Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film 1990. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film 1990. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 lipca 2014

[85-87] Filmowy Flesz #12: "Wzgórze rozdartych serc" (1986); "Polowanie na Czerwony Październik" (1990); "Złodziej" (1981); "Jak za dawnych dobrych czasów" (1980)


Już trzy dni minęły odkąd ostatni raz pogłaskałem mojego bloga... a z tego co go znam nie lubi być tak długo pozostawiany samemu sobie. Stąd też dziś po raz kolejny podzielę się paroma spostrzeżeniami na temat kilku klasyków kina. Zapraszam na Filmowy Flesh #12!

"Wzgórze Rozdartych Serc / Heartbreak Ridge" (1986)

Dziś zacznę od filmu, który jest jednym z moich ulubionych w dorobku Wielkiego Clinta, czyli od "Wzgórza Rozdartych Serc" z roku 1986. W sumie zawsze mi się wydawało, że powinno być "złamanych" zamiast "rozdartych", ale to w końcu POLSKIE tłumaczenie tytułu, a tutaj wszystko jest możliwe. Ale wracając do meritum. Dawno już nie oglądałem tego klasyka, jednak ostatnio wpadłem na niego przez zupełny przypadek i pomyślałem, że z chęcią go sobie odświeżę, co też skwapliwie uczyniłem. Później wszedłem na filmweb, aby zobaczyć jaką ocenę mu wystawiłem i moją uwagę przykuła jedna z dyskusji na temat tego filmu. Jednoznacznie wynikało z niej, że są na świecie ludzie, którzy nie lubią dobrego kina. Film jest podobno według nich prostacki, nudny i zupełnie pozbawiony sensu. Jednym słowem beznadziejny. Aż mnie zamurowało jak doczytałem te bluźnierstwa do końca. Jednak swoim starym zwyczajem, w dyskusję na tamtym forum się nie wdałem, bo to nigdy nie prowadzi do żadnej sensownej wymiany myśli, a kończy się na przebranżawianiu naszych matek i innych tego typu argumentach ad personam. Postanowiłem jednak na moim własnym poletku napisać dlaczego tak cenie i lubię ten film. Najważniejszy jest fakt, że to świetnie zagrana historia. Prosta, ale sugestywna i choć czasem patetyczna, to jednak dość zręcznie przedstawiająca istotny temat. Osią fabuły jest los faceta, który większość swoich dorosłych lat poświęcił walce w obronie ojczyzny, przez co nie miał czasu ułożyć sobie swojego własnego życia. Faceta, który chce po raz ostatni przydać się na coś swojemu krajowi, nawet jeśli miałoby to być tylko wyszkolenie kilku niesfornych młodzieńców, którzy być może dzięki niemu nie dadzą się zabić, a może w przyszłości zajmą jego miejsce. W te wydarzenia wplecione zostają perypetie obyczajowe, czyli próba odzyskania byłej żony, która także poturbowana przez życie egzystuje jakby w zawieszeniu między chęcią ułożenia sobie wszystkiego na nowo, a niemożnością zerwania ze starymi przyzwyczajeniami. Clint świetnie nadaje się na twardego sukinsyna, który, jak to sam mówi w scenie otwarcia na "śniadanie je drut kolczasty i sika napalmem", a na widok jego baretek nie jednemu to i owo się podnosi. Jednak dla innych jest tylko przeżytkiem, pozostałością starej epoki. Taki stan rzeczy nieuchronnie prowadzi do starcia między tym co nowe (lepsze) i tym co stare (przestarzałe? gorsze). Jakim wynikiem zakończy się to starcie jest raczej oczywiste, ale zdradzał tego nie będę, bo być może będą to czytały osoby, które jeszcze filmu nie oglądały. Dla mnie jest to rewelacyjny film i ciężko znaleźć mi jakieś jego wady, więc i na siłę wyszukiwał ich nie będę. Napiszę tylko, że jeśli ktoś jeszcze go nie oglądał, to najwyższy czas nadrobić to niedopatrzenie. 


