Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Videograf S.A.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Videograf S.A.. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 stycznia 2017

[213] Książka: "Kod Himmlera" - Przemysław Piotrowski (2015)

Kod Himmlera Przemysława Piotrowskiego jest książką, której zrecenzowanie, a raczej nawet samo ocenienie, jest dla mnie sporym problemem. I broń Boże, nie chodzi tutaj o jej głębię czy filozoficzne przesłanie. Nie, kłopot leży zupełnie gdzie indziej. Nie jest jednak wcale miej istotny, ponieważ fundamentalny dla istoty recenzji. Ja po prostu nie wiem czy mi się ta książka podobała czy nie.

Może zacznę od tego co w niej jest "na plus". Z pewnością historia. Rok 1943. Niemcy prowadzą jakąś arcy tajemniczą działalność w kompleksie bunkrów w Górach Sowich zwanym Olbrzym. Rok 1946. Super elitarna grupa brytyjskich komandosów musi wykonać jakieś ściśle tajne zadanie na Antarktydzie. Tylko jednemu z nich udaje się wyjść z tej akcji cało. Czasy obecne. Pewien pracownik naukowy zostaje zamordowany we własnym domu w Norwegii. Czy te sprawy się jakoś ze sobą łączą? Polska. Młody dziennikarz sportowy dostaje w spadku tajemniczą skrzyneczkę z dokumentami z czasów II wojny światowej znalezioną przez jego dziadka w kompleksie Olbrzyma dzień przed jego śmiercią. Postanawia rozwikłać sprawę, która przyprawiła jego dziadka o zawał serca i w konsekwencji doprowadziła do jego śmierci. Nie wie jednak, że sprawa ta może jego samego narazić na śmiertelne niebezpieczeństwo a całą ludzkość doprowadzić na skraj przepaści.

Zauważyliście zapewne, że wielokrotnie pojawia się słowo "tajemnica" w różnych konfiguracjach. Nie jest to przeoczenie, czy też nieumiejętność unikania powtórzeń. Użyłem tego słowa tak często z uwagi na fakt, że tajemnica jest w tej książce jej największą zaletą. I choć w pewnym momencie możemy się już niektórych rzeczy domyślać, coś przewidywać i podejrzewać to jednak pełnię swojego zamysłu autor zdradza nam dopiero pod sam koniec opowieści. Niestety, nie całe zakończenie mnie usatysfakcjonowało. O ile nie mam nic przeciwko całej intrydze jako takiej, o tyle zupełnie nie aprobuję wątku związanego z głównym bohaterem powieści, wspomnianym już redaktorem sportowym Tomaszem Turczyńskim. 

I teraz pora na wady tej, skądinąd, ciekawej powieści. A największą i praktycznie jedyną jest główny bohater. Dzieje się tak z prostej przyczyny. Jest on osobnikiem idealnym, doskonałym pod każdym względem. A tego nie lubimy chyba najbardziej na świecie. Bo kto się podnieca opowieścią o facecie (tudzież dziewczynie, a niewiasta idealna również występuje na kartach tej powieści, ponieważ autor dla swojego idealnego bohatera nie mógł stworzyć byle lampucery), który jest młody, przystojny, oczytany, sprawny fizycznie, inteligentny, znający języki i wydzielający taki zestaw feromonów, że każda napotkana kobieta marzy tylko o tym, żeby pogalopować na jego rączym rumaku w otchłanie seksualnego spełnienia. Ja raczej nie przepadam za takimi frajerami, bo mi się źle kojarzą. I wiedząc, że zapewne mi nie uwierzycie, posłużę się kilkoma cytatami, żeby uświadomić wam jak można połączyć tani romans z zagadką godną Indiany Jonesa.

