Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jason Statham. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jason Statham. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 października 2016

[163] Film: "Mechanik. Konfrontacja" (2016)

Na pewno jest wśród Was grono osób lubiących Jasona Stathama. Ja także należę do grupy wielbicieli "talentu" Transportera, jednak z przykrością muszę stwierdzić, że jego ostatnie wybory ról do zagrania stawiają cały jego image w nie najlepszym świetle. Coraz więcej filmów to niestety produkcje klasy B, które są kopią schematów, z których znamy Stathama już od wielu lat. Podobnie jest z kontynuacją Mechanika. Prawo zemsty - niezaprzeczalnego sukcesu komercyjnego - czyli Mechanikiem. Konfrontacją. Zapraszam na recenzję!

niedziela, 12 kwietnia 2015

[111] Film: "Szybcy i wściekli 7" (2015)

Post miał być wczoraj, ale jakoś tak wyszło, że cały dzień byłem zajęty i tylko na krótkie chwile zbliżałem się do komputera. Swoją drogą musiałem też wiele spraw przemyśleć i przeanalizować, bo mimo tego, że ten film nie jest zbyt trudny w odbiorze, można by nawet rzec, że jest wręcz prostacki, to jednak zbyt pochopnie napisana recenzja może być dla niego krzywdząca, lub też aż nazbyt pochlebna. Wszyscy wiecie jaki film mam na myśli, więc zaczynajmy. 

"Jeśli myślałeś, że to będzie uliczna walka... to miałeś rację"

Z tego co zapowiadały pierwsze trailery, ten obraz miał wyglądać zupełnie inaczej, jednak niespodziewana tragiczna śmierć kluczowego członka obsady spowodowała odwrócenie koncepcji do góry nogami. Prawdopodobnie większość scen została nagrana ponownie, a w rolę zmarłego Paula Walkera wcielili się jego bracia Cody i Caleb, których twarze były później cyfrowo zmieniane. Tak jak wspomniałem pomysł na ten film był zupełnie inny, pierwotny scenariusz przewidywał uśmiercenie Dominica, w którego od 15 lat wcielał się z powodzeniem Vin Diesel, to jednak prawdziwa śmierć w ekipie spowodowała, że [Uwaga Spoiler!] w tej części już nikt nie zginął [koniec Spojlera]

To tylko pogrzeb Hana, tak jak pisałem, tu nikt już nie zginie.

Jednak śmierć Paula pociągnęła za sobą także inne zmiany, nie tylko te w scenariuszu, za który podobnie jak w 3 poprzednich epizodach odpowiedzialny był Chris Morgan. Przyczyniła się także do zmiany reżysera. Justina Lina (który w największej mierze nie zgadzał się na tak szybkie tempo pracy) zastąpił na tym polu James Wan - znanym głównie z horrorów takich jak m.in. "Piła", "Naznaczony", "Obecność" - czyli ktoś kto zupełnie nie pasował do tego filmu. I to się czuje.

No to zaczynamy!

Jak wszyscy dobrze wiemy, seria F&F od samego początku pełna była akcji na niespotykanie szybkich obrotach, co na pewno wyszło jej na dobre. Jednak od 4 części, czyli roku 2009 akcja ta zaczęła przybierać tak absurdalnie nieprawdopodobną postać i tak szalenie oddalać się od praw logiki i przede wszystkim fizyki (jazda z zawrotną prędkością po wąskich tunelach wydrążonych wewnątrz góry i "wykolejenie" autobusu z więźniami przez zwykłą osobówkę - część 4; ciągnięcie przez miasto z zawrotną prędkością kilkutonowego sejfu - część 5; walka z czołgiem - część 6), że oczywistym było, iż do końca wytrwają z nią już tylko najwierniejsi fani. Ci, którzy zamiast przewracać oczami na widok ekwilibrystycznych ewolucji autami pomyślała sobie: "No wreszcie się coś dzieje!". Reszta została wykluczona z tego "elitarnego" klubu. Nie chwaląc się, sam myślałem, że zaliczam się do tej pierwszej grupy. Ludzi lubiących szybkie samochody, piękne dziewczyny, duuuużo akcji i te grupę przyjaciół, których łączy niespotykana w dzisiejszych czasach więź, a sam Dominic nazywa ją Rodziną. 

