Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film 2010. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film 2010. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 września 2017

[177-181] Filmy o miłości

Czasem lubię sobie obejrzeć komedię romantyczną. Dziś przedstawiam zestawienie 6 tytułów, które widziałem na przestrzeni kilkunastu ostatnich dni. Filmy ułożone są w kolejności od najniżej ocenionego do tego, który otrzymał najwyższą notę. 

"Cudowne tu i teraz / The Spectacular Now"* (2013)
Ostatni z obejrzanych przeze mnie filmów okazał się tym najsłabszym. Nie był on wszak typowym melodramatem czy też komedią lub romansem, a raczej czymś w rodzaju połączenia wszystkich tych elementów, z których na pierwszy plan wysuwa się dramat. Mamy tutaj do czynienia z Sutterem siedemnastoletnim imprezowym chłopakiem, który nie stroni ani od alkoholu, ani od seksu (w tej roli Miles Teller). Kiedy go poznajemy właśnie rzuciła go dziewczyna a on sam nie do końca wie co chce zrobić z resztą swojego życia. Do roboty przychodzi przeważnie na gazie albo pije w pracy. Nie ma też parcia na dostanie się do koledżu. W pewnym momencie poznaje zupełnie inną dziewczynę niż te, z którymi spotykał się do tej pory. Dziewczyna czyta książki, uczy się dobrze, nie pije i nie pieprzy się ze wszystkim co posiada penisa. Ich związek dość szybko ewoluuje i wydaje się, że oboje są sobie niezbędni i pięknie się uzupełniają (choć w filmie tego nie widać zbyt dobrze, można się jedynie domyślać, że taki był zamysł scenarzystów i reżysera). Dzieciaki się niby wspierają, niby motywują do "zerwania z tyranią rodziców". Matka Aimee (w roli Aimee Shaillene Woodley) nie pozwala jej pojechać na studia, a matka Suttera nie pozwala mu się skontaktować z ojcem, który opuścił ich kiedy chłopak był bardzo mały. Jednak o ile dziewczyna robi to szczerze, to Sutter ma mętlik w głowie, sam nie wie czego i kogo chce. Obraża dziewczynę, bo jest rozczarowany osobą ojca (udało mu się z nim spotkać dzięki siostrze, która dała mu numer telefonu). Co jest dalej musicie sobie zobaczyć sami, ale ja uważam, że film jest nie spójny klimatycznie i gatunkowo. Początek jest zwykłą imprezową komedią, środek to ewidentnie klimat z filmów "fajny chłopak wyrywa ładną outsiderkę", a końcówka to ewidentny dramat w stylu "wszystko wokół się pierdzieli a ja nie wiem co mam zrobić". Jak dla mnie trochę tego za dużo i nie trzyma się to kupy. Stąd też moja adekwatna do całości ocena.

Moja ocena: 4/10

"Sex story / No Strings Attached" (2011)
Teraz kolej na dwa zupełnie różne filmy, które otrzymały taką samą notę. Pierwszy z nich, to Sex story z Ashtonem Kutcherem i Natalie Portman w rolach głównych. Film jest dość bezpruderyjny. Bohaterowie otwarcie rozmawiają o seksie i jestem pewny, że nie każdemu "oglądaczowi" taka konwencja się spodoba (podobno wiele w tej materii psuje również polskie tłumaczenie/lektor, ja właśnie taką wersję wybrałem). Jeśli chodzi o fabułę to mamy tutaj do czynienia z fajnym chłopakiem (takim milutkim, czułym etc., etc.) i dziewczyną upośledzoną emocjonalnie, która nie umie i nie chce okazywać uczuć a co za tym idzie angażować emocjonalnie w związek. Ci dwoje znają się od - powiedzmy - dzieciństwa (kiedyś na obozie letnim Adam chciał wsadzić Emmie palec w łatwy do odgadnięcia otwór) i na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat spotykali się zupełnie przypadkiem w różnych miejscach i okolicznościach. Po raz ostatni dochodzi do tego po tym jak zupełnie pijany Adam (po tym jak zostawiła go dziewczyna) budzi się całkiem goły w mieszkaniu Emmy. I całkiem przez przypadek dochodzi między nimi do niezobowiązującego seksu (wiecie, to zawsze jest "przez przypadek"). Od słowa do słowa zostają tzw. "friends with benefits", czyli mówiąc inaczej łączy ich tylko seks, bo praktycznie nawet się nie przyjaźnią. Jednak, o ile Emmie wydaje się to odpowiadać, o tyle masz miły i romantyczny chłopak Adam chce normalnego związku. Później jest śmiesznie, czasami niezręcznie, a wszystko kończy się tak, jak na tradycyjną komedię romantyczną przystało. I niby film sam w sobie nie jest najgorszy. Da się go obejrzeć i nawet czerpać z tego jakąś tam radość, ale najgorsi są w nim aktorzy. O ile nie lubię Kutchera w każdej jego roli (chłopak się po prostu nie nadaje, szkoda, że tylko ja to widzę...), o tyle Natalie Portman, która nie dość, że jest śliczną to jeszcze utalentowaną aktorką po prostu zabija ten film. Mimo tego da się obejrzeć i nawet czasami zaśmiać, choć nie jest to film, po którym bolałby was brzuch ze śmiechu.

Moja ocena: 6/10

"Ten niezręczny moment / That Awkward Moment" (2014)
Drugim filmem, który otrzymał tę samą notę jest Ten niezręczny moment, czyli historia trzech przyjaciół Jasona (Zac Efron), Daniela (Miles Teller) i Mickeya (Michael B. Jordan). Wszystko zaczyna się od tytułowego niezręcznego momentu, kiedy dziewczyna wypowiadając słowo "więc" pyta "do czego to wszystko prowadzi?". Jest to chwila, w której trzeba się zdeklarować czy koniec przygody, czy może jednak mamy ochotę na poważny związek. W takiej sytuacji znalazł się właśnie Jason. Jego odpowiedź sprawiła, że po chwili znów był "wolny". Mickey dowiaduje się natomiast, że jego żona pieprzy się z Haroldem (swoim prawnikiem) i że chce rozwodu. W tej sytuacji panowie postanawiają przez najbliższy czas pozostać singlami. Będą chodzić po barach, upijać się, grać na konsoli i czerpać radość ze swojego męskiego towarzystwa i samczych rytuałów takich, jak rozmawianie o kupie/sraniu, bekanie i puszczanie bąków bez skrępowania. Niestety, ich genialny plan bierze w łeb, kiedy najpierw Jason spotyka piękną pisarkę Elli (Imogen Poots) i chcąc nie chcąc się w niej zakochuje. Po chwili okazuje się, że Daniel zakochuje się w swojej "naganiaczce" lasek Chelsie (Mackenzie Davis) a Mickey stara się odzyskać uczucia żony Very (Jessica Lucas). Tytuł trochę nieadekwatny do fabuły, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze, że jest w miarę śmieszny, nie jest jakoś bardzo głupi, aktorzy radzą sobie przywozicie, jest kilka momentów, które zapadają w pamięć a całość jest strawna i przyjemna. 