"Nigdy dużo nie pił, a poza tym miał mocną głowę, jego organizm bardzo szybko metabolizował alkohol. Z czasów szkolnych pamiętał, że zawsze, gdy jego koledzy umierali po imprezie, on raniutko budził się i szedł po świeże bułki. [dobre chociaż i to] Wszyscy mu tego zazdrościli, bo prawie nigdy nie miał kaca. A jeśli już nawet kiedyś się pojawił, to objawiał się bardziej zmęczeniem niż zatruciem. I przechodził szybko i bezboleśnie.
Wpływ na tak dobrą przemianę materii mógł mieć też jego sportowy tryb życia. [no a jakże by inaczej!?] Od najmłodszych lat lubił rywalizować. Taki miał charakter. Zawsze chciał wygrywać. [drugi, kurwa, Michael Jordan!] I prawie zawsze mu się udawało. Przynajmniej w sportach indywidualnych. Nie mogło być jednak inaczej, skoro już w wieku piętnastu lat miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i osiemdziesiąt pięć kilogramów wagi. Prawie samej masy mięśniowej. Wygrywał w klasie wszystkie konkurencje. Był najlepszy w bieganiu, rzucie dyskiem, rzucie młotem, skoku w dal, wzwyż, rzucie oszczepem, pływaniu i wielu, wielu innych. Grał i był liderem w szkolnej drużynie piłki nożnej, ręcznej i koszykówki. Pewnie byłby i najlepszym atakującym w siatkówce, ale na to już najzwyczajniej zabrakło czasu. Miał ksywkę „Tur”. Trudno powiedzieć, czy od nazwiska Turczyński, czy od postury, która zawsze dawała mu przewagę nad rówieśnikami, a często i starszy mi od niego.
Był klasyczną gwiazdą od podstawówki, przez liceum i studia. Kobiety lgnęły do niego, a on mógł w nich przebierać. Skwapliwie z tego korzystał, bo prócz wspaniałej atletycznej budowy ciała, na którym można było wręcz uczyć się anatomii, był również bardzo przystojny. Tomek posiadał klasyczne, twarde, męskie rysy. Wydatną szczękę, równy, proporcjonalny nos i duże, niesamowicie niebieskie oczy. A wszystko dopełniały blond włosy niemal do ramion [buahahaahahahahah], które przyprawiały młode dziewczęta niemalże o dreszcz ekscytacji, szczególnie gdy po raz kolejny tańczyły w rytm jego boskich ruchów na zawodach lekkoatletycznych czy turniejach sportów zespołowych. Tomek z łatwością znalazłby pracę w modelingu, ale akurat ta sfera życia kompletnie go nie pociągała. Była niemęska. ["pedałów"* nie zniese] Po prostu. No i to jego przyrodzenie, o którym krążyły legendy. Głównie wśród dziewczyn, które z jego dwudziestocentymetrowego penisa zrobiły w swoich opowieściach potwora mierzącego dwadzieścia pięć, a nawet trzydzieści centy metrów [to dużo, naprawdę nie warto, nie zmieści się].
To dlatego, idąc korytarzami liceum czy później uniwersytetu we Wrocławiu, czuł na sobie spojrzenia niemal wszystkich kobiet. Wiedział, że nie musi się starać, że wystarczy, aby którejś puścił oczko czy posłał delikatny uśmiech, aby na najbliższej imprezie sama przyszła do niego i proponowała seks. Nie zliczy, ile dostał miłosnych listów i łóżkowych propozycji. Pod koniec studiów dwie kobiety prosiły go o zrobienie im dziecka, później kolejnych siedem. W sumie dziewięć kobiet chciało, aby je zapłodnił, nawet nie licząc na nic więcej niż potomek. Wszystkie mówiły, że czują od niego nieprawdopodobną męskość, rodzaj perfekcji. Wiele twierdziło, że jego zapach jest wręcz otumaniający i że przez to tracą rozum. Sam go nie lubił i próbował go na
początku maskować. W podstawówce czuł się z tym fatalnie, bo pocił się ponad miarę, a woń jego potu była mocno wyczuwalna. Potem, gdy zauważył, jak działa na kobiety, przestało mu to przeszkadzać. Nie przejmował się, choć regularnie korzy stał z najmocniejszych na rynku dezodorantów. Tomek nie chciał mieć dzieci. Był samcem alfa i dobrze się z tym czuł. Nie chciał komplikować sobie życia. Przy najmniej na razie. Był królem w swoim świecie. Nigdy nie narzekał też na brak pieniędzy (...). Był wtedy świetnie zapowiadający m się sportowcem. Mógł wy brać każdą uczelnię sportową, nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Niemal w każdej dyscyplinie lekkoatletycznej był w krajowej czołówce. Pokochał jednak piłkę nożną, w której też szybko zaczął odnosić spektakularne sukcesy. Był najlepiej zapowiadający m się obrońcą w Polsce. Grał z opaską kapitana w kadrze U21 i powoli pukał do drzwi pierwszej reprezentacji, mimo że miał dopiero siedemnaście lat. Grał wtedy w barwach Śląska Wrocław, ale obserwowali go skauci największych klubów świata. Pytały o niego Real Madryt i Manchester United [I może jeszcze Legia też, co?]."