Tak jak pisałem, akcja jest... hmm... szalona

Jednak twórcy w tym konkretnym epizodzie posunęli się zbyt daleko poza mój próg przyswajalności głupoty. Tutaj już nie wystarcza nie myślenie o absurdalności i niemożliwości wykonania pewnych rzeczy. Tutaj się cierpi na sam ich widok ([Uwaga Spojler!] latające samochody, samochody strącające drony, samochody strącające helikoptery, samochody spadające z samolotu na spadochronach, samochody skaczące z budynku do budynku na wysokości kilkuset metrów etc.[koniec Spojlera]). Twórcom, podobnie jak w jednej ze scen Dominikowi, wysiadły hamulce i w przeciwieństwie do niego, dla nich nie skończyło się to dobrze. Oczywiście nie chodzi mi tutaj o zarobki, ani o ogólną opinie na temat filmu, bo te pierwsze będą niebotycznie wysokie (w tym momencie, czyli niespełna miesiąc po premierze film zarobił na świecie przeszło pół miliarda $), a te drugie niesłychanie dobre (sam kilka słyszałem w kolejce do wyjścia z kina). Chodzi mi o to, że tutaj forma znokautowała treść. Jak Tyson. I to właśnie dlatego tak bardzo męczą te wszystkie zabiegi mające uatrakcyjnić fabułę. We wcześniejszych epizodach bohaterom o coś chodziło. Mieli jakiś jasno określony cel (pomszczenie śmierci Letty - część 4; chęć utarcia nosa pewnemu gangsterowi i zarobienia kupy kasy - część 5; odnalezienie Letty i sprowadzenie całej rodziny do "domu" - część 6), do którego dążyli. My im kibicowaliśmy i nawet kiedy ich metody były "oryginalne" i naginały prawa fizyki, to byliśmy tak pochłonięci wątkiem fabularnym naszpikowanym akcją, że przymykaliśmy oko na absurdalne sposoby jego osiągnięcia. Tutaj cel, na którym oparta jest cała fabuła jest niepotrzebny i niezrozumiały. 

Kurt Russel pierwotnie miał grać brata Dominika, teraz jest Panem Nikt

W opisie na filmwebie znajdziemy takie zdanie: "Deckard Shaw [Jason Statham] pragnie dokonać zemsty za śmierć brata Owena [brat nie umarł, więc tu jest błąd], eliminując Toretto i jego ekipę." Tak jest w rzeczy samej. Więc wplecenie w to wątku poszukiwania przez grupę Dominika pewnego hakera i wydostania go z rąk terrorystów, bo stworzył genialny program pozwalający namierzyć każdego człowieka na kuli ziemskiej, aby go wykorzystać do znalezienia Shawa, który łazi za Rodziną krok w krok i pojawia się wszędzie tam, gdzie oni jest bez sensu. Wystarczyłoby usiąść i poczekać aż sam przyjdzie (a przychodził nie raz), a nie organizować jakieś niedorzeczne akcje. Sam Dominic zadaje takie pytanie w jednej z początkowych scen (po co ty i ten program jesteście mi potrzebni skoro mogę usiąść i poczekać?), jakby twórcy chcieli utwierdzić widzów, a także samych siebie w przekonaniu, że to naprawdę ma sens. Mnie nie przekonali.

Abu Dabi? W sumie czemu nie...

Kolejnym mankamentem filmu jest również fakt praktycznej niezniszczalności głównych bohaterów. A co gorsza ich wiedzy o tym. Tak poważnych i - niestety, ale muszę po raz kolejny użyć tego słowa - niedorzecznych wypadków, z których bohaterowie wychodziliby bez najmniejszego draśnięcia, jeszcze nie widziałem. [Uwaga Spojler!] A ostatnia walka Dominica z Decardem jest pokazem starcia ludzi dosłownie ze stali. Po potężnym czołowym zderzeniu samochodami, około 10 minutach ciągłej walki na pięści oraz ciężkimi kawałkami metali, zawaleniu się razem z połową parkingu na niższe piętro oraz walnięciem samochodem w helikopter i upadek w nim z kilkunastu metrów na ziemię obaj bohaterowie są jedynie lekko zadrapani i... zmęczeni[koniec Spojlera].

A ty walcz, głupia walcz, swoim życiem się baw... przecież wiesz, że i tak nie zginiesz...

Swoją drogą już sam przeciwnik jakiego na potrzeby tej części wymyślili twórcy jest niedorzeczny, a poziom rozpierduchy jaki zostanie nam zaserwowany najlepiej pokazuje pierwsza scena, czyli obraz zrujnowanego szpitala, którego dokonał - odwiedzając brata - Decard Shaw. Starszy braciszek Owena jest nadczłowiekiem. Jest syntezą wszystkich ról twardzieli jakie Statham do tej pory zagrał podaną nam w formie zupełnie nie do strawienia. To oczywiście nie jego wina, i tak ogólnie bardzo go lubię, ale w tym przypadku zupełnie przegiął pałę. A może bardziej twórcy scenariusza niż on sam. 

Jason Statham. Lubie gościa

Ten film tak naprawdę ratuje kilka dowcipnych sucharów, ekipa, która mimo niedorzecznych sytuacji, w której umieścili ją twórcy, wciąż jest pełna uroku oraz zakończenie, które jest hołdem i jednoczesnym uczczeniem pamięci Paula Walkera, któremu poświęcony jest ten obraz. Choć, co ciekawe i w nim jest jedna poważna nieścisłość, której nie potrafię zrozumieć choćbym nie wiem na ile różnych sposobów ją sobie tłumaczył. 

