Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 listopada 2017

[240] Książka: "Początek" - Dan Brown (2017)

Dan Brown jest klasą sam dla siebie. Po sukcesie Aniołów i demonów, a szczególnie Kodu Leonarda da Vinci oraz kolejnych książek z profesorem Robertem Langdonem w roli głównej, jego pozycja jako twórcy bestsellerów jest nie do podważenia. Każda kolejna książka jego autorstwa jest wyczekiwana z tym samym napięciem i podnieceniem. A autor średnio raz na 3-4 lata serwuje nam nową historię. Kilka tygodni temu premierę miał Początek, piąty już tom serii przygód Langdona.

Tym razem autor za pośrednictwem swoich bohaterów stara się odpowiedzieć na dwa fundamentalne pytania niemal każdej (każdej?) wiary. Mianowicie: skąd przyszliśmy? i dokąd zmierzamy? A tychże ma nam udzielić światowej sławy informatyk, technokrata i agnostyk Edmond Kirsch. Odpowiedzi zatrzęsą fundamentami wiary i sprawią, że religia stanie się zbędna, bo nauka wreszcie obali mit bóstwa zdolnego stworzyć świat. Niestety nie wszystko pójdzie po myśli wybitnego naukowca i do akcji będzie musiał wkroczyć jego dawny nauczyciel akademicki Robert Langdon. To właśnie on, w asyście pięknej dyrektorki muzeum Guggenheima w Bilbao i przyszłej królowej Hiszpanii Ambry Vidal oraz najnowszego wcielenia niesłychanie zaawansowanej sztucznej inteligencji o imieniu Winston, będzie musiał przekazać odpowiedzi światu. Na drugim planie zobaczymy żądnego zemsty komandora Luisa Avile, tajemniczego biskupa Antonio Valdespino, młodego następcę tronu hiszpańskiego księcia Juliana i kilka innych osób z najbliższego otoczenia rodziny królewskiej.

Brzmi zachęcająco i intrygująco. Takie też jest w rzeczy samej. Przez około 100 stron. Później zaczyna się dziać niedobrze. Brown zaczyna wszystko jak przystało na prawdziwego wyznawcę konceptu Alfreda Hitchcocka, mówiącego, że na początku powinno być trzęsienie ziemi, a później napięcie ma już tylko rosnąć. Ale powiem wam jedną rzecz. To nie jest zbyt fortunne rozwiązanie. A już w szczególności w stosunku do tej książki. Czytanie "Początku" przypomina mianowicie stosunek seksualny ze zbyt długo przeciąganym momentem spełnienia, które zamiast być nieokiełznaną rozkoszą staje się doświadczeniem nieprzyjemnym i bolesnym. Dokładnie tak samo jest w przypadku tej książki. Brown tak długo przeciąga moment, w którym wreszcie dowiemy się co odkrył Kirsch i jakie są odpowiedzi na te dwa fundamentalne pytania, że kiedy wreszcie do tego dochodzi czujemy się rozczarowani jego koncepcją. Jest ona wszak wybujała i miałka zarazem. A najgorsze jest w tym wszystkim to, że autor na końcu stara się przeforsować tezę, której tak definitywnie chciał przeciwdziałać naukowiec-agnostyk. Stąd też największą wadą tej książki jest fakt, że bardzo chcemy, żeby się ona wreszcie skończyła. To trochę jak bieg z górki. Nie możemy się zatrzymać, ale marzymy o tym, żeby wzgórze, z którego zbiegamy dobiegło kresu. 

Nie jest to jednak jedyna wada. Kolejną jest to, że brakuje tutaj tego, co tak bardzo cenię w książkach Browna, a mianowicie rozwiązywania zagadek ukrytych w świecie symboli. W Początku jest ich jak na lekarstwo. Langdon bowiem funkcjonuje głównie pośród sztuki nowoczesnej, a jak wiemy ta jest czysto konceptualistyczna i nie niesie ze sobą żadnego znaczenia. Jedynie pomysł na coś czego nikt do tej pory nie wymyślił. Wystarczy postawić w sali pisuar i gotowe. Niekiedy nawet robić tego samodzielnie nie trzeba, bo najważniejszy jest nowatorski koncept, wykonanie można zlecić. I już mamy gotowe dzieło sztuki nowoczesnej. Na szczęście obok tych pierdół dostajemy jeszcze architekturę Gaudiego, której niecodzienność kształtów oraz tajemnicza symbolika są bardzo ciekawie przedstawione i pozwalają na snucie domysłów o intencjach jakie kierowały ich twórcą. Jest tego jednak za mało jak na 460 stronicową powieść, której autor słynie z rozwiązywania tego typu zagadek.

Całość jest jednak zdecydowanie poniżej oczekiwań. Nie będę ukrywał również faktu, że jest to najgorsza - względem oczekiwań - książka jaką przeczytałem w tym roku. Prawdopodobnie Początek i tak przeczytają wszyscy fani autora, mam jednak obawy, że po zakończonej lekturze pozostaną oni z podobnym uczuciem rozczarowania i straconych złudzeń co ja. Czego oczywiście nikomu nie życzę.

Moja ocena: 4/10

niedziela, 22 stycznia 2017

[213] Książka: "Kod Himmlera" - Przemysław Piotrowski (2015)

Kod Himmlera Przemysława Piotrowskiego jest książką, której zrecenzowanie, a raczej nawet samo ocenienie, jest dla mnie sporym problemem. I broń Boże, nie chodzi tutaj o jej głębię czy filozoficzne przesłanie. Nie, kłopot leży zupełnie gdzie indziej. Nie jest jednak wcale miej istotny, ponieważ fundamentalny dla istoty recenzji. Ja po prostu nie wiem czy mi się ta książka podobała czy nie.

Może zacznę od tego co w niej jest "na plus". Z pewnością historia. Rok 1943. Niemcy prowadzą jakąś arcy tajemniczą działalność w kompleksie bunkrów w Górach Sowich zwanym Olbrzym. Rok 1946. Super elitarna grupa brytyjskich komandosów musi wykonać jakieś ściśle tajne zadanie na Antarktydzie. Tylko jednemu z nich udaje się wyjść z tej akcji cało. Czasy obecne. Pewien pracownik naukowy zostaje zamordowany we własnym domu w Norwegii. Czy te sprawy się jakoś ze sobą łączą? Polska. Młody dziennikarz sportowy dostaje w spadku tajemniczą skrzyneczkę z dokumentami z czasów II wojny światowej znalezioną przez jego dziadka w kompleksie Olbrzyma dzień przed jego śmiercią. Postanawia rozwikłać sprawę, która przyprawiła jego dziadka o zawał serca i w konsekwencji doprowadziła do jego śmierci. Nie wie jednak, że sprawa ta może jego samego narazić na śmiertelne niebezpieczeństwo a całą ludzkość doprowadzić na skraj przepaści.

Zauważyliście zapewne, że wielokrotnie pojawia się słowo "tajemnica" w różnych konfiguracjach. Nie jest to przeoczenie, czy też nieumiejętność unikania powtórzeń. Użyłem tego słowa tak często z uwagi na fakt, że tajemnica jest w tej książce jej największą zaletą. I choć w pewnym momencie możemy się już niektórych rzeczy domyślać, coś przewidywać i podejrzewać to jednak pełnię swojego zamysłu autor zdradza nam dopiero pod sam koniec opowieści. Niestety, nie całe zakończenie mnie usatysfakcjonowało. O ile nie mam nic przeciwko całej intrydze jako takiej, o tyle zupełnie nie aprobuję wątku związanego z głównym bohaterem powieści, wspomnianym już redaktorem sportowym Tomaszem Turczyńskim. 

I teraz pora na wady tej, skądinąd, ciekawej powieści. A największą i praktycznie jedyną jest główny bohater. Dzieje się tak z prostej przyczyny. Jest on osobnikiem idealnym, doskonałym pod każdym względem. A tego nie lubimy chyba najbardziej na świecie. Bo kto się podnieca opowieścią o facecie (tudzież dziewczynie, a niewiasta idealna również występuje na kartach tej powieści, ponieważ autor dla swojego idealnego bohatera nie mógł stworzyć byle lampucery), który jest młody, przystojny, oczytany, sprawny fizycznie, inteligentny, znający języki i wydzielający taki zestaw feromonów, że każda napotkana kobieta marzy tylko o tym, żeby pogalopować na jego rączym rumaku w otchłanie seksualnego spełnienia. Ja raczej nie przepadam za takimi frajerami, bo mi się źle kojarzą. I wiedząc, że zapewne mi nie uwierzycie, posłużę się kilkoma cytatami, żeby uświadomić wam jak można połączyć tani romans z zagadką godną Indiany Jonesa.

