Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojenny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojenny. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 stycznia 2015

niedziela, 7 grudnia 2014

[96] Film: "Furia / Fury" (2014)

Dziś zauważyłem, że bardzo dawno nie pisałem o żadnym filmie (ostatnia notka to połowa sierpnia!), a że wczoraj obejrzałem coś co wydaje mi się warte skomentowania, co za tym idzie zapraszam na recenzję "Furi" z lansersko ostrzyżonym Bradem Pittem w roli głównej.

sobota, 19 lipca 2014

[85-87] Filmowy Flesz #12: "Wzgórze rozdartych serc" (1986); "Polowanie na Czerwony Październik" (1990); "Złodziej" (1981); "Jak za dawnych dobrych czasów" (1980)


Już trzy dni minęły odkąd ostatni raz pogłaskałem mojego bloga... a z tego co go znam nie lubi być tak długo pozostawiany samemu sobie. Stąd też dziś po raz kolejny podzielę się paroma spostrzeżeniami na temat kilku klasyków kina. Zapraszam na Filmowy Flesh #12!

"Wzgórze Rozdartych Serc / Heartbreak Ridge" (1986)

Dziś zacznę od filmu, który jest jednym z moich ulubionych w dorobku Wielkiego Clinta, czyli od "Wzgórza Rozdartych Serc" z roku 1986. W sumie zawsze mi się wydawało, że powinno być "złamanych" zamiast "rozdartych", ale to w końcu POLSKIE tłumaczenie tytułu, a tutaj wszystko jest możliwe. Ale wracając do meritum. Dawno już nie oglądałem tego klasyka, jednak ostatnio wpadłem na niego przez zupełny przypadek i pomyślałem, że z chęcią go sobie odświeżę, co też skwapliwie uczyniłem. Później wszedłem na filmweb, aby zobaczyć jaką ocenę mu wystawiłem i moją uwagę przykuła jedna z dyskusji na temat tego filmu. Jednoznacznie wynikało z niej, że są na świecie ludzie, którzy nie lubią dobrego kina. Film jest podobno według nich prostacki, nudny i zupełnie pozbawiony sensu. Jednym słowem beznadziejny. Aż mnie zamurowało jak doczytałem te bluźnierstwa do końca. Jednak swoim starym zwyczajem, w dyskusję na tamtym forum się nie wdałem, bo to nigdy nie prowadzi do żadnej sensownej wymiany myśli, a kończy się na przebranżawianiu naszych matek i innych tego typu argumentach ad personam. Postanowiłem jednak na moim własnym poletku napisać dlaczego tak cenie i lubię ten film. Najważniejszy jest fakt, że to świetnie zagrana historia. Prosta, ale sugestywna i choć czasem patetyczna, to jednak dość zręcznie przedstawiająca istotny temat. Osią fabuły jest los faceta, który większość swoich dorosłych lat poświęcił walce w obronie ojczyzny, przez co nie miał czasu ułożyć sobie swojego własnego życia. Faceta, który chce po raz ostatni przydać się na coś swojemu krajowi, nawet jeśli miałoby to być tylko wyszkolenie kilku niesfornych młodzieńców, którzy być może dzięki niemu nie dadzą się zabić, a może w przyszłości zajmą jego miejsce. W te wydarzenia wplecione zostają perypetie obyczajowe, czyli próba odzyskania byłej żony, która także poturbowana przez życie egzystuje jakby w zawieszeniu między chęcią ułożenia sobie wszystkiego na nowo, a niemożnością zerwania ze starymi przyzwyczajeniami. Clint świetnie nadaje się na twardego sukinsyna, który, jak to sam mówi w scenie otwarcia na "śniadanie je drut kolczasty i sika napalmem", a na widok jego baretek nie jednemu to i owo się podnosi. Jednak dla innych jest tylko przeżytkiem, pozostałością starej epoki. Taki stan rzeczy nieuchronnie prowadzi do starcia między tym co nowe (lepsze) i tym co stare (przestarzałe? gorsze). Jakim wynikiem zakończy się to starcie jest raczej oczywiste, ale zdradzał tego nie będę, bo być może będą to czytały osoby, które jeszcze filmu nie oglądały. Dla mnie jest to rewelacyjny film i ciężko znaleźć mi jakieś jego wady, więc i na siłę wyszukiwał ich nie będę. Napiszę tylko, że jeśli ktoś jeszcze go nie oglądał, to najwyższy czas nadrobić to niedopatrzenie. 