Pamięci Paula Walkera
1973-2013

Podsumowując, film jest mizerny, choć wielu ludzi na pewno będzie się na nim bawić wybornie. Mnie podobał się połowicznie. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że był posklejany z nietrzymających się kupy kawałków. Na siłę i bez pomysłu. 

Moja ocena 4/10 + 2 za zakończenie i całkiem znośny początek = 6/10




wtorek, 31 marca 2015

[102] Film: "Joker / Wild Card" (2015)

Dziś miałem spory dylemat jaki film sobie zaopiniować, ponieważ na przestrzeni ostatnich dwóch dni obejrzałem aż... dwa :] Co i tak jest nie lada sukcesem, bo ostatni film widziałem dopiero gdzieś w styczniu. Podobieństwo tych filmów jest dość spore i praktycznie żadne. Jak to możliwe? Ano tak, że wystawiłem im taką samą ocenę i oba mają coś wspólnego z hazardem, kasynami, mafią i skrzywdzoną kobietą. Cała reszta jest już diametralnie inna. Pierwszy z nich został nagrodzony m.in. Złotym Lwem weneckim w 1980 roku, a jego tytuł to "Atlantic City". Jednak po dłuższym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że to za trudny film był dla mnie na dziś i nie mam ochoty o nim pisać póki go odpowiednio nie przetrawię. Stąd też dziś zapraszam do zapoznania się z moimi refleksjami na temat tego drugiego, czyli "Jokera" w reżyserii Simona Westa z Jasonem Stathamem w roli głównej. 


Fabuła filmu jest dość prosta, ale przedziwnie niespójna, bo akcja rozłazi się trochę na dwa wątki, z których nie wiadomo, który tak naprawdę jest ważniejszy. Mamy bowiem do czynienia z uzależnionym od hazardu "prywatnym ochroniarzem" marzącym o żeglowaniu. Innymi słowy z takim gościem od szeroko pojętego bezpieczeństwa do wynajęcia, który dzieli biuro z prawnikiem, któremu czoło lekko zachodzi na plecy, czasami radząc się go, jak niezgodne z prawem będzie jego następne zlecenie... Jednak akcja przebiega tutaj dwutorowo. Z jednej strony mamy Nicka (taj się nazywa Statham w filmie), który podejmuje się "ochrony" jakiegoś szczyla, chcącego pograć w kasynach bojącego się, że albo go wyrzucą, albo dostanie wciry. Z drugiej natomiast strony poznajemy wątek zemsty Nicka na mafiozach za pobicie i gwałt przyjaciółki prostytutki (tak, uważam, że prostytutkę też można zgwałcić), która to niesie za sobą ciekawe acz nieprzyjemne dla Nicka konsekwencje.

W roli głównej: Jason Santham xD

Film jest stosunkowo prosty i bazuje na do bólu zgranych konwencjach (hazardzista nie mogący uciec z krainy hazardu, do tego, jak we wszystkich filmach akcji, posiadający nieprzeciętne umiejętności walki wręcz, piękna dziewczyna, nieudacznik, przyjaciel mafiozo i ten zły, który jest twardy tylko przy kolegach...), jednak dzięki osobie Statham, który w takich klimatach odnajduje się bardzo dobrze film jest przyjemną chwilą wytchnienia od "trudniejszych" obrazów. Dodatkowo, dużą zasługę w czerpaniu przyjemności z seansu odgrywa świetna muzyka z przebojem "Blue Christmas" Deana Martina w scenie z napisami początkowymi świetnie uzupełniająca klimat hazardowej stolicy świata, w której rozgrywa się akcja. A także naprawdę zręcznie zrealizowane sceny walki, które w swojej dynamice i sposobie filmowania przypominają te z pierwszej części "Transportera". Dla mnie to był przyjemny seans, do którego być może jeszcze kiedyś wrócę.  

Jak będziesz chciał kiedyś zrobić krzywdę kobiecie, to pamiętaj, że to mściwe istoty są...

Moja ocena 6/10



środa, 30 kwietnia 2014

[59-62] Filmowy Flesz #5: "42 - Prawdziwa historia amerykańskiej legendy" (2013); "47 Roninów" (2013); "The Seven-Ups" (1973); "13" (2010)

Tak jak pisałem, wczoraj była przerwa na reklamy, ale dziś wracamy już do dalszej części programu :) A z racji tego, że na dyżurze mam chwilę czasu, bo i tak nikt do mnie nie przychodzi, to dziś kolej na następny Filmowy Flesh, czyli kilka krótszych form dotyczących filmów, które według mnie nie wymagają samodzielnych recenzji. Zaczynamy!

