Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film 2011. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film 2011. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 września 2017

[177-181] Filmy o miłości

Czasem lubię sobie obejrzeć komedię romantyczną. Dziś przedstawiam zestawienie 6 tytułów, które widziałem na przestrzeni kilkunastu ostatnich dni. Filmy ułożone są w kolejności od najniżej ocenionego do tego, który otrzymał najwyższą notę. 

"Cudowne tu i teraz / The Spectacular Now"* (2013)
Ostatni z obejrzanych przeze mnie filmów okazał się tym najsłabszym. Nie był on wszak typowym melodramatem czy też komedią lub romansem, a raczej czymś w rodzaju połączenia wszystkich tych elementów, z których na pierwszy plan wysuwa się dramat. Mamy tutaj do czynienia z Sutterem siedemnastoletnim imprezowym chłopakiem, który nie stroni ani od alkoholu, ani od seksu (w tej roli Miles Teller). Kiedy go poznajemy właśnie rzuciła go dziewczyna a on sam nie do końca wie co chce zrobić z resztą swojego życia. Do roboty przychodzi przeważnie na gazie albo pije w pracy. Nie ma też parcia na dostanie się do koledżu. W pewnym momencie poznaje zupełnie inną dziewczynę niż te, z którymi spotykał się do tej pory. Dziewczyna czyta książki, uczy się dobrze, nie pije i nie pieprzy się ze wszystkim co posiada penisa. Ich związek dość szybko ewoluuje i wydaje się, że oboje są sobie niezbędni i pięknie się uzupełniają (choć w filmie tego nie widać zbyt dobrze, można się jedynie domyślać, że taki był zamysł scenarzystów i reżysera). Dzieciaki się niby wspierają, niby motywują do "zerwania z tyranią rodziców". Matka Aimee (w roli Aimee Shaillene Woodley) nie pozwala jej pojechać na studia, a matka Suttera nie pozwala mu się skontaktować z ojcem, który opuścił ich kiedy chłopak był bardzo mały. Jednak o ile dziewczyna robi to szczerze, to Sutter ma mętlik w głowie, sam nie wie czego i kogo chce. Obraża dziewczynę, bo jest rozczarowany osobą ojca (udało mu się z nim spotkać dzięki siostrze, która dała mu numer telefonu). Co jest dalej musicie sobie zobaczyć sami, ale ja uważam, że film jest nie spójny klimatycznie i gatunkowo. Początek jest zwykłą imprezową komedią, środek to ewidentnie klimat z filmów "fajny chłopak wyrywa ładną outsiderkę", a końcówka to ewidentny dramat w stylu "wszystko wokół się pierdzieli a ja nie wiem co mam zrobić". Jak dla mnie trochę tego za dużo i nie trzyma się to kupy. Stąd też moja adekwatna do całości ocena.

Moja ocena: 4/10

"Sex story / No Strings Attached" (2011)
Teraz kolej na dwa zupełnie różne filmy, które otrzymały taką samą notę. Pierwszy z nich, to Sex story z Ashtonem Kutcherem i Natalie Portman w rolach głównych. Film jest dość bezpruderyjny. Bohaterowie otwarcie rozmawiają o seksie i jestem pewny, że nie każdemu "oglądaczowi" taka konwencja się spodoba (podobno wiele w tej materii psuje również polskie tłumaczenie/lektor, ja właśnie taką wersję wybrałem). Jeśli chodzi o fabułę to mamy tutaj do czynienia z fajnym chłopakiem (takim milutkim, czułym etc., etc.) i dziewczyną upośledzoną emocjonalnie, która nie umie i nie chce okazywać uczuć a co za tym idzie angażować emocjonalnie w związek. Ci dwoje znają się od - powiedzmy - dzieciństwa (kiedyś na obozie letnim Adam chciał wsadzić Emmie palec w łatwy do odgadnięcia otwór) i na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat spotykali się zupełnie przypadkiem w różnych miejscach i okolicznościach. Po raz ostatni dochodzi do tego po tym jak zupełnie pijany Adam (po tym jak zostawiła go dziewczyna) budzi się całkiem goły w mieszkaniu Emmy. I całkiem przez przypadek dochodzi między nimi do niezobowiązującego seksu (wiecie, to zawsze jest "przez przypadek"). Od słowa do słowa zostają tzw. "friends with benefits", czyli mówiąc inaczej łączy ich tylko seks, bo praktycznie nawet się nie przyjaźnią. Jednak, o ile Emmie wydaje się to odpowiadać, o tyle masz miły i romantyczny chłopak Adam chce normalnego związku. Później jest śmiesznie, czasami niezręcznie, a wszystko kończy się tak, jak na tradycyjną komedię romantyczną przystało. I niby film sam w sobie nie jest najgorszy. Da się go obejrzeć i nawet czerpać z tego jakąś tam radość, ale najgorsi są w nim aktorzy. O ile nie lubię Kutchera w każdej jego roli (chłopak się po prostu nie nadaje, szkoda, że tylko ja to widzę...), o tyle Natalie Portman, która nie dość, że jest śliczną to jeszcze utalentowaną aktorką po prostu zabija ten film. Mimo tego da się obejrzeć i nawet czasami zaśmiać, choć nie jest to film, po którym bolałby was brzuch ze śmiechu.

Moja ocena: 6/10

"Ten niezręczny moment / That Awkward Moment" (2014)
Drugim filmem, który otrzymał tę samą notę jest Ten niezręczny moment, czyli historia trzech przyjaciół Jasona (Zac Efron), Daniela (Miles Teller) i Mickeya (Michael B. Jordan). Wszystko zaczyna się od tytułowego niezręcznego momentu, kiedy dziewczyna wypowiadając słowo "więc" pyta "do czego to wszystko prowadzi?". Jest to chwila, w której trzeba się zdeklarować czy koniec przygody, czy może jednak mamy ochotę na poważny związek. W takiej sytuacji znalazł się właśnie Jason. Jego odpowiedź sprawiła, że po chwili znów był "wolny". Mickey dowiaduje się natomiast, że jego żona pieprzy się z Haroldem (swoim prawnikiem) i że chce rozwodu. W tej sytuacji panowie postanawiają przez najbliższy czas pozostać singlami. Będą chodzić po barach, upijać się, grać na konsoli i czerpać radość ze swojego męskiego towarzystwa i samczych rytuałów takich, jak rozmawianie o kupie/sraniu, bekanie i puszczanie bąków bez skrępowania. Niestety, ich genialny plan bierze w łeb, kiedy najpierw Jason spotyka piękną pisarkę Elli (Imogen Poots) i chcąc nie chcąc się w niej zakochuje. Po chwili okazuje się, że Daniel zakochuje się w swojej "naganiaczce" lasek Chelsie (Mackenzie Davis) a Mickey stara się odzyskać uczucia żony Very (Jessica Lucas). Tytuł trochę nieadekwatny do fabuły, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze, że jest w miarę śmieszny, nie jest jakoś bardzo głupi, aktorzy radzą sobie przywozicie, jest kilka momentów, które zapadają w pamięć a całość jest strawna i przyjemna. 

