Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janusz Gajos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janusz Gajos. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 stycznia 2016

[179] Książka: "Gajos" - Elżbieta Baniewicz (2013)

"Autorka z wielką elegancją w słowach i erudycją znawcy tematu analizuje każde z dzieł czy to teatralne, czy kinowe, czy telewizyjne, w których pojawiał się główny bohater jej rozważań. Przybliża nam największe sukcesy oraz bardzo skrupulatnie ukazuje etapy przemian wizerunkowych aktora."
                                               - Arkadiusz.

wtorek, 18 listopada 2014

[35] Serial: "Pitbull" (2005-2008)

Czas na kolejne spotkanie z "trupem w tle", czyli poszerzenie mojego cyklu o polskich serialach kryminalnych kolejnym tytułem. Tym razem będzie to "Pitbull" według pomysłu, na podstawie scenariusz i w reżyserii Patryka Vegi. Oj działo się!

Ten, już dość wiekowy twór, powstały dwa lata po "Defekcie" i "Glinie" (swoją drogą serialach tak różnych pod każdym względem, jak to tylko jest możliwe) jest dziełem 5 reżyserów (Patryk Vega, Xawery Żuławski, Kasia Adamik, Greg Zgliński i Dominik Matwiejczyk) oraz 4 scenarzystów (Patryk Vega, Marek Kreutz, Mariusz Bieliński i Piotr Subbotko), ale niezaprzeczalnie jest to serial Patryka Vegi. On występuje we wszystkich ważnych miejscach w napisach końcowych, jest też pomysłodawcą historii (prawdopodobnie serii II i III). I choć powstał również film skupiający się jedynie na wydarzeniach z pierwszego sezonu, to ja i tak uważam, że lepiej zobaczyć wersję pełniejszą, właśnie serialową. 

Pierwsza seria różni się także pod względem wizualnym, ekspresyjnym, może już nie tak bardzo klimatycznym od dwóch kolejnych. Przede wszystkim jest krótsza, bo ma tylko 5 epizodów, natomiast II już 12, a III 14. Najbardziej w oczy rzuca się zachowanie i rys charakterologiczny bohaterów. Są oni mroczniejsi, bardziej porywczy, szaleni, nieodpowiedzialni. Później wszystko zostaje wygładzone, choć klimat seriali u jego jakość pozostaje na bardzo wysokim poziomie, a ostatnie odcinki trzeciego sezonu kończą się jako takim happy endem.
Ekipa pierwszej serii w pełnej krasie. Od lewej: R. Mohr. K. Stroiński. A. Grabowski. J. Gajos. M. Dorociński

Jednak przejdźmy do fabuły. O niej tylko kilka słów, bo nie ma co zdradzać najważniejszych wątków. W pierwszej serii oficerowie wydziału zabójstw tropią groźnego ormiańskiego gangstera Saida rozwiązując przy tym inne morderstwa, jak również męcząc się z "miastem". Sprawa ta zostaje zakończona i jej wątki tylko w niewielkim stopniu będą widoczne w późniejszych odcinkach. Seria druga i trzecia są już zdecydowanie bardziej połączone. Po tym jak okazało się, że warszawski wydział zabójstw jest tak skuteczny, że aż niepotrzebny - zostaje on rozwiązany, a jego funkcjonariusze przeniesieni do wydziału terroru kryminalnego. Tam będą polować na gangsterów działających w grupach zorganizowanych, choć wątkiem przewodnim będzie poszukiwanie dowodów przeciwko Artakowi - przestępcy zza wschodniej granicy, który już raz im się wymknął. 

Na początku było naprawdę grubo! Chłopcy z "miasta" odpoczywają w skarpetach :)

Wielką zaletą tej produkcji jest bardzo dobre rozłożenie akcentów na sprawy zawodowe i prywatne. Poznajemy rodzinne problemy policjantów, często mające wpływ na ich zachowanie w pracy. Na podejmowane decyzje i impulsywne reakcje, obarczone niekiedy nieprzyjemnymi konsekwencjami. Również świetna muzyka, idealnie dopasowana do sytuacji, do występujących w niej bohaterów, do nastroju chwili działa na wyobraźnię i pozwala lepiej wczuć się w klimat. Za to wielkie gratulacje należą się Luce (pod takim pseudonimem widnieje w napisach początkowych). 