"42 - Prawdziwa legenda amerykańskiej legendy" (2013)

"42" jest to biograficzny dramat sportowy. Taka jego charakterystyka byłaby najbardziej adekwatna do tego co widzimy na ekranie. A przedstawia on historię przełomu w amerykańskim baseballu. Przełomu jaki dokonał się za sprawą Jackiego Robinsona (Chadwick Boseman), a także Brancha Rickeya (Harrison Ford). A polegał, ów przełom, na wprowadzeniu do zawodowej ligi MLB gracza czarnoskórego, co w tamtych czasach (połowa lat 40.) było nie do pomyślenia. Jednak pomyślał o tym Rickey, który w dwa lata po objęciu fotela prezydenta i menadżera generalnego klubu Brooklyn Dodgers postanowił taki krok przedsięwziąć. Kazał swoim asystentom wybrać najlepszego gracza ligi czarnoskórych i dać mu szansę gry najpierw w zespole "rezerw", a później w drużynie Dodgersów. Tym zawodnikiem był Jackie Robinson grający z numerem 42. To on zrobił ten pierwszy krok i swoją genialną grą oraz nienaganną postawą życiową poza boiskiem sprawił, że w lidze z każdym rokiem Afroamerykanów było coraz więcej. Ludzie, początkowo wrogo do niego nastawieni, zaczynali się przekonywać do jego wyglądy zewnętrznego, a jego gra robiła na nich ogromne wrażenie. Film ten w oryginale nosi tytuł "42", bez tego idiotycznego polskiego dopowiedzenia. Przyczyną tego jest fakt, że numer 42 jest jedynym numerem w tym sporcie, który został bezterminowo wyłączony z użycia. Jest on zarezerwowany jedynie dla Jackiego Robinsona i nikt inny nie może z takim numerem grać w baseball. A sam film? Jest ciekawy, w miarę wciągający, z dobrymi, choć nie rzucającymi na kolana kreacjami aktorskimi. Historia jest dość przewidywalna, ale ogląda się to przyjemnie i pod koniec ludzie płytsi uczuciowo mogą czuć nawet lekkie wzruszenie. Polecam na jakiś spokojny wolny wieczór dla ludzi lubiących takie klimaty. Jednak bez ciśnienia, bo nie jest to film z kategorii must see.

Ocena gatunkowa 6/10
Ocena ogólna 6/10

"47 Roninów" (2013)

Dziś, jak już zapewne zauważyliście będą same filmy z liczbą w tytule. Tak jest też w przypadku "47 Roninów". Jest to zmodyfikowana i skomplikowana opowieść bazująca na japońskiej legendzie. Ja osobiście odnajduje dwa powody takich zabiegów. Po pierwsze film z samymi azjatyckimi aktorami mógłby nie znaleźć odbiorców w Europie, USA i innych krajach zachodnich, więc została wprowadzona postać okrągłookiego Kai'a (Keanu Reeves), który choć biały, to ma związek nie ze światem zza morza a raczej z demonami. Drugi wątek to właśnie te demony, wiedźmy, potwory i czary. Tego wątku także nie pamiętam z książki, którą czytałem kilka lat temu. Była to natomiast opowieść o zdradzie i honorze. Tutaj, jak wiadomo, musiał zostać dołączony jeszcze wątek zakazanej miłości między córką władcy prowincji Miką (Kô Shibasaki) a tym obcym, w tym wypadku Kai'em. Mamy też tego złego, który podstępem i przy pomocy czarów zmusza ojca Miki do popełnienia rytualnego samobójstwa - seppuku - tym samym skazuje wszystkich swoich samurajów na pohańbienie, czyli stanie się roninami, samurajami bez pana. Jednak po roku przywódca roninów Oishi (Hiroyuki Sanada) postanawia powziąć zemstę na człowieku odpowiedzialnym za jego los, a tym samym uratować księżniczkę przed rychłym ożenkiem z tymże złoczyńcą, którym jest Lord Kira (Tadanobu Asano). Co do samego filmu i tego jak ta historia została opowiedziana, to z jednej strony nie była wcale taka najgorsza, choć trochę za bardzo wydumana i przefajnowana jak dla mnie. Byłaby zdecydowanie lepsza, gdyby autorzy dali sobie spokój z całą tą magią, a oparli się na tradycjach Bushido, honorze, męstwie i niezachwianej lojalności tych dzielnych ludzi, jakimi byli roninowie z owej legendy. Wolałbym zobaczyć coś podobnego do "Ostatniego samuraja" niż to co Carlowi Rinschowi wyszło. 