Moja ocena: 6/10

"Trzy metry nad niebem / Tres metros sobre el cielo"* (2010)
Trzy metry nad niebem to hiszpański remake włoskiego melodramatu o tym samym tytule z 2004 roku. Jego bohaterami są młody buntownik Ache (Mario Casas) i Babi (María Valverde), dziewczyna z tzw. dobrego domu. Ci dwoje są od siebie tak różni, jak to tylko możliwe, ale jak to w historiach o miłości bywa zakochują się w sobie i wszystko jest świetnie do momentu, kiedy podczas jednego z wyścigów motocyklowych dochodzi do tragicznego wypadku, w którym uczestniczy Pollo (Álvaro Cervantes) - najbliższy przyjaciel Ache i chłopak najlepszej przyjaciółki Babi, Katiny (Marina Salas). To wydarzenie wpłynie na dalsze losy głównych bohaterów. Cały film jest jednak dość niespójny. Początek to infantylna romantyczna komedyjka o grzecznej księżniczce i małym furiacie, który jest we wszystkim najlepszy, wszystko wie najlepiej etc. I choć ciekawie to wyglądało w innych niż polskie lub amerykańskie realia, to tutaj zachwytów piać nie ma nad czym. Podobała mi się za to końcówka, która trochę przełamała stereotyp i nie była tak oczywista, jak można się było tego spodziewać. W miarę ładni i przyzwoicie grający aktorzy i piękne plenery też robiły swoje. I choć w połowie filmu chciałem mu wystawić zdecydowanie niższą ocenę wraz z końcem seansu musiałem zweryfikować swoje podejście do niego.

Moja ocena: 6.5/10

"Romans na dwie noce / Two Night Stand" (2014)
Romans na dwie noce to kolejna komedia romantyczna, która jest odrobinkę inna niż te, które do tej pory opisywałem. Mamy w niej do czynienia z dwójką młodych ludzi Alekiem (Miles Teller) i Megan (Analeigh Tipton). To akurat standard. Megan jest "skrzywdzoną dziewczyną wracającą do gry". Alec... zwykłym, przeciętnym facetem. Poznają się na portalu randkowym, który odwiedzają ludzie szukający partnera "na jedną noc" (a przynajmniej ja to tak zrozumiałem). Następnego dnia rano, kiedy dziewczyna chce wrócić do domu napotyka na swojej drodze śnieżycę, która unieruchamia całe miasto. Oboje utknęli ze sobą na... nie wiadomo jak długo. Po niemiłej wymianie zdań tuż przed próbą opuszczenia mieszkania przez Megan (spotykają się u niego) muszą dojść do porozumienia i jakoś bezkonfliktowo dotrwać do końca kataklizmu. Po przełamaniu początkowej niechęci i kilku wpadkach (np. zatkany kibel i wybite okno u sąsiadów w poszukiwaniu działającej toalety) zaczynają się poznawać i rozmawiać ze sobą coraz bardziej otwarcie. Najciekawsza i najzabawniejsza z całego filmu jest scena "konstruktywnej krytyki" zachowań seksualnych oraz późniejsze próby i testy przeprowadzane oczywiście "dla dobra nauki", które mają na celu polepszenia życia erotycznego ich przyszłych partnerów (towarzyszy temu świetny kawałek, który bardzo ładnie współgra z obrazami na ekranie). Jak skończy się ich dwudniowa "noc" dowiecie się po seansie. Ja osobiście polecam, bo jest to naprawdę przyjemny film. Nie taki słodki i głupkowaty, jak większość komedii romantycznych dostępnych w ostatnich latach. Do tego bardzo dobrze czujący się w takiej konwencji, jak zawsze świetny Miles Teller i urocza Analeigh Tipton o nieoczywistej urodzie, która z każdą minutą filmu zaczyna podobać się coraz bardziej. Czegoż chcieć więcej?

Moja ocena: 7/10

Życzę miłego seansu!
* Filmy te to adaptacje książek. Tim Tharp "Cudowne tu i teraz"; Federicco Moccia "Trzy metry nad niebem".

poniedziałek, 14 lipca 2014

[79-81] Filmowy Flesz #10: "Bez tchu" (2012), "Zabijaka" (2011), "Wojna Harta" (2002), "Honor wojownika" (2010)

Witam Was wszystkich po krótkiej przerwie. Dziś wracam z kolejnym - - Filmowym Fleshem #10. W nim, jak zwykle, całkowity mix gatunków, ale i ocen. Będzie sportowa komedia, dramat wojenny, ale też thriller i western fantasy. Myślę, że każdy znajdzie dla siebie coś ciekawego, więc już nie przedłużam tylko zapraszam do lektury.