Można do tego dodać jeszcze to, że był szalenie oczytany (trzy tysiące tomów z biblioteki dziadka przeczytał będąc jeszcze nastolatkiem) oraz miał dryg do pisania (dlatego będąc dopiero co po trzydziestce był już szefem działu sportowego jednego z lubuskich dzienników). Fajny koleżka, co nie? Idealny kandydat na przyjaciela. Teraz zapewne wiecie już co miałem na myśli twierdząc, że główny bohater jest taki trochę nie ten tego... Ale to nie wszystko. Taki facet, samiec alfa, musiał na swojej drodze napotkać kwintesencję kobiecości. Pozwólcie - abym nie pominął żadnego z jej atrybutów - że ponownie posłużę się cytatem.

Długie za ramiona, kruczoczarne, idealnie [włosy] komponowały się z czerwoną szminką i tego samego koloru oprawkami jej cholernie seksownych okularów. Duże zielone oczy przypominały mu jedną z jego kochanek z hiszpańskiej Murcii, Marokankę Iris, z którą spędził dwa piękne miesiące podczas półrocznej wymiany studenckiej, na które jeździł kiedyś tak często, jak tylko mógł. Ale Kasia miała w sobie jeszcze coś, tak głębokiego, seksownego, ale zarazem czułego i delikatnego — nie potrafił jednoznacznie opisać tego w swoich myślach. Była wyjątkowa i coraz bardziej korciło go, aby w końcu się z nią umówić. Szczególnie gdy w tej swojej zwiewnej czerwonej sukience, pod którą doskonale widać było jej wydatny, choć na pewno nie ogromny, idealnie kształtny biust. Kusił za każdym razem, gdy materiał mocniej napiął się na jej sutkach.
Tak, na sutkach, gdyż Kasia często nie nosiła stanika. Nie musiała, bo jej piersi były, musiały być, idealne. (...) Kasia była kobietą inną niż wszystkie.
Nieprzyzwoicie seksowną, ale zarazem bardzo naturalną, kuszącą i pragnącą być adorowaną. Jednocześnie nieśmiałą i sprawiającą wrażenie, jakby za tymi okularami kryła się mała i skromna dziewczynka, która wciąż czeka na swój pierwszy raz. Potrafiła zmieniać się jak kameleon w ułamku sekundy. Z grzecznej pani bibliotekarki w mig, jednym spojrzeniem zza tych diabelnie seksownych okularów, umiała wzbudzić w mężczyźnie nieprawdopodobne pożądanie. Miała klasę. Tak, to była kobieta z klasą, kobieta wykwintna. Taka, która trafia się raz na milion. (...)

Idealna, prawda? No, może nie dla każdego, bo równie dobrze mogła być blondynką, ale w tym zestawie niebieskooka blondynka... tfffu, blondyn z włosami do ramion już jest, więc głupio by było jakby były dwie. Tfu, dwoje. Przejdźmy dalej. Tym razem autor zbliża się w swoich imaginacjach do czegoś w rodzaju porno dla biedoty. Czytajcie i płaczcie... ze śmiechu.