Ocena gatunkowa 6/10
Ocena ogólna 4/10

"The Seven-Ups" (1973)

Jest to jeden z filmów wpisujących się w bardzo popularny na przełomie tat 60. i 70. nurt kina policyjnego. Powstał wtedy szereg obrazów o podobnej tematyce, klimacie i poruszających się w tej samej konwencji. Najsłynniejsze to "Bullitt" (1968) i "Francuski łącznik" (1971). "The Seven-Ups" to jeden z nich, wyprodukowany zresztą przez tego samego człowieka - Phillip'a D'Antoni'ego - i chyba niesłusznie zapomniany. Opowiada on wycinek z działalności specjalnej jednostki policji nazywanej właśnie "The Seve-Ups" (choć nie wiem tak naprawdę do czego się ta nazwa odnosi), która, jak na tamte czasy, używając niekonwencjonalnych metod (działanie tzw. undercover) wyłapywała różnego rodzaju przestępstwa i przekręty. Jej dowódca, Buddy Manucci (Roy Sheider), ma wtykę w mafii, starego przyjaciela jeszcze z dzieciństwa, który podrzuca mu raz na jakiś czas użyteczne informacje. W pewnym momencie zaczyna w mieście dochodzić do porwań dla okupu członków mafii pod przykrywką zatrzymania w celu przesłuchania przez wymiar sprawiedliwości. Na grupę Manucciego spada zadanie rozwiązania tej sprawy. A sprawa się w pewnym momencie dość mocno skomplikuje. Jednak sam film jest w swoim wydźwięku dość prosty. Mamy kilak elementów składowych tego typu produkcji, takich jak pościg, tym razem w przeciwieństwie do tego z Bullitta, wielkimi tapczanami, strzelaniny, zdrady i specyficzny rodzaj ludzi bez skrupułów. Jednak w przeciwieństwo do Bullita film nie jest tak spójny i nie posiada tak charyzmatycznej pierwszoplanowej postaci. Choć mimo wszystko jest to obraz warty uwagi. 

Ocena gatunkowa 7/10
Ocena ogólna 5/10

"13" (2010)

Ostatnim filmem całkiem nieprzypadkowo jest film o enigmatycznym tytule "13". Jest to bowiem niebywały gniot. Jego seans był zwyczajną stratą czasu, a konfundująca okładka, która wprowadziła mnie w błąd co do jego tematyki, powinna być jak najszybciej zmieniona. Sugeruje ona bowiem, że będziemy mieli do czynienia z filmem gangsterskim, a przynajmniej czymś na miarę sensacji, a nie psychopatycznego dramatu (thrillera?) z niesatysfakcjonującym zakończeniem. Rodzina młodego chłopaka, Vince'a Ferro (Sam Riley), ma problemy finansowe. On przy wykonywaniu dorywczej pracy elektryka podsłuchuje rozmowę, z którą wiążą się dość spore pieniądze. A po nagłej śmierci osoby w sprawę zaangażowaną, kradnie z jego domu wskazówki jak dostać się na miejsce spotkanie z tą kasą. Okazuje się jednak, że wpakował się w wielki bagno. Będzie zawodnikiem w turnieju, upgrejdowanej przez szajbusa, rosyjskiej ruletki, w której każdy z bogatych zdeprawowanych imbecyli społecznych wystawia swojego człowieka "na strzał", przy okazji obstawiając grube sumy. Film sam w sobie był beznadziejnie niedopowiedziany. Nie poznajemy tak naprawdę żadnego z bohaterów. Oglądamy historię osób, którzy nas nie obchodzą. Historię patologicznie chorą i jakoś dziwnie niespójną. Dodatkowo poziom absurdu postępowania i zachowań postaci tej opowieści sprawia, że wciąż zadajemy sobie masę pytania o ich motywacje. O aktorstwie raczej nie ma mowy. Ot taki produkcyjniak dla debili. Statham i Rourke w obsadzie wprowadzają jedynie w błąd tych, którzy mają ochotę na kawałek dobrego kina akcji.

Ocena gatunkowa 4/10
Ocena ogólna 2/10

poniedziałek, 8 lipca 2013

[23-26] Filmowy Flesz: "Niezniszczalni 2" (2012), "Drużyna Asów" (1994), "Chloe" (2009), "Parker" (2013)

Ostatnio w poszukiwaniach dobrego filmu łapię się już wszystkich możliwych gatunków. W związku z tym nagromadziło się kilka filmów, których jednak nie będę recenzował w pełni "profesjonalnie". Napiszę tylko kilka swoich spostrzeżeń i uwag a propos tychże. 