"Bez tchu / Breathless" (2012)

Podobnie jak ostatnim razem zacznę od filmu zdecydowanie najsłabszego z dzisiejszego zestawienia, czyli "Bez tchu". Jest to bardzo kameralna (występuje w nim tak naprawdę około pięcioro głównych bohaterów), mroczna, nie pozbawiona jednak czarnego humoru historia brutalnej przemocy. Lorna (Gina Gershon) jest typową, na wskroś przerysowaną, idealną amerykańską gospodynią domową z lat 70. (pamiętacie kawałek Beyonce Why Don't You Love Me? Lorna jest w takim typie tylko bardziej ubrana ;)) . Kiedy trzeba potrafi w ciągu 2 godzin wysprzątać dom na błysk i przyrządzić kolacje dla 5 osób, zdobywała również nagrody dla miss ogrodnictwa dwa lata z rzędu. Jej jedynym problemem jest mąż. Dale (Val Kilmer) nie jest miłym facetem, jednak miarka się przebrała kiedy Lorna dowiedziała się, że Dale obrabował bank i uciekł ze 100 tys. dolarów. Przykładna housewife zaprasza przyjaciółkę Tiny (Kelli Giddish), żeby się naradzić co z Dalem - obecnie nieprzytomnym po spotkaniu z patelnią - zrobić i jak dowiedzieć się gdzie jest kasa. To dopiero początek tej pełnej absurdów i nieoczekiwanych zwrotów akcji opowieści, w której kolejne komplikacje pojawią się już niebawem, w postaci szeryfa Cooley (Ray Liotta) pukającego do drzwi. Historyjka może wydawać się zabawna i potencjalnie interesująca, jednak nie dajcie się zwieść pozorom. Jest dziwna i do tego obleśna. Takiego nagromadzenia sikającej wszędzie krwi i walających się po domu fragmentów ludzkiego ciała nie powstydził by się nawet sam Quentin Tarantino, jednak w przeciwieństwie do jego obrazów, ten bardziej zniechęca niż hipnotyzuje i zachwyca. Już sama czołówka, w której ukazane zostały przyziemne czynności takie, jak malowanie paznokci oraz przygotowywanie śniadania i późniejsza jego konsumpcja w karykaturalnym zbliżeniu, wzbudziła ze mnie mdłości, a to był dopiero początek. Jedyne co ten film ratuje, choć bardzo nieznacznie, bo ciężko zatrzeć obraz obrzydliwości, to dość zmyślna intryga, która, gdyby nie wykonanie, mogłaby stać się solidnym fundamentem jakiegoś ciekawego filmu. Tak się niestety nie dzieje i film pozostaje bardzo mierny, choć po dokładnym przemyśleniu całości dokładam jedno oczko do początkowej oceny.

Tiny i Dale

Ocena 3/10

"Zabijaka / Goon" (2011)

Tym razem zmieniamy o 180 stopni gatunek i wydźwięk filmu, aby przenieść się do historii bazującej na autentycznych wydarzeniach z życia  hokejowego zabijaki. Głównym bohaterem filmu jest Doug "Maczuga" Glatt (Seann William Scott), syn szanowanej żydowskiej rodziny. Jego brat jest lekarzem i co prawda gejem, ale to Doug jest zakałą rodziny. Jak sam twierdzi jest kretynem - wykonuje pracę wykidajły w barze - i nie potrafi naprawdę nic... no może nie do końca. Cytując klasyka, Doug "w ryj dać może dać" i jest w tym naprawdę dobry. Tak dobry, że będąc pewnego dnia na meczu powala kilkoma ciosami jednego z zawodników, który wydostał się ze strefy kar i zaatakował widownie, przy okazji rozbijając mu gołą pięścią kask. Nie uszło to uwadze trenera drużyny przeciwnej, który postanowił zrobić z Douga lodowiskowego "zabijakę". Nie przeszkadza w tym nawet fakt, że "Maczuga" nie potrafi jeździć na łyżwach, tego można się nauczyć - walenie po mordzie jest natomiast darem od Boga, który posiadają tylko nieliczni. Zupełnie przeciwnie do tego co przed chwilą przeczytaliście mogę Wam szczerze powiedzieć, że jest to urocza komedia o bardzo ograniczonym chłopaku, który wreszcie znalazł swoje miejsce w życiu i choć jasno widzimy, że często jest wykorzystywany i niedoceniany, to jego oddanie "misji" przynosi mu po pewnym czasie szacunek reszty drużyny. Dodatkowe emocje zaczynają się także wtedy, kiedy poznaje dziewczynę, w której się zakochuje. Film niesie ze sobą pozytywne emocje i nawet mimo tego, iż w obsadzie znalazła się Alison Pill, aktorka, której urody i talentu szczerze nienawidzę, to jednak da się go bez problemu obejrzeć i czerpać z tego umiarkowaną przyjemność.

Doug tuż przed najważniejszym meczem w jego karierze

Ocena 6/10

"Wojna Harta /  Hart's War" (2002)

Tym razem przyszła kolej na trochę odgrzewki, ponieważ kiedy tylko spojrzymy na datę tej produkcji, jedyne co nam pozostaje, to zdmuchnąć z niej kurz. Ale zawsze chciałem obejrzeć ten film i dopiero w tę sobotę się to udało. Jednak po seansie czuję pewien niedosyt. Film ten okazał się dość zręcznie stworzoną, ale jednak mozaiką kilku wcześniejszych schematów. Nie wiem jak Wy, ale ja odalazłem tam wiele z "Ludzi honoru", "Wielkiej ucieczki" i "Mostu na rzece Kwai". Młody sztabowiec, porucznik Thomas W. Hart (Colin Farrell) przez zupełny przypadek trafia do niemieckiego obozu jenieckiego. Tam stary wiarus, pułkownik William A. McNamara (Bruce Willis) zagina na niego parol już od samego początku, umieszczając go w baraku wraz z szeregowcami zamiast w oficerskim. I już mogłoby się wydawać, że starcie między nimi będzie osią fabuły, ponieważ McNamary ma wobec Harta podejrzenia, które wynikały ze zbyt krótkich przesłuchań, a co za tym idzie potencjalnej zdrady, przed odesłaniem do obozu. Jednak wcale tak się nie dzieje, ponieważ kilka dni później do obozu trafiają dwaj czarnoskórzy oficerowie lotnictwa, który lądują w baraku Harta (znów zniewaga jednego oficera wobec innych). W wyniku kilku prowokacji dochodzi do śmierci jednego z czarnoskórych poruczników, drugi - Lincoln A Scott (Terrence Howard) - zostaje oskarżony o zamordowanie żołnierza odpowiedzialnego za śmierć jego kolegi i dzięki wstawiennictwu pułkownika nie jest rozstrzelany na miejscu lecz sądzony w prowizorycznym procesie polowym. I już by się mogło wydawać, że to właśnie owy proces będzie najważniejszy, jednak znów zostajemy wystrychnięci na dudka, ponieważ finał będzie dotyczył zupełnie czegoś innego. Tak mniej więcej prezentuje się zarys fabuły "Wojny Harta", która tak naprawdę mnie nie oczarowała. Gra aktorska nie była jakoś super rewelacyjna, choć aktorzy grali poprawnie. Fabuła też mnie nie wciągnęła na tyle żebym siedział i nie mógł oderwać wzroku od ekranu. Nie powaliło mnie również przesłanie tego filmu, mówiące o żołnierskim honorze i oddaniu idei. I choć film korzystał z rewelacyjnych wzorów, bo każdy z wymienionych wyżej filmów sam w sobie jest arcydziełem, to już połączenie ich wszystkich w jedno i zaprezentowane jako "Hart's War" wypadło bardzo przeciętnie. Ot, znośny dramat, lecz bez fajerwerków. 