Tomek ją zaintrygował. Miał w sobie coś tak cholernie męskiego, tak kuszącego, tak niewyobrażalnie przyciągającego. Gdy odchodził z miejsca, w którym siedział kilka godzin, zostawiał taki zestaw feromonów, który pasował jej idealnie. Były perfekcyjne. Dosłownie zaczynały pęcznieć jej sutki, a między nogami, choć tego nie chciała i próbowała się wzbraniać, pożądanie robiło swoje. Była kobietą, o którą trzeba było walczyć, ale przy nim czuła się po prostu zniewolona. I gdy by tylko rzucił ją na jeden ze stołów, oddałaby mu się w całości. W każdej chwili. Bez względu na wszystko.
Głupio się czuła, że nie mogła opanować tak prostych i, wydawałoby się, zwierzęcych instynktów, ale wcześniej żaden facet nawet w połowie nie wzbudził w niej takiego pożądania, choćby podczas miłosnych igraszek. Tomek samą swoją obecnością powodował, że jej myśli krążyły tylko wokół wyobrażeń jego wielkiego i sterczącego penisa, na którego ona nabija się i kłusuje jak na rączym wierzchowcu. To on wzbudził w niej tę dzikość. To przez niego zrezygnowała z noszenia stanika. To dla niego częściej zakładała szpilki i używała mocniejszego makijażu. To w końcu dla niego była tak miła, szukając każdej okazji do pobycia z tym jakże seksownym, cholernie seksownym facetem. I ta jego zagadka z przeszłości, której rozwiązania tak usilnie poszukiwał. To dodawało mu jeszcze więcej aury tajemniczości. I jeszcze bardziej rozpalało jej zmysły.

Buahahahaa. Z tym kłusowaniem na rączym wierzchowcu pojechał, moim zdaniem, całkiem po bandzie. Ale jest jeszcze kawałek opisu naszej uroczej niewiasty. Tym razem z pierwszej randki.  

(...) Czarne włosy delikatnie tańczyły na jej nagich ramionach, gdy wysiadła z taksówki i delikatny powiew uderzył w jej wciąż jeszcze dziewczęcą twarz. Tak naprawdę nie potrzebowała makijażu, bo jej naturalna uroda była zdecydowanie ponadprzeciętna. Ale i tak skusiła się na podkreślenie oczu i czerwoną szminkę. Założyła ulubione diamentowe kolczyki i naszyjnik z rubinowym sercem, jeden z niewielu prezentów od jej eks, które rzeczywiście trafiły w jej gust. Mimo to, że dziś nie wyobrażała sobie innej opcji niż ta, że ich spotkanie znajdzie finisz w jego bądź jej łóżku, nie chciała być jednak zbyt nachalna i nie założyła najbardziej seksownych ciuchów, które miała w swojej garderobie. Zdecydowała się na kremową, zwiewną sukienkę w kwieciste wzory, którą złamała jedynie wąskim czerwonym paskiem. Kompletu dopełniły białe, nie za wysokie szpilki z czerwoną podeszwą i torebka Dolce & Gabbana, a właściwie podróbka z Turcji [ej, naprawdę?... to smutne], gdzie spędziła ostatnie wakacje. Może i nie była oryginalna, ale prezentowała się całkiem przyzwoicie, a poza tym Tomek pewnie nie będzie przyglądał się kawałkowi umiejętnie pozszywanej skórki, tylko jej.
Zresztą wiedziała, co zrobić, aby przy ciągnąć jego wzrok. Dziś też nie założyła stanika. Sukienka nie miała głębokiego dekoltu, ale wiedziała, że najbardziej kusi to, co zakryte. To, co tylko chwilowo ujawnia swoje kształty pod cienkim kawałeczkiem lekkiego jak piórko materiału, gdy Kasia podniesie rękę, aby poprawić włosy, czy wygnie się, aby sięgnąć do torebki po telefon lub szminkę. Wiedziała, że Tomek się nie oprze i zerknie, jak robił to już przez prawie dwa ostatnie tygodnie.

No i na zakończenie jeszcze kawałek igraszek wstępnych i błaganie o rżnięcie.