"Chloe" (2009)

Po obejrzeniu zapowiedzi tego filmu w telewizji (miał być puszczony chyba na Filmboxie) miałem co do niego wielkie oczekiwani, bo wydał mi się bardzo ciekawy. Mamy do czynienia z dojrzałym małżeństwem (Catherine Stewart - Julianne Moore i David Stewart - Liam Neeson), dobrze sytuowanym (ona jest ginekologiem z własnym gabinetem, a on wykładowcą uniwersyteckim), mają piękny dom i dorobili się nawet nastoletniego syna. Jednak ich życie, widziane głównie oczami żony, nie wygląda zbyt dobrze. Kobieta czuje się odrzucona i nieatrakcyjna dla męża, którego podejrzewa o zdrady, a także ignorowana i niedoceniana przez syna, który wydaje się lepszy kontakt ma z ojcem. W scenie rozpoczynającej cały film poznajemy także Chloe (Amanda Seyfried), młoda i piękną prostytutkę, która opowiada nam jak stać się spełnieniem męskich marzeń. W pewnym momencie filmu drogi obu kobiet się przecinają a ich losy splatają ze sobą dość mocno. Catherine zatrudnia Chloe aby spróbowała uwieść Davida i opowiedziała jej jak mąż na to zareagował. Chloe przyjmuje zlecenie, wykonuje je i skrupulatnie opowiada Cat przebieg zajścia. Te "relacje" sprawiają", że Cat coraz mniej ufa mężowi i jest coraz bardziej zafascynowana Chloe. Między kobietami rodzi się dziwna więź. Ale jak to się kończy musicie zobaczyć sami. Cały film byłby zdecydowanie lepszy, jeśli intencje Chloe mały mocniejsze fundamenty w scenariuszu, bo bez tego cała intryga rozsypuje się pod koniec jak domek z kart od podmuchu wiatru. Szkoda, bo i gra aktorska i elektryzująco-erotyczny klimat filmu robi dobre wrażenie i początkowo łapie widza w sieć i nie pozwala oderwać się od ekranu. Jednak nie wyjaśnienie w pełni pewnych spraw i wątków  było,  przynajmniej dla mnie, rozczarowujące. 

Ocena 6/10

"Niezniszczalni 2" (2012)

Sylwester Stallone po raz kolejny zbiera ekipę starych (i nie takich starych) legend kina akcji, aby wspólnie zrobić niezłą rozpierduchę, a zarazem pośmiać się trochę z konwencji. Mamy tutaj naprawdę wiele obecnych, i już z lekka odchodzących do lamusa, gwiazd kina kopano-rozpierduchowego i to naprawdę" robi robotę", jak to mówią moi koledzy, a zwrotu którego szczerze nie znoszę :D A o co chodzi? Stallone, wraz ze swoją ekipą, wyrusza aby odnaleźć jakieś pudełko potrzebne Willisowi, za co ten przestanie go straszyć więzieniem. Do grupy dołącza Maggie (Nan Yu) jako osoba "obeznana ze sprawą". Po drodze jednak nie wszystko idzie tak jak powinno i z ręki Van Dama, którego pomagierem jest Adkins, 

(uwaga spoiler!) 

ginie jeden z członków ekipy, a ona sama zostaje okradziona z łupu. Sylwek postanawia się zemścić. W tym celu zabiera swoich chłopców i dziewczynę gdzieś do byłej Jugosławii (chyba) aby odebrać to co ich i wymierzyć zasłużoną sprawiedliwość. Na swojej drodze spotykają jeszcze Chucka i Arniego, później przyjeżdża Bruce i wszyscy razem spuszczają łomot JCVD i Adkinsowi :) I to by było na tyle. W filmie jest dużo sucharowych żartów i ginie więcej ludzi niż we wszystkich częściach Rambo (a tam nie zapominajmy było około 250 ofiar :D). Gdzieś w tle pojawia się podobno nawet Novak Djokovic (ten tenisista), ale jakoś go nie mogłem wypatrzeć. Całość jednak ogląda się dobrze. Film spełnia swoje zadanie. Czyli totalnego odmóżdżacza. 

Ocena 6/10

"Drużyna Asów" (1994)

Po przeczytaniu autobiografii Shaqa dowiedziałem się, ze zagrał nie tylko w takich gniotach jak "Czarodziej Kazaam" i "Stalowy rycerzu", ale też w filmie o koszykówce, który, koniec końców, nie był taki najgorszy. 
Historia opowiada o utytułowanym i bardzo nerwowym trenerze koszykówki akademickiej (Nick Nolte), który przegrał ostatni sezon i bardzo mu się to nie spodobało. Teraz postanawia zebrać takich zawodników, którzy pozwolą mu odnieść sukces. W tym celu jeździ po szkołach średnich i przekonuje młodych chłopaków i ich rodziny, że to właśnie jego drużyna i uczelnia zapewni im największy sukces i najlepsze wykształcenie. Film dobrze pokazuje machinacje i różnego rodzaju oszustwa, które mają miejsce podczas rekrutowania młodych sportowców do szkół wyższych. Fabuła jest nawet zadowalająca. Gra aktorska także. Scenariusz trzyma się kupy. Film jest niezły, ale to wszystko. Za serce nie łapie, bo Nolte nie jest aktorem, który umie wzruszać. 