Moja ocena: 6/10

"Trzy metry nad niebem / Tres metros sobre el cielo"* (2010)
Trzy metry nad niebem to hiszpański remake włoskiego melodramatu o tym samym tytule z 2004 roku. Jego bohaterami są młody buntownik Ache (Mario Casas) i Babi (María Valverde), dziewczyna z tzw. dobrego domu. Ci dwoje są od siebie tak różni, jak to tylko możliwe, ale jak to w historiach o miłości bywa zakochują się w sobie i wszystko jest świetnie do momentu, kiedy podczas jednego z wyścigów motocyklowych dochodzi do tragicznego wypadku, w którym uczestniczy Pollo (Álvaro Cervantes) - najbliższy przyjaciel Ache i chłopak najlepszej przyjaciółki Babi, Katiny (Marina Salas). To wydarzenie wpłynie na dalsze losy głównych bohaterów. Cały film jest jednak dość niespójny. Początek to infantylna romantyczna komedyjka o grzecznej księżniczce i małym furiacie, który jest we wszystkim najlepszy, wszystko wie najlepiej etc. I choć ciekawie to wyglądało w innych niż polskie lub amerykańskie realia, to tutaj zachwytów piać nie ma nad czym. Podobała mi się za to końcówka, która trochę przełamała stereotyp i nie była tak oczywista, jak można się było tego spodziewać. W miarę ładni i przyzwoicie grający aktorzy i piękne plenery też robiły swoje. I choć w połowie filmu chciałem mu wystawić zdecydowanie niższą ocenę wraz z końcem seansu musiałem zweryfikować swoje podejście do niego.

Moja ocena: 6.5/10

"Romans na dwie noce / Two Night Stand" (2014)
Romans na dwie noce to kolejna komedia romantyczna, która jest odrobinkę inna niż te, które do tej pory opisywałem. Mamy w niej do czynienia z dwójką młodych ludzi Alekiem (Miles Teller) i Megan (Analeigh Tipton). To akurat standard. Megan jest "skrzywdzoną dziewczyną wracającą do gry". Alec... zwykłym, przeciętnym facetem. Poznają się na portalu randkowym, który odwiedzają ludzie szukający partnera "na jedną noc" (a przynajmniej ja to tak zrozumiałem). Następnego dnia rano, kiedy dziewczyna chce wrócić do domu napotyka na swojej drodze śnieżycę, która unieruchamia całe miasto. Oboje utknęli ze sobą na... nie wiadomo jak długo. Po niemiłej wymianie zdań tuż przed próbą opuszczenia mieszkania przez Megan (spotykają się u niego) muszą dojść do porozumienia i jakoś bezkonfliktowo dotrwać do końca kataklizmu. Po przełamaniu początkowej niechęci i kilku wpadkach (np. zatkany kibel i wybite okno u sąsiadów w poszukiwaniu działającej toalety) zaczynają się poznawać i rozmawiać ze sobą coraz bardziej otwarcie. Najciekawsza i najzabawniejsza z całego filmu jest scena "konstruktywnej krytyki" zachowań seksualnych oraz późniejsze próby i testy przeprowadzane oczywiście "dla dobra nauki", które mają na celu polepszenia życia erotycznego ich przyszłych partnerów (towarzyszy temu świetny kawałek, który bardzo ładnie współgra z obrazami na ekranie). Jak skończy się ich dwudniowa "noc" dowiecie się po seansie. Ja osobiście polecam, bo jest to naprawdę przyjemny film. Nie taki słodki i głupkowaty, jak większość komedii romantycznych dostępnych w ostatnich latach. Do tego bardzo dobrze czujący się w takiej konwencji, jak zawsze świetny Miles Teller i urocza Analeigh Tipton o nieoczywistej urodzie, która z każdą minutą filmu zaczyna podobać się coraz bardziej. Czegoż chcieć więcej?

Moja ocena: 7/10

Życzę miłego seansu!
* Filmy te to adaptacje książek. Tim Tharp "Cudowne tu i teraz"; Federicco Moccia "Trzy metry nad niebem".

niedziela, 31 maja 2015

[124-127] Filmowy Flesz #19: "Erratum" (2010); "Ida" (2013); "Różyczka" (2010); "Bogowie" (2014)

Dziś przez około 6 godzin z przerwami próbowałem napisać recenzję książki (naukowej lub chociaż popularnonaukowej) na zaliczenie przedmiotu, która jeśli spełni wszystkie wymagania, to może nawet ukaże się drukiem, w co szczerze wątpię. Po tym czasie miałem napisane trzy i pół strony i byłem, można powiedzieć, dopiero w połowie drogi, po czym uzmysłowiłem sobie, że przecież całość nie miała przekroczyć trzech stron (taki wymóg formalny). Załamałem się, poszedłem na spacer do TESCO i postanowiłem rzucić to wszystko w diabły i napisać coś na czym znam się lepiej - zwykłą recenzję zwykłych filmów! Takim oto sposobem mogę Was wszystkich zaprosić na kolejne wydanie Filmowego Flesza, tym razem w całości składającego się z filmów polskich. Co z tego wyniknie - przekonajcie się sami :)

Erratum (2010)
Film ten chciałem obejrzeć już od bardzo dawna. Praktycznie od momentu jego premiery w 2010 roku. Jest jednak we mnie coś takiego, że nie mogę oglądać filmów, na które nie mam ochoty, bo to nigdy się dla nas (filmu i mnie) dobrze nie kończy. Ja tracę jedynie czas. A film dostaje niską notę i piszę mu miażdżącą recenzję. Jednak był sobie trzeci tydzień maja 2015 roku kiedy stwierdziłem, że wreszcie dojrzałem do obejrzenia tego dramatu psychologicznego Marka Lechki, który po pięcioletniej przerwie od czasu premiery Skazanego na bluesa potwierdził, że Tomasz Kot to aktor z wielkim potencjałem jedynie marnujący swój talent w głupich komediach romantycznych. Jednak Z przykrością muszę stwierdzić, że w przypadku Erratum nie pomógł czas. Nie pomogła także ciekawa kreacja Kota. Film był nudny i tak naprawdę nie niósł ze sobą chyba jakichś uniwersalnych prawd tym bardziej nie poruszał zbyt sugestywnie omawianych tematów, ponieważ po 6 dniach od seansu nawet nie pamiętam o czym tak dokładnie był. Nie mam tutaj na myśli tego, że był całkowicie zły, ponieważ pokazanie mężczyzny w średnim wieku (coś koło 35-38 lat), który w wyniku niefortunnego wypadku, podczas którego śmiertelnie potrąca bezdomnego mężczyznę (ten w konsekwencji urazów umiera), musi na kilka dni zatrzymać się w rodzinnym mieście, z którego uciekł do Warszawy z powodu nieporozumień i utarczek z ojcem jest pomysłem ciekawym. To jednak już samo wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Michał (Kot) mimo tego, a może właśnie przez to, że policja umarza sprawę śmiertelnego wypadku postanawia odszukać rodzinę potrąconego mężczyzny i przy okazji wyprostować również swoje relacje z ojcem. Konkluzja filmu jest taka, że oba te zabiegi były bezcelowe, bo mimo iż udało mu się powiadomić o pogrzebie bezdomnego człowieka jego syna, nikt się na nim nie pojawia. A także ojciec Michała, którego porzucił po śmierci matki, jak był tak i pozostał mendą (nic dziwnego, ponieważ w tej roli obsadzony został Marian Paździoch, tfuu... Ryszard Kotys) i żadne zabiegi nie potrafiły tego zmienić. Ot i wszystko. Nudna historia, która ani mnie nie poruszyła, ani specjalnie nie zaciekawiła. Może się nie znam, ale dla mnie to nie jest film nawet dobry. Raczej przeciętny. Warty obejrzenia jedynie po to, żeby zobaczyć jak rozwijał się talent, bądź co bądź, jednego z ciekawszych obecnie polskich aktorów. 


