Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZNAK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZNAK. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 sierpnia 2017

[239] Książka: Mock" - Marek Krajewski (2016)

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że Mock to pierwsze moje spotkanie ze sławnym polskim autorem kryminałów Markiem Krajewskim. Nie wiem czego się spodziewałem po szóstym (?) już tomie (choć jeśli chodzi o chronologię akcji również pierwszym) przygód wrocławskiego policjanta Eberharda Mocka. Z pewnością jednak nie tego co otrzymałem. Ale ad rem, jak lubi powtarzać autor. 

Historia zaczyna się na tajnym spotkaniu amerykańskiej Centralnej Agencji Wywiadowczej w roku 1948, na kilka miesięcy przed mającym się odbyć w sierpniu tego roku we Wrocławiu Światowym Kongresem Intelektualistów. Na tym spotkaniu jest również Eberhard Mock. Spotkanie ma na celu stworzenie planu przeprowadzenia zamachu na Stalina, który ma uhonorować swoją osobą obrady kongresu. Mock ma służyć za źródło informacji o Hali Stulecia (w 1948 roku Hali Ludowej), w której dojdzie do uroczystość. Wie o niej bardzo dużo, ponieważ przeszło 35 lat wcześniej prowadził śledztwo w sprawie morderstwa mającego miejsce na jej terenie. Po kilku chwilach Mock rozpoczyna swoją opowieść. Przenosimy się do kwietnia roku 1913 (z małą wstawką z roku 1912) i tam poznajemy okoliczności śmierci czterech młodych chłopców i jednego mężczyzny, którzy dokonali żywota na terenie Hali. Młody, wtedy zaledwie trzydziestoletni, Mock pracujący jeszcze w obyczajówce, a nie w wydziale kryminalnym wrocławskiego prezydium policji (o czym zresztą marzy) postanawia rozwiązać tę sprawę na własną rękę. Nie wszystko toczy się jednak po jego myśli. Udaje mu się jednak ustalić, że w morderstwo zaangażowani są tak masoni, jak żydzi i Związek Wszechniemiecki, a całą sprawę chce zatuszować bardzo potężna organizacja sprawująca praktycznie rzeczywistą władzę w stolicy Śląska. W trakcie śledztwa dowiaduje się także, że podczas uroczystego otwarcia Hali Stulecia dojdzie do zamachu na cesarza Wilhelma II, które swoją osobą ma uświetnić tę uroczystość. Mock trafia między młot i kowadło musząc wybierać między swoją dociekliwością i chęcią doprowadzenia sprawy do końca, a lojalnością wobec szefostwa, które pod groźbą wyrzucenia go z pracy (tak jak pisałem, nie wszystko idzie po jego myśli) nakazuje mu zapomnieć o całej sprawie i skupić się na działaniach zgoła odmiennych od dotychczasowo wykonywanych. Za dużo zdradzam z fabuły? być może, ale jest ona tak wielowątkowa, że ciężko przedstawić choćby jej zarys nie ujawniając kilku kluczowych informacji. 
Hala Stulecia we Wrocławiu

Powiem szczerze, że bardzo rozczarowałem się pierwszym moim spotkaniem tak z Markiem Krajewskim, jak z Eberhardem Mockiem. Naczytałem się o połączeniu kryminałów w stylu chandlerowskim z elementami horroru, a dostałem konglomerat kiepskiej jakości popłuczyn po Danie Brownie z przewodnikiem po przedwojennym Wrocławiu. Sam bohater również nie zrobił na mnie pozytywnego wrażenia. Ja rozumiem, że młody chłop i hormony w nim buzują, ale żeby na każdym kroku myśleć o pierdoleniu to chyba lekka przesada (nie myślcie sobie przypadkiem, że jestem pruderyjny w tej kwestii, nie, niektóre opisy czynności czy też sytuacji seksualnych były bardzo dobre, jednak z seksem w książce powinno się obchodzić jak z przyprawą w potrawie, nie dodać - może być nie smaczna, dodasz za dużo - tak samo). Jeśli ma to być nawiązanie do romansów Marlowa albo Spade'a to u Chandlera i Hammett wychodziło to o wiele naturalniej i subtelniej. Ale seks to tylko jedna, mało istotna sprawa. Cała ta postać jest jakaś niespójna. Chaotyczna. Rozdarta między równymi sprzecznymi pragnieniami. Być może taki był zamysł autora. Może chciał pokazać w jakich okolicznościach wykuwał się charakter przyszłego detektywa Eberharda Mocka, biednego ale niezwykle inteligentnego chłopaka z Wałbrzycha. Ja tego jednak nie kupuję. Nie przemawia to do mnie. Nie zachwyca mnie. Natomiast cała reszta bohaterów została skrojona dość ciekawie. Ich duża różnorodność i, niekiedy, groteskowość zachowań, wyglądów i charakterów była dużym urozmaiceniem. 

Same realia Wrocławia początku drugiej dekady XX w. oddał autor bardzo ciekawie. Nie mogę powiedzieć czy dobrze, bo nie mam w tym temacie żadnej wiedzy, jednak wydaje się z lektury, że dość autentycznie i dokładnie. Nie rozmijając się z prawdą historyczną w zbyt wielu miejscach. Czyta się to dobrze, choć topograficzny charakter jego powieści jest dla mnie zbyt męczący. Ciągłe krążenie po ulicach z tymi okropnymi niemieckimi nazwami nie sprawiało mi radości, a po pewnym czasie zacząłem je zwyczajnie pomijać, bo nie chciało mi się przedzierać przez szkopska ortografię. Wystarczyło mi tylko, że widziałem w jakim budynku, u kogo albo gdzie dzieje się akcja, a to przy jakiej ulicy się on znajduje uznawałem za mało istotne. 

Najgorszy jednak ze wszystkiego był sposób rozwiązania zagadki i wyjaśnienia przyczyn i okoliczności morderstwa, a także najważniejsze, czyli kto to morderstwo popełnił. Autor w posłowiu wspomniał, że w kwestiach symboliki masońskiej pomagał mu profesor Tadeusz Cegielski, który z tego co mi wiadomo jest również autorem jak i wielkim znawcą gatunku kryminału (tutaj odnośnik do mojej recenzji jego książki o tym właśnie zagadnieniu). Ciekawi mnie zatem fakt, jak taki tuz nie zwrócił swojemu koledze po piórze uwagi, że ów popełnia jeden z niewybaczalnych błędów fair plai względem czytelnika na mordercę wybierając postać, która na kartach książki pojawia się niespełna dwa razy w bardzo skromnej charakterystyce i okolicznościach. Jest to policzek wymierzony wszystkim tym, którzy wraz z Mockiem starali się rozwiązać sprawę morderstwa. Jedynym wyjaśnieniem i w pewnym stopniu rozgrzeszeniem dla autora jest na poły sensacyjno-szpiegowski charakter powieści. Z rozwoju fabuły wszakże na pierwszy plan wysuwają się bardziej machinacje oraz intrygi mające na celu uwypuklenie wątku politycznego, a nie samego śledztwa. 

Mimo, że książkę czytało się dość gładko (oprócz tych topograficznych kantów) a sama zagadka była ciekawa, to jednak jej rozwiązania oraz postać głównego bohatera skłaniają mnie do wystawienia oceny drastycznie niskiej, jak na rangę i miejsce jakie zajmuje tak seria, jak i jej autor na polskiej scenie literatury rozrywkowej. Nie skreślam go jednak. Dam sobie i Krajewskiemu jeszcze jedną szansę. Tymczasem...
Moja ocena 3.5/10