Tomek [...] stanął przed nią w ciemnobrązowej koszuli, która niemal idealnie podkreślała jego potężną i doskonale wyrzeźbioną klatkę piersiową, a podwinięte za łokieć rękawy odsłaniały silne przedramiona, które już wkrótce mogły zacząć ją pieścić… (...) Stajesz się coraz bardziej interesujący, Tomku. — Kasia znów zalotnie się uśmiechnęła, przekładając pod stołem nogę na nogę i delikatnie muskając jego udo czubkiem buta. — (...) może uda mi się jakoś ci pomóc. Powiedz tylko kiedy.
— Jeśli miałabyś czas jutro, koło godzi…?
— Mogę nawet dziś… [!!!] — przerwała mu Kasia, delikatnie muskając jego prawą dłoń swoimi długimi, zadbanymi palcami, wyraźnie dając do zrozumienia, że nie może odmówić.
— Masz piękne dłonie — szepnął Tomek. Spojrzał w te głębokie, zielone czarujące oczy, chwytając jednocześnie czubki jej palców i ledwo wyczuwalnie przesuwając swoimi po jedwabistej skórze, tuż nad idealnie wypielęgnowanymi paznokciami. Patrzyli tak na siebie kilka sekund, które wydawały się ciągnąć w nieskończoność. Jakby na tę chwilę przenieśli się do innego wymiaru [naprawdę? fascynujące]. Jakby czas i wszystko, co działo się dookoła nich, stanęło i chciało poczekać, co połączy tych dwoje ludzi, między którymi strzeliła iskra pożądania. Dzielił ich jedynie pięknie przystrojony okrągły stół, którego blat tańczył w rytm płomienia świeczki, którą kelner przy niósł, gdy słońce schowało się za nieboskłonem [mogę już rzygać, czy jeszcze będziecie coś jedli?]. Magiczny moment, który zdarza się tylko z wybranymi. Raz, może dwa razy w życiu.
— Chodźmy — rzuciła krótko Kasia i gdy tylko wstała, starając się chwycić za wiszącą na krześle torebkę, poczuła na biodrach duże, silne dłonie.
Obróciła się i zrobiła to, o czym marzyła od pierwszej chwili ich dzisiejszej randki. Głęboko pocałowała Tomka, zupełnie zatracając się w tej magicznej chwili. Dosłownie, bo gdy tylko się do niego zbliżyła, poczuła w sobie taki ogień, jakiego nawet nie wyobrażała sobie w najśmielszych fantazjach. Gdy tak płynęła w otchłani namiętności, zatracając się z każdym kolejnym ułamkiem sekundy, niemalże nadludzkim wysiłkiem oderwała usta od jego i szepnęła do ucha Tomka [nie mogę, wychodzę]:
— Chodźmy do ciebie, proszę [a to zabolało pewnie wszystkie wojujące feministki...].

Fajnie jest? Nie bardzo, prawda? Ale na szczęście tak żałosne są tylko momenty, w których autor opowiada o głównych bohaterach lub relacjach między nimi (trochę to słabe, że główni bohaterowie są najsłabszym ogniwem książki, ale tak już niekiedy bywa), a książka składa się z nich w dość niewielkim stopniu. Swoją drogą jak na thriller, to w wielu miejscach jest bardzo romantycznie i milusińsko. 

Cała reszta książki, aspekty korektorskie, stylistyczne nawet samo budowanie napięcia i stopniowe odsłanianie kolejnych elementów tajemnicy są w porządku. Raczej do niczego nie można się przyczepić. Książkę, oprócz tych rzewnych momentów uniesień, których jest jeszcze tylko kilka, czyta się dobrze i gdyby nie one, to mógłbym ją zaliczyć do naprawdę dobrych. Jednak sama końcówka, a tak właściwie końcówka końcówki oraz ci okropni bohaterowie i cały ten miłosny kociokwik, który się między nimi wydarzył sprawiają, że traci ona w moich oczach bardzo wiele. Stąd też wynikają moje rozterki względem jej oceny, o których wspomniałem na samym początku. Podejmę salomonową decyzję i dam, jedyną w tym przypadku, słuszną notę. 

Moja ocena: 5/10

Wszystkie cytaty pochodzą z książki Kod Himmlera, Przemysław Piotrowski, Warszawa 2015.
Wszystkie podkreślenia w tekście są mojego autorstwa. 
* Zniewieściałego mężczyzny, któremu bliżej do wypindrzonej kobiety, niż do zdrowego na ciele i na umyśle mężczyzny. Generalizując, oczywiście.

sobota, 28 marca 2015

[117] Książka: "Córka Stalina" - Elwira Watała (2013)


Książka "Córka Stalina" Elwiry Watały jest bardzo dziwnym tworem. Początkowo nie wiedziałem dlaczego, później... też nie, ale w jakoś mocno mnie to nie obchodziło, po zakończonej lekturze zaczęło jednak nurtować. Olśnienie nadeszło, kiedy przyjrzałem się bliżej pozostałym dokonaniom pisarskim autorki.