Moja ocena 6/10

"Ida" (2013)
Nasz pierwszy wiekopomny zdobywca Nagrody Akademii... znudził mnie jeszcze bardziej niż Erratum. Jeśli nagrody przyznawaliby jedynie za wciągającą historię, to film ten przegrałby już w przedbiegach. Moim skromnym zdaniem wszyscy wcześniejsi kandydaci do Oscara byli ciekawsi i bardziej zasługiwali na tę nagrodę. A zarzuty, że nagroda jest za to, że film był o Żydach są chyba nie na miejscu, bo W ciemności też było i przegrało. Ale wróćmy do Idy. Historia młodej, pięknej dziewczyny, która wychowywana przez siostry zakonne kilka dni przez święceniami dowiaduje się, że ma rodzinę - siostrę matki - postanawia skorzystać z możliwości opuszczenia klasztoru i ją odnaleźć. Ciocia okazuje się sędziną sądu ludowego, byłą prokurator wielokrotnie skazującą na śmierć, o pseudonimie "krwawa Wanda". Kobiety razem wyruszają na poszukiwanie grobu rodziców Idy (którzy byli Żydami), a  podczas podroży konfrontują swoje światopoglądy. Ta podróż jest dla nich obu wielkim krokiem do spojrzenia wgłąb siebie i odpowiedzi na pytanie co jest w życiu tak naprawdę ważne? Kończy się na poły tragicznie, ponieważ czasami uświadomienie sobie czego się w życiu dokonało i co nas jeszcze w nim czeka nie wróży nic dobrego ani perspektywicznego. Pod względem opowiadanej historii film ten jest jak konstrukcja cepa. Jednak reżyser temu nie zaprzeczał. Jak sam twierdził chciał stworzyć film o ciszy, o wycofaniu w samego siebie i odnajdywaniu własnego ja. Współgrają z tym zdjęcia oraz muzyka. Całość jest naprawdę pięknym subtelnym, minimalistycznym obrazkiem, który daje do myślenia nie tyle o przeszłej epoce, co o uniwersalnych wartościach. I być może te prawdy docenili członkowie Akademii honorując film Pawlikowskiego pierwszym w naszej historii Oskarem. Podsumowując, Ida jest filmem do refleksji, takim który trzeba obejrzeć w ciszy i spokoju nie licząc na żadne fajerwerki. 


Moja ocena 7/10

Różyczka (2010)
Wybrałem sobie filmy nie łatwe. To muszę sobie przyznać. Co za tym idzie filmy te nie są zbyt proste do krótkiego i lapidarnego recenzowania, ponieważ mają wiele kontekstów i wątków, które prawdziwa recenzja powinna poruszać i rozwijać. Jednak w myśl starego chińskiego przysłowia - "Sztuką jest napisać krótko to co wymaga wielu słów" - postaram się zmieścić swoje przemyślenia w następnych kilku zdaniach. Film Różyczka Jana Kidawy-Błońskiego jest właśnie jednym z takich wielowątkowych filmów poruszających trudną i ważną historię naszego kraju. Historię tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa. Co za tym idzie ich agentów prowadzących, a w związku z tym również ich przełożonych. A także, co chyba najważniejsze, osób inwigilowanych. Jakie były ich intencje, motywy, przekonania polityczne, zapatrywania na przyszłość, powinności, czyli pokrótce dlaczego wybierali drogę szpicli i zdrajców lub tez osób do szpiclowania i zdradzania zmuszających. Osób, które potrafiły się zbliżyć do obserwowanych tak blisko, że często dzielili nawet wspólne łoże (łącznie z małżeńskim). Dodatkową wartością tego konkretnie filmu jest fakt, że opowiada prawdziwą historię Pawła Jasienicy, któremu pod koniec lat 60. SB podsunęło młodą dziewczynę mającą na celu jego  "dogłębną" inwigilację. I tutaj zaczyna się cały dramat. Dramat dziewczyny zakochanej w tajnym agencie SB, która zaślepiona zgadza się wcielić w rolę donosiciela. Dramat agenta, który sam nie wie "gdzie mu ciepło", bo z jednej strony oczekuje od dziewczyny coraz "lepszych" raportów (czytaj, ma się zbliżyć do figuranta na odległość członka podczas wzwodu), z drugiej jest o dziewczynę zazdrosny. Oraz dramat literata w podeszłym już wieku, który daje się usidlić pięknej, młodej, zalotnej... W tle, równie ważne jak losy głównych aktorów tego dramatu, dramat Polski. Polski, na czele której stoją, cytując zdjęte wtedy ze sceny Mickiewiczowskie Dziady, "cisi, ciemni, mali ludzie". Oprócz zajmującej historii, która boli niczym uderzenie milicyjnej pały wielką zaletą tego filmu jest genialne aktorstwo. Przede wszystkim Andrzeja Seweryna (w roli Adama Warczewskieg) oraz denerwującej na początku, ale pod koniec naprawdę bardzo przekonującej Magdaleny Boczarskiej, której nie lubię, ale w tym filmie stanęła na wysokości zadania. Jednak także Roberta Więckiewicza, który urodził się chyba do grania takich ordynarnych chamów jak kapitan Rożek oraz Jan Frycz bardzo sugestywnego w roli wysokiego rangą SB-eka. Wszystko wieńczy bardzo dobra muzyka Michała Lorenca, który nie pierwszy raz udowadnia, że jest mistrzem w komponowaniu delikatnych i zapadających w ucho melodii, które świetnie ilustrują przewijające się na ekranie obrazy nadając im odpowiednią dawkę emocjonalną. 


Moja ocena 9/10

Bogowie (2014)
Jako ostatni w tym zestawieniu pojawia się film równie dobry jak ten opisywany przeze mnie przed chwilą, choć zupełnie inny. Nie mniej ważny pod względem opowiadanej historii (która swoją drogą również jest opowieścią na faktach) i prezentowanych postaci, jednak o zdecydowanie innej dynamice. Ten film aż buzuje od emocji, od chęci działania, od pomysłów. Historia profesora Religi była już recenzowana setki razy, więc moje kilka słów nie wniesie wiele do dyskusji, ale nie byłbym sobą gdybym ich nie wypowiedział. Bez rozwlekania się, napisze tylko, że świetne aktorstwo Kota wcielającego się w postać Religi, ale przecież nie tylko, bo również Piotra Głowackiego, który z każdą kolejną produkcją coraz bardziej mnie zadziwia i staje się jednym z moich faworytów w rolach drugoplanowych (choć wydaje mi się, że równie dobry będzie w pierowszoplanówce) są niekwestionowanymi atutem tej produkcji. Również bardzo sugestywne kreacje Jana Englerta, Zbigniewa Zamachowskiego, czy też Szymona Warszawskiego i Rafała Zawieruchy na dalszym planie powodują, że film ten jest jedną z lepszych produkcji ostatnich kilku, jeśli nie kilkunastu lat. Bezprecedensowość w dążeniu do swoich celów, mocna i charyzmatyczna osobowość profesora Religi powoduje, że ten świetnie napisany i nakręcony film prezentujący początki jego obfitującej w późniejsze sukcesy kariery, jest historią, która pozwala uwierzyć w ludzkie możliwości i zapada w pamięć jak mało która. W to, że jesteśmy zdolni do rzeczy wielkich i wiekopomnych. Jeśli tylko znajdą się ludzie na tyle odważni i twardzi, aby przekuć swoje marzenia w rzeczywistość przeciwstawiając się głosom sceptyków, organom władzy i niepowodzeniom, a często także i własnym słabościom. Podsumowując, jeśli jeszcze nie widzieliście tego filmu, to nie pozostaje Wam nic innego, jak rzucić wszystko i nadrobić zaległości. Jest naprawdę bardzo nikłe prawdopodobieństwo, że zakończycie ten seans rozczarowani!