"Nigdy dużo nie pił, a poza tym miał mocną głowę, jego organizm bardzo szybko metabolizował alkohol. Z czasów szkolnych pamiętał, że zawsze, gdy jego koledzy umierali po imprezie, on raniutko budził się i szedł po świeże bułki. [dobre chociaż i to] Wszyscy mu tego zazdrościli, bo prawie nigdy nie miał kaca. A jeśli już nawet kiedyś się pojawił, to objawiał się bardziej zmęczeniem niż zatruciem. I przechodził szybko i bezboleśnie.
Wpływ na tak dobrą przemianę materii mógł mieć też jego sportowy tryb życia. [no a jakże by inaczej!?] Od najmłodszych lat lubił rywalizować. Taki miał charakter. Zawsze chciał wygrywać. [drugi, kurwa, Michael Jordan!] I prawie zawsze mu się udawało. Przynajmniej w sportach indywidualnych. Nie mogło być jednak inaczej, skoro już w wieku piętnastu lat miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i osiemdziesiąt pięć kilogramów wagi. Prawie samej masy mięśniowej. Wygrywał w klasie wszystkie konkurencje. Był najlepszy w bieganiu, rzucie dyskiem, rzucie młotem, skoku w dal, wzwyż, rzucie oszczepem, pływaniu i wielu, wielu innych. Grał i był liderem w szkolnej drużynie piłki nożnej, ręcznej i koszykówki. Pewnie byłby i najlepszym atakującym w siatkówce, ale na to już najzwyczajniej zabrakło czasu. Miał ksywkę „Tur”. Trudno powiedzieć, czy od nazwiska Turczyński, czy od postury, która zawsze dawała mu przewagę nad rówieśnikami, a często i starszy mi od niego.
Był klasyczną gwiazdą od podstawówki, przez liceum i studia. Kobiety lgnęły do niego, a on mógł w nich przebierać. Skwapliwie z tego korzystał, bo prócz wspaniałej atletycznej budowy ciała, na którym można było wręcz uczyć się anatomii, był również bardzo przystojny. Tomek posiadał klasyczne, twarde, męskie rysy. Wydatną szczękę, równy, proporcjonalny nos i duże, niesamowicie niebieskie oczy. A wszystko dopełniały blond włosy niemal do ramion [buahahaahahahahah], które przyprawiały młode dziewczęta niemalże o dreszcz ekscytacji, szczególnie gdy po raz kolejny tańczyły w rytm jego boskich ruchów na zawodach lekkoatletycznych czy turniejach sportów zespołowych. Tomek z łatwością znalazłby pracę w modelingu, ale akurat ta sfera życia kompletnie go nie pociągała. Była niemęska. ["pedałów"* nie zniese] Po prostu. No i to jego przyrodzenie, o którym krążyły legendy. Głównie wśród dziewczyn, które z jego dwudziestocentymetrowego penisa zrobiły w swoich opowieściach potwora mierzącego dwadzieścia pięć, a nawet trzydzieści centy metrów [to dużo, naprawdę nie warto, nie zmieści się].
To dlatego, idąc korytarzami liceum czy później uniwersytetu we Wrocławiu, czuł na sobie spojrzenia niemal wszystkich kobiet. Wiedział, że nie musi się starać, że wystarczy, aby którejś puścił oczko czy posłał delikatny uśmiech, aby na najbliższej imprezie sama przyszła do niego i proponowała seks. Nie zliczy, ile dostał miłosnych listów i łóżkowych propozycji. Pod koniec studiów dwie kobiety prosiły go o zrobienie im dziecka, później kolejnych siedem. W sumie dziewięć kobiet chciało, aby je zapłodnił, nawet nie licząc na nic więcej niż potomek. Wszystkie mówiły, że czują od niego nieprawdopodobną męskość, rodzaj perfekcji. Wiele twierdziło, że jego zapach jest wręcz otumaniający i że przez to tracą rozum. Sam go nie lubił i próbował go na
początku maskować. W podstawówce czuł się z tym fatalnie, bo pocił się ponad miarę, a woń jego potu była mocno wyczuwalna. Potem, gdy zauważył, jak działa na kobiety, przestało mu to przeszkadzać. Nie przejmował się, choć regularnie korzy stał z najmocniejszych na rynku dezodorantów. Tomek nie chciał mieć dzieci. Był samcem alfa i dobrze się z tym czuł. Nie chciał komplikować sobie życia. Przy najmniej na razie. Był królem w swoim świecie. Nigdy nie narzekał też na brak pieniędzy (...). Był wtedy świetnie zapowiadający m się sportowcem. Mógł wy brać każdą uczelnię sportową, nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Niemal w każdej dyscyplinie lekkoatletycznej był w krajowej czołówce. Pokochał jednak piłkę nożną, w której też szybko zaczął odnosić spektakularne sukcesy. Był najlepiej zapowiadający m się obrońcą w Polsce. Grał z opaską kapitana w kadrze U21 i powoli pukał do drzwi pierwszej reprezentacji, mimo że miał dopiero siedemnaście lat. Grał wtedy w barwach Śląska Wrocław, ale obserwowali go skauci największych klubów świata. Pytały o niego Real Madryt i Manchester United [I może jeszcze Legia też, co?]."

Można do tego dodać jeszcze to, że był szalenie oczytany (trzy tysiące tomów z biblioteki dziadka przeczytał będąc jeszcze nastolatkiem) oraz miał dryg do pisania (dlatego będąc dopiero co po trzydziestce był już szefem działu sportowego jednego z lubuskich dzienników). Fajny koleżka, co nie? Idealny kandydat na przyjaciela. Teraz zapewne wiecie już co miałem na myśli twierdząc, że główny bohater jest taki trochę nie ten tego... Ale to nie wszystko. Taki facet, samiec alfa, musiał na swojej drodze napotkać kwintesencję kobiecości. Pozwólcie - abym nie pominął żadnego z jej atrybutów - że ponownie posłużę się cytatem.

Długie za ramiona, kruczoczarne, idealnie [włosy] komponowały się z czerwoną szminką i tego samego koloru oprawkami jej cholernie seksownych okularów. Duże zielone oczy przypominały mu jedną z jego kochanek z hiszpańskiej Murcii, Marokankę Iris, z którą spędził dwa piękne miesiące podczas półrocznej wymiany studenckiej, na które jeździł kiedyś tak często, jak tylko mógł. Ale Kasia miała w sobie jeszcze coś, tak głębokiego, seksownego, ale zarazem czułego i delikatnego — nie potrafił jednoznacznie opisać tego w swoich myślach. Była wyjątkowa i coraz bardziej korciło go, aby w końcu się z nią umówić. Szczególnie gdy w tej swojej zwiewnej czerwonej sukience, pod którą doskonale widać było jej wydatny, choć na pewno nie ogromny, idealnie kształtny biust. Kusił za każdym razem, gdy materiał mocniej napiął się na jej sutkach.
Tak, na sutkach, gdyż Kasia często nie nosiła stanika. Nie musiała, bo jej piersi były, musiały być, idealne. (...) Kasia była kobietą inną niż wszystkie.
Nieprzyzwoicie seksowną, ale zarazem bardzo naturalną, kuszącą i pragnącą być adorowaną. Jednocześnie nieśmiałą i sprawiającą wrażenie, jakby za tymi okularami kryła się mała i skromna dziewczynka, która wciąż czeka na swój pierwszy raz. Potrafiła zmieniać się jak kameleon w ułamku sekundy. Z grzecznej pani bibliotekarki w mig, jednym spojrzeniem zza tych diabelnie seksownych okularów, umiała wzbudzić w mężczyźnie nieprawdopodobne pożądanie. Miała klasę. Tak, to była kobieta z klasą, kobieta wykwintna. Taka, która trafia się raz na milion. (...)

Idealna, prawda? No, może nie dla każdego, bo równie dobrze mogła być blondynką, ale w tym zestawie niebieskooka blondynka... tfffu, blondyn z włosami do ramion już jest, więc głupio by było jakby były dwie. Tfu, dwoje. Przejdźmy dalej. Tym razem autor zbliża się w swoich imaginacjach do czegoś w rodzaju porno dla biedoty. Czytajcie i płaczcie... ze śmiechu.

Tomek ją zaintrygował. Miał w sobie coś tak cholernie męskiego, tak kuszącego, tak niewyobrażalnie przyciągającego. Gdy odchodził z miejsca, w którym siedział kilka godzin, zostawiał taki zestaw feromonów, który pasował jej idealnie. Były perfekcyjne. Dosłownie zaczynały pęcznieć jej sutki, a między nogami, choć tego nie chciała i próbowała się wzbraniać, pożądanie robiło swoje. Była kobietą, o którą trzeba było walczyć, ale przy nim czuła się po prostu zniewolona. I gdy by tylko rzucił ją na jeden ze stołów, oddałaby mu się w całości. W każdej chwili. Bez względu na wszystko.
Głupio się czuła, że nie mogła opanować tak prostych i, wydawałoby się, zwierzęcych instynktów, ale wcześniej żaden facet nawet w połowie nie wzbudził w niej takiego pożądania, choćby podczas miłosnych igraszek. Tomek samą swoją obecnością powodował, że jej myśli krążyły tylko wokół wyobrażeń jego wielkiego i sterczącego penisa, na którego ona nabija się i kłusuje jak na rączym wierzchowcu. To on wzbudził w niej tę dzikość. To przez niego zrezygnowała z noszenia stanika. To dla niego częściej zakładała szpilki i używała mocniejszego makijażu. To w końcu dla niego była tak miła, szukając każdej okazji do pobycia z tym jakże seksownym, cholernie seksownym facetem. I ta jego zagadka z przeszłości, której rozwiązania tak usilnie poszukiwał. To dodawało mu jeszcze więcej aury tajemniczości. I jeszcze bardziej rozpalało jej zmysły.

Buahahahaa. Z tym kłusowaniem na rączym wierzchowcu pojechał, moim zdaniem, całkiem po bandzie. Ale jest jeszcze kawałek opisu naszej uroczej niewiasty. Tym razem z pierwszej randki.  