Ocena 8.5/10

"Polowanie na Czerwony Październik / The Hunt for Red October" (1990)

Tak jak już niedawno pisałem, "Polowanie na Czerwony Październik" jest jednym z filmów o Jacku Ryanie, który kiedyś już widziałem, ale nie pamiętałem z niego praktycznie nic. Na fali moich ostatnich seansów przygód Jacka Ryana, postanowiłem odświeżyć sobie również i "Polowanie...". I już teraz wiem, że jest to zdecydowanie najlepsza część serii. Głownie za sprawą bardzo ciekawego klimatu napięcia jaki dodatkowo potęgują klaustrofobiczne przestrzenie łodzi podwodnej. Świetna rola Seana Connery'ego, idealnie wcielającego się w kapitana Marko Ramiusa, no i całkiem przyzwoity Ryan w wykonaniu Baldwina (swoją drogą nie mam pojęcia dlaczego już dwa lata później zmienili głównego aktora właśnie na Forda, skoro obsada drugoplanowa została, m.in. James Earl Jones w roli dyrektora CIA). Nie mający już nic do stracenia Ramius, w trosce o bezpieczeństwo świata, chcący przekazać najnowszy, praktycznie niewykrywalny, okręt podwodny największemu przeciwnikowi Związku Radzieckiego i tylko jeden facet - Jack Ryan -  który domyślający się jego zamiarów, jednak aby doszły one do skutku, musi o tym przekonać najważniejszych ludzi w państwie. Już z tego telegraficznego przedstawienie fabuły widać, że jest to bardzo dobra historia umiejscowiona pod koniec zimnej wojny, swoją drogą chyba jedna z najlepszych powieści Clancy'ego w ogóle, która będzie trzymać nas w niepewności i napięciu aż do ostatnich minut seansu. Na koniec dodam tylko jedno małe spostrzeżenie, które być może, podobnie jak mnie, umknęło większości widzów. Pamiętacie jak nazywał się oficer polityczny na pokładzie Czerwonego Października? Ten, który musiał bardzo szybko zginąć, aby cała akcja mogła się zakończyć powodzeniem? Poszukajcie w takim razie. Ja muszę przyznać, że baaardzo się zdziwiłem. Ciekawi mnie tylko, czy to zbieg okoliczności, czy ktoś już wtedy znał wartość człowieka, który nosił te nazwisko. 


Ocena 8/10

"Jak za dawnych, dobrych czasów / Seems Like Old Times" (1980)

"Jak za dawnych, dobrych czasów" to komedia pomyłek w starym, dobrym stylu. Teraz już się takich filmów nie kręci, ale lata 80. były to czasy świetności Chevy'ego Chase'a i filmów takich jak "Golfiarze", "W krzywym zwierciadle", czy też "Szpiedzy tacy jak my". Tutaj humor jest bardzo podobny. Mamy do czynienia z prawniczką (Golfie Hawn), z reguły broniącą mniejszości narodowych w sprawach o małej szkodliwości społecznej (kradzieże itp.). Jest to typowa dobra dusza. Większości bronionych przez siebie ludzi znajduje później prace... u siebie, aby tylko nie pozwolić im wrócić na złą drogą, zatrudnia ich w roli szoferów, pokojówek, czy innego rodzaju służby, na którą w gruncie rzeczy i tak jej nie stać). Jej mąż, uściślając, drugi mąż Ira Parks (Charles Grodin) jest natomiast prokuratorem okręgowym z dużymi widokami na awans. Jest jeszcze Nicolas Gardenia (Chevy Chase) obecnie pisarz (chyba, bo może być że dziennikarz, reportażysta), fajtłapa, jonasz, ciamajda i pierwszy mąż Glendy Parks. Mąż, z którym rozwiodła się właśnie z powodu wspomnianych wad. I niby już się od niego uwolniła, jednak Nicolas znów wplątał się w aferę (tym razem jest zamieszany w obrabowanie banku) i jak zwykle pomocy szuka właśnie u Glendy, której mąż jest akurat oskarżycielem w jego sprawie. W tym miejscu już na pierwszy rzut oka widać co najmniej dwa konflikty interesów, które będą prowadziły do co i rusz to nowych komicznych sytuacji i zbiegów okoliczności. Sama scena końcowa natomiast mogłaby być wstępem do kontynuacji losów tej szalonej "rodzinki". "Jak za dawnych..." jest bardzo przyjemną i ciepłą komedią, którą można się podelektować w chwili odprężenia. Jest to kino lekkie, z żartem słownym jak i sytuacyjnym na bardzo dobrym poziomie, które z pewnością przypadnie do gustu nie tylko fanom talentu Chevy'ego Chase'a. 