Moja ocena 9.5/10

poniedziałek, 14 lipca 2014

[79-81] Filmowy Flesz #10: "Bez tchu" (2012), "Zabijaka" (2011), "Wojna Harta" (2002), "Honor wojownika" (2010)

Witam Was wszystkich po krótkiej przerwie. Dziś wracam z kolejnym - - Filmowym Fleshem #10. W nim, jak zwykle, całkowity mix gatunków, ale i ocen. Będzie sportowa komedia, dramat wojenny, ale też thriller i western fantasy. Myślę, że każdy znajdzie dla siebie coś ciekawego, więc już nie przedłużam tylko zapraszam do lektury.

"Bez tchu / Breathless" (2012)

Podobnie jak ostatnim razem zacznę od filmu zdecydowanie najsłabszego z dzisiejszego zestawienia, czyli "Bez tchu". Jest to bardzo kameralna (występuje w nim tak naprawdę około pięcioro głównych bohaterów), mroczna, nie pozbawiona jednak czarnego humoru historia brutalnej przemocy. Lorna (Gina Gershon) jest typową, na wskroś przerysowaną, idealną amerykańską gospodynią domową z lat 70. (pamiętacie kawałek Beyonce Why Don't You Love Me? Lorna jest w takim typie tylko bardziej ubrana ;)) . Kiedy trzeba potrafi w ciągu 2 godzin wysprzątać dom na błysk i przyrządzić kolacje dla 5 osób, zdobywała również nagrody dla miss ogrodnictwa dwa lata z rzędu. Jej jedynym problemem jest mąż. Dale (Val Kilmer) nie jest miłym facetem, jednak miarka się przebrała kiedy Lorna dowiedziała się, że Dale obrabował bank i uciekł ze 100 tys. dolarów. Przykładna housewife zaprasza przyjaciółkę Tiny (Kelli Giddish), żeby się naradzić co z Dalem - obecnie nieprzytomnym po spotkaniu z patelnią - zrobić i jak dowiedzieć się gdzie jest kasa. To dopiero początek tej pełnej absurdów i nieoczekiwanych zwrotów akcji opowieści, w której kolejne komplikacje pojawią się już niebawem, w postaci szeryfa Cooley (Ray Liotta) pukającego do drzwi. Historyjka może wydawać się zabawna i potencjalnie interesująca, jednak nie dajcie się zwieść pozorom. Jest dziwna i do tego obleśna. Takiego nagromadzenia sikającej wszędzie krwi i walających się po domu fragmentów ludzkiego ciała nie powstydził by się nawet sam Quentin Tarantino, jednak w przeciwieństwie do jego obrazów, ten bardziej zniechęca niż hipnotyzuje i zachwyca. Już sama czołówka, w której ukazane zostały przyziemne czynności takie, jak malowanie paznokci oraz przygotowywanie śniadania i późniejsza jego konsumpcja w karykaturalnym zbliżeniu, wzbudziła ze mnie mdłości, a to był dopiero początek. Jedyne co ten film ratuje, choć bardzo nieznacznie, bo ciężko zatrzeć obraz obrzydliwości, to dość zmyślna intryga, która, gdyby nie wykonanie, mogłaby stać się solidnym fundamentem jakiegoś ciekawego filmu. Tak się niestety nie dzieje i film pozostaje bardzo mierny, choć po dokładnym przemyśleniu całości dokładam jedno oczko do początkowej oceny.

Tiny i Dale

Ocena 3/10

"Zabijaka / Goon" (2011)

Tym razem zmieniamy o 180 stopni gatunek i wydźwięk filmu, aby przenieść się do historii bazującej na autentycznych wydarzeniach z życia  hokejowego zabijaki. Głównym bohaterem filmu jest Doug "Maczuga" Glatt (Seann William Scott), syn szanowanej żydowskiej rodziny. Jego brat jest lekarzem i co prawda gejem, ale to Doug jest zakałą rodziny. Jak sam twierdzi jest kretynem - wykonuje pracę wykidajły w barze - i nie potrafi naprawdę nic... no może nie do końca. Cytując klasyka, Doug "w ryj dać może dać" i jest w tym naprawdę dobry. Tak dobry, że będąc pewnego dnia na meczu powala kilkoma ciosami jednego z zawodników, który wydostał się ze strefy kar i zaatakował widownie, przy okazji rozbijając mu gołą pięścią kask. Nie uszło to uwadze trenera drużyny przeciwnej, który postanowił zrobić z Douga lodowiskowego "zabijakę". Nie przeszkadza w tym nawet fakt, że "Maczuga" nie potrafi jeździć na łyżwach, tego można się nauczyć - walenie po mordzie jest natomiast darem od Boga, który posiadają tylko nieliczni. Zupełnie przeciwnie do tego co przed chwilą przeczytaliście mogę Wam szczerze powiedzieć, że jest to urocza komedia o bardzo ograniczonym chłopaku, który wreszcie znalazł swoje miejsce w życiu i choć jasno widzimy, że często jest wykorzystywany i niedoceniany, to jego oddanie "misji" przynosi mu po pewnym czasie szacunek reszty drużyny. Dodatkowe emocje zaczynają się także wtedy, kiedy poznaje dziewczynę, w której się zakochuje. Film niesie ze sobą pozytywne emocje i nawet mimo tego, iż w obsadzie znalazła się Alison Pill, aktorka, której urody i talentu szczerze nienawidzę, to jednak da się go bez problemu obejrzeć i czerpać z tego umiarkowaną przyjemność.

Doug tuż przed najważniejszym meczem w jego karierze

Ocena 6/10

"Wojna Harta /  Hart's War" (2002)