(...) Czarne włosy delikatnie tańczyły na jej nagich ramionach, gdy wysiadła z taksówki i delikatny powiew uderzył w jej wciąż jeszcze dziewczęcą twarz. Tak naprawdę nie potrzebowała makijażu, bo jej naturalna uroda była zdecydowanie ponadprzeciętna. Ale i tak skusiła się na podkreślenie oczu i czerwoną szminkę. Założyła ulubione diamentowe kolczyki i naszyjnik z rubinowym sercem, jeden z niewielu prezentów od jej eks, które rzeczywiście trafiły w jej gust. Mimo to, że dziś nie wyobrażała sobie innej opcji niż ta, że ich spotkanie znajdzie finisz w jego bądź jej łóżku, nie chciała być jednak zbyt nachalna i nie założyła najbardziej seksownych ciuchów, które miała w swojej garderobie. Zdecydowała się na kremową, zwiewną sukienkę w kwieciste wzory, którą złamała jedynie wąskim czerwonym paskiem. Kompletu dopełniły białe, nie za wysokie szpilki z czerwoną podeszwą i torebka Dolce & Gabbana, a właściwie podróbka z Turcji [ej, naprawdę?... to smutne], gdzie spędziła ostatnie wakacje. Może i nie była oryginalna, ale prezentowała się całkiem przyzwoicie, a poza tym Tomek pewnie nie będzie przyglądał się kawałkowi umiejętnie pozszywanej skórki, tylko jej.
Zresztą wiedziała, co zrobić, aby przy ciągnąć jego wzrok. Dziś też nie założyła stanika. Sukienka nie miała głębokiego dekoltu, ale wiedziała, że najbardziej kusi to, co zakryte. To, co tylko chwilowo ujawnia swoje kształty pod cienkim kawałeczkiem lekkiego jak piórko materiału, gdy Kasia podniesie rękę, aby poprawić włosy, czy wygnie się, aby sięgnąć do torebki po telefon lub szminkę. Wiedziała, że Tomek się nie oprze i zerknie, jak robił to już przez prawie dwa ostatnie tygodnie.

No i na zakończenie jeszcze kawałek igraszek wstępnych i błaganie o rżnięcie.

Tomek [...] stanął przed nią w ciemnobrązowej koszuli, która niemal idealnie podkreślała jego potężną i doskonale wyrzeźbioną klatkę piersiową, a podwinięte za łokieć rękawy odsłaniały silne przedramiona, które już wkrótce mogły zacząć ją pieścić… (...) Stajesz się coraz bardziej interesujący, Tomku. — Kasia znów zalotnie się uśmiechnęła, przekładając pod stołem nogę na nogę i delikatnie muskając jego udo czubkiem buta. — (...) może uda mi się jakoś ci pomóc. Powiedz tylko kiedy.
— Jeśli miałabyś czas jutro, koło godzi…?
— Mogę nawet dziś… [!!!] — przerwała mu Kasia, delikatnie muskając jego prawą dłoń swoimi długimi, zadbanymi palcami, wyraźnie dając do zrozumienia, że nie może odmówić.
— Masz piękne dłonie — szepnął Tomek. Spojrzał w te głębokie, zielone czarujące oczy, chwytając jednocześnie czubki jej palców i ledwo wyczuwalnie przesuwając swoimi po jedwabistej skórze, tuż nad idealnie wypielęgnowanymi paznokciami. Patrzyli tak na siebie kilka sekund, które wydawały się ciągnąć w nieskończoność. Jakby na tę chwilę przenieśli się do innego wymiaru [naprawdę? fascynujące]. Jakby czas i wszystko, co działo się dookoła nich, stanęło i chciało poczekać, co połączy tych dwoje ludzi, między którymi strzeliła iskra pożądania. Dzielił ich jedynie pięknie przystrojony okrągły stół, którego blat tańczył w rytm płomienia świeczki, którą kelner przy niósł, gdy słońce schowało się za nieboskłonem [mogę już rzygać, czy jeszcze będziecie coś jedli?]. Magiczny moment, który zdarza się tylko z wybranymi. Raz, może dwa razy w życiu.
— Chodźmy — rzuciła krótko Kasia i gdy tylko wstała, starając się chwycić za wiszącą na krześle torebkę, poczuła na biodrach duże, silne dłonie.
Obróciła się i zrobiła to, o czym marzyła od pierwszej chwili ich dzisiejszej randki. Głęboko pocałowała Tomka, zupełnie zatracając się w tej magicznej chwili. Dosłownie, bo gdy tylko się do niego zbliżyła, poczuła w sobie taki ogień, jakiego nawet nie wyobrażała sobie w najśmielszych fantazjach. Gdy tak płynęła w otchłani namiętności, zatracając się z każdym kolejnym ułamkiem sekundy, niemalże nadludzkim wysiłkiem oderwała usta od jego i szepnęła do ucha Tomka [nie mogę, wychodzę]:
— Chodźmy do ciebie, proszę [a to zabolało pewnie wszystkie wojujące feministki...].

Fajnie jest? Nie bardzo, prawda? Ale na szczęście tak żałosne są tylko momenty, w których autor opowiada o głównych bohaterach lub relacjach między nimi (trochę to słabe, że główni bohaterowie są najsłabszym ogniwem książki, ale tak już niekiedy bywa), a książka składa się z nich w dość niewielkim stopniu. Swoją drogą jak na thriller, to w wielu miejscach jest bardzo romantycznie i milusińsko. 

Cała reszta książki, aspekty korektorskie, stylistyczne nawet samo budowanie napięcia i stopniowe odsłanianie kolejnych elementów tajemnicy są w porządku. Raczej do niczego nie można się przyczepić. Książkę, oprócz tych rzewnych momentów uniesień, których jest jeszcze tylko kilka, czyta się dobrze i gdyby nie one, to mógłbym ją zaliczyć do naprawdę dobrych. Jednak sama końcówka, a tak właściwie końcówka końcówki oraz ci okropni bohaterowie i cały ten miłosny kociokwik, który się między nimi wydarzył sprawiają, że traci ona w moich oczach bardzo wiele. Stąd też wynikają moje rozterki względem jej oceny, o których wspomniałem na samym początku. Podejmę salomonową decyzję i dam, jedyną w tym przypadku, słuszną notę. 

Moja ocena: 5/10

Wszystkie cytaty pochodzą z książki Kod Himmlera, Przemysław Piotrowski, Warszawa 2015.
Wszystkie podkreślenia w tekście są mojego autorstwa. 
* Zniewieściałego mężczyzny, któremu bliżej do wypindrzonej kobiety, niż do zdrowego na ciele i na umyśle mężczyzny. Generalizując, oczywiście.

środa, 27 kwietnia 2016

[57] Serial: "Ludzie Smiley'a / Smiley's People" (1982)

Jeśli o kinie szpiegowskim, to na całego. Dziś kontynuacja wątku Smiley'a, którą le Carré zawarł w powieści Ludzie Smiley'a (1979) a BBC przeniosło na ekran w trzy lata po premierze. Nawiasem mówiąc, tzw trylogia Karli, zwana też często Smiley versus Karla jak również The Quest for Karla, zawiera jeszcze jedną powieść, wydaną w 1977 roku. Nosi ona tytuł The Honourable Schoolboy, co tłumaczy się jako Jego uczniowska mość i jest opowieścią o Jerrym Westerbym, dziennikarzu pracującym od czasu do czasu dla brytyjskiego wywiadu. Powieść ta w równej mierze stanowi zapis działalności Smiley'a w Londynie co Westerby'ego w Indochinach i Hongkongu. Niestety, producenci telewizyjnej serii postanowili ją pominąć, prawdopodobnie z uwagi na fakt, że zbyt daleko odbiega ona od pojedynku Smiley'a i Karli. Nic jednak straconego. Książkę zawsze można sobie przeczytać, a kontynuacja Tinker Taylor Soldier Spy w postaci  Smiley's People jest wystarczająco zadowalająca i wieńczy całość zgrabnym i definitywnym zakończeniem. 


Przechodząc do samej fabuły. Po sukcesie, jakim było wykrycie szpiega na najwyższych szczeblach MI5 George Smiley zostaje mianowany nowym szefem wywiadu. Sprawa Karli nie daje mu jednak spokoju. Tym bardziej, że przed laty się z nim spotkał, miał go już w swoich rękach, jednak pozwolił mu się wymknąć. Tym razem chce się rozprawić ze swoim przeciwnikiem definitywnie. Zbiera do tego grono zaufanych ludzi i zaczyna węszyć. 


Jak łatwo się domyślić, w kontynuacji Druciarza, krawca, żołnierza, szpiega pojawia się bardzo wiele twarzy znanych nam z poprzedniej historii. Najważniejszą jednak informacją pozostaje fakt, że w rolę Smiley'a ponownie wciela się genialny Alec Guinness. I jest równie wspaniały, jeśli nie wspanialszy niż w swoim pierwszym wystąpieniu w roli niedoścignionego agenta kontrwywiadu. Niestety, nie cała obsada została automatycznie przeniesiona z pierwszej do drugiej części. Wielką szkodą dla serialu jest fakt, że Michaela Jaystona, poprzednio wcielającego się w rolę najbliższego współpracownika Smiley'a - Petera Guillama -  tym razem, z mniejszym powodzeniem zastąpił Michael Byrne. Jest to jednak jedyne zawirowanie w niezmiennej obsadzie, do której dołączają już w pełnym wymiarze Patrick Stewart jako Karla (w poprzedniej części praktycznie nie obecny na ekranie) oraz Alan Rickman. 