Thomas W. Hart w roli obrońcy oskarżonego

Ocena 6/10

"Honor wojownika / The Warrior's Way" (2010)
Na zakończenie film, którego bajkowość i przedziwna stylistyka zupełnie mnie oczarowały. Mamy w nim opowiedzianą historię mistrza miecza Yang (Dong-gun Jang), który po zabiciu ostatniego przeciwnika staje przed koniecznością uśmiercenia jeszcze maleńkiej księżniczki, ostatniej z rodu wrogiego klanu. Jednak tego kroku nie potrafi podjąć, co czyni go zdrajcą i zmusza do ucieczki. Postanawia on od teraz za wszelką cenę bronić małej przez klanem Smutnych Fletów (tak, wiem, brzmi to co najmniej absurdalnie, ale wyjaśnienie tej nazwy w filmie jest zadowalające). W tym celu wyjeżdża do USA, gdzie w jednym z miasteczek pralnie prowadzi jego stary przyjaciel. Po przyjeździe dowiaduje się jednak, że przyjaciela już nie ma wśród żywych, a miasteczko jest zabitą dechami dziurą. Yang postanawia wszak w nim pozostać i nauczyć się zwyczajnego życia w tym zapomnianym przez Boga miejscu. Możemy się tylko domyślać, że jednym z przyczynków do osiedlenia się była rudowłosa Lynne (Kate Bosworth). Niestey początkowa sielanka dość szybko zmienia się w piekło na skutek terrorystycznych najazdów na miasteczko Pułkownika (Danny Huston) i jego Piekielnych Jeźdźców. Film ten jest zarazem baśniowy i oniryczny, jak i bardzo skąpy pod względem środków wyrazu. Jedyne z czym mi się kojarzy, co miało podobny klimat cichej tajemnicy i nieustannego niepokoju, to "Rango", taka dziwna bajka co to nie wiadomo jak ją ugryźć. Jest tutaj spokój, melancholia, ale także wybuchy, strzały, pojedynki na miecze i litry krwi. Znów nasuwa mi się porównanie z Tarantino i odrobinę z klimatem "Drive". Wszystkie składowe filmu razem robią naprawdę dobre wrażenie, a zaprzeczające schematowi zakończenie, na pewno na dłużej pozostawia w nas refleksy tej historii. Polecam!


Ocena 7/10

sobota, 12 kwietnia 2014

[53 i 54] Film: Zielony jako kolor...beznadziei? "Green Lantern" (2011), "Green Hornet" (2011)

Dziś przyszła pora na recenzje dwóch filmów, które w niedawnej przeszłości udało mi się obejrzeć :) Niestety nie były to seanse udane, bo filmy okazały się żałośnie słabe. Mam tutaj na myśli dwa filmy, których kanwą są komiksy a mianowicie "Green Lantern" i "The Green Hornet". Już sam ten fakt, że ich pierwowzorem był komiks, pozwala przewidywać czego możemy się spodziewać. Jednak w najśmielszych snach nie spodziewałem się tego co zobaczyłem na ekranie. 

"Green Lantern" obejrzałem tylko i wyłącznie dlatego, że skończyły mi się filmy o superbohaterach, a z tego co wiem z komiksów Hal Jordan, czyli nasza tytułowa Zielona Latarnia był najlepszym przyjacielem Arrowa, którego to serialowe przygody śledziłem z zainteresowaniem kilka tygodni temu. Rys fabularny tego filmu jest banalnie prosty. Niezdyscyplinowany i lekkomyślny pilot myśliwców, w tej roli Ryan Reynolds, otrzymuje od umierającego kosmity pierścień dający mu nadludzką moc. Staje się członkiem korpusu Zielonych Latarni, którzy mają za zadanie strzec kosmosu przed siłami zła, które akurat budzą się do życia po latach spędzonych w niewoli. Hmm...fabuła niezwykle banalna i prostacka, jednak najgorsze jest to, że samo jej przedstawienie jest jeszcze gorsze. A najbardziej żenujące są sceny w kosmosie z tymi przenarozmaitszymi rasami go zamieszkującymi. Ja osobiście miałem przeogromne trudności, aby dotrwać do końca seansu a choćby najniklejszym zainteresowaniem. Żenująco słaba gra aktorska, żenująco słaba historia i żałosne efekty specjalne spowodowały, że "Green Lantern" to na razie najsłabszy film o superbohaterze jak miałem nieprzyjemność oglądać. 