Tym razem przyszła kolej na trochę odgrzewki, ponieważ kiedy tylko spojrzymy na datę tej produkcji, jedyne co nam pozostaje, to zdmuchnąć z niej kurz. Ale zawsze chciałem obejrzeć ten film i dopiero w tę sobotę się to udało. Jednak po seansie czuję pewien niedosyt. Film ten okazał się dość zręcznie stworzoną, ale jednak mozaiką kilku wcześniejszych schematów. Nie wiem jak Wy, ale ja odalazłem tam wiele z "Ludzi honoru", "Wielkiej ucieczki" i "Mostu na rzece Kwai". Młody sztabowiec, porucznik Thomas W. Hart (Colin Farrell) przez zupełny przypadek trafia do niemieckiego obozu jenieckiego. Tam stary wiarus, pułkownik William A. McNamara (Bruce Willis) zagina na niego parol już od samego początku, umieszczając go w baraku wraz z szeregowcami zamiast w oficerskim. I już mogłoby się wydawać, że starcie między nimi będzie osią fabuły, ponieważ McNamary ma wobec Harta podejrzenia, które wynikały ze zbyt krótkich przesłuchań, a co za tym idzie potencjalnej zdrady, przed odesłaniem do obozu. Jednak wcale tak się nie dzieje, ponieważ kilka dni później do obozu trafiają dwaj czarnoskórzy oficerowie lotnictwa, który lądują w baraku Harta (znów zniewaga jednego oficera wobec innych). W wyniku kilku prowokacji dochodzi do śmierci jednego z czarnoskórych poruczników, drugi - Lincoln A Scott (Terrence Howard) - zostaje oskarżony o zamordowanie żołnierza odpowiedzialnego za śmierć jego kolegi i dzięki wstawiennictwu pułkownika nie jest rozstrzelany na miejscu lecz sądzony w prowizorycznym procesie polowym. I już by się mogło wydawać, że to właśnie owy proces będzie najważniejszy, jednak znów zostajemy wystrychnięci na dudka, ponieważ finał będzie dotyczył zupełnie czegoś innego. Tak mniej więcej prezentuje się zarys fabuły "Wojny Harta", która tak naprawdę mnie nie oczarowała. Gra aktorska nie była jakoś super rewelacyjna, choć aktorzy grali poprawnie. Fabuła też mnie nie wciągnęła na tyle żebym siedział i nie mógł oderwać wzroku od ekranu. Nie powaliło mnie również przesłanie tego filmu, mówiące o żołnierskim honorze i oddaniu idei. I choć film korzystał z rewelacyjnych wzorów, bo każdy z wymienionych wyżej filmów sam w sobie jest arcydziełem, to już połączenie ich wszystkich w jedno i zaprezentowane jako "Hart's War" wypadło bardzo przeciętnie. Ot, znośny dramat, lecz bez fajerwerków. 

Thomas W. Hart w roli obrońcy oskarżonego

Ocena 6/10

"Honor wojownika / The Warrior's Way" (2010)
Na zakończenie film, którego bajkowość i przedziwna stylistyka zupełnie mnie oczarowały. Mamy w nim opowiedzianą historię mistrza miecza Yang (Dong-gun Jang), który po zabiciu ostatniego przeciwnika staje przed koniecznością uśmiercenia jeszcze maleńkiej księżniczki, ostatniej z rodu wrogiego klanu. Jednak tego kroku nie potrafi podjąć, co czyni go zdrajcą i zmusza do ucieczki. Postanawia on od teraz za wszelką cenę bronić małej przez klanem Smutnych Fletów (tak, wiem, brzmi to co najmniej absurdalnie, ale wyjaśnienie tej nazwy w filmie jest zadowalające). W tym celu wyjeżdża do USA, gdzie w jednym z miasteczek pralnie prowadzi jego stary przyjaciel. Po przyjeździe dowiaduje się jednak, że przyjaciela już nie ma wśród żywych, a miasteczko jest zabitą dechami dziurą. Yang postanawia wszak w nim pozostać i nauczyć się zwyczajnego życia w tym zapomnianym przez Boga miejscu. Możemy się tylko domyślać, że jednym z przyczynków do osiedlenia się była rudowłosa Lynne (Kate Bosworth). Niestey początkowa sielanka dość szybko zmienia się w piekło na skutek terrorystycznych najazdów na miasteczko Pułkownika (Danny Huston) i jego Piekielnych Jeźdźców. Film ten jest zarazem baśniowy i oniryczny, jak i bardzo skąpy pod względem środków wyrazu. Jedyne z czym mi się kojarzy, co miało podobny klimat cichej tajemnicy i nieustannego niepokoju, to "Rango", taka dziwna bajka co to nie wiadomo jak ją ugryźć. Jest tutaj spokój, melancholia, ale także wybuchy, strzały, pojedynki na miecze i litry krwi. Znów nasuwa mi się porównanie z Tarantino i odrobinę z klimatem "Drive". Wszystkie składowe filmu razem robią naprawdę dobre wrażenie, a zaprzeczające schematowi zakończenie, na pewno na dłużej pozostawia w nas refleksy tej historii. Polecam!


Ocena 7/10

środa, 30 kwietnia 2014

[59-62] Filmowy Flesz #5: "42 - Prawdziwa historia amerykańskiej legendy" (2013); "47 Roninów" (2013); "The Seven-Ups" (1973); "13" (2010)

Tak jak pisałem, wczoraj była przerwa na reklamy, ale dziś wracamy już do dalszej części programu :) A z racji tego, że na dyżurze mam chwilę czasu, bo i tak nikt do mnie nie przychodzi, to dziś kolej na następny Filmowy Flesh, czyli kilka krótszych form dotyczących filmów, które według mnie nie wymagają samodzielnych recenzji. Zaczynamy!

"42 - Prawdziwa legenda amerykańskiej legendy" (2013)

"42" jest to biograficzny dramat sportowy. Taka jego charakterystyka byłaby najbardziej adekwatna do tego co widzimy na ekranie. A przedstawia on historię przełomu w amerykańskim baseballu. Przełomu jaki dokonał się za sprawą Jackiego Robinsona (Chadwick Boseman), a także Brancha Rickeya (Harrison Ford). A polegał, ów przełom, na wprowadzeniu do zawodowej ligi MLB gracza czarnoskórego, co w tamtych czasach (połowa lat 40.) było nie do pomyślenia. Jednak pomyślał o tym Rickey, który w dwa lata po objęciu fotela prezydenta i menadżera generalnego klubu Brooklyn Dodgers postanowił taki krok przedsięwziąć. Kazał swoim asystentom wybrać najlepszego gracza ligi czarnoskórych i dać mu szansę gry najpierw w zespole "rezerw", a później w drużynie Dodgersów. Tym zawodnikiem był Jackie Robinson grający z numerem 42. To on zrobił ten pierwszy krok i swoją genialną grą oraz nienaganną postawą życiową poza boiskiem sprawił, że w lidze z każdym rokiem Afroamerykanów było coraz więcej. Ludzie, początkowo wrogo do niego nastawieni, zaczynali się przekonywać do jego wyglądy zewnętrznego, a jego gra robiła na nich ogromne wrażenie. Film ten w oryginale nosi tytuł "42", bez tego idiotycznego polskiego dopowiedzenia. Przyczyną tego jest fakt, że numer 42 jest jedynym numerem w tym sporcie, który został bezterminowo wyłączony z użycia. Jest on zarezerwowany jedynie dla Jackiego Robinsona i nikt inny nie może z takim numerem grać w baseball. A sam film? Jest ciekawy, w miarę wciągający, z dobrymi, choć nie rzucającymi na kolana kreacjami aktorskimi. Historia jest dość przewidywalna, ale ogląda się to przyjemnie i pod koniec ludzie płytsi uczuciowo mogą czuć nawet lekkie wzruszenie. Polecam na jakiś spokojny wolny wieczór dla ludzi lubiących takie klimaty. Jednak bez ciśnienia, bo nie jest to film z kategorii must see.