Ocena 6/10

"Parker" (2013)

Zdecydowanie najgorszy film z całego zestawienia. Film zupełnie niepotrzebny i żałosny w swoim całokształcie. Po jego seansie zaczynam się poważnie bać o przyszłość Statham, który zaczął dobrze ale im dalej w las tym więcej drzew. 
Pokrótce zarys fabuły. Jest skok na kasę festynu (około 1-1.5 mln $). Skok się udaje jednak nie wszystko idzie po myśli "dowódcy" rabusiów - Stathama. Przez nieudolność jednego z członków ekipy ginie przypadkowy uczestnik wioskowej zabawy. Dodatkowo po robocie jeden ze zbirów próbuje wymusić na innych aby cały zysk zainwestowali w przygotowanie następnego skoku, gdzie do zgarnięcia jest 10 razy więcej. Statham się nie zgadza i za to chcą go zabić. Jednak nieudolność (albo brak jaj) tego samego gościa, przez którego zginął te przypadkowy facet na festynie, powoduje, że Statham wylizuje się z ran (głównie dzięki pomocy farmera, który wraz z rodziną zgarnia go z pobocza i zawozi do szpitala - pod koniec filmu zostaje za to sowicie wynagrodzony) i postanawia się zemścić. Ogólnie najgorsze z całego tego filmu jest to, że na siłę wsadzono do niego przebrzmiałą gwiazdę filmowo-muzyczną - Jennifer Lopez. Jej postać jest zupełnie niepotrzebna, i gdyby nie ona można by utrzymać klimat trzymającego w napięciu sensacyjnego thrillera, a jej postać wprowadza pseudo humorystyczne rozluźnienie akcji co powoduje, że film robi się niestrawny, bo nie wiadomo do kogo jest skierowany. Jeśli ma to być coś w rodzaju sensacyjnej komedii jak "Po zachodzie słońca", to jest za dużo mordobicia i krwi, a jeśli ma stawiać włosy na rękach z napięcia to ktoś powinien napisać scenariusz jeszcze raz i od nowa zrobić casting, bo takiej zgrai źle dobranych aktorów to dawno nie widziałem. Ale co ciekawe to już drugi seans z Noltem, który zagrał tutaj mały epizod, ale nie zachwycił. A i Statham pojawił się w zestawieniu po raz kolejny. Byłem także zaskoczony, że pierwszy raz od wielu lat na ekranie, w bardzo małe rólce, ale jednak, pojawił się Daniel Bernhardt - była gwiazda kina kopanego (np. trzech części Krwawego sportu, który kiedyś nałogowo oglądałem). Jednak sam film był bardzo słaby. I mimo, że jego ocena filmwebie to prawie 6.5, to ja dam zdecydowanie mniej.

Ocena 3/10

czwartek, 23 maja 2013

[15] Film: Szybcy i wściekli 6 / The Fast and the Furious 6 (2013)

Wczoraj udało mi się pójść na przedpremierową, kolejną już, odsłonę filmu "Szybcy i wściekli". Tym razem szóstą. Reżyserią, jak w ostatnich trzech obrazach, zajął się Justin Lin. I muszę przyznać, że wyszło mu to całkiem dobrze. Na podobnym poziomie jak trzy wcześniejsze części. Na ekranie zobaczyliśmy także (prawie) całą paczkę znaną z poprzednich epizodów. Po seansie (jako wielki fan tej serii, więc ocena może nie być obiektywna) mogę powiedzieć na pewno jedno: WOW!


Historia jest ułożona w taki sposób aby pozamykać wszystkie wątki i wreszcie wyprowadzić opowieść, którą poznamy z siódmej części (że się pojawi jest już ustalone i zaplanowane), na wydarzenia po tym co zdarzyło się w "Tokio Drift". Jednakowoż aby nie zespoilerować, nie mogę zdradzić zbyt wiele szczegółów. Powiem tylko o tym, że agent Hobbs ma "mały" problem z jednym złym facetem, niejakim Owenem Showem (Luke Evans), byłym wojskowym, który dokonał kilku zuchwałych i spektakularnych kradzieży, i potrzebuje do pomocy Dominicka oraz jego ekipy. Przekonanie ich do współpracy nie wydaje się łatwe. Hobbs ma jednak asa w rękawie - zdjęcie rzekomo nieżyjącej Letty zrobione przed tygodniem. Wszyscy znamy Doma (a przynajmniej Ci co oglądają serię). On nigdy nie opuszcza swojej "rodziny". Zgadza się więc pomóc Hobbsowi. Stawia jednak pewne warunki. Jeśli uda się dopaść Showa wszyscy członkowie jego grupy dostaną ułaskawienie. W trakcie wydarzeń okazuje się, że Letty naprawdę żyje, a Dominick za wszelką cenę chcę ją sprowadzić do domu. Więcej nie chcę zdradzać, bo jest wiele smaczków, które lepiej poznać samemu podczas seansu.