Ocena gatunkowa 3/10 ocena ogólna 1.5/10

Jeśli natomiast przyjrzymy się bliżej "Zielonemu Szerszeniowi", który także bazuje na komiksie, a poprzedzają go film kinowy z roku 1940 i serial z lat 60. z Brucem Lee w roli Kato (czyli całkiem niezłe podstawy), to wydaje się że jest jeszcze gorszy niż "Zielona Latarnia". Czy to jednak możliwe? Myślę, że tak. I to z kilku powodów. Po pierwsze znów mamy do czynienia z żałosnym aktorstwem. I nawet aktor tej klasy co Christoph Waltz nie ratuje tego filmu. Ale najpierw kilka słów o fabule. Młody milioner-nieudacznik, który w spadku otrzymuje gazetę i cały majątek swojego ojca postanawia wraz ze swoim pomocnikiem/mechanikiem/służącym Kato wziąć sprawy w swoje ręce i zadbać o porządek w mieście. Pod przykrywką drobnych przestępstw walczą z poważną przestępczością. Jednak w cały ten incydent wmieszany jest prokurator generalny i gangster obecnie trzęsący miastem. Wróćmy jednak do wad filmu (zalet nie ma więc pisać o nich nie będę :D). Jak już napomknąłem najgorsi są aktorzy. Seth Rogen (Brit Reid / Zielony Szerszeń) i Cameron Diaz (sekretarka) osiągają swój zwyczajny poziom, czyli oscylują na granicy kompletnego dna i beznadziei. Natomiast Jay Chou (Kato) wybija się lekko ponad nich i udaje mu się uzyskać pułap przeciętności. Sama fabuła także jest nieźle porąbana i tak naprawdę nic z niej nie wynika. Dodatkowo ciągłe przeświadczenie o absurdalności i niedorzeczności postępowania głównego bohatera i niepozwalająca o sobie zapomnieć nurka parodii nie pozwala ekscytować się bardzo nikłym napięciem, które udało się rozniecić twórcom tego gniota. Efekty specjalnie także nie powalają. Jedyne co było fajne, to auta, które posiadał ojciec naszego debilnego bohatera i samochód, który stworzył Kato na potrzeby ich przedsięwzięcia. I wszystko byłoby dobrze, gdyby ktoś na siłę nie chciał zrobić z tego komedii. Wtedy ten film byłby jak najbardziej do zaakceptowania i mógłby być ciekawy. Jednak obsadzenie w roli głównej Rogena i kazanie mu grać debila spowodowało, już od samego początku, mój stanowczy sprzeciw.

Moja ocena to 2/10 - gatunkowa i 1/10 ogólna. 

I w taki oto sposób zielony stał się ostatnio dla mnie kolorem beznadziei...

wtorek, 7 stycznia 2014

Przegląd bajek... cz.2/2

Myślałem, że z całym wpisem wyrobię się wczoraj, ale po kilku godzinach zdałem sobie sprawę, że jednak będę musiał podzielić mój Ranking bajek na dwie części. Dziś przyszedł czas na miejsca od 7. do 1. Zapraszam!

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Przegląd bajek... (a co, nie można?;>) cz. 1/2

Ostatnimi czasy obejrzałem sporo animowanych amerykańskich (i nie tylko) tzw. bajek (choć wiele z nich zdecydowanie nie było dla dzieci) i nie wiem co z tym fantem zrobić. Z jednej strony chciałbym się podzielić z Wami moimi spostrzeżeniami na ich temat (być może kogoś zainteresuje albo zniechęcę, co też nie jest w sumie takie złe;) ), ale nie mam zamiaru pisać obszernej recenzji do każdej z nich, bo i po co ?:| Nie pozostaje mi nic innego jak w ramach małego rankingu przedstawić pokrótce moje przemyślenia na ich temat. Bajek w ciągu ostatniego miesiąca było 15, tak więc tyle miejsc będzie liczył mój ranking. Zaczynam od najgorszej, aby stopniowo piąć się z ocenami w górę!


środa, 10 lipca 2013

[27-30] Filmowy Flesz #2: "Star Trek" (2009), "United" (2011), "Podziemny front" (2008), "Serenity" (2005)

Ostatnimi czasy na odprężenie po ciężkim wysiłku intelektualnym lubię sobie obejrzeć film. A poza tym cały czas szukam "dobrego filmu". W taki oto sposób mam duuuużo do opisania, więc formuła "flesha" jest najwygodniejsza do podzielenia się z Wami moimi przemyśleniami.

Zapraszam na "Filmowy flesh #2"

"Star Trek" (2009)

No i wreszcie znalazłem film, który po prostu mi się podobał. Bez żadnych "ale". Niczego bym nie zmieniał, nie mam żadnych zastrzeżeń, a w trakcie seansu nie pojawiły się żadne znaki zapytania, czy niedomówienia, które psułyby mi frajdę podczas oglądania. "Star Trek" był po prostu bardzo dobrym filmem sci-fi. Muszę się na wstępie przyznać, że NIGDY nie oglądałem serialu i nie zamierzam tego robić po seansie filmowej wersji, bo wydaje mi się, że klimaty tych duch mogą nie współgrać i mogę się czuć zawiedziony wersją "podstawową". Czekam już tylko na to kiedy będę mógł obejrzeć drugą część, bo niestety seans w kinie mnie ominął, czego bardzo żałuję.

Ocena 8/10

"United" (2011)

Ten film obejrzałem z "polecenia" Łukasza K, który w komentarzu pod postem "Top: 10 Filmów sportowych" wspomniał, że film zrobił na nim dobre wrażenie, a że ja lubię filmy o sporcie, nie mogłem tego nie zobaczyć. Film mi się podobał, i mimo iż opowiadał tragiczną historię drużyny Manchesteru United, której większość pierwszego składu zginęła w katastrofie lotniczej w Monachium w 1958 roku, to niósł ze sobą pozytywne emocje i przesłanie, że nigdy nie można się poddać i zawsze trzeba walczyć do końca, bo po tym odróżnia się słabych od silnych i buduję legendę. Do tego rodząca się legenda Bobby'ego Charltona jako oś wydarzeń. Najciekawsze było jednak to, że jeden z aktorów (Dougary Scott) był podobny do mojego profesora z filozofii :D

Ocena 7.5/10

"Podziemny front" (2008)

Zapowiedź tego filmu, podobnie jak "Chloe", zobaczyłem na Filmboxie i podobnie jak ten pierwszy wydał mi się interesujący. Nie zawiodłem się. A przynajmniej zdecydowanie mnie niż na "Chloe". Film opowiadał o walce ruchu oporu w Danii podczas okupacji niemieckiej, a dokładniej o parze dwóch "cyngli" wykonujących wyroki podziemia. Jeden z nich to Płomień, 23 letni rudzielec, który skrupulatnie i z premedytacją wykonuje większość rozkazów. W tej roli bardzo przekonujący Thure Lindhardt. Jego najbliższym przyjacielem i "współpracownikiem" jest Cytryna, małomówny mąż i ojciec. W niego bardzo dobrze wciela się Mads Mikkelsen. Film opowiada prawdziwą historię, więc jest dość przekonujący i nie ma dziur, jak to bywa przy zmyślonych opowieściach. Klimat jest bardzo gęsty i tajemniczy, choć całość ogląda się bardzo dobrze. Cały film zdecydowanie różni się od tego co o podobnych tematach opowiadają polscy czy też amerykańscy twórcy. Jest dość specyficzny, ale przez to chyba bardziej prawdziwy.