Ocena gatunkowa 6/10
Ocena ogólna 6/10

"47 Roninów" (2013)

Dziś, jak już zapewne zauważyliście będą same filmy z liczbą w tytule. Tak jest też w przypadku "47 Roninów". Jest to zmodyfikowana i skomplikowana opowieść bazująca na japońskiej legendzie. Ja osobiście odnajduje dwa powody takich zabiegów. Po pierwsze film z samymi azjatyckimi aktorami mógłby nie znaleźć odbiorców w Europie, USA i innych krajach zachodnich, więc została wprowadzona postać okrągłookiego Kai'a (Keanu Reeves), który choć biały, to ma związek nie ze światem zza morza a raczej z demonami. Drugi wątek to właśnie te demony, wiedźmy, potwory i czary. Tego wątku także nie pamiętam z książki, którą czytałem kilka lat temu. Była to natomiast opowieść o zdradzie i honorze. Tutaj, jak wiadomo, musiał zostać dołączony jeszcze wątek zakazanej miłości między córką władcy prowincji Miką (Kô Shibasaki) a tym obcym, w tym wypadku Kai'em. Mamy też tego złego, który podstępem i przy pomocy czarów zmusza ojca Miki do popełnienia rytualnego samobójstwa - seppuku - tym samym skazuje wszystkich swoich samurajów na pohańbienie, czyli stanie się roninami, samurajami bez pana. Jednak po roku przywódca roninów Oishi (Hiroyuki Sanada) postanawia powziąć zemstę na człowieku odpowiedzialnym za jego los, a tym samym uratować księżniczkę przed rychłym ożenkiem z tymże złoczyńcą, którym jest Lord Kira (Tadanobu Asano). Co do samego filmu i tego jak ta historia została opowiedziana, to z jednej strony nie była wcale taka najgorsza, choć trochę za bardzo wydumana i przefajnowana jak dla mnie. Byłaby zdecydowanie lepsza, gdyby autorzy dali sobie spokój z całą tą magią, a oparli się na tradycjach Bushido, honorze, męstwie i niezachwianej lojalności tych dzielnych ludzi, jakimi byli roninowie z owej legendy. Wolałbym zobaczyć coś podobnego do "Ostatniego samuraja" niż to co Carlowi Rinschowi wyszło. 

Ocena gatunkowa 6/10
Ocena ogólna 4/10

"The Seven-Ups" (1973)

Jest to jeden z filmów wpisujących się w bardzo popularny na przełomie tat 60. i 70. nurt kina policyjnego. Powstał wtedy szereg obrazów o podobnej tematyce, klimacie i poruszających się w tej samej konwencji. Najsłynniejsze to "Bullitt" (1968) i "Francuski łącznik" (1971). "The Seven-Ups" to jeden z nich, wyprodukowany zresztą przez tego samego człowieka - Phillip'a D'Antoni'ego - i chyba niesłusznie zapomniany. Opowiada on wycinek z działalności specjalnej jednostki policji nazywanej właśnie "The Seve-Ups" (choć nie wiem tak naprawdę do czego się ta nazwa odnosi), która, jak na tamte czasy, używając niekonwencjonalnych metod (działanie tzw. undercover) wyłapywała różnego rodzaju przestępstwa i przekręty. Jej dowódca, Buddy Manucci (Roy Sheider), ma wtykę w mafii, starego przyjaciela jeszcze z dzieciństwa, który podrzuca mu raz na jakiś czas użyteczne informacje. W pewnym momencie zaczyna w mieście dochodzić do porwań dla okupu członków mafii pod przykrywką zatrzymania w celu przesłuchania przez wymiar sprawiedliwości. Na grupę Manucciego spada zadanie rozwiązania tej sprawy. A sprawa się w pewnym momencie dość mocno skomplikuje. Jednak sam film jest w swoim wydźwięku dość prosty. Mamy kilak elementów składowych tego typu produkcji, takich jak pościg, tym razem w przeciwieństwie do tego z Bullitta, wielkimi tapczanami, strzelaniny, zdrady i specyficzny rodzaj ludzi bez skrupułów. Jednak w przeciwieństwo do Bullita film nie jest tak spójny i nie posiada tak charyzmatycznej pierwszoplanowej postaci. Choć mimo wszystko jest to obraz warty uwagi. 

Ocena gatunkowa 7/10
Ocena ogólna 5/10

"13" (2010)

Ostatnim filmem całkiem nieprzypadkowo jest film o enigmatycznym tytule "13". Jest to bowiem niebywały gniot. Jego seans był zwyczajną stratą czasu, a konfundująca okładka, która wprowadziła mnie w błąd co do jego tematyki, powinna być jak najszybciej zmieniona. Sugeruje ona bowiem, że będziemy mieli do czynienia z filmem gangsterskim, a przynajmniej czymś na miarę sensacji, a nie psychopatycznego dramatu (thrillera?) z niesatysfakcjonującym zakończeniem. Rodzina młodego chłopaka, Vince'a Ferro (Sam Riley), ma problemy finansowe. On przy wykonywaniu dorywczej pracy elektryka podsłuchuje rozmowę, z którą wiążą się dość spore pieniądze. A po nagłej śmierci osoby w sprawę zaangażowaną, kradnie z jego domu wskazówki jak dostać się na miejsce spotkanie z tą kasą. Okazuje się jednak, że wpakował się w wielki bagno. Będzie zawodnikiem w turnieju, upgrejdowanej przez szajbusa, rosyjskiej ruletki, w której każdy z bogatych zdeprawowanych imbecyli społecznych wystawia swojego człowieka "na strzał", przy okazji obstawiając grube sumy. Film sam w sobie był beznadziejnie niedopowiedziany. Nie poznajemy tak naprawdę żadnego z bohaterów. Oglądamy historię osób, którzy nas nie obchodzą. Historię patologicznie chorą i jakoś dziwnie niespójną. Dodatkowo poziom absurdu postępowania i zachowań postaci tej opowieści sprawia, że wciąż zadajemy sobie masę pytania o ich motywacje. O aktorstwie raczej nie ma mowy. Ot taki produkcyjniak dla debili. Statham i Rourke w obsadzie wprowadzają jedynie w błąd tych, którzy mają ochotę na kawałek dobrego kina akcji.

Ocena gatunkowa 4/10
Ocena ogólna 2/10

wtorek, 7 stycznia 2014

Przegląd bajek... cz.2/2

Myślałem, że z całym wpisem wyrobię się wczoraj, ale po kilku godzinach zdałem sobie sprawę, że jednak będę musiał podzielić mój Ranking bajek na dwie części. Dziś przyszedł czas na miejsca od 7. do 1. Zapraszam!

czwartek, 13 czerwca 2013

[19] Film: Niepokonani / The Way Back (2010)



Droga do wolności

W tym miejscu miałem problem czy opisać ten film w formie tradycyjnej recenzji, czy też zaliczyć go do cyklu "VS" i przeprowadzić porównanie książki z filmem. Jednak zdecydowałem się na recenzję i już wyjaśniam dlaczego. Powód był prosty, film zbyt słabo opiera się na książce, ponieważ jak napisałem poniżej zaczerpnął z niej jedynie sam motyw ucieczki, a dodatkowo wiele rzeczy pozmieniał. Tak więc dziś mam dla Was recenzje.

Film „Niepokonani” (oryginalny tytuł „The Way Back”) opowiada o ucieczce grupy siedmiu więźniów z sowieckiego obozu pracy przymusowej na Syberii niedaleko Jakucka. Główny bohater – Janusz Wiszczek (w tej roli Jim Sturgess, znany między innymi z musicalu „Across the Universe” z 2007, i takich filmów jak „21” i „Kochanice króla” oba z 2008 roku) jest młodym, polskim oficerem zesłanym za szpiegostwo do łagru na 20 lat. W obozie szybko przekonuje się, że nie da się tutaj przeżyć kilku lat, a co dopiero całego zasądzonego wyroku.
 