Ocena 7/10

"Złodziej / Thief" (1981)

"Złodziej" to debiut reżyserski Michael'a Mann'a (był on także twórcą scenariusza), a także bardzo dziwna opowieść o pewnym złodzieju. Z jednej strony jest to bardzo klimatyczny film kryminalny z elementami dramatu a nawet thrillera, opowiadający ciekawą historię ze świetną muzyką i dobrze zarysowanymi postaciami. Z drugiej strony jest to również historia faceta o imieniu Frank (James Caan), którego przez przeszło dwie godziny seansu nie da się ani polubić ani tak naprawdę zrozumieć. Ma on niby swoje cele, swój plan na życie, które odzyskał po 10 latach w więzieniu, ale wszystko to jest jakieś takie chaotyczne, niespójne, poszarpane. Niby chce mieć rodzinę, ale zabiera się do tego jak do jeża. Niby jest twardy i inteligentny, ale nie rozumie najprostszych zasad rządzących jego biznesem. To tak naprawdę Frank jest najsłabszym ogniwem tej świetnej historii, bo jest głównym bohaterem pozytywnym (? tutaj chyba takich nie ma), któremu życzymy porażki. I choć zdjęcia, napięcie jakie Mann zręcznie tworzy, całe te przygotowania przed akcją (Frank to taki amerykański Kwinto, lecz bez jego subtelności, sejfy otwiera przy użyciu ciężkich narzędzi i kradnie jedynie kamyczki albo kasę) są naprawdę bardzo zajmujące i klimatyczne, to jednak przez główną postać film ogląda się dość nieprzyjemnie. I choć chciałbym być bardziej usatysfakcjonowany po seansie, to jakoś nie potrafię. Być może obejrzenie tego obrazu po raz kolejny odkryje przede mną coś co umknęło mi podczas pierwszego seansu, jednak na chwilę obecną czuję lekki niedosyt.



Ocena 6.5/10

piątek, 16 maja 2014

[72-75] Filmowy Flesz #8: "Z miłości do... / Song for Marion" (2012); "Whisky dla aniołów / The Angel's Share" (2012); "Lwie serce / Lionheart" (1990); "Wyścig po życie / Getaway" (2013)


Z racji tego, że nie chcę całkiem zapomnieć treści filmów jakie oglądałem już jakiś czas temu, i póki mam ich świeży, ale dobrze "przetrawiony" obraz w pamięci, dziś kolejny Filmowy Flesh. Zapraszam!

"Z miłości do..." (2012)  

Pierwszym filmem jaki dziś omówię jest brytyjski komediodramat Paul'a Andrew Williams'a z roku 2012 pod tytułem "Z miłości do...". I choć, jak w większości przypadków, oryginalny tytuł jest o wiele lepszy, to jednak i nasz tłumaczenie oddaje istotę filmu. A film opowiada nam spokojną, delikatną, miejscami wzruszającą, historię o... miłości. Tak, to chyba będzie najodpowiedniejsze określenie tematyki. Mamy tutaj parę zakochanych w sobie ludzi, z których jedno, z powodu podeszłego już wieku i choroby, zbliża się do kresu swoich dni. Reżyser bardzo umiejętnie pokazał w tym filmie konflikt jaki rodzi się w mężu, który z jednej strony chciałby mieć swoją ukochaną żonę tylko dla siebie i przy okazji nie narażać jej na wysiłek związany z jej nowym hobby. A z drugiej, mimo wszystko nie chce jej zabraniać w tych ostatnich chwilach życia robienia tego co sprawia jej przyjemność - śpiewania w chórze seniorów - i spotkania z przyjaciółmi. Do tego dochodzą konflikty z synem, z którym nasz bohater, Arthur (Terence Stamp), nie dogaduje się zbyt dobrze. I mimo chęci zmiany całej tej sytuacji nie jest to takie proste jakby się mogło wydawać. Jednak cała ta fasada, ten mur jaki buduje wokół siebie Arthur - ta jego niedostępność, oschłość, opryskliwość - jest tylko zasłoną, próbą odgrodzenia się od cierpienia, a także konsekwencją życiowych trosk i zgryzot. Jednak Arthur spotyka na swojej drodze Elizabeth (świetna Gemma Arterton), instruktorkę chóru, w którym śpiewa jego żona. A trzeba wiedzieć, że nie jest to całkiem standardowy chór. Staruszkowie mają w repertuarze rap, rock i nie jeden kawałek o seksie. Instruktorka także nie jest zwyczajna, choć pozory - ładna i młoda nauczycielka śpiewu - mogły by nam mówić co innego. Jednak Elizabeth ma problemy komunikacyjne w grupie swoich rówieśników - przez co wciąż jest samotna - i najlepiej dogaduje się właśnie ze staruszkami. W taki oto sposób spotyka się dwoje ludzi, którzy są od siebie tak różni, jak to tylko możliwe. Jednak łączy ich ta sama pasja. Arthur po stracie żony chce wypełnić pustkę tym czym żyła w swoich ostatnich dniach - śpiewaniem. A Elizabeth chce mu w tym pomóc. Jest to piękna opowieść o życiu, przezwyciężaniu słabości, radzeniu sobie z problemami zewnętrznego świata i konfliktami wewnątrz nas. Odnajdywaniu siebie na nowo w momencie kiedy myśleliśmy, że już nic nie może się zmienić. I na szczęście Williams nie pokazuje nam tego w sposób prostacki i banalny, jak to czasami ma miejsce w amerykańskich gniotach. Tak, że wszystko ocieka lukrem i aż mdli. Tutaj subtelność i końcowe niedopowiedzenie jest esencją tego obrazu. Zdecydowanie polecam!

