty w scenariuszu, bo bez tego cała intryga rozsypuje się pod koniec jak domek z kart od podmuchu wiatru. Szkoda, bo i gra aktorska i elektryzująco-erotyczny klimat filmu robi dobre wrażenie i początkowo łapie widza w sieć i nie pozwala oderwać się od ekranu. Jednak nie wyjaśnienie w pełni pewnych spraw i wątków  było,  przynajmniej dla mnie, rozczarowujące. 

Ocena 6/10

"Niezniszczalni 2" (2012)

Sylwester Stallone po raz kolejny zbiera ekipę starych (i nie takich starych) legend kina akcji, aby wspólnie zrobić niezłą rozpierduchę, a zarazem pośmiać się trochę z konwencji. Mamy tutaj naprawdę wiele obecnych, i już z lekka odchodzących do lamusa, gwiazd kina kopano-rozpierduchowego i to naprawdę" robi robotę", jak to mówią moi koledzy, a zwrotu którego szczerze nie znoszę :D A o co chodzi? Stallone, wraz ze swoją ekipą, wyrusza aby odnaleźć jakieś pudełko potrzebne Willisowi, za co ten przestanie go straszyć więzieniem. Do grupy dołącza Maggie (Nan Yu) jako osoba "obeznana ze sprawą". Po drodze jednak nie wszystko idzie tak jak powinno i z ręki Van Dama, którego pomagierem jest Adkins, 

(uwaga spoiler!) 

ginie jeden z członków ekipy, a ona sama zostaje okradziona z łupu. Sylwek postanawia się zemścić. W tym celu zabiera swoich chłopców i dziewczynę gdzieś do byłej Jugosławii (chyba) aby odebrać to co ich i wymierzyć zasłużoną sprawiedliwość. Na swojej drodze spotykają jeszcze Chucka i Arniego, później przyjeżdża Bruce i wszyscy razem spuszczają łomot JCVD i Adkinsowi :) I to by było na tyle. W filmie jest dużo sucharowych żartów i ginie więcej ludzi niż we wszystkich częściach Rambo (a tam nie zapominajmy było około 250 ofiar :D). Gdzieś w tle pojawia się podobno nawet Novak Djokovic (ten tenisista), ale jakoś go nie mogłem wypatrzeć. Całość jednak ogląda się dobrze. Film spełnia swoje zadanie. Czyli totalnego odmóżdżacza. 

Ocena 6/10

"Drużyna Asów" (1994)

Po przeczytaniu autobiografii Shaqa dowiedziałem się, ze zagrał nie tylko w takich gniotach jak "Czarodziej Kazaam" i "Stalowy rycerzu", ale też w filmie o koszykówce, który, koniec końców, nie był taki najgorszy. 
Historia opowiada o utytułowanym i bardzo nerwowym trenerze koszykówki akademickiej (Nick Nolte), który przegrał ostatni sezon i bardzo mu się to nie spodobało. Teraz postanawia zebrać takich zawodników, którzy pozwolą mu odnieść sukces. W tym celu jeździ po szkołach średnich i przekonuje młodych chłopaków i ich rodziny, że to właśnie jego drużyna i uczelnia zapewni im największy sukces i najlepsze wykształcenie. Film dobrze pokazuje machinacje i różnego rodzaju oszustwa, które mają miejsce podczas rekrutowania młodych sportowców do szkół wyższych. Fabuła jest nawet zadowalająca. Gra aktorska także. Scenariusz trzyma się kupy. Film jest niezły, ale to wszystko. Za serce nie łapie, bo Nolte nie jest aktorem, który umie wzruszać. 

Ocena 6/10

"Parker" (2013)

Zdecydowanie najgorszy film z całego zestawienia. Film zupełnie niepotrzebny i żałosny w swoim całokształcie. Po jego seansie zaczynam się poważnie bać o przyszłość Statham, który zaczął dobrze ale im dalej w las tym więcej drzew. 
Pokrótce zarys fabuły. Jest skok na kasę festynu (około 1-1.5 mln $). Skok się udaje jednak nie wszystko idzie po myśli "dowódcy" rabusiów - Stathama. Przez nieudolność jednego z członków ekipy ginie przypadkowy uczestnik wioskowej zabawy. Dodatkowo po robocie jeden ze zbirów próbuje wymusić na innych aby cały zysk zainwestowali w przygotowanie następnego skoku, gdzie do zgarnięcia jest 10 razy więcej. Statham się nie zgadza i za to chcą go zabić. Jednak nieudolność (albo brak jaj) tego samego gościa, przez którego zginął te przypadkowy facet na festynie, powoduje, że Statham wylizuje się z ran (głównie dzięki pomocy farmera, który wraz z rodziną zgarnia go z pobocza i zawozi do szpitala - pod koniec filmu zostaje za to sowicie wynagrodzony) i postanawia się zemścić. Ogólnie najgorsze z całego tego filmu jest to, że na siłę wsadzono do niego przebrzmiałą gwiazdę filmowo-muzyczną - Jennifer Lopez. Jej postać jest zupełnie niepotrzebna, i gdyby nie ona można by utrzymać klimat trzymającego w napięciu sensacyjnego thrillera, a jej postać wprowadza pseudo humorystyczne rozluźnienie akcji co powoduje, że film robi się niestrawny, bo nie wiadomo do kogo jest skierowany. Jeśli ma to być coś w rodzaju sensacyjnej komedii jak "Po zachodzie słońca", to jest za dużo mordobicia i krwi, a jeśli ma stawiać włosy na rękach z napięcia to ktoś powinien napisać scenariusz jeszcze raz i od nowa zrobić casting, bo takiej zgrai źle dobranych aktorów to dawno nie widziałem. Ale co ciekawe to już drugi seans z Noltem, który zagrał tutaj mały epizod, ale nie zachwycił. A i Statham pojawił się w zestawieniu po raz kolejny. Byłem także zaskoczony, że pierwszy raz od wielu lat na ekranie, w bardzo małe rólce, ale jednak, pojawił się Daniel Bernhardt - była gwiazda kina kopanego (np. trzech części Krwawego sportu, który kiedyś nałogowo oglądałem). Jednak sam film był bardzo słaby. I mimo, że jego ocena filmwebie to prawie 6.5, to ja dam zdecydowanie mniej.

Ocena 3/10
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...