Ocena 8.5/10

"Polowanie na Czerwony Październik / The Hunt for Red October" (1990)

Tak jak już niedawno pisałem, "Polowanie na Czerwony Październik" jest jednym z filmów o Jacku Ryanie, który kiedyś już widziałem, ale nie pamiętałem z niego praktycznie nic. Na fali moich ostatnich seansów przygód Jacka Ryana, postanowiłem odświeżyć sobie również i "Polowanie...". I już teraz wiem, że jest to zdecydowanie najlepsza część serii. Głownie za sprawą bardzo ciekawego klimatu napięcia jaki dodatkowo potęgują klaustrofobiczne przestrzenie łodzi podwodnej. Świetna rola Seana Connery'ego, idealnie wcielającego się w kapitana Marko Ramiusa, no i całkiem przyzwoity Ryan w wykonaniu Baldwina (swoją drogą nie mam pojęcia dlaczego już dwa lata później zmienili głównego aktora właśnie na Forda, skoro obsada drugoplanowa została, m.in. James Earl Jones w roli dyrektora CIA). Nie mający już nic do stracenia Ramius, w trosce o bezpieczeństwo świata, chcący przekazać najnowszy, praktycznie niewykrywalny, okręt podwodny największemu przeciwnikowi Związku Radzieckiego i tylko jeden facet - Jack Ryan -  który domyślający się jego zamiarów, jednak aby doszły one do skutku, musi o tym przekonać najważniejszych ludzi w państwie. Już z tego telegraficznego przedstawienie fabuły widać, że jest to bardzo dobra historia umiejscowiona pod koniec zimnej wojny, swoją drogą chyba jedna z najlepszych powieści Clancy'ego w ogóle, która będzie trzymać nas w niepewności i napięciu aż do ostatnich minut seansu. Na koniec dodam tylko jedno małe spostrzeżenie, które być może, podobnie jak mnie, umknęło większości widzów. Pamiętacie jak nazywał się oficer polityczny na pokładzie Czerwonego Października? Ten, który musiał bardzo szybko zginąć, aby cała akcja mogła się zakończyć powodzeniem? Poszukajcie w takim razie. Ja muszę przyznać, że baaardzo się zdziwiłem. Ciekawi mnie tylko, czy to zbieg okoliczności, czy ktoś już wtedy znał wartość człowieka, który nosił te nazwisko. 


Ocena 8/10

"Jak za dawnych, dobrych czasów / Seems Like Old Times" (1980)

"Jak za dawnych, dobrych czasów" to komedia pomyłek w starym, dobrym stylu. Teraz już się takich filmów nie kręci, ale lata 80. były to czasy świetności Chevy'ego Chase'a i filmów takich jak "Golfiarze", "W krzywym zwierciadle", czy też "Szpiedzy tacy jak my". Tutaj humor jest bardzo podobny. Mamy do czynienia z prawniczką (Golfie Hawn), z reguły broniącą mniejszości narodowych w sprawach o małej szkodliwości społecznej (kradzieże itp.). Jest to typowa dobra dusza. Większości bronionych przez siebie ludzi znajduje później prace... u siebie, aby tylko nie pozwolić im wrócić na złą drogą, zatrudnia ich w roli szoferów, pokojówek, czy innego rodzaju służby, na którą w gruncie rzeczy i tak jej nie stać). Jej mąż, uściślając, drugi mąż Ira Parks (Charles Grodin) jest natomiast prokuratorem okręgowym z dużymi widokami na awans. Jest jeszcze Nicolas Gardenia (Chevy Chase) obecnie pisarz (chyba, bo może być że dziennikarz, reportażysta), fajtłapa, jonasz, ciamajda i pierwszy mąż Glendy Parks. Mąż, z którym rozwiodła się właśnie z powodu wspomnianych wad. I niby już się od niego uwolniła, jednak Nicolas znów wplątał się w aferę (tym razem jest zamieszany w obrabowanie banku) i jak zwykle pomocy szuka właśnie u Glendy, której mąż jest akurat oskarżycielem w jego sprawie. W tym miejscu już na pierwszy rzut oka widać co najmniej dwa konflikty interesów, które będą prowadziły do co i rusz to nowych komicznych sytuacji i zbiegów okoliczności. Sama scena końcowa natomiast mogłaby być wstępem do kontynuacji losów tej szalonej "rodzinki". "Jak za dawnych..." jest bardzo przyjemną i ciepłą komedią, którą można się podelektować w chwili odprężenia. Jest to kino lekkie, z żartem słownym jak i sytuacyjnym na bardzo dobrym poziomie, które z pewnością przypadnie do gustu nie tylko fanom talentu Chevy'ego Chase'a. 