No i ponownie to aktorzy, obok opowiadanej historii są najmocniejszą stroną tej produkcji. A jest ona, moim zdaniem, jeszcze lepsza od swojej poprzedniczki. Tym razem odcinków jest mniej, ale dzieje się zdecydowanie więcej. Są podróże, poszukiwania, przesłuchania, podsłuchy, obserwacja, szantaże, spektakularne ucieczki (choć bez kaskaderskich popisów czy nie wiadomo jak wyuzdanych efektów specjalnych). Podsumowując, to pięć i pół godziny, które usatysfakcjonuje każdego miłośnika tego typu historii. 

Moja ocena: 9/10

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

[56] Serial: "Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg / Tinker, Tailor, Soldier, Spy (1979)

Z pewnością każdy z was pamięta Szpiega z  Garym Oldmanem w roli George'a Smiley'a z 2011 roku. Ci z was, którzy są z natury ciekawscy sprawdzili prawdopodobnie, że tytuł tego filmu w oryginale brzmiał Tinker Tailor Soldier Spy.
Poszukiwaczy doprowadziło to zapewne do odkrycia, iż jest on filmową adaptacją książki Johna le Carré (właśc. David John Moore Cornwell) o tym samym tytule. Ci, których film zainteresował, a lubią poznawać sprawy dogłębnie, zapewne sięgnęli również i po nią. Ale któż z was spenetrował internety tak głęboko, żeby dotrzeć do genialnego, wyemitowanego przez BBC serialu Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg? Ci, którzy jeszcze tego nie zrobili powinni jak najszybciej nadrobić zaległości. Bo mamy tutaj do czynienia z produkcją ponadczasową. 

Na ponadczasowość tej produkcji wpływa z pewnością niezawodność i doskonałość opowiedzianej w niej historii (oraz sama jej realizacja, do czego powrócę za chwilę), która doczekała się przecież wielu remakeów czy też różnego rodzaju kopii i nawiązań w innych produkcjach. W końcu o czym może być dobra opowieść szpiegowska jak nie o poszukiwaniu kreta we własnych szeregach (lub też o instalowaniu swojego w cudzych alternatywnie).  W tym przypadku mamy do czynienia z tą pierwszą opcją. 


Fabułę da się streścić w jednym zdaniu. Emerytowany agent wywiadu George Smiley przerywa zasłużony odpoczynek, żeby odnaleźć szpiega w strukturach brytyjskiego kontrwywiadu. Jak łatwo zauważyć opowieść bliźniaczo podobna do niedawno recenzowanego przeze mnie, również brytyjskiego serialu The Game. W tamtym przypadku scenografia stylizowana była na lata 70. Tutaj wydarzenia dzieją się w czasie rzeczywistym do momentu kręcenia, czyli pod koniec lat 70. właśnie. Wszystko jest więc bardziej naturalne, bardziej oczywiste. Niczego nie trzeba sztucznie kreować. A jak wszyscy dobrze wiemy, lata zimnej wojny są najlepszym okresem działalności szpiegów i fabuły z tego czasu zwykle są najciekawsze. Nie inaczej jest w tym przypadku. 


Ta 8 odcinkowa produkcja charakteryzuje się niespiesznym tempem akcji, którą napędzają głównie dialogi. Co za tym idzie najważniejszym jej elementem, obok samej historii, są kreacje aktorskie. Tutaj bryluje i na samo czoło peletonu wysuwa się niezapomniany i genialny Alec Guinness (niektórym z was znany jako odtwórca roli Obi Wana Kenobiego w "starej" trylogii). Guinness tworzący w tym serialu kreację ponadczasową. Jego Smiley jest człowiekiem o niezwykle przenikliwym umyśle; bardzo zdystansowanym do otaczającego go świata, jednak nie dającym się łatwo omamić czy zmanipulować. Eleganckim, dystyngowanym, pełnym brytyjskiej ogłady i odrobiny nieodłącznej flegmy dżentelmenem, który jednak, kiedy trzeba, potrafi być zadziwiająco władczy i stanowczy, co nie jest wcale takie oczywiste, gdy spojrzy się na jego podeszły wiek. Nie będę się tutaj rozpisywał na tematy związane z fabułą, ponieważ każdy, kto widział film bądź czytał powieść wie o co chodzi i jaką osobą, z czym zmagającą się w życiu prywatnym i zawodowym, jest George Smiley. Niemniej jednak nawet ci, którzy znają tę historię z innych źródeł powinni zobaczyć serial dla samego popisu aktorskiego Aleca. Oczywiście inni aktorzy tacy jak np.: Ian Bannen oraz Michael Jayston, czy też Alexander Knox i Ian Richardson także wspinają się na bardzo wysoki poziom tworząc niezapomniany spektakl. 


Moja ocena: 8.5/10


czwartek, 17 marca 2016

[157] Film: "Teczka Ipcress" (1965)

Co nam wyjdzie jeśli weźmiemy Harry'ego Saltzmana (jednego ze współproducentów pierwszych 9 filmów o Bondzie), Michaela Caine'a i scenariusz filmu szpiegowskiego? Jeśli jest rok 1965, to z pewnością Teczka Ipcress.  


wtorek, 14 lipca 2015

[140] Książka: "House of cards" - Michael Dobbs (2015)

Dziś przyszła pora na kolejną książkę. Tym razem jest to coś o czego filmowej adaptacji (tej drugiej, bo pierwszą BBC nagrało już w roku 1990) słyszałem bardzo wiele dobrego. O samej książce nie słyszałem natomiast nic. Postanowiłem, z uwagi na to, że serialu nie da się oglądać jeżdżąc na rowerze, a IVONA przeczyta wszystko, zapoznać się z tym fragmentem nowożytnej literatury brytyjskiej. Czy było warto? Zapraszam na recenzję!

Gwoli wyjaśnienia napomknę tylko, że książka ta jest stara. Nie jakoś bardzo, ale napisana została pod koniec lat 80. i te czasy opisuje, więc ta data w tytule jest jedynie datą polskiego tłumaczenia w serialowej okładce (pierwsze polskie wydanie pojawiło się już 5 lat po wersji oryginalnej, czyli w 1994 roku). Jeszcze jedną ważną informacją, która może sprawić, że lektura wyda Wam się ciekawsza jest fakt, że Dobbs - posiadający doktorat z badań nad obroną nuklearną - przez szereg lat był politykiem Partii Konserwatywnej (piastował między innymi stanowisko szefa jak i wiceprzewodniczącego tejże partii). I ostatnia wiadomość, tym raczej raczej dla wytrwałych i dobrze znających ojczysty język autora, mianowicie Dobbs w roku 1992 i 1994 napisał dwie kolejne części trylogii Francisa Urquharta kolejno To Play the King i The Final Cut. 

"Nie ma niegodziwości, której polityk nie mógłby popełnić, a dziennikarz nie rozdmuchał. Histeryczna przesada to charakterystyczna cecha i jednych, i drugich."

Po tym przydługim wprowadzeniu czas przejść do samej powieści. A jak pewnie zdążyliście się domyślić (oglądając serial :P) czytając wstęp, będzie ona traktować o polityce, a dokładniej o dochodzeniu do władzy po tzw. trupach. I to wcale bez przenośni. Głównym bohaterem opowiadanej historii jest Francis Urquhart a akcja zaczyna się tuż przed ogłoszeniem wyników wyborów parlamentarnych. Aby zbytnio nie wdawać się w szczegóły napiszę tylko, że partia aktualnie rządząca po raz trzeci z kolei odnosi w nich, niewielkie tym razem, zwycięstwo. Premier wraz ze swoimi doradcami, Walterem Sauelem - szefem partii i Francisem Urquhartem - rzecznikiem dyscypliny klubowej, starają się obmyślić jakie zmiany mogą znów zapewnić partii zaufanie i poparcie wyborców. Urquhart optuje za mocnymi przetasowaniami na stanowiskach ministerialnych, licząc po cichu, że i dla niego znajdzie się jakaś teka do "wzięcia". Na jego nieszczęście szef rządu nie chce wprowadzać żadnych zmian personalnych w rządzie, co w konsekwencji prowadzi do wielkiego rozczarowania Urquharta i jego przemożnej chęci zemsty na premierze. A ma do tego niezaprzeczalne predyspozycje (jest małą, zawistną, przebiegłą mendą) i środki ( będąc wszak rzecznikiem dyscypliny partyjnej wie wszystko o wszystkich - a posiadanie haków na "kolegów" z sejmowej ławy jest, jak wiemy z naszego podwórka sprawą w polityce najważniejszą). Francis działając w białych rękawiczkach rozpoczyna swój wyścig po władzę.

Tak można by w kilku słowach naszkicować główny wątek fabularny. Oczywistym jest, że Dobbs nie ogranicza się jedynie do losów Urquharta. W książce pojawia się jeszcze kilka postaci, którymi Francic będzie zręcznie manipulował lub które będzie szantażował. Na pierwszy plan wysuwają się uzależniony od narkotyków szef PRowców Robert O'Neil (czy też ktoś od szeroko pojętej reklamy) oraz młoda dziennikarka "Chronicle", za wszelką cenę chcąca się wylansować i zdobyć temat roku. Nie wypada w tych wyliczenia pominąć też samego premiera oraz jego brata alkoholika.

Przechodząc do głębszej analizy postaci muszę z przykrością stwierdzić, że są one - w większości przypadków - bardzo schematyczne. Same mechanizmy działania, motywacje również nie są zbyt wyszukane. Faceci myślą głównie o władzy i o dupach (nie zawsze kobiecych), a baby jak to baby, chcą być najlepsze na świecie we wszystkim. To niekiedy niezmiernie wkurza i męczy, ale w ogólnym rozrachunku da się przetrwać, bo nie jest ani gorsze ani lepsze niż w innych podobnych "tworach estetycznych".