"Tu jest Polska i tu się pije"

Jednak, co by nie pisać, największą zaletą tej produkcji są postacie i odgrywający je aktorzy. Brakuje mi słów, żeby wyrazić pod jak wielkim zachwytem jestem każdej z kreacji. Tak, tym razem prawie wszyscy aktorzy i aktorki (i nie mówię tutaj jedynie o postaciach z pierwszego planu) byli rewelacyjni. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Tymi wyjątkami są, jak zwykle zresztą, pani Małgorzata Foremniak, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że najlepszym dla niej, i dla nas widzów, rozwiązaniem byłaby jakaś skromna pieczarkarnia pod miastem. Oraz gościu, który grał już raz parodię policjanta w "Chłopcach Chudego" i chyba na tym powinien poprzestać. Pan Michał Żurawski pasuje do tej obsady jak kwiatek do kożucha. Nie ta dramaturgia. Nie te umiejętności. Nie ta twarz. Jednak pozostali, a uwierzcie mi, przez te wszystkie odcinki przewinęło się stado genialnych aktorów, byli rewelacyjni. Zaczynając od niekwestionowanego lidera i narratora całej tej historii Sławka "Despera" Desperskiego (Marcin Dorociński), na początku trochę szalonego - jak jego ksywa - później bardziej stonowanego, choć wciąż porywczego. Przez Jacka "Gebelsa" Goca (Andrzej Grabowski), jednego z najwstrętniejszych pozytywnych bohaterów jakich kiedykolwiek widziałem, który dostał kiedyś odznaczenie za to, że nie przyjął 3 mln USD łapówki. Mirosława "Metyla" Saniewskiego (Krzysztof Stroiński), kochającego wódę zbyt mocno, co w konsekwencji zniszczyło mu życie. Zbigniewa "Benka" Chyba (Janusz Gajos), gościa chwilę przed emerytują, najlepszego strzelca w wydziale (czyżby pozostałość po Janku Kosie i "Czterech pancernych..."?;>), nie mającego nic poza pracą. Krzysztofa "Nielata" Magierę (Rafał Mohr), ćpającego syna swojego sławnego taty, który w przeciwieństwie do syna tylko na ekranie jest twardym gliną (aktor), przechodzącego chyba największą metamorfozę. Kończąc na Igorze Rosłoniu (Paweł Królikowski), nowym koledze z terroru kryminalnego, twardym facecie, którego okoliczności zmusiły do opieki nad zbuntowaną siostrzenicą, co niestety nie jest takie proste jak początkowo przypuszczał. Można by tak jeszcze długo, bo to nie wszystkie postaci jakie przewinęły się przez ten serial, jednak są to te, które były za nami najdłużej, bądź zrobiły na mnie największe wrażenie. Warto też wspomnieć Weronikę Rosati grającą Dżemmę, córkę Saida, z którą podczas działań operacyjnych znajomość nawiązuje "Despero". Nie podejrzewałem ją o to, że może być tak przekonującą aktorką.  Naprawdę dobra robota.
Zapomniałem o tej pomyłce castingowej, ale może tak miało być. Dla mnie jednak P. Pręgowski zawsze pozostanie gościem od grania śmiesznych facetów. Na twardziela się nie nadaje :/

Ciekawostką jest także szeroki zasób słów fachowych, takiego policyjno-bandyskiego slangu oraz jego nagromadzenie nie spotykane dotąd w takim nasileniu w innych serialach tego gatunku. To potęgowało odczucie zrośnięcia tych gliniarz ze światem w jakim na co dzień się poruszają. To nie zwykłe krawężniki, czy goście od wypisywanie mandatów za złe parkowanie. W każdym ich słowie czuć, że ze śmiercią, ulicą, zbrodnią są za pan brat. A określenia takie jak "lekarz ostatniego kontaktu" (patolog) i "wóz Charona" (ambulans do przewożenia zwłok) zapadły mi mocno w pamięć, choć nie były one jedynymi jakie się w "Pitbullu" pojawiły. 