 Z jednej strony chciałoby się ją ocenić bardzo wysoko - bardziej książkę niż autorkę - bo opowiada historię życia niesłychanie kontrowersyjnej persony. Jest również pełna smaczków i ciekawostek, których próżno szukać w innych miejscach (a przynajmniej ja do tej pory nie znalazłem) takich, jak na przykład wszelkie dewiacje partyjnej wierchuszki za czasów panowania na Kremlu Stalina włącznie z dość dokładnym niekiedy opisem seksualnych ekscesów jego i jego towarzyszy. Z drugiej jednak strony co to wszystko ma wspólnego z główną bohaterką...? Ano niewiele i jest to jedną z wad tego tomu. Nie jest to wszak aż takie niespodziewane jeśli przyjrzymy się bliżej wcześniejszym dokonaniom pisarki: "Kobiety wokół Stalina. Kochanki i katorżniczki", "Sodomici", "Cuchnący Wersal", "Wielcy zboczeńcy", "Wielkie nimfomanki", "Seks w królewskich alkowach", "Miłosne igraszki rosyjskich caryc". Robi wrażenie prawda? Wydaje mi się, że książka ta była kompilacją kilku w wyżej wymienionych plus drobne dodatki.

Drugą wadą jest mnogość powtórzeń, która niekiedy posunięta jest do granic absurdu, jakby autorka sama nie czytała swojego tekstu lub zapominała co pisała w poprzednim akapicie.


4 razy na przestrzeni 1% książki... Nie za często aby? Ja alzheimera nie mam jeszcze!

Albo też nagminna maniera bezpośredniego zwracania się do czytelnia, która po pewnym czasie również zaczynała działać mi na nerwy.

Tym razem 66 powtórzeń tego samego zwrotu na 304 stronach książki w papierze!

Za wadę można uznać również brak obiektywności autorki i lekką stronniczość w przedstawianiu i poddawaniu ocenie faktów i zajść z życia opisywanych postaci. Oraz, co wydało mi się bardzo dziwne, brak zdjęć kiedy w tekście ewidentnie jest napisane, że kogoś można na nim zobaczyć!

Na ale, że niby gdzie?!



Jednak podsumowując, nie jest to książka najgorsza i jak się przymknie oko na niektóre niedociągnięcia a inne pominie milczeniem, to można się z niej dowiedzieć całkiem sporo o córce największego tyrana naszej epoki.

Moja ocena 5/10

piątek, 4 kwietnia 2014

[64] Książka: "Władca piorunów. Nikola Tesla i jego genialne wynalazki" - Krzysztof i Przemysław Słowińscy (2011)

Witam wszystkich po znów za długiej, jak na mój gust, przerwie, ale cóż zrobić jak nie ma się na nic czasu... W tym miesiącu postaram się nie dopuścić do powtórzenia niechlubnego rekordu 3 postów z ubiegłego miesiąca. Z tego też względu w chwili czasu jaka mi została przed wyruszeniem do dentysty chciałbym napisać kilka słów o książce, którą kilka dni temu udało mi się skończyć czytać. Jest nią biografia jednego z najbardziej kontrowersyjnych wynalazców jacy kiedykolwiek chodzili po świecie, a jego pomysły i koncepcje do tej pory otoczone są nimbem tajemnicy. Zapraszam na recenzję książki "Władca piorunów. Nikola Tesla i jego genialne wynalazki" autorstwa Krzysztofa i Przemysława Słowińskich.

Autorzy, aby zaintrygować i przyciągnąć uwagę swoich czytelników, rozpoczynają opowieść o Tesli wzmianką o jego najbardziej szokujących i tajemniczych wynalazkach, o których wiadomo naprawdę bardzo niewiele. Rząd Stanów Zjednoczonych objął te badania klauzulą ściśle tajne. Jednak nawet z tych strzępków informacji jakie przedstawiają nam Słowińscy od razu widać, że Tesla wyprzedzał swoje czasy o jakieś 100-150 lat. Po tym rozpaleniu naszej ciekawości spokojnie przechodzą do snucia swojej opowieści od lat najmłodszych Nikoli Tesli. Przedstawiają historię jego rodziny, dom i miejscowość Smiljan, w której się wychował, aby z każdą kolejną stroną zbliżać się do momentu pierwszych pomysłów i wynalazków. A nastąpiło to już dość wcześnie, gdyż Tesla już od najmłodszych lat miał bardzo wizjonerski umysł. I mimo, że jego pierwsze wynalazki, nie były niczym spektakularnym, a czasami eksperymenty kończyły się poważnymi w skutkach wypadkami, to już wtedy można było w nim dostrzec tę "iskrę Bożą". 