Cała intryga jest budowana bardzo pieczołowicie, jak tytułowy domek, karta po karcie. Kolejne elementy nakładają się na siebie tworząc pajęczynę zależności i szantaży, co sprawia, że główny bohater z każdym kolejnym rozdziałem jest bliżej swojego celu. Czy mu się uda go osiągnąć? To musicie odkryć sami. Ja na zakończenie napiszę tylko, że gdyby nie końcówka, w której autor zbytnio poluzował sobie cugle, całokształt prezentowałby się znacznie lepiej. Czy polecam? Myślę, że można przeczytać, ale świat się nie zawali jak poprzestaniecie na serialu ;)

Moja ocena: 6/10

sobota, 13 czerwca 2015

[134] Książka: "Blackout" - Marc Elsberg (2015)

Ostatnio wiele się mówi o tym co będzie, kiedy zabraknie prądu. Nawet jakiś czas temu (kilkanaście dni?) w ogólnopolskim serwisie informacyjnym widziałem materiał o grupie ludzi, którzy robią sobie obozy przygotowawcze do tego wydarzenia ucząc się na nich jak żyć bez tego bez czego życia sobie nie wyobrażamy - bez prądu. Byli tam także inni, którzy przygotowują się do tego dnia gromadząc zapasy żywności, paliwa do agregatów prądotwórczych (same agregaty również) i pewnie cały arsenał broni palnej i białej (chociaż to ostatnie raczej bardziej rozpowszechnione w kraju za wielką wodą) do mordowania ludzi, którzy wejdą im w drogę w tych trudnych czasach. Taką wizję postanowił stworzyć także Marc Elsberg w swojej książę Blackout. Co z tego wyszło? Zapraszam na recenzję.

Zacznę może od tego, że autor dość solidnie się przygotował do napisania tego liczącego prawie 800 stron tomiszcza. Swój projekt rozpoczął już w 2009 i miał się on wtedy opierać na manipulacji systemami SCADA w elektrowniach. Ta wizja wydawała się mało realna, a wręcz niemożliwa nawet dla fachowców w tej dziedzinie aż do odkrycia Stuxneta. Podobnie było z niebezpieczeństwami jakie niosą ze sobą systemy chłodzenia elektrowni jądrowych aż do wypadku w Fukushimie. W tym momencie autor zaczął się niepokoić czy rzeczywistość nie przypadkiem nie chce konkurować z jego wyobraźnią. A tę, muszę przyznać ma mocno rozwiniętą, ponieważ wizja jaką kreuje w swojej książce nie jest dla nas zbyt optymistyczna.

I teraz pytanie: czy ja mam Wam zdradzać zarys fabuły? Myślę, że będzie to trudne, bo nie obejdzie się bez spojlerów. Napiszę więc tylko tyle, że w pewnym momencie pół Europy traci prąd. My natomiast już w pierwszy rozdziale  (których jest ponad 200!) poznajemy Pierra Manzano, włoskiego speca od IT (a w przeszłości hakera), który jako pierwszy zrozumie co jest przyczyną tych niedostatków energii i wraz z kilkorgiem innych bohaterów będzie musiał rozwiązać tę zagadkę. W czasie 14 dni podstawowej akcji (później autor opisuje nam jeszcze dzień 19 i 23 od chwili "wyciągnięcia wtyczki") dojdzie na terenie całej Europy a także Ameryki Północnej do katastrofalnych zniszczeń i nieodwracalnych w skutkach zanieczyszczeń środowiska. Co za tym idzie wizja jaką przygotowuje dla nas Elsberg jest bardziej niż niepokojąca. Tym bardziej, że jest realna aż do bólu.

Jednak to jest przecież powieść. Książka fabularna. Czyli musi mieć fabułę, a nie tylko zapis możliwych tragicznych wypadków. No i z tym już jest zdecydowanie gorzej. Nie wiem za bardzo co na to wpływa, czy zbyt duża ilość wątków, lokalizacji, bohaterów, zdarzeń, wypadków, ataków etc., jednak zupełnie mnie ona nie wciągnęła. Można by powiedzieć, że fabuła sączyła się jak krew z nosa  kibica znienawidzonego klubu i tyle samo obchodzą nas losy głównych bohaterów co cierpienie wspomnianego kibola. Traktowałem tę książkę raczej jako "co się stanie, kiedy to się stanie i czy od razu zacząć zabijać sąsiadów czy jeszcze chwilę poczekać" niż trzymający w nadziei thriller katastroficzny. Dodatkowo jej objętość (784 strony!) sprawiała, że - dosłownie i w przenośni - była to ciężka lektura. Autor zbyt dokładnie chciał wygrać każdy rozpoczęty wątek, przez co powieść niesamowicie straciła na dynamice. Zabiegiem mającym to zmienić (czyli przyspieszyć akcję) są krótkie rozdziały, jednak to na nic, skoro każdy z nich to inni bohaterowie i inna lokalizacja (nie tak do końca bo bohaterów i lokalizacji jest określona wcześniej ilość, ale powiedzmy, że rozdział 1 to A, 2B, 3C, 4D, 5E, 6F i dopiero 7 to znów A).

Podsumowując, książka ta jako thriller katastroficzny moim zdaniem zupełnie się nie sprawdziła, nie spełniła moich oczekiwań i jest całkowicie do bani. Nudna, nuda i jeszcze raz nuda. Brak kogoś kogo losy śledziłbym z zapartym tchem lub zastanawiał się kto jest sprawcą tych wydarzeń (choć i ci pojawiają się gdzieś w połowie opowieści, jednak tylko na chwilę). Jest za to bardzo ciekawym i niepokojącym opisem tego co się może stać jeśli (kiedy?) w przyszłości zabraknie prądu i traktowania jako swego rodzaju przewodnik może być nawet zajmująca. Biorąc jednak pod uwagę wszystkie za i przeciw, oczywistym staje się fakt, że ocena końcowa nie może być w tym wypadku zbyt wysoka.

Moja ocena 3/10

czwartek, 21 maja 2015

[120-123] Filmowy Flesz #18: "Wkręceni 2" (2014); "Fotograf" (2014); "Haker / Blackhat" (2015); "Jeziorak" (2014)

Kilka dni mnie nie było, ale jakoś tak wyszło, że nie za bardzo było o czym pisać, a jak już się uzbierało, to aż na Filmowego Flesza, bo filmów sporo, a tak naprawdę żaden z nich nie zasługuje na pojedynczą recenzję (no może z wyjątkiem jednego, ale...). Dziś 18 odsłona cyklu, w której stosunek filmów polskich do amerykańskich wynosi 3/1. Zapraszam!

Wkręceni 2
Zacznę może od najgorszego filmu w tym zestawieniu. Filmu, który w ogóle nie powinien powstać, czyli od Wkręconych 2 Piotra Wereśniaka. Tak jak wspomniałem, dla mnie ten film jest totalnym nieporozumieniem. I nie chodzi o to, że jest słaby. Jest niepotrzebny. W sumie trochę mnie dziwi jak spod ręki tej samej osoby mogą wychodzić filmy ponadczasowe (scenariusz do Kilera) i całkiem przyzwoite (reżyseria Zróbmy sobie wnuka, scenariusz Zakochani, Pan Tadeusz), ale też gnioty wręcz nie do opisania (Wkręceni, Stacja, serial Agentki). No i teraz to - kasztan starający się płynąć na fali popularności Piotra Domagały, jak bobek w gęstej magmie szamba. Naprawdę, jest to twór dziwny, oglądany przeze mnie bez skupienia (bo i na takowe nie zasłużył), z którego wynika, że powinna być to raczej jakaś monodrama, spektakl jednego aktora, bo wszyscy inni są mało ważni, niepotrzebni lub wręcz całkowicie zbędni. Niestety, Domagała (grający w tym czymś dwie role) chyba troszkę przecenia swoje możliwości i percepcyjną wytrzymałość widzów, która, przynajmniej obecnie, przypomina zachwyt nad jego kreacjami. Z jednego wywiadu, który z nim przejrzałem (czytanie to za dużo powiedziane) wynikało, że chce być zaszufladkowany jako aktor komediowy. Fajnie, jednak żeby tak się stało, albo żeby nie stało się tak jak z Czarkiem Pazurą, musi zdecydowanie bardziej urozmaicić i wzbogacić swój aktorski warsztat, ponieważ ja widzę dokładnie tę samą postać za każdym razem, kiedy on jest na ekranie (od momentu premiery Wkręconych). Jeśli czegoś nie zmieni, to wieszczę, że ludziom szybko się odbeknie tym jego gagiem i zamiast śmiechu będą jedynie pobrudzone ubrania. Jednak to tylko prognoza, mogę nie mieć racji wszak żyję w kraju, w którym nic nie jest pewne (poza tym, że KLIK). O samym filmie nic nie napiszę, bo wydaje mi się, że to by był zbyt duży zaszczyt dla takiego kasztana.