Nawet taki buc jak "Gebels" znalazł swoją towarzyszkę życia. A. Grabowski i Elena Rutkowska

Ciekawostką jest również fakt, że mimo iż twórcy na końcu każdego odcinka umieszczają napis: "Wszelkie podobieństwa do prawdziwych osób i zdarzeń są przypadkowe", to jednak nie da się ukryć, że tych podobieństw jest bardzo wiele i w niektórych przypadkach są one bardzo czytelne. Jak na przykład nieudana akcja policji w Magdalence, czy też polowanie na Rurabombera, czy też bezdomnego gościa, który ubliżył prezydentowi. 

Podsumowując, serial jest R E W E L A C Y J N Y  i polecam go każdemu, kto nie uważa, że policyjny świat kończy się na "Kryminalnych" i "Nowej"!

Moja ocena: 10/10

poniedziałek, 3 czerwca 2013

[3] Film polski: "Wygrany" (2011)

Dziś recenzja (troszkę opóźniona, ale mam nadzieję, że się nie pogniewacie ;]) kolejnej produkcji z cyklu "Oglądam Film Polski". Tym razem padło na "Wygranego" z roku 2011. Obraz ten chciałem zobaczyć od momentu kiedy w kinie miałem przyjemność widzieć zwiastun. Z Januszem Gajosem kupuję po prostu każdy film. Tak też było i w tym przypadku.

Przystąpiłem do filmu tak naprawdę nie wiedząc o czym będzie i czego mam się spodziewać. Po trailerze nie dowiedziałem się zbyt wiele, i z tych krótkich migawek wywnioskowałem, że film będzie opowiadał głównie o światku muzyki klasycznej ze wskazaniem na pianistów. W końcu główny bohater, Oliver Linovsky, którego gra Paweł Szajda (znany z takich produkcja jak "Pod słońcem Toskanii" i "Tatarak"), amerykański aktor polskiego pochodzenia, jako tako posługujący się językiem swoich "przodków", jest pianistą. Można nawet powiedzieć, że bardzo utalentowanym pianistą, który jednak swoje najlepsze lata ma już za sobą (kilka lat wcześniej decyzją jurorów niesprawiedliwie przegrał konkurs Chopinowski jednym głosem). Spotykamy go w momencie kiedy wyrusza na duże tournee po Europie, które ma mu przynieść na nowo rozgłos i sławę. Niestety dzień przed wyjazdem z Chicago do Wrocławia (tam ma się odbyć pierwszy koncert) zostawia go żona. Oliver jest załamany. Nie chce grać. Jednak agent wymusza na nim wyjazd i "zaliczenie" tej trasy koncertowej. Chodzi, w końcu, o wielkie pieniądze. Oliver się zgadza, aczkolwiek w momencie kiedy cała sala czeka aż zacznie grać, on postanawia, że jednak tego nie zrobi. Kontrakt zostaje zerwany, a sam pianista musi zwrócić organizatorom ćwierć miliona euro. Tego samego dnia wieczorem Oli stara się utopić smutki w hotelowym barze, do którego wraz z przyjaciółmi trafia, po wygranej na wyścigach konnych,