Janusz Wiszczek - Jim Strugess

W jednej z pierwszych scen po przyjeździe na miejsce młody Polak poznaje Amerykanina – Mister Smith’a (w tej roli Ed Harris, jedna z gwiazd biorących udział w tej produkcji, znany z ról w filmach m.in. „Firma” 1993, „Apollo 13” 1995, „Truman Show” 1998, „Pollock” 2000, „Godziny” 2002), z którego ust słyszy szokujące słowa: 

„Życzliwość… może cię zabić w tym miejscu”. 

W taki sposób rozpoczyna się ich znajomość i zapoznawanie się z obozowymi realiami. Janusz poznaje także innych więźniów, którzy odegrają swoje role w tej historii. Jednym z nich jest Chabarow (w tej roli Mark Strong), aktor, skazany na 10 lat za „złą rolę” – zagrał arystokratę i posądzili go o „dodawanie splendoru szlacheckiemu urodzeniu”. To właśnie on zaszczepia w Polaku myśl o ucieczce. Janusz bierze słowa Chabarowa bardzo poważnie i zaczyna wraz z nim planować całe przedsięwzięcie.  Nie mogąc znieść warunków panujących w obozie i nie chcąc umierać jako człowiek zniewolony Wiszczek, wraz z sześcioma „towarzyszami”, postanawia zbiec. W między czasie gromadzi ekwipunek i „zapasy żywności”. Plan ucieczki kieruje więźniów na południe przez syberyjską tajgę, wyżyny Mongolii, pustynię Gobi, Tybet, Himalaje, aż do brytyjskich Indii – ponad 6000 km. Wśród uczestników „wyprawy” jest trzech Polaków: Janusz – przywódca i lider ucieczki, Kazik (Sebastian Urzędowski) i Tomasz (Alexandru Potocean), a także Łotysz Voss (Gustaf Skarsgard), Jugosłowianin Zoran (Dragos Buruc), Amerykanin Mister Smith i Rosjanin Walka (w tej roli rewelacyjny Collin Farrell znany m.in. z filmów „Telefon” 2002, „Rekrut” 2003, „Alexander” 2004, „Miami Vice” 2006, „Ondine” 2009), jedyny który nie jest „polityczny”, więc niemile widziany w towarzystwie uciekinierów. Walka w obozie nosi miano urka.

Collin Farrell jako Walka dał całkiem niezły popis aktorstwa
Urki to najniebezpieczniejsi, bezmyślnie okrutni więźniowie zsyłani do obozów za przestępstwa kryminalne. Bestialstwo Walki i brak poszanowania dla życia widzimy już w jednej z pierwszych scen w obozie, kiedy to zabija współwięźnia tylko dlatego, że ten nie chciał mu oddać swojego swetra. Walka podsłuchuje rozmowę Janusza z Charabowem na temat ucieczki, a że ma duży dług wobec „szefów” obozu – innych Urków, wyżej postawionych w hierarchii, którym strażnicy pozwalają sprawować kontrolę nad pracującymi więźniami „politycznymi”, co sprawia, że są praktycznie bezkarni – postanawia uciec z nimi. Jego jedynym, ale poważnym, atutem jest to, że posiada nóż. Charabow natomiast, rezygnuje z ucieczki sparaliżowany strachem. Więźniowie uciekają podczas zamieci śnieżnej, która jak twierdzi Janusz jest ich wielkim sprzymierzeńcem, ponieważ zatrze ślady pozostawione przez nich na śniegu. 

Irena - Saoirse Ronan
Po drodze, na swoim szlaku, spotykają jeszcze jednego towarzysza - kobietę o imieniu Irena – Polkę, która uciekła z kołchozu. Po wielu rozmowach członków drużyny oraz początkowej jawnej niechęci Smitha wobec niej, dziewczyna zostaje wreszcie zaakceptowana przez grupę i wędruje wraz z nią. Jednak, jak się okazuje już po kilku dniach ich zadanie jest prawie niemożliwe do wykonania. Szybko przypominają sobie słowa komendanta obozu wypowiedziane tuż po przekroczeniu bram obozu:

„Wrogowie ludu! Rozejrzyjcie się! I zrozumcie, że waszym więzieniem nie są nasze karabiny i psy, strażnice i drut kolczasty. Waszym więzieniem jest Sybir. I jego 13 milionów kilometrów kwadratowych terenu. Waszym strażnikiem jest bezlitosna przyroda. I jeśli ona was nie zabije, zrobią to miejscowi ludzie. Oni dostają nagrodę za każdego złapanego zbiega”. 

Ich przeciwnikiem jest także brak odpowiednich ubrań, narzędzi, jedzenia a nawet wody. Mają za to do przebycia ogromne ilości kilometrów i po mimo ogromnej determinacji oraz hartu ducha, wytrzymałości fizycznej i woli przetrwania nie wszystkim uda się dotrzeć do celu. Jednak jak słyszymy z ust Janusza po śmierci pierwszego towarzysza, najważniejsze jest to, że: 

„Przynajmniej umarł jako wolny człowiek”. 

Tak oto przedstawia się zarys fabuły już dość "wiekowego" filmu Petera Weira, jednego z bardziej znanych hollywoodzkich twórców filmowych, który na swoim koncie ma takie filmy jak m.in.: „Piknik pod wiszącą skałą” 1975, „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” 1989, „Truman Show” 1998, „Pan i władca: Na krańcu świata” 2003. Weir wspólnie z Keithem R. Clarkem był także twórcą scenariusza do obrazu inspirowanego przeżyciami Sławomira Rawicza zawartymi w książce „Długi marsz”. Książka, wydana w Londynie w 1956 r., stała się wielkim bestsellerem na świecie. Przetłumaczono ją na 25 języków i sprzedano w ponad dwudziestopięciomilionowym nakładzie. W filmie pojawia się tylko główny wątek ucieczki i bohaterowie, jednak ich imiona są już zmienione (w filmie tylko Amerykanin - Mister Smith - zachował książkowe imię). Weir, dla lepszego oddania trudności z jakimi zmagali się uciekinierzy, podobne „piekło”, w obozie przetrwania prowadzonym przez Cyrila Delafosse-Guiramanda, zorganizował swoim aktorom. Chciał aby na własnej skórze poczuli choć w ułamku to, co każdego dnia marszu czuli bohaterowie, o których opowiada ta historia.  

Ed Harris jak Mr Smith


 Weir jest znany z zamiłowania do przedstawiania w swoich filmach zmian psychicznych jakie zachodzą w ludziach zmuszonych do konfrontacji z ekstremalnymi warunkami naturalnymi i nietypową sytuacją, w której się znaleźli (np. w filmie „Pan i Władca na krańcu świata”). Tutaj także mamy ludzi, których los zmusił do radzenia sobie z wycieńczeniem, bólem, rozpaczą, brakiem nadziei na dojście do celu. Drugą ważną sprawą jest też próba pokazania jak zamknięci w sobie więźniowie, którzy od mementu aresztowania budują wokół siebie psychiczną barierę odgradzając się od wszystkiego co ich otacza, w obliczu tak trudnej przeprawy muszą się otworzyć na innych. 
Piękne kadry, to jeden z atutów tej produkcji
Mocną stroną filmu są zdjęcia Russella Boyda, które powstawały w Darjeeling w Indiach, Erfoud i Ouarzazate w Maroko, Sofii i Vakarel w Bułgarii oraz Sydney w Australii. Spotkanie Weira i Boyda na planie nie było ich „pierwszym razem”, pracowali już wspólnie nad filmami: „Piknik pod wiszącą skałą”, „Gallipolli” i „Pani i władca: Na krańcu świata”. Za ten ostatni, Boyd został uhonorowany m. in. Oscarem w 2003 r. Kolejnym atutem filmu jest muzyka Burkharda von Daliwitza, który także współpracował już z Weirem przy obrazie „Truman Show”. Ścieżka dźwiękowa dobrze wpisuje się w całokształt, nie zaburzając go i uwydatniając swoim brzmieniem kluczowe sceny filmu.
 