Ten film jest tak potrzebny, jak normalnemu chłopu takie spodnie


Moja ocena 1/10

Haker
Bardzo lubię Michaela Manna. Kropka. Jego filmy są mocne, męskie. Prezentują silnych bohaterów, którzy uparcie i wytrwale, mimo przeciwności losu dążą do swojego celu, często używając środków dalekich od perswazji słownej. Tak było w Złodzieju, Miami Vice, Zakładniku, Informatorze, Gorączce i pewnie w wielu filmach, których jeszcze nie oglądałem. Jednak Haker jest inny. Jest przede wszystkim dziwny. Jest czymś co miało być thrillerem, sensacją, filmem o cyberprzestępczości, a wyszedł twór o hakerze, który przypomina z wyglądu nordyckiego boga piorunów, a jego zdolności przystosowania się do sytuacji nie powstydziliby się agenci SAS czy innego Mosadu. Potrafi podkraść się cicho jak rosomak i wbić facetowi śrubokręt w oko z precyzja szkolonego przez lata zabójcy Stasi. Samej klawiatury, która tutaj powinna być najważniejsza używa sporadycznie i wcale nie wydaje się ona aż taka ważka. Film jest dość jasny. Nie ma tutaj żadnych nieścisłości ani zawiłości fabuły, które mogą wprawiać nas w osłupienie lub konsternację. Z tym jest wszystko w porządku. Nie zawodzą też sceny pojedynków, czy to na broń palną czy też wręcz, które u Manna zawsze są surowe i bardzo realne, jednak to wszystko się jakoś razem nie komponuje w jedną spójną całość. Także wątek miłosny pojawia się jakoś znikąd, bez żadnych podstaw, jest dość naciągany i, co tu dużo mówić, sztuczny po prostu. Tym co mogłoby ten film uratować to solidniejsze wytłumaczenie skąd nasz bohater haker posiada takie zdolności do walki i szeroko pojętego zabijania. Bez tego trudno jest przełknąć tę historię. Mann chciał iść z duchem czasu. Zrobić film o nowym rodzaju przemocy - cyberprzestępczości. Jednak chyba zbyt mocno siedzi jeszcze w mocnym kinie poprzednich dekad, gdzie jeśli pojawiał się komputer to służył raczej do tego, żeby uderzyć nim przeciwnika. Tutaj, mimo tytułu czujemy, że jest podobnie. Szkoda.
Bardzo ładny gość od IT... czy jednak aby nie za ładny?


Moja ocena 4/10

Fotograf
Na film Waldemara Krzystka czekałem z wielkimi nadziejami na ciekawe i wciągające kino. Sama historia - genialna i bardzo obiecująca. W Rosji od wielu lat działa seryjny morderca zostawiający przy swoich ofiarach numerki, jak czynią to policyjni fotografowie. Nikt nie wie jak wygląda, aż do momentu, kiedy przez czysty przypadek nieświadoma tego z kim ma do czynienia rozmawia z nim pewna milicjantka będąca święcie przekonana, że jest to psychiatra, z którym była umówiona na konsultację (Fotograf chwilę wcześniej zabił psychiatrę). Po tym zajściu Natasza - bo tak nazywa się nasza główna bohaterka - zostaje zwerbowana przez majora Lebiadkina (Alexandr Baluev) do specjalnej grupy poszukującej od wielu lat Fotografa. Po pewnym czasie okazuje się, że mordercą jest zbiegły ze szpitala psychiatrycznego Kola Sokołow, którego historię poznajemy wraz z szukającymi go milicjantami. W tym miejscu pojawiają się retrospekcje, które cofają nas do Legnicy lat 70., kiedy to w związku z koncentracją jednostek wojskowych i struktur dowódczych była nazywana Małą Moskwą. Tam poznajemy małego Kolę zanim jeszcze trafił do tzw psychużki, czyli domu wariatów, kiedy to był największą przeszkodą stojącą na drodze swoich rodziców do większej kariery. W jaki sposób Kola przeszkadzał rodzicom i co stało się później zobaczcie sami, nie chcę być tym, który zepsuje zabawę, jednak ostrzegam, że historia ta nie została wygrana dostatecznie mocno i tak dobrze, jak na to pozwalał jej potencjał. Pierwsze co rzuca się w oczy to sposób realizacji, który bardziej przypomina rekonstrukcje Wołoszańskiego lub teatr niż kinowy film. Także fakt, że przez większość czasu akcja dzieje się w Moskwie sprawia, że trzeba czytać napisy (nie myślę, że jest to złe, ale włączając polski film nie byłem na to przygotowany, więc Was również przed tym przestrzegam). Również trochę sztuczne aktorstwo głównej postaci kobiecej, wspomnianej Nataszy (Tatyana Arntgolts) nie pozwalało w pełni rozkoszować się opowiadaną historią. Reszta aktorów, w tym kilku naszych rodaków (m.in. Sonia Bohosiewicz, Tomasz Kot, Adam Woronowicz) poradziło sobie troszkę lepiej, choć też bez fajerwerków. Jednak najgorsze były niedopowiedzenia w rozwiązaniu historii. Niby wiemy co się stało, ale nie do końca. Niby wiemy dlaczego, ale nie do końca. I taki był właśnie cały ten film, niby dobry, ale nie do końca...

Taki kadr jaki film... słaby


Moja ocena 4/10

Jeziorak
Wreszcie przyszła kolej na film, o którym można napisać więcej dobrego niż złego, ponieważ Jeziorak, to bardzo przyzwoity (i chyba pierwszy) polski kryminał z kobietą-śledczym na pierwszym planie (jeśli nie, to mnie poprawcie). Historia biegnie dwutorowo - jedną sprawą jest zaginięcie dwóch policjantów (jeden z zganionych był konkubentem głównej bohaterki); druga to znalezione w łódce przy brzegu zwłok młodej dziewczyny. Nad sprawą pracuje podkomisarz Izabela Dereń (Jowita Budnik), której do pomocy - jest ona wszak w błogosławionym stanie (przypomina Wam się Fargo może?) - przydzielony zostaje aspirant Wojciech Marzec (chyba pierwsza poważniejsza rola Sebastiana Fabijańskiego poza serialem, jednak nie pamiętam kogo grał w Pod mocnym aniołem a Miasta 44 nie oglądałem). Razem starają się rozwikłać tę ponurą zagadkę, która wraz z odpowiedziami kto i dlaczego zabił przyniesie kolejne trupy oraz zaskakujące fakty z przeszłości głównej bohaterki. Wojciech Otłowski (odpowiedzialny za reżyserię i scenariusz) poradził sobie z tą historią naprawdę dobrze. Wszystko wydaje się prawdopodobne, fabuła nie jest naciągana, aktorzy grają poprawnie (są oczywiście wyjątki, np. Michał Żurawski, ale ja go nie trawię, więc to może stąd ta ocena), a niektórzy nawet bardzo dobrze (Simlat, Budnik oboje oszczędnie, ale bardzo wyraziście), a sam film ma bardzo ciekawy mroczny nastrój, który dodatkowo pogłębia umiejscowienie akcji - małe miejscowości otoczone lasami, bagnami, pełne opuszczonych poza sezonem ośrodków wypoczynkowych i pensjonatów. Jeziorak, to jeden z lepszych polskich dramatów kryminalnych, które oglądałem na przestrzeni wielu ostatnich lat. Jest to również film, który niesamowicie miło mnie zaskoczył, ponieważ nie spodziewałem się po nim wiele, a otrzymałem kawał bardzo solidnej produkcji (jest to w tym aspekcie całkowite przeciwieństwo Fotografa, który zupełnie mnie rozczarował). To również wspaniała przeciwwaga dla gniotów typu Wkręceni 2! Oby więcej takich filmów powstawało w naszym kraju.

Budnik do kanonicznej piękności zaliczyć nie można i to jest fajne, że reżyser nie próbuje grać seksapilem bohaterki, gdyż nie o to w tym filmie chodzi.


Moja ocena 7+/10

piątek, 8 maja 2015

[127] Książka: "Przewrotny plan" - Philip Kerr (2004)

Miało już nie być Kerra, hokus pokus jest Kerr :) Jakoś tak wyszło, że trafiłem na książkę nie dość, że nie związaną z poprzednio opisywanym cyklem (i w ogóle nie należącą do gatunku kryminału), to jeszcze w miarę nową (w porównaniu z poprzednio opisywanymi) i nie mogłem się oprzeć pokusie, żeby nie sprawdzić czy po tylu latach autor wciąż jest w tak dobrej formie jak poprzednio. Musze przyznać, że trochę się rozczarowałem.

Książka ta nosi tytuł Przewrotny plan (w oryginale Leverage) i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie pewna ciekawostka. Ta konkretna powieść nie została wydana w języku angielskim (sic!), czyli ojczystym autora. Dostępne na rynku wersje językowe to: niemiecka, duńska, włoska, holenderska i polska. Trochę dziwne, ale to tylko taka mała dygresja. Najwyższy czas przejść do meritum.

Jak już wspomniałem Przewrotny plan to thriller, a dokładniej rzecz ujmując thriller finansowy. Jednak jego fabuła jest tak przewrotna, że ciężko ją streścić bez spojlerowania. Jedyne co mogę zdradzić, to fakt, że pewien bankrut (były multimilioner) zatrudnia szefową kuchni, byłą wojskową, ale też i niegdysiejszą pensjonariuszkę zakładu karnego, do przekrętu na ogromną skalę, w który zaangażowanych będzie 21 najbogatszych ludzi świata, sam top z listy 400 najbogatszych ludzi magazynu "Forbes". Więcej nie napisze, bo zdradzę całą zabawę z odkrywania na własną rękę zawiłej intrygi.