profesor Frank Goretzky (Janusz Gajos). Po krótkiej wymianie zdań, Oli oddelegowuje się spać. Następnego dnia budzi go telefon: "-Halo? - Tu recepcja. Pańska rezerwacja została anulowana. Do 12.00 musi pan opuścić pokój." Organizatorzy koncertu postanowili definitywnie zakończyć współpracę z Oliverem i skoro on może się nie wywiązać z umowy, to oni nie będą mu dłużni (rezerwacja była na trzy dni, a eksmisja nastąpiła po jednym). Jednak szczęśliwym trafem dla obu panów, co będzie widoczne w dalszej części filmu, wymeldowującego się Olivera zauważa Frank. Po krótkiej (albo dłuższej - już sam nie pamiętam) rozmowie profesor pozwala młodemu pianiście pomieszkać u siebie zanim całą sprawa się nie wyjaśni. W trakcie tego pobytu zawiązuje się między nimi przyjaźń. Panowie pomagają sobie nawzajem w wielu sprawach, z życiowymi włącznie. 


Film Wiesława Saniewskiego (który jest także jego scenarzystą) opowiada historię młodego utalentowanego człowieka, który od dziecka musiał podporządkować się i realizować ambicje surowej matki, niespełnionej pianistki (wypadek zdruzgotał jej karierę) - w tej roli Grażyna Barszczewska. Chłopak nie miał łatwego życia, a dom rodzinny kojarzył mu się jedynie z nieustannymi lekcjami gry i "biciem po łapach" kiedy źle układał dłonie na klawiaturze fortepianu. Jego ostoją i kimś kogo naprawdę kochał był dziadek (Emil Karewicz), który powiedział mu kiedyś, że "każdy człowiek ma taką magiczna godzinę w swoim życiu kiedy spełniają się wszystkie marzenia". Po tych trudnych chwilach, jakie były jego udziałem w ostatnim czasie (patrz akapit powyżej) Oliver postanawia wreszcie żyć na własny rachunek i według własnego uznania. 


W trakcie tego krótkiego okresu jaki spędzi w Polsce z Frankiem uda mu się dowiedzieć bardzo wielu rzeczy o sobie, znaleźć prawdziwego przyjaciela, poznać kobietę, w której się zakocha (Kornelię, w tej roli Marta Żmuda-Trzebiatowska), pokochać i zrozumieć wyścig konne i same stworzenia, które w nich rywalizują, a także odkryć zagadkę swojej porażki na konkursie sprzed wielu lat.


Sam film jest ciekawy. Wciągający, czasami zaskakujący, ale nie jakoś przesadnie. Trzeba go oglądać dość uważnie, bo duża ilość retrospekcji powoduje, że można się zgubić. Samo aktorstwo także nie powala. A najgorzej wypada chyba nasz główny bohater. Jakoś nie czułem tego jego aktorstwa. Choć nie było to znów jakoś całkiem słabe. Dobrze, jak zawsze, wypadł Gajos, który wystarczy, że jest na ekranie i albo sączy whisky czy też pali papierosa a już kradnie uwagę widzów. Ciekawy epizod Pszoniaka, który wciela się w postać profesora Karloffa, wielkiego znawcy i nauczyciela gry. Żmuda-Trzebiatowska jest tylko ładna, czyli nie prezentuje na ekranie niczego poza swoim standardem. Jednak całość jest dość sympatyczna i ogląda się dobrze.

Poniżej fragment muzyczny, który był podstawą do tego, który pojawił się w filmie. Ten oryginalny tutaj.


Co ciekawe, mimo tego, że film w dużym stopniu jest opowieścią o muzyku, to muzyka, stworzona przez Carlosa Libedinsky'ego, sama w sobie nie zapada jakoś głęboko w pamięć. Z całej produkcji pamiętam, i to jedynie jak przez mgłę, dwa motywy muzyczne: tango z napisów końcowych, które ze śpiewem pojawiło się gdzieś na początku filmu; i motyw muzyczny gany na fortepianie przez Olivera w restauracji, jakiś czas po odwołaniu koncertu. Cała reszta umyka, choć dość dobrze komponuje się z obrazem.


Podsumowując, film oceniam dobrze i taką też daję ocenę - 7/10. Czy polecam? Tak, ale podobnie jak w przypadku "Mojego roweru" bez większego ciśnienia, choć film zdecydowanie bardziej mi się podobał.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...