Film ten powstał w polskiej koprodukcji. Można to zauważyć na początku i na końcu kiedy to na ekranie wyświetlają się napisy przybliżające polską, ale i nie tylko, historię wojennych losów a później komunizmu. Warto także nadmienić, że konsultantem historycznym w filmie była Anna Appelbaum – amerykańska pisarka i dziennikarka, pisząca m.in. dla „Washington Post” – zdobywczyni nagrody Pulitzera w 2004 roku za książkę „Gułag”, która prywatnie jest żoną Radosława Sikorskiego. 

Jednym z kilku mankamentów tego filmu jest to, że wszyscy „mieszkańcy” łagru, ale nie tylko oni, znają angielski. Nie ważne czy są to Polacy, Rosjanie, Łotysze czy Jugosłowianie, Tybetańczycy czy Mongołowie. Ja rozumiem, że ten film jest robiony głównie na Amerykę, a później na resztę świata, bo tam przyniesie największe zyski. Rozumiem też, że większość społeczeństwa amerykańskiego zna tylko język angielski i nie lubi czytać napisów. Jednak autorzy filmu mogli chociaż odrobinę bardziej zadbać o realizm. Bo tak naprawdę oprócz początkowych scen, gdzie aktorzy mówią po polsku (!) i po rosyjsku, i jakichś późniejszych przekleństw, zawołań czy równoważników zdań nie napotykamy praktycznie na inne języki niż angielski. W konsternacje wprawiła mnie scena, w której poznana na szlaku dziewczyna – Irena, jest bliska śmierci z wycieńczenia, jednak cały czas powtarza jak się nazywa. Życiowe losy kazały jej się wyzbyć prawdziwego nazwiska a chce je pamiętać. Powtarza więc „My name is Irena Zielińska… my name is Irena Zielińska”. Wydaje mi się, że jeśli ktoś jest polakiem, maszeruje wśród kilku polaków i do tego jest bliski śmierci to nie sili się na mówienie w obcym języku[1]. Nigdy jednak nie byłem w takiej sytuacji, i być może moja krytyka wynika z niewiedzy. Jednak druga sytuacja już całkiem psuje obraz filmu. Uciekinierzy napotykają w Tybecie na grupkę pasterzy owiec. Ci zapraszają ich do domu aby ich nakarmić i pozwolić wypocząć. Jednak kiedy jeden z Tybetańczyków się odzywa z jego ust wypływa płynna, poprawna gramatycznie angielszczyzna prawie bez akcentu (!). Wydaje mi się to niesłychane, nawet pomimo tego, że Tybetańscy mnisi to bardzo wykształceni ludzie. Mamy jednak rok 1941, nie wydaje mi się, żeby znajomość angielskiego była czymś powszechnym w tamtych rejonach świata. No ale tak jak już pisałem, to niezrozumienie może wynikać z mojej niewiedzy. Jednak po przeczytaniu książki „Długi marsz” przed pójściem na seans (co teraz wydaje się błędem, bo zaburza mój odbiór filmu) mam pewien obraz tamtej sytuacji, czasów i okoliczności w jakich znajdują się bohaterowie tej produkcji. Autor nie wspomina o tym, żeby ktokolwiek poza Amerykaninem Smithem posługiwał się angielskim. Dopiero spotkani na końcu podróży brytyjscy żołnierze w Indiach, ale to oczywiste.

Na niekorzyść tego filmu wpływa także brak pokazania jakichkolwiek technik przetrwania. Nie ma żadnych survivalowych akcentów w tej historii. Aktorzy, którzy byli w „szkole przetrwania”, pod okiem światowej klasy nauczyciela, z pewnością chcieliby się wykazać swoją wiedzą i nabytymi tam umiejętnościami. Widzowie, aby lepiej poczuć jak ciężko było bohaterom filmu także, chcieliby zobaczyć jak poradzili sobie z przeciwnościami natury. Jednak sceny takie się prawie nie pojawiają. Nie wiadomo czy zostały wycięte na etapie montażu filmu, czy w zamyśle reżysera w ogóle ich nie było. Nasuwa się zatem pytanie po co aktorom było całe to przygotowanie… Świetnie ujął to w swojej recenzji dla miesięcznika „Kino” Bartosz Czartoryski: „Kiedy bohaterów spotyka piaskowa burza, z opresji uratuje ich cięcie montażowe…”.
Tak to mniej więcej wyglądało na prawdę

Problem z tym filmem jest również taki, że miejscami staje się nużący i odrobinę zbyt patetyczny. Reżyser podjął się opowiedzenia bardzo ważnej historii i podszedł do niej zbyt ostrożnie. Chce przedstawić trud i wysiłek ludzi skazanych na wielomiesięczną tułaczkę przez bardzo nieprzyjazne człowiekowi tereny. Ludzi, którzy każdego dnia zasypiają i budzą się z widmem strachu przed pojmaniem. Jednak w tym przypadku mamy fabułę przewidywalną od początku do końca. Reżyser nie zaskakuje nas w trakcie seansu niczym, a kiedy zaczyna się już dziać coś ciekawego, to tak jak wspominałem wcześniej, cięcie montażowe wyswobadza bohaterów z opresji. Film jest pięknie nakręcony, od strony technicznej jest perfekcyjny. Jednak kiedy widzimy krew, pot i kurz na twarzach gwiazd z pierwszych stron plotkarskich magazynów, jakoś ciężko jest uwierzyć, że to nie jest make-up. Brak wgniatającego w fotel oddania na ekranie doznawanych przez bohaterów krzywd i wysiłku sprawia, że ten marsz staje się nieautentyczny i mało wiarygodny. 

Pomimo tych kilku mankamentów warto zobaczyć „Niepokonanych”. Film porusza istotny temat i przybliża najważniejsze daty oraz wydarzenia z historii Polski i Europy – za co podziękowania należą się polskim koproducentom. Świetna gra aktorska Collina Farrella, który był, dla mnie, bardziej rosyjski niż Rosjanie, na pewno zapada w pamięć. Piękne zdjęcia i dobra muzyka, a także znany i ceniony reżyser to atuty tej, bądź co bądź, przyzwoitej produkcji. 

6/10



[1] Dla poparcia mojego poglądu cytuje wypowiedź Bogusława Lindy w roli Alexa z filmu Władysława Pasikowskiego „Reich”: „Weszła z dzieckiem na ręku akurat jak go zawijałem w prześcieradło. Musiałem strzelać tuż obok dziecka. Dostała pod okiem ale mogła mówić, tylko z tego szoku zapomniała angielskiego… i błagała mnie abym oszczędził dziecko w swoim języku”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...