Ocena 7/10

"Serenity" (2005)

Jako ostatni i najgorszy z tego zestawienia był mój żelazny faworyt po seansie tych kilkunastu odcinków serialu "Firefly", bo jest to jego pełnometrażowe domknięcie, po kasacji serialu już w pierwszym sezonie. Sam film jednak mnie zawiódł. Klimat i bohaterowie byli dokładnie ci sami i za to jest głównie ocena, ale już sama historia, czyli wyjaśnienie wątków River, która jakby nie patrzeć była osią wydarzeń, a wszystko co działo się wokół niej miało prędzej czy później doprowadzić do wyjaśnienia jej historii, mnie po prostu nudzi i nieciekawi. Sama jej postać jest słaba i może stąd moja reakcja. Mimo wszystko fajnie było zobaczyć załogę mojego ulubionego statku gwiezdnego jeszcze raz w innej odsłonie. 

Ocena 6/10

Kolejna odsłona moich poszukiwań "dobrego filmu" tym razem zakończyła się sukcesem. Oby tak dalej! :)

czwartek, 6 czerwca 2013

[VS#1]NOWY CYKL "Książka czy film": "Moneyball. Nieczytsa gra" Michaela Lewisa vs "Moneyball" Benetta Millera (2011)

Jest nieopisanie wiele książek na podstawie, których powstawały filmy wielkie, całkiem przeciętne i żałosne. Także wiele książek zostało napisanych na podstawie scenariuszy filmowych - prawdopodobnie tylko po to, żeby dodatkowo skosić troszkę sianka (choć nie ukrywam, że kilka takowych przeczytałem i nawet mi się podobały). 

Ostatnio także  na pewnym blogu czytałem tekst o tym, że adaptacja filmowa nie może być ani lepsza ani gorsza od książkowego pierwowzoru, bo jest po prostu inna. Ja stanowczo nie zgadzam się z tym twierdzeniem, bo zawsze w jakiś sposób będziemy się odnosić do tego co przeczytaliśmy. Będziemy chcieli aby świat stworzony przez autora w utworze literackim (jeśli oczywiście nam się podobał) został odtworzony. Podobnie z klimatem, postaciami i wszelkimi drobiazgami, które są nam bliskie. Każda zmiana, która nie będzie po naszej myśli, będzie działać przeciwko filmowcom. A największe połajanki zbierze ten twórca, który chcąc opowiedzieć historię po swojemu, zmieni w naszym ukochanym świecie wszystko...i efekt będzie żenująco słaby. Takich rzeczy nie powinno się robić, a niestety jest ich aż nadto. I zawsze w pewnym momencie wydamy ten miażdżący werdykt: "Film był lepszy/gorszy od książki". Właśnie w związku z tymi rozważaniami postanowiłem stworzyć nowy cykl traktujący o porównaniu książki z filmową adaptacją.


Dziś chciałbym przedstawić krótkie porównanie książki (ciężko ją nazwać powieścią, więc pozostanę przy nazywaniu literackiego pierwowzoru po prostu książką) Moneyball. Nieczysta gra autorstwa Lewisa Michaela i filmu noszącego ten sam, choć krótszy tytuł, czyli po prostu Moneyball w reżyserii Bennetta Millera z Bradem Pittem w roli głównej. 

Michael Lewis


Zacznę od książki, która może być, dla ludzi nie obeznanych z zasadami tej nie znanej w końcu w Polsce gry, jej nazewnictwem i całą logiką, trudna w odbiorze. To jest jej pierwszą wadą. Ja mimo tego, że sam niezbyt biegle poruszam się po baseballu, to podstawowe zasady znam i rozumiem o co w tej grze chodzi. A dodatkowo bardzo lubię wszystkie książki traktujące o sporcie, bo przedstawiają z reguły ciekawe postaci, które miały nieprzeciętne życie i osiągnięcia o jakich zwykły, przeciętny Kowalski może tylko pomarzyć. Więc dla mnie nie było to aż taką przeszkodą. Jednak dla innych czytelników, którzy są całkiem zieloni i do tego losy sportowców, a w tym przypadku bardziej ludzi za nimi stojących (menadżerowie, dyrektorzy generalni klubów MLB, a nawet statystycy hobbyści) nie lubią i ich to nie interesuje, książka może się wydać zbyt trudna i nużąca. Jednak jak się w nią zagłębmy, to okaże się naprawdę intrygującą historią o tym, że w tym narodowym amerykańskim sporcie nie zawsze musi się liczyć tylko mocne wybicie i portfel grubo wypchany dolarami. 


Billy Beane, świetnie zapowiadający się młody gracz, który jest głównym bohaterem tej historii (choć występuje tu naprawdę dużo postaci) jest dyrektorem generalnym zespołu Oakland Atletics, czyli jednego z najbiedniejszych zespołów w lidze. Jak to ciekawie określił odgrywający jego postać w filmie Brad Pitt: "Są zespoły bogate i biedne, później 15 metrów mułu i dopiero my". Jednak co ciekawe zespół Oakland A's wygrywa. I to zaskakująco dużo meczy. W książce dokładnie przedstawiona jest historia strategii zwanej w skrócie moneyball. Czyli najtańszego wygrywania meczy. Czyli posługiwania się statystyką w obliczaniu wartości zawodnika, a nie przeczuciem. Czyli czymś co jest najbardziej pogardzane w świecie baseballu, bo tak naprawdę dyskredytuje wszystkich ludzi uważających się za znawców tego sportu, mających tak zwanego nosa czy inne przeczucie, a tak naprawdę gówno o nim wiedzących. Jednym słowem strategii, która jest znienawidzona przez cały światek baseballowy. Ale także strategii, która działa. Jest ekonomiczna i skuteczna (dajmy na to New York Yankee za jedno zwycięstwo w sezonie płacą 1,4 mln dolarów, a Oakland A's jedynie 225 tyś. dolarów - fajnie nie?;>). Książka dokładnie opisuje losy wszystkich ludzi zamieszanych w jej powstanie (tej strategii oczywiście), poczynając od Billa Jamesa, który był prekursorem liczenia baseaballu poprzez jego wyznawców, aż do wspomnianego Banea, który po tym jak nie osiągnął sukcesu jako zawodnik (choć kiedyś jakiś wiedzący przyszedł do niego i powiedział mu, że będzie wielką gwiazdą) został pierwszym byłym pierwszoligowym baseballistą, który na własne żądanie zamienił funkcję gracza na stanowisko dyrektora generalnego.