Ocena ogólna 8/10

"Whisky dla aniołów" (2012)

Oryginalny tytuł tego filmu - "The Angel's Share" - jest znanym w kręgach pasjonatów whisky procesem, polegającym na odparowywaniu pewnej części alkoholu z beczek podczas jego starzenia. Stąd też starsze whisky są z reguły o wiele droższe od tych młodych, ponieważ producenci otrzymują zdecydowanie mniej gotowego produktu. Już w przypadku siedmiu lat leżakowania alkoholu w beczkach jego utrata waha się w w granicach 14%, a najpopularniejsze roczniki większości destylarni mają lat od 10 do 12, a co dopiero mówić o tych, które mają lat 25, 30, 40. A są też przecież i takie whisky - choć bardzo rzadko spotykane - które liczą sobie nawet po 50 lat w beczce! Nie dziwmy się więc, że i ceny dochodzą do kilkudziesięciu tysięcy złotych za butelkę. Ale widzę, że recenzja ta zaczyna przybierać kształt wykładu z gorzelnictwa, więc kończę te smuty i przechodzę do rzeczy. A rzecz w tym, iż sam tytuł filmu i proces, który omówiłem ma jako-takie powiązanie z głównym wątkiem tego obrazu. Ale o tym później. Zacznijmy od tego, że film ten z grubsza opowiada o grupce zupełnie nie znających się osób, które w wyniku większych lub mniejszych przewinień zostały przez sąd skazane na prace społeczne. Nasz główny bohater - Robbie (Paul Brannigan) - jest chłopakiem z kryminalną przeszłością, który właśnie ma zostać ojcem. Jednak jego sytuacja prezentuje się dość kiepsko. Rodzina jego partnerki chce, żeby zostawił ją w spokoju, a dodatkowo zaczyna go prześladować jego przeszłość materializująca się jako kilku "typków' chcących mu spuścić bęcki. W całym tym natłoku wypadków, owe prace społeczne są najlepszym co mogło mu się przytrafić, ponieważ poznaje tam Harrego, opiekuna grupy, który przez dziwny zbieg okoliczności odkrywa, że chłopak ma talent do rozpoznawania smaków whisky. Robbie dochodzi do wniosku, że jest to sposób na odmienienie swojego życia. Jednak zanim przystąpi do realizacji swoich legalnych planów, ma w zanadrzu coś nie do końca zgodnego z prawem - choć jeśli się uda - bardzo dochodowego. I właśnie do tego przedsięwzięcia najlepiej, moim zdaniem, pasuje tytuł, czyli do znikania whisky. Ale podsumujmy film. Sama historia rozpoczyna się jak typowe kino społeczno-problemowe. Mamy grupkę wyrzutków z ich problemami i ich zmaganie się z życiowymi meandrami. Później jednak film przeradza się w lekką komedyjkę z whisky w tle. Czy to dobry zabieg? Chyba nie, gdyż film ten nie przekonał mnie na żadnej z płaszczyzn. I choć patologia tam prezentowana jest podobna do tej, którą można zaobserwować w naszym kraju, to jakoś klimat tej opowieści do mnie nie trafił. Ani jego część problemowa, ani tym bardziej ta, gdzie ci młodzi ludzie zgłębiają tajniki degustacji whisky, nie były na tyle spójne i zharmonizowane, aby tworzyło to jakąś gładką do przełknięcia całość. Moim zdaniem Ken Loach tym razem się nie popisał, ale i tak planuje dać mu jeszcze szansę i zobaczyć "Szukając Erica". A ten film nie jest jednak całkiem zły i można go sobie w wolnej chwili zobaczyć.