Ocena 7/10

"Złodziej / Thief" (1981)

"Złodziej" to debiut reżyserski Michael'a Mann'a (był on także twórcą scenariusza), a także bardzo dziwna opowieść o pewnym złodzieju. Z jednej strony jest to bardzo klimatyczny film kryminalny z elementami dramatu a nawet thrillera, opowiadający ciekawą historię ze świetną muzyką i dobrze zarysowanymi postaciami. Z drugiej strony jest to również historia faceta o imieniu Frank (James Caan), którego przez przeszło dwie godziny seansu nie da się ani polubić ani tak naprawdę zrozumieć. Ma on niby swoje cele, swój plan na życie, które odzyskał po 10 latach w więzieniu, ale wszystko to jest jakieś takie chaotyczne, niespójne, poszarpane. Niby chce mieć rodzinę, ale zabiera się do tego jak do jeża. Niby jest twardy i inteligentny, ale nie rozumie najprostszych zasad rządzących jego biznesem. To tak naprawdę Frank jest najsłabszym ogniwem tej świetnej historii, bo jest głównym bohaterem pozytywnym (? tutaj chyba takich nie ma), któremu życzymy porażki. I choć zdjęcia, napięcie jakie Mann zręcznie tworzy, całe te przygotowania przed akcją (Frank to taki amerykański Kwinto, lecz bez jego subtelności, sejfy otwiera przy użyciu ciężkich narzędzi i kradnie jedynie kamyczki albo kasę) są naprawdę bardzo zajmujące i klimatyczne, to jednak przez główną postać film ogląda się dość nieprzyjemnie. I choć chciałbym być bardziej usatysfakcjonowany po seansie, to jakoś nie potrafię. Być może obejrzenie tego obrazu po raz kolejny odkryje przede mną coś co umknęło mi podczas pierwszego seansu, jednak na chwilę obecną czuję lekki niedosyt.



Ocena 6.5/10

sobota, 10 maja 2014

[71] Film: "Obrońcy skarbów / The Monumensts Men" (2014)

Po ostatnich fleschowych recenzjach znalazłem wreszcie film, któremu chcę poświęcić cały tekst. Tym obrazem są stworzony przez Georgea Clooneya (scenariusz i reżyseria) i Granta Heslov'a (scenariusz) "Obrońcy skarbów", czyli dość luźna, choć nie tak całkiem mijająca się z prawdą, historia stworzenia i funkcjonowania podczas II wojny światowej jednostki zajmującej się ochroną i odnajdywaniem skradzionych przez III Rzeszę (ale oczywiście nie tylko) arcydzieł światowej sztuki. 


A dlaczego luźna? Ponieważ twórcy, choć inspirowali się realnymi wydarzeniami, to odwzorowywali je raczej bardzo ogólnie. Niby zarys się zgadza, ale już ich odtworzenie musiało im pasować do fabularnego wydźwięku całej historii. I tak mamy tutaj na przykład śmierci dwójki bohaterów, co jest prawdą, jednak już ich okoliczności i przyczyny są zgoła odmienne od tych rzeczywistych. Tak samo bohaterowie. Jest w nich wiele z realnie istniejących i biorących udział w tych wydarzeniach ludzi, choć noszą oni jednak inne nazwiska i są czasami kompilacją kilku osób. I tak na przykład, co wynika z moich spostrzeżeń, Matt Damon odtwarzający postać podporucznika Jamesa Grangera w rzeczywistości wzorowany był na podporuczniku Jamesie J. Rorimerze, George Clooney, filmowy porucznik Frank Stokes to rzeczywisty porucznik George Stout, a Cate Balnchett jako Claire Simone, to wypisz wymaluj słynna Rose Valland, natomiast szeregowy Sam Epstein (Dimitri Leonidas) to raczej na pewno szeregowy Harry Ettlinger (pełną listę można znaleźć tutaj). Jednak czy moje odczytanie prawdziwej tożsamości niektórych postaci jest prawidłowe tego w 100% nie jestem pewien, choć wydaje mi się, że tak właśnie było. Moja wiedza w tej materii wynika z lektury książki, na której wzorowali się twórcy filmu, a mianowicie "The Monuments Men: Allied Heroes, Nazi Thieves and the Greatest Treasure Hunt in History", której polskie tłumaczenie pt. "Obrońcy dzieł sztuki" recenzowałem już jakiś czas temu (recenzja tutaj).