No właśnie, zawiłej intrygi. Po przedarciu się przez meandry fabuły z przykrością muszę stwierdzić, że jak dla mnie to za dużo było tych zwrotów akcji. Czułem jakby autor na siłę chciał przyfajnować swoją historię. Dodatkowo męczyła mnie zbyt rozbudowana obsada i ten schematyczny zdawkowy, ale mimo wszystko za długi opis każdej nowej postaci pojawiającej się na scenie. Jak na tak doświadczonego pisarza wydało mi się to trochę dziecinne. I gdyby to była pierwsza jego powieść, to bez problemu bym mu to wybaczył, ale o dziwo jego pierwsza powieść była od tej dużo lepsza.

Mnie ta książka nie zaciekawiła, nie oczarowała, nie porwała zabójczo poplątaną intrygą, a wręcz do pewnego stopnia znudziła o czym najlepiej świadczy fakt, że była to do tej pory najdłużej przeze mnie czytana powieść autorstwa Kerra.

Podsumowując, to nie moje klimaty. Zdecydowanie bardziej wolę cykl o Bernardzie Guntherze i konwencję czarnego kryminału, w której Kerr, moim zdaniem, odnajduje się o niebo lepiej niż w thrillerze. Mnie ta książka zwyczajnie się nie podobała, jednak nie było w niej jakichś rażących błędów. Ot, kwestia gustu. Stąd też przypuszczam, że pewnie znajdą się osoby, które z czystym sumieniem dadzą jej nawet siedem oczek w dziesięciostopniowej skali i nie będzie w tym nic złego. Ode mnie jednak zdecydowanie mniej.

Moja ocena 4/10

poniedziałek, 8 grudnia 2014

[97] Film: "The November Man" (2014)

Są takie okresy, kiedy całymi tygodniami mogę nie oglądać filmów  i jest mi z tym całkiem dobrze. Nie odczuwam jakiegoś specjalnego ssania, czy też innych symptomów "filmowego głodu". Jednak, gdy już zacznę, to wtedy przez pewien czas nie mogę przestać i muszę dostarczać swojemu organizmowi co dzień po 1-2 nowe filmidła, aż znów w pełni zaspokoję pragnienie i będę mógł zrobić sobie kolejną przerwę. Taki okres "filmowego głodu" zaczął się kilka dni temu, więc karmię się nowymi (nie zawsze, bo czasami starymi nieznanymi do tej pory) produkcjami. Ostatnią z nich jest "The November Man" - kolejna historia o szpiegach, CIA, Rosji i żądzy panowania nad światem, skontrastowana z chęcią prowadzenia zwyczajnego życia przez osoby w nią zaangażowane.

piątek, 5 września 2014

[27] Serial: "Wataha" (2014) - Zapowiedź

Jak już zapewne zauważyliście ostatnio dużo piszę o serialach, póki co to się nie zmieni. W najbliższym czasie mam bowiem w planach napisanie jeszcze kilku recenzji seriali, jednak dziś będzie jedynie zapowiedź kolejnej zbliżającej się premiery (październik okazuje się miesiącem należnym ciekawymi serialowi produkcjami, nic tylko się cieszyć), a mianowicie polskiej produkcji HBO pod tytułem "Wataha", której emisja zaplanowana jest na 12 października!

niedziela, 24 sierpnia 2014

[92-95] Filmowy Flesz #14: "Opiekun" (2012); "Millerowie" (2013); "Strażnicy Galaktyki" (2014); "Wkręceni" (2014)


Udało się cało i zdrowo wrócić z wakacyjnego wypoczynku, wiec pora uzupełnić zaległości na moim ulubionym kawałku internetowego "poletka". A że w trakcie tych chwil leniuchowania, oprócz odwiedzenia fascynującego iwentu jakim niewątpliwie był pierwszy w Polsce Festiwal Whisky w Jastrzębiej Górze (z którego relacja już wkrótce), udało mi się także obejrzeć kilka filmideł, więc pora na kolejny Filmowy Flesh. Tym razem #14.

środa, 9 lipca 2014

[76-78] Filmowy Flesz #9: "Tokarev. Zabójca z przeszłości" (2014); "Czas patriotów" (1992); "72 godziny" (2014); "Jack Ryan: Teoria Chaosu" (2014)


Zacznę może od tego, że ostatni raz o filmach pisałem ochocho dawno temu, bo aż w maju :| Nie wiem jak to się stało, bo przecież wciąż je oglądam, choć może rzadziej niż kilka miesięcy temu, ale czas nadrobić zaległości. Z racji tego, że tytuły ostatnio przeze mnie obejrzane nie należą do jakiejś super klasyki kina, ani tym bardziej nie są pożądanymi nowościami, ograniczę się do mojej ulubionej formy ich recenzowania w ostatnim czasie, czyli do Filmowego Flesha, tym razem już 9 jego odsłony. Zapraszam!

"Tokarev. Zabójca z przeszłości / Tokarev" (2014)

Zacznę dziś, inaczej niż zwykle, od filmów najsłabszych, ażeby zakończyć tymi, które najbardziej przypadły mi do gustu. Jak można było przewidzieć najsłabszy okazał się "Tokarev", który w polskim tłumaczeniu dostał jeszcze podtytuł: "Zabójca z przeszłości" jakby ten oryginalny był mało... oryginalny :/ Ale nie ma co się rozwodzić nad tytułem, bo nie on jest tutaj najważniejszy. Najważniejszy jest fakt, że Nicolas Cage powinien odejść wreszcie na zasłużoną emeryturę. Amen. Kropka. Koniec pieśni. Każdy kolejny film z jego udziałem to gniot jakich mało. Nie inaczej jest w tym przypadku. Były gangster z kryminalną przeszłością. Obecnie legalny biznesmen, któremu porywają córkę. Nicolas skrzykuje kolegów z dawnych lat żeby się dowiedzieć kto zacz. To czego się dowiaduje przerasta jego najśmielsze oczekiwania. Film nudny i drewniano zagrany. Kiedyś może okazałby się kultową pozostałością po erze VHSów, teraz aspiruje maksymalnie do klasy K. I być może film miał nieść jakieś przesłanie. Że grzechy przeszłości zawsze wracają i często dotykają bardziej naszych bliskich niż nas samych, ale wykonanie jest tak żałosne, że lepiej dać sobie z tym filmem spokój. Wystarczy, że ja obejrzałem. Ogólnie nie polecam. Ale jak ktoś chce może próbować go "zmęczyć".

Ocena 3-/10

"Czas patriotów / Patriot Games" (1992)

Przeczytałem niedawno książkę, na której bazował ten film i wydawało mi się, że fajnie będzie zobaczyć ekranizację. Okazało się, że nie było fajnie, a z szeregu moich ku niemu zastrzeżeń dwa zdecydowanie wysuwają się na czoło. Po pierwsze, jakiś debil - pewnie któryś ze scenarzystów - z ciekawej historii o terroryzmie zrobił film o prywatnej zemście zmieniając tylko jeden malutki szczegół na samym początku, który miał jednak kolosalne znaczenie dla całości. Obejrzyjcie, przeczytajcie, porównajcie a zobaczycie. Nie będę zdradzał, no chyba, że ktoś bardzo chce to w komentarzu mogę uchylić rąbka tajemnicy ;) Ale wracając do filmu i drugiego zarzutu. Jest nim, ostatnimi czasy bardzo zwracam na to uwagę, casting, czyli innymi słowy dobór aktorów do ról. No ja pierniczę, jaka to była pomyłka w całej rozciągłości. Zgadzali się tylko terroryści, a cała brygada po stronie tych dobrych (z wyjątkiem Cathy Ryan) była wybrana jakby z zamkniętymi oczami. Przede wszystkim Harrison Ford jako Jack Ryan. No ja pierniczę (wiem, powtarzam się, ale nie mogę się opanować), przecież ten facet w momencie kręcenia filmu miał 50 lat, a postać, którą odtwarzał niespełna 30! Czy tu ktoś nie czytał książki? Po co mi taki stary ramol na ekranie z 4 letnią córeczką? To miała być szczęśliwa rodzina a nie obraz jakichś wypaczeń :/ Ale to nie koniec. Samuel L. Jackson z kółkiem na głowie też był do bani w roli przyjaciela. Co prawda tylko 44 lata, ale jak na młodego pilota to i tak za stary. Policjanci, agenci CIA i cała reszta również okropna. No ale członek rodziny królewskiej to mnie rozwalił totalnie. Z książki ciężko mi było wykoncypować w jakim może być wieku, ale obstawiałem mężczyznę około 35-40 lat a dostałem prawie 53 dziada wyglądającego na 65:/ Nie wiem, nie rozumiem tego, ale czy kiedyś zrobienie filmu z młodymi ludźmi było jakąś zbrodnią? Straszne to jest. Za kolejny film z cyklu o Ryanie z Fordem serdecznie dziękuję. 