Ocena ogólna 6/10

"Lionheart" (1990)

Ostatnio lubię sobie tuż przed snem włączyć jakiegoś "gniotka" z JCVD w roli głównej. Przy okazji albo przypominając sobie największe hity z jego filmografii, albo uzupełniając ją o filmy, których jeszcze nie widziałem. Tym razem trafiło na "Lwie serce" - produkcję z roku '90, która już kiedyś oglądałem, ale było to tak dawno, że nie pamiętałem już zupełnie jej fabuły. A okazało się, że jest ona bardzo prosta (jak zwykle zresztą w tego typu filmach) i opowiada historię żołnierza Legii Cudzoziemskiej (to już chyba drugi raz kiedy JCVD jest legionistą :D; był też wszakże film pt. "Legionista", z nim w roli głównej, z 1998), który ucieka z armii, ponieważ jego brat został poważnie okaleczony. Lyon chce go zobaczyć, może po raz ostatni, i pomóc jego żonie i córce. O dziwo, nie ma tutaj ani słowa o zemście, co w tego typu scenariuszach jest regułą. Motywem przewodnim tej opowieści są nielegalne walki za pieniądze organizowane przez Cynthie (Deborah Rennard), bogatą blond lalę, której się wydaje, że każdego można kupić. W dostaniu się na szczyty Lyonowi pomaga Joshua (Harrison Page) - były zawodnik, dawno temu kontuzjowany, ale wciąż posiadający koneksje - który początkowo chciał na nowym koledze zarobić trochę kasy, a później zmienił zdanie. W tle mamy nawiązywanie zerwanego w drastyczny sposób kontaktu z rodziną i pościg legionistów za Lyonem (trochę mi się przypomina wątek z Helmerem i Rawlinsem z "Bloodsport", a i ogólnie całość też jest dość podobna). Film ogląda się dość dobrze. Walki są ciekawe pod względem choreograficznym, choć raczej baletowe niż prawdziwe, jednak taki urok tego kina. Historia nie trzyma zbyt mocno w napięciu, ale da się ją raz na jakiś czas obejrzeć. I mimo, że "Lwie serce" nie należy i nie będzie należał do moich ulubionych filmów z tamtej epoki i gatunku, jak i tych z dorobku JCVD, to uważam, że na pewno choć raz warto go zobaczyć. 

Ocena gatunkowa 6/10
Ocena ogólna 4/10

"Wyścig po życie" (2012)

Zamysł ciekawy - wykonanie żałosne. Tak w jednym zdaniu mógłbym wyrazić swoją opinię na temat tego filmu. Jeśli jednak miałbym napisać coś więcej, to też raczej nie byłoby to nic pochlebnego. Bo w sumie co dobrego można powiedzieć o filmie, który jest nie dość, że nierealny (choć nie jest fantastyczny), to do tego ma raczej sztampowy i przeciętny scenariusz, a aktorzy oraz ich gra jest raczej poniżej standardowego ich (przynajmniej w przypadku Ethan'a Hawke'a, bo Seleny Gomez jeszcze nigdy wcześniej nie widziałem) poziomu? Nic. A gdyby się postarać to może i dało by się to obejrzeć. Ale Courtney Solomon nie jest znany z angażowania się w dobre produkcje, więc i ta była taka jak wszystkie poprzednie. Po prostu bardzo przeciętna (filmwebowa ocena to 5.3; IMDb 4.3). Historia byłego kierowcy wyścigowego, któremu jakiś szaleniec porywa żonę i za jej odzyskanie żąda demolowania miasta super podrasowanym samochodem należącym do Seleny G.? No sorki, taki numer nie przejdzie. I gdyby chociaż motyw pościgów był zrobiony autentycznie, to może bym tę mierność historii wytrzymał, ale autorzy stwierdzili, że powiedzenie na początku filmu, iż samochód został specjalnie wzmocniony i podrasowany wystarczy żebym uwierzył w to, że jest w stanie wytrzymać całodobowe odbijanie się od ścian jedynie z zarysowanym lakierem. Brednie. Krótko mówiąc totalny przeciętniak z dziwnie dobrą, ale niewykorzystaną obsadą (gdzieś w tle pojawia się jeszcze John Voight). 

Ocena gatunkowa 5/10
Ocena ogólna 3/10

Ok, to już wszystko, ale niedługo możecie się spodziewać kolejnego flesha, w którym takie filmy jak "Szatan z siódmej klasy" i "Czarny orzeł" ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...