Z książki dowiadujemy się, że największa kariera Tesli przypada na lata, kiedy to po studiach na politechnice w Grazu, krótkiej pracy w Budapeszcie i późniejszej przeprowadzce do Paryża, gdzie był zatrudniony w tamtejszej filii firmy Thomasa Edisona pojawił się u swojego szefa w USA. Edison zatrudnił tego młodego, obiecującego inżyniera, jednak ich relacje od samego początku nie były przyjazne, a po tym jak Edison oszukał Teslę ten się zwolnił i wkrótce stał się jego największym konkurentem w dziedzinie wynalazków i wprowadzania nowych technologii. 

Jednak Tesla oprócz swojego nieprzeciętnego umysłu miał też sporo cech, które utrudniły mu życie i czyniły z niego ekscentryka. Jego wyczulony słuch pozwalający usłyszeć muchę oddaloną o kilkanaście metrów często nie pozwalał mu zasnąć (w związku z tym upodobał sobie pracę w nocy). Jego mania czystości sprawiała, że kelnerzy w restauracjach, których był częstym gościem wiedzieli, że aby doprowadzić swoje, i tak już idealnie czyste sztućce do perfekcji, będzie potrzebował dokładnie 18 bawełnianych ściereczek. Choć to tylko wierzchołek góry lodowej.

Tesla był przez całe swoje życie też człowiekiem samotnym. I nie chodzi tutaj o to, że nie miał przyjaciół, bo tak nie było. Po prostu wyznawał zasadę, że tylko mężczyzna nie pozostający w związku matrymonialnym z kobietą potrafi osiągać sukcesy na polu nauki i wynalazczości.

Słowińscy przypominają także o jego ciągłych problemach z pieniędzmi, które były spowodowane głównie barkiem zainteresowania swoimi finansami jak i tym, że mimo tego, że Tesla lubił wystawne i luksusowe życie pieniądze nigdy nie były jego celem. Raczej środkiem do możliwości tworzenia nowych wynalazków i eksperymentowania. 

W tej książce najdziemy masę ciekawych historii z życia wynalazcy, ogrom jego prac i wynalazków. Całą historię jego zawodowych wzlotów i upadków, a także nam współczesnych makowców, którzy w swoich badaniach całymi garściami czerpią z bogatego dorobku Nikoli Tesli, często nie potrafiąc, w XXI w., uzyskać takich wyników jak on przeszło 100 lat temu. Książka ta wydaje się ciekawą pozycją dla pasjonatów biografii, w szczególności wynalazców, a także dla ludzi lubiących doszukiwać się wciąż nowych teorii spiskowych.

Moja ocena to 6/10 (gatunkowa) i 5/10 ogólna.

sobota, 15 lutego 2014

[60] Książka: "Ojciec chrzestny: Lucky Luchiano i tajemnice amerykańskiej mafii" - Paul Sherman (2010)

Pamiętacie takiego gościa Don Vita Corleone? A wiecie, że to nie on był ojcem chrzestnym amerykańskiej mafii?;> Ok, żartuje. Przecież w przypadku Mario Puzo i Francisa Forda Coppoli to jedynie fikcja literacko-filmowa - w niektórych momentach posunięta zbyt daleko - a książka Paula Shermana opowiada historię prawdziwego twórcy tzw. Narodowego Syndykatu w Stanach Zjednoczonych Lucky'ego Luciano, a właściwie to Charlsa "Lucky" Luciano, a tak na prawdę Salvatore Lucania urodzonego pod koniec XIX stulecia w sycylijskiej wiosce Lercara Friddi. 