Panowie po latach życia na krawędzi próbują się ustatkować i osiąść gdzieś na stałe, jednak nigdzie nie czują się jak w domu

Ja, jako wielki fan, o tym już wspominałem na początku, będę tylko chwalił ten film, ale wydaje mi się, że jest za co. Po pierwsze za świetne napisy początkowe. Nie wiem czy ktoś tu zrzynał z "Iron Mana 3", czy było wręcz na odwrót, ale mamy podobny schemat. Podczas napisów przechodzimy przez wszystkie najważniejsze momenty każdej z pięciu poprzednich części. Fajny zabieg. Miło sobie przypomnieć co się działo wcześniej. 

Troszkę przegięte prawda?;>

Kolejna sprawa, to naprawdę duuuużo trzymającej w napięciu akcji. Są pościgi, wybuchy, dużo kopaniny. I choć niekiedy z foteli obok słyszałem stwierdzenia: Nie, coś takiego jest niemożliwe. Ale bajka!", i musiałem się nieraz z tymi sądami w duchu zgodzić, to jednak jak w tych scenach wyłączy się logiczne myślenie, to ogląda się je naprawdę fajnie. 

Rita Ora, angielska piosenkarka i twórczyni tekstów startująca nielegalny nocny wyścig w Londynie

Po trzecie i najważniejsze - dużo naprawdę świetnych samochodów. Mamy tutaj takie perełki jak Charger Dytona (auto Dominika), Ford Escort Mk1 (prowadzony przez Briana), Ford Mustang (chyba Shelby GT500, ale nie jestem do końca przekonany), a także Jensen Intecepton z silnikiem V8 Chryslera (auto Letty). Jednak w tym, jak i w poprzednich filmach widać, że chłopcy wyrośli już z podwórkowych ściganek. Teraz na nielegalnych licznych wyścigach w Londynie nie zobaczymy, tak jak w pierwszej części, Hond Civic, Mazd RX-7, Nissanów Skylineów, czy Mitshubishi Eclipsów. Nie, tutaj pojawiają się samochody kupowane na aukcjach za grube miliony takie jak kilka z wyżej wymienionych, ale też Koenigsegg, Ferrari F430 Scuderia, Aston Martin, Ferrari Enzo i wiele innych. W jednej ze scen pojawia się także...czołg ;) To już lekka przesada, ale cóż. Tak postanowili twórcy tego obrazu. Niech więc tak będzie.

Letty i jej Interceptor

Kolejną rzeczą, która przypadła mi do gustu były, zwyczajowe już, utarczki słowne niektórych bohaterów filmu. A także komiczne sytuacje, które sami generowali. O aktorstwie nie można powiedzieć zbyt wiele, bo to nie film, w którym się na to patrzy. Ma być ciekawie i wybuchowo. I tak właśnie było. No może poza jednym przypadkiem. Jakoś nie mogę znieść Dwanyea Johnsona, który wciela się w postać Hobbsa. On jest żałosny. Taki betonowy Hulk. Wielki kloc bez talentu. No ale jakoś go zniosłem. Ale co ciekawe, dla zrównoważenia siły i rozmiaru Toretto i Hobbsa w drużynie tych złych pojawia się Klaus grany przez duńskiego kulturystę Kima Kolda. Z tego co zauważyłem, nie jest to jego debiut filmowy, ale jakoś jego talent do mnie nie przemówił. Ot, po prostu duży facet i tyle.
Dom i Letty - spotkanie po latach

Tak na gorąco, tuż po seansie, nie wiem co jeszcze napisać. Na pewno bardzo fajnie zapowiada się kolejna część, w której zobaczymy Jasona Stathama jako czarny charakter, ponieważ twórcy postanowili nam zdradzić odrobinkę przyszłości i zakończyć film tzw. cliffhangerem.


Moim skromnym zdaniem film, jako kino rozrywkowe, i kolejna część serii zasługuje na 8.5/10. Dałbym 9 gdyby nie dwie rzeczy. Osoba Johnsona i zbyt długa scena końcowa, która spowodowała, że napięcie zaczęło powoli spadać jeszcze przed jej końcem, bo się niemiłosiernie ciągnęła. Poza tym, naprawdę kawałek dobrego, wysokooktanowego kina, okraszonego dymem z palonych opon i sprzęgła i kapką sentymentalizmu.

Dla wszystkich fanów serii to zdecydowany i nieodwołalny Must-Have-Seen! A dla ludzi niezwiązanych z tematem...hmm...tu bym się już zastanawiał.

P.S. A tak mniej więcej wyglądają napisy początkowe, z tym właśnie kawałkiem w tle. No...prawie ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...