A o czym tak dokładnie jest ten film? Clooney po raz kolejny wziął na warsztat historię ważną i ostatnimi czasy dzięki różnego rodzju publikacjom (książki Edsela, a także Grabież Europy Lynn H. Nicholas, czy też Skarby w cieniu swastyki Leszka Adamczewskiego) coraz szerzej dyskutowaną. Chodzi o zakrojoną na gigantyczną skalę hitlerowską akcję rabowania (często pod nazwą konfiskaty lub ochrony) największych dzieł sztuki (głównie obrazów, ale także rzeźb, ceramiki, biżuterii, antycznych mebli etc.) z podbijanych i okupowanych krajów. Powodów takiego zachowania było wiele, choć z tego filmu dowiemy się pobieżnie raczej tylko o dwóch. Hitler chciał stworzyć w Linzu, swoim rodzinnym mieście w Austrii, największe i najokazalsze muzeum świata; drugim jest fakt, że wielu nazistów było również koneserami sztuki, jak na przykład pokazany w początkowych sekwencjach Göring. 


Jednostka, która w filmie przybrała nazwę The Monuments Men, miała te dzieła odnaleźć i zwrócić prawowitym właścicielom. Ich dodatkowym zadaniem było przeciwdziałanie niszczeniu kolejnych dzieł, czy to architektury czy sztuki, podczas prowadzenia walk. W jej skład weszli najodpowiedniejsi do tego rodzaju pracy ludzie: konserwatorzy zabytków, pracownicy muzeów, rzeźbiarze, architekci etc. I choć ich zadanie przypominało trochę prace Syzyfa, to jednak starali się ją wykonać jak najlepiej i najdokładniej. 


Film w swoim wydźwięku jest bardzo stonowany. Stara się uświadomić nam jak ważnym dziedzictwem jest sztuka, czyli to co udało się stworzyć ludzką ręką przez setki lat oraz jak łatwo możemy zaprzepaścić to na zawsze. Ale także zadaje pytanie, czy jest ona ważniejsza od ludzkiego życia, które może być utracone w konsekwencji jej ratowania. Żołnierze nie mają z odpowiedzią na to pytanie żadnych problemów, jest ono skierowane raczej do nas widzów. I wcale nie tak prosto na nie odpowiedzieć, choć jak się wydaje członkowie The Monuments Men zdają się również ją znać, przy czym jest ona zgoła odmienna od tej armijnej. 


Cała konwencja i stylistyka "Obrońców skarbów" jest łatwa w odbiorze. Miejscami mamy do czynienia z zagęszczeniem akcji, jednak nie są to chwile, w których byśmy obgryzali paznokcie z nerwów. I choć zdarzają się też momenty wzruszające (jak choćby motyw z nagranymi życzeniami świątecznymi na płytę gramofonową, który z tego co pamiętam jest autentyczną historią), to ogólnie film jest lekki i utrzymany w tonie żartobliwym. Przyczyniają się do tego same postaci (np. około 70cio letni szeregowiec już brzmi śmiesznie) dobrze zagrane przez, co by tu nie mówić, wielkie gwiazdy, jak i niekiedy kontrast między nimi oraz ich podejście do sprawy (nawet w najbardziej dramatycznych chwilach nie opuszcza ich poczucie humoru i dystans do tego co się dzieje). 


Film na pewno jest hołdem złożonym członkom MFAA (Sekcja Zabytków, Archiwów i Dzieł Sztuki, już w przekładzie na polski), i dzięki pokazaniu ich działalności w hollywoodzkiej superprodukcji z zawrotną ilością gwiazd na pewno zostanie ona dostrzeżona przez wielu ludzi, którzy nie mieli o niej wcześniej żadnego pojęcia. To kolejny atut tej produkcji.

Ja natomiast, po seansie, miałem jedynie nadzieję, że jeden trzech naszych najcenniejszych obrazów, który dotychczas nie został odnaleziony po wojennej zawierusze - mam tutaj oczywiście na myśli Portret młodzieńca Rafaela - nie skończył tak jak pokazywała to jedna ze scen tego filmu. Swoją drogą takie zachowanie, które wprowadzało w czyn dyrektywę Hitlera o nazwie Neron mogło być wydane jak i wykonane jedynie przez szaleńców. 


Podsumowując, uważam że film, choć nie powalił mnie na kolana, to jednak bardzo mi się podobał i dzięki temu, że porusza ciekawy temat na pewno warty jest uwagi.

Ocena gatunkowa - hmm... a jaki to gatunek?
Ocena ogólna  - 7/10
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...