William Lamar "Billy" Beane III

Ponadto książka jest troszkę rozwlekła, chaotyczna i, tak jak już wspomniałem wcześniej, nie jasna dla ludzi nie znających świata baseballu zbyt dobrze. Opowiada historie wielu zawodników, ich kariery, rokowania, sukcesy i porażki. Są tu przedstawione wydarzenia mające miejsce przy każdym Drafcie (naborze zawodników amatorskich do lig profesjonalnych) i wiele innych zawirowań z kupnem i sprzedażą graczy.

Film natomiast to dość spójna historia o wielkim człowieku. Jego woli walki i determinacji aby nie przegrywać. Bo jak sam powiedział: "Ja zdecydowanie dużo bardziej nie lubię przegrywać niż kocham wygrywać. A to wielka różnica." Mamy tutaj głównie zmagania z ww. wiedzącymi, którzy nie są przygotowani na nowie myślenie. Nie chcą się pogodzić z tym, że stają się w tym sporcie zbędni. Bill buduje drużynę w oparciu o strategię moneyball. Robi to tylko i wyłącznie dlatego, że nie ma pieniędzy i jest zdesperowany, a dodatkowo ma na tyle otwarty umysł, żeby przyjąć nowy sposób myślenia o baseballu. Historia toczy się dynamicznie i wciąga widza w wir wydarzeń. Główny bohater jest dobrze skomponowany, i mimo, iż nawet możemy nie wiedzieć o co chodzi w grze, to wiemy o co chodzi jemu i potrafimy mu kibicować. Mamy tutaj także miejscami do czynienia z retrospekcjami, które mają nam pomóc poznać jego historię jako baseballisty. Pomaga to zrozumieć jego podejście do tego sportu; jego intencje i motywacje. A także jego niechęć do wszelkiego sortu skautów i poszukiwaczy młodych talentów. Przejmują nas jego losy. Pitt gra dobrze. Bardzo sympatycznie także wypada troszkę nieśmiały i przestraszony najbliższy współpracownik Billa Peter Brand (Jonah Hill), który jest jakby
Peter Brand (Jonah Hill)
idealnym przeciwieństwem swojego szefa - wybuchowego i rozgadanego Beane'a. Choć z tego co mi się udało zaobserwować, postać ta nie występuje w książce (choć przewinęło się tam tyle nazwisk, że mogę się mylić) i raczej jest filmowym odpowiednikiem najbliższego współpracownika Billa Paula DePodesty. W filmie są też wątki, które w książce prawie się nie pojawiają albo są tak marginalne, bądź nie istotne, że prawie niezauważalne. Jednym z nich jest wątek rodziny, a w szczególności córki Billa Beane'a. Mimo wszystko wątek ten w filmie dobrze się komponuje i wydaje się potrzebny, dla pokazania pewnych problemów i wątpliwości co do obranej drogi przez Billa. 

Wybicie dające drużynie Oakland A's rekordowe, 20te, zwycięstwo z rzędu

Podsumowując cały mój wywód, mogę zaprezentować następujące wnioski:) Książka z racji tego, że jest dość chaotyczna i trudna dla laika, jest dla mnie warta 6 punktów w dziesięciostopniowej skali. Film natomiast, przedstawiając spójną i wciągającą historię o ciekawym człowieku i jego zmaganiu się z niemożliwym (wygrywać w baseballu nie mają pieniędzy, to według większości znawców niemożliwe ;)) dostaje tych punktów 8 w takiej samej, dziesięciostopniowej skali. 

Książka - 6/10
Film - 8/10

A jakie są Wasz opinie? Czy taki porównawszy cykl jest ciekawy i potrzebny? I jakie jest Wasze zdanie na temat samego Moneyballa - filmu jak i książki. Zachęcam do dyskusji!

P.S. Przepraszam wszystkich, którzy czytali niepoprawioną i zbyt szybko opublikowaną wersję tego tekstu. W tej chwili powinno być już wszystko dobrze z literówkami, a mój wywód powinien nabrać większej spójności. 

poniedziałek, 3 czerwca 2013

[3] Film polski: "Wygrany" (2011)

Dziś recenzja (troszkę opóźniona, ale mam nadzieję, że się nie pogniewacie ;]) kolejnej produkcji z cyklu "Oglądam Film Polski". Tym razem padło na "Wygranego" z roku 2011. Obraz ten chciałem zobaczyć od momentu kiedy w kinie miałem przyjemność widzieć zwiastun. Z Januszem Gajosem kupuję po prostu każdy film. Tak też było i w tym przypadku.

Przystąpiłem do filmu tak naprawdę nie wiedząc o czym będzie i czego mam się spodziewać. Po trailerze nie dowiedziałem się zbyt wiele, i z tych krótkich migawek wywnioskowałem, że film będzie opowiadał głównie o światku muzyki klasycznej ze wskazaniem na pianistów. W końcu główny bohater, Oliver Linovsky, którego gra Paweł Szajda (znany z takich produkcja jak "Pod słońcem Toskanii" i "Tatarak"), amerykański aktor polskiego pochodzenia, jako tako posługujący się językiem swoich "przodków", jest pianistą. Można nawet powiedzieć, że bardzo utalentowanym pianistą, który jednak swoje najlepsze lata ma już za sobą (kilka lat wcześniej decyzją jurorów niesprawiedliwie przegrał konkurs Chopinowski jednym głosem). Spotykamy go w momencie kiedy wyrusza na duże tournee po Europie, które ma mu przynieść na nowo rozgłos i sławę. Niestety dzień przed wyjazdem z Chicago do Wrocławia (tam ma się odbyć pierwszy koncert) zostawia go żona. Oliver jest załamany. Nie chce grać. Jednak agent wymusza na nim wyjazd i "zaliczenie" tej trasy koncertowej. Chodzi, w końcu, o wielkie pieniądze. Oliver się zgadza, aczkolwiek w momencie kiedy cała sala czeka aż zacznie grać, on postanawia, że jednak tego nie zrobi. Kontrakt zostaje zerwany, a sam pianista musi zwrócić organizatorom ćwierć miliona euro. Tego samego dnia wieczorem Oli stara się utopić smutki w hotelowym barze, do którego wraz z przyjaciółmi trafia, po wygranej na wyścigach konnych,