Nie wiem czy znacie te postać, czy kiedykolwiek obiło Wam się o uszy to nazwisko i pseudonim. Jeśli tak to w książce Shermana będziecie mogli znaleźć wiele ciekawych informacji na temat tego człowieka. Jeśli nie, a interesuje Was tematyka szeroko pojętej przestępczości zorganizowanej w USA, to sięgnięcie po tę publikację jest jak najbardziej wskazane. A dzieje się tak z dwóch a nawet trzech powodów. Pierwszym z nich jest fakt, że jest ona naprawdę przystępnie napisana. Oprócz faktów i z życia amerykańskiej mafii i oczywiście Lucky'ego mamy tutaj weryfikację różnych legend na jego temat, gdzie autor stara się wybrać, bądź wskazać nam najbardziej prawdopodobne rozwiązanie opierając się na swoich badaniach jak i na wielu innych źródłach. Druga sprawa to wplecenie do tej historii fragmentów fabularyzowanych, które mają imitować przebieg niektórych wydarzeń, jak na przykład dialogi czy inne wyjęte iście z powieści opisy przebiegu zdarzeń lub miejsc do których udawał się nasz "bohater" (bohater piszę w cudzysłowie dlatego, że bohaterem to on jest jedynie książki, a  tak na prawdę to był niezłą kanalią). Ostatnim atutem jest sposób w jaki autor kreśli tło opowiadanej przez siebie historii. Poznajemy charakter danych czasów, zwiedzamy z nim najprzeróżniejsze dzielnice Nowego Yorku. Odwiedzamy kluby. Słuchamy muzyki i poznajemy najnowsze trędy w modzie i motoryzacji. Poznajemy mentalność ludzi, którzy żyli w tamtych czasach. Także różne narodowości i ich dzielnice, które z rozrastały się proporcjonalnie do ilości przekraczających "progi" Elis Island" imigrantów. Dodatkowo Sherman przedstawia nam pokrótce sylwetki najważniejszych gangsterów tamtych czasów oraz osób najbliżej związanych z Luciano. Opowiada nam o strefach wpływów różnych bossów. O tym jak rozsądna dla mafii i tragiczne w skutkach dla była współpraca włochów z żydami, a także o zawiłej sieci zależności i wpływów jakie rządziły światkiem przestępczym Nowego Jorku i całych Stanów Zjednoczonych. No i o osławionej, i jak do tej pory najgorszej poprawce jaką politycy wprowadzili do konstytucji, czyli o tzw "prohibicji", która była przysłowiowym eldorado dla wszelkiej maści gangsterów.

W serialowego Lucky'ego w serialu "Boardwalk Empire wciela się Vincent Piazza

Najciekawszą w tym wszystkim sprawą jest to, że jeśli miałbym oceniać tę książkę bardzo dokładnie, to za tło dałbym jej 8 a za główny wątek jedynie 6, bo mimo iż autor kreśli nam osobowość i historię Lucky'ego poprawnie i ciekawie, to nie jest to, moim zdaniem, szczyt jego możliwości i cała reszta na tym tle wypada o niebo ciekawiej. Jednak całościowo książka prezentuje się naprawdę bardzo solidnie. Przyjemnie się ją czyta. Jeszcze jedną zaletą może być też próba uściślenia i wytłumaczenia nam słów takich jak mafia czy też cosa nostra, bo dla przeciętnego zjadacza chleba to wszystko mniej więcej to samo, a jednak wcale tak nie jest. No i na koniec, już zupełnie subiektywnie dodam, że podobało mi się także tytułowanie każdego z rozdziałów gatunkiem, bądź nazwą własną różnych alkoholi i w plecenie gdzieś w ich fabułę krótkiej o nich opowieści (jak powstał, kiedy, przez kogo pierwszy raz wydestylowany itp.). Dla mnie, jako dla "znawcy" <hahaha> alkoholi było to szalenie interesujące ;)

Podsumowując, książkę jako całość oceniam na mocne 7/10 i polecam wszystkim, którzy interesują się szeroko pojętą przestępczością zorganizowaną w Stanach Zjednoczonych, jak i we Włoszech, a w szczególności na Sycylii. Jak też ludziom, których interesuje Nowy Jork z pierwszych trzech dekad XX w.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...