Ocena 4.5/10

"72 godziny / 3 Days to Kill" (2014)

Po przeczytaniu krótkiej notki jednej z moich koleżanek blogerek doszedłem do wniosku, że to pewnie nic ciekawego. A poza tym jej ocena - 3/10 - także nie wróżyła niczego nadzwyczajnego. Musze jednak przyznać, że się miło rozczarowałem. Film może i nie jest genialny, ale o niebo lepszy od choćby "Tokareva", a wydawałoby się, że są do siebie bardzo podobne. W jednym i w drugim w głównej roli mamy z lekka przebrzmiałą gwiazdę (choć ja osobiście Cage'a nigdy za wielkiego aktora nie uważałem, a Costnera zawsze lubiłem) i podobną tematykę, tym razem jednak głównym bohaterem jest chory na raka agent CIA (chyba), który przed śmiercią chce poukładać swoje sprawy z córką i żoną. Osią fabuły jest wykonanie pewnego zadania - zabicie Wolfa - za które nasz dzielny bohater zostanie uraczony - przez piękną femme fatale (która chyba też pracuje dla agencji) - tajemniczym lekarstwem, które ma go uzdrowić. Akcja się nie wlecze. Jest dużo strzelania, ale też sporo humoru, wynikającego z wykonywania rodzicielskich obowiązków przez niedoświadczonego ojca, który zdobywa doświadczenie i wiedzę, jak być dobrym tatą, w przeróżnych życiowych sytuacjach. Wszystko ogląda się bez większych zamuleń. Tym razem pomyłek w castingu nie było. Costner jest spoko, jego rodzinka również. Badassy też niczego sobie, a tajemnicza agentka, jak chce to potrafi być naprawdę sexy, więc jest nieźle. Jednak uprzedzam, że ponownie nie jest to kino najwyższych lotów. Ot zwykły zapychacz, który można obejrzeć i za chwilę zapomnieć. Ja się bawiłem całkiem przyzwoicie.

Ocena 6-/10

"Jack Ryan: Teoria Chaosu / Jack Ryan: Shadow Recruit" (2014)

Na wstępie muszę od razu zaznaczyć, że jest to chyba do tej pory najciekawszy film z Jackiem Ryanem jaki pamiętam (nie napisze tutaj "jaki oglądałem", bo zupełnie nie pamiętam już jakie wrażenie na mnie zrobiły i o czym były "Suma wszystkich strachów" i "Polowanie na Czerwony Październik", a je również oglądałem :)), choć biorąc pod uwagę, że łącznie oglądałem tylko 4 filmy z tej serii, to sami widzicie, że konkurencję ma marną (dodam tylko, że jej opis znajduje się powyżej w tym tekście;)). Ale przechodząc do rzeczy. Nie rozumiem dlaczego ten film tak się wszystkim dookoła nie podoba. Wiem, że nie jest genialny i trąca trochę niższą ligą (mimo, wydawałoby się, dość dobrej obsady i sporych pieniędzy), ale ogląda się go całkiem dobrze (nie mówię tutaj o spisku, bo ten mnie mało obchodził i z rzeczywistością miał mało wspólnego). Tempo akcji i cała otoczka była na plus. Chris Pine jako Jack Ryan wypadł chyba najlepiej ze wszystkich odtwórców tej postaci (na pewno bardziej mi się podoba od Forda, chyba także od Afflecka, a Baldwina jakoś nie mogę sobie przypomnieć z tego "Polowania..."), a po raz kolejny Costner - tym razem w roli drugoplanowej - również był spoko. Nie-spoko była natomiast Keira. Nie wiem co jest w tej dziewczynie, ale jak tylko widzę te jej wampirze ząbki i kompletne ABC, to od razu się we mnie budzi gniew. Może ona i dobrą  aktorką jest (świadczą o tym garze jakie dostaje i to, że ciągle ktoś ją chce oglądać), ale ja jej nie trawię (podobnie jak Kirsten Dunst). Knigtley w roli dr Cathy Muller była, jak do tej pory, najgorszą ze wszystkich jakie oglądałem, i co tu dużo mówić najbrzydszą, a przecież nie po to kobiety są nazywane płcią piękną, żeby brzydkie były :/ Tosz to jakiś absurd. Ale wracając do filmu. Wydaje mi się, że głębsza jego analiza nie ma sensu, a z krótkiej wychodzi mi jednoznacznie, że da się go obejrzeć bez żadnych problemów. Ja się dobrze bawiłem, a Wy zrobicie jak będziecie chcieli ;)

Ocena 6/10

wtorek, 1 lipca 2014

[76-78] Książki: "Podejrzany / Running Blind"; "Echo w płomieniach / Echo burning"; "W tajnej służbie / Without fail" - Lee Child (2000, 2001, 2002)

Dawno mnie nie było, ale przyszedł nowy miesiąc, więc czas coś wreszcie skrobnąć :) Dziś, już po raz ostatni w ciągu najbliższego czasu, zapraszam wszystkich na moje refleksje na temat Jacka Reachera, czyli na recki trzech kolejnych książek Lee Childa z serii o "inteligentnym troglodycie" :D

Zacznę może od tego, że tym razem było prawie tak jak przy naszym - moim z Reacherem - pierwszym spotkaniu. Krótko mówiąc, niezbyt rewelacyjnie. 

"Podejrzany" (2000)

Pierwsza część jeszcze jakoś mi się podobała. Reacher został "wynajęty" przez FBI do pomocy w odnalezieniu mordercy ex-żołnierek wcześniej będących ofiarami szeroko pojętego molestowania seksualnego od głupich docinek aż po zbiorowe gwałty. Teraz rozpoczęło się na nie polowanie. Ktoś morduje je w bardzo wyrafinowany a zarazem bardzo przemyślany sposób nie pozostawiając po sobie żadnych, ale to żadnych śladów. Ciekawostką jest to, że ofiary są topione w zielonej wojskowej farbie. To i fakt, że wszystkie miały wojskową przeszłość skłania Biuro do poszukiwań sprawcy w szeregach Armii. A pierwszym podejrzanym jest Reacher. Ale jak wiemy, nasz nieustraszony Sherlok-Braddock nie z takimi problemami sobie radził. Tym razem też nie pozostawia nam żadnych złudzeń, że zakusy FBI, aby go przechytrzyć mają takie same szanse powodzenia jak dogonienie GTRa na trzykołowym rowerku. Można by tak jeszcze długo blablować jaki to on nie jest wspaniały, ale nie chce mi się zwyczajnie, bo - jak już zapewne zauważyliście - nie jest to moja ulubiona książkowa postać fikcyjna :P Przejdę więc do sedna. Książka jest ciekawa, choć zagadka jest do rozwiązania już po jakiejś 1/3, a motywy zbrodniarza w sumie mogłyby być bardziej wyszukane. Ale pal to sześć. Nie było najgorzej. Gorzej się dopiero zacznie...

Ocena gatunkowa 6/10

"Echo w płomieniach" (2001)

...ooo tu jest dopiero słabo. I to ze wszystkim. Od samego początku do samego końca. Aż mi się nie chce pisać... Ale cóż, spróbuję. Reacher ucieka przed kimś tam (chyba policjantami, których zlał dzień wcześniej w barze) przez motelowe okno. Zatrzymuje się lachon (piękny oczywiście, bo jakby inaczej... żałosne), bierze go na stopa i po kilku chwilach proponuje mu zlecenie zabójstwa okropnego męża. To tak w skrócie, bo żeby dopełnić całości mogę tylko dodać, że lachon ma uroczą (jakżeby inaczej, jeszcze nigdy nie widziałem w książce okropnego dzieciaka - no chyba że Dudleya w HP - a przecież wiem jakie są dzieci) córeczkę, wstrętną teściową i niezbyt miłego szwagra. Reacher się nie zgadza na to konkretne zlecenie, ale postanawia pomóc dziewczynie w jakiś inny sposób póki co zatrudniając się na farmie w roli stajennego. Nic nie szkodzi, że konia ostatni raz widział w formie salami ;) Pobyt na farmie wplątuje go w wir wydarzeń, a fakt, że dziewczyna na taką miłą córeczkę sprawiają, że nie ma wyjścia. Po prostu musi im pomóc. Bla bla bla. I to by był koniec. Chyba jedna z najnudniejszych części jakie do tej pory czytałem. Na szczęście najkrótsza. 

Ocena gatunkowa...hmmm... 4/10

"W tajnej służbie" (2002)

Czyli Jack na zleceniu u Secret Service. Ochroną wiceprezydenta USA zajmuje się pewna niewiasta, która kiedyś była blisko związana z Joe, bratem Reachera. Było to jednak dość dawno temu, jednak kiedy przyszło co do czego i okazało się, że trzeba sprawdzić jak szczelna jest ich ochrona i jak poprawnie działają wszystkie procedury M.E. (inicjały imion bohaterki, która ma głupio na nazwisko i nie chce mi się tutaj tego pisać :D) przypomina sobie o tym co mówił starszy Reacher. Jeśli chcesz znaleźć człowieka, który wykryje każdą niepoprawność i wlezie w każdą dziurę (dosłownie :P) to dzwoń do mojego młodszego braciszka. Tak też czyni i po krótkiej rozmowie lądują razem w łóżku....sorki, to dopiero później, miałem oczywiście napisać, że Reacher zostaje najęty do tej partaninki. W ciągu tygodnia znajduje kilkanaście możliwości na zabicie drugiego spinaczem do papieru, o czym pisze w raporcie i wreszcie dowiaduje się, że zagrożenie, jak przypuszczał, jest rzeczywiste a nie teoretyczne, bo nikt nie bawił by się w sprawdzanie bez przyczyny. Później jest dużo myślenia, sporo akcji, a na końcu Reacher i tak okazuje się najlepszy. No może nie do końca, ale i tak wygrywa. Trochę to nudne i stąd moje tymczasowe rozstanie się z jego losami. Na jak długo? Nie mam pojęcia. Się zobaczy. 

Swoją drogą okładka tej części jest naprawdę kaszaniasta. W tym wypadku zawartość jednak daleko od "obudowy" nie odbiega :/

Ocena gatunkowa 5/10

Pis joł! ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...