profesor Frank Goretzky (Janusz Gajos). Po krótkiej wymianie zdań, Oli oddelegowuje się spać. Następnego dnia budzi go telefon: "-Halo? - Tu recepcja. Pańska rezerwacja została anulowana. Do 12.00 musi pan opuścić pokój." Organizatorzy koncertu postanowili definitywnie zakończyć współpracę z Oliverem i skoro on może się nie wywiązać z umowy, to oni nie będą mu dłużni (rezerwacja była na trzy dni, a eksmisja nastąpiła po jednym). Jednak szczęśliwym trafem dla obu panów, co będzie widoczne w dalszej części filmu, wymeldowującego się Olivera zauważa Frank. Po krótkiej (albo dłuższej - już sam nie pamiętam) rozmowie profesor pozwala młodemu pianiście pomieszkać u siebie zanim całą sprawa się nie wyjaśni. W trakcie tego pobytu zawiązuje się między nimi przyjaźń. Panowie pomagają sobie nawzajem w wielu sprawach, z życiowymi włącznie. 


Film Wiesława Saniewskiego (który jest także jego scenarzystą) opowiada historię młodego utalentowanego człowieka, który od dziecka musiał podporządkować się i realizować ambicje surowej matki, niespełnionej pianistki (wypadek zdruzgotał jej karierę) - w tej roli Grażyna Barszczewska. Chłopak nie miał łatwego życia, a dom rodzinny kojarzył mu się jedynie z nieustannymi lekcjami gry i "biciem po łapach" kiedy źle układał dłonie na klawiaturze fortepianu. Jego ostoją i kimś kogo naprawdę kochał był dziadek (Emil Karewicz), który powiedział mu kiedyś, że "każdy człowiek ma taką magiczna godzinę w swoim życiu kiedy spełniają się wszystkie marzenia". Po tych trudnych chwilach, jakie były jego udziałem w ostatnim czasie (patrz akapit powyżej) Oliver postanawia wreszcie żyć na własny rachunek i według własnego uznania. 


W trakcie tego krótkiego okresu jaki spędzi w Polsce z Frankiem uda mu się dowiedzieć bardzo wielu rzeczy o sobie, znaleźć prawdziwego przyjaciela, poznać kobietę, w której się zakocha (Kornelię, w tej roli Marta Żmuda-Trzebiatowska), pokochać i zrozumieć wyścig konne i same stworzenia, które w nich rywalizują, a także odkryć zagadkę swojej porażki na konkursie sprzed wielu lat.


Sam film jest ciekawy. Wciągający, czasami zaskakujący, ale nie jakoś przesadnie. Trzeba go oglądać dość uważnie, bo duża ilość retrospekcji powoduje, że można się zgubić. Samo aktorstwo także nie powala. A najgorzej wypada chyba nasz główny bohater. Jakoś nie czułem tego jego aktorstwa. Choć nie było to znów jakoś całkiem słabe. Dobrze, jak zawsze, wypadł Gajos, który wystarczy, że jest na ekranie i albo sączy whisky czy też pali papierosa a już kradnie uwagę widzów. Ciekawy epizod Pszoniaka, który wciela się w postać profesora Karloffa, wielkiego znawcy i nauczyciela gry. Żmuda-Trzebiatowska jest tylko ładna, czyli nie prezentuje na ekranie niczego poza swoim standardem. Jednak całość jest dość sympatyczna i ogląda się dobrze.

Poniżej fragment muzyczny, który był podstawą do tego, który pojawił się w filmie. Ten oryginalny tutaj.


Co ciekawe, mimo tego, że film w dużym stopniu jest opowieścią o muzyku, to muzyka, stworzona przez Carlosa Libedinsky'ego, sama w sobie nie zapada jakoś głęboko w pamięć. Z całej produkcji pamiętam, i to jedynie jak przez mgłę, dwa motywy muzyczne: tango z napisów końcowych, które ze śpiewem pojawiło się gdzieś na początku filmu; i motyw muzyczny gany na fortepianie przez Olivera w restauracji, jakiś czas po odwołaniu koncertu. Cała reszta umyka, choć dość dobrze komponuje się z obrazem.


Podsumowując, film oceniam dobrze i taką też daję ocenę - 7/10. Czy polecam? Tak, ale podobnie jak w przypadku "Mojego roweru" bez większego ciśnienia, choć film zdecydowanie bardziej mi się podobał.

niedziela, 10 marca 2013

[1] Film: "Łowcy głów" (2011)

W sobotni wieczór miałem ochotę obejrzeć film. Ale nie wiedziałem na co mam "ochotę". Musicie wiedzieć, że jestem człowiekiem, któremu nawet najlepszy film, w momencie kiedy nie chcę go oglądać, może się nie spodobać... Wybór nie był więc prosty. Pierwszy poszedł na tapetę "Edwin Boyd" (2011), ale po 40 minutach nie dałem rady i musiałem "to" wyłączyć, gdyż nie był to "ten" film. Nie mówię, że był kompletnie zły, ale nie na wczoraj. Następny, przez chwilę, był "Los numeros", ale po ostatnim seansie "Śniadania do łóżka", doszedłem do wniosku, że kolejny polski film może mnie zabić. I tak oto trafiłem na "Łowców głów", który zainteresował mnie już od pierwszych minut.

"Hodejegerne" w reżyserii Mortena Tylduma, ze scenariuszem Ulfa Ryberga i Larsa Gudmestada na podstawie powieści wielkiego norweskiego mistrza kryminału Jo Nesbo, wciąga już od samego początku. Przynajmniej mnie zahipnotyzował już na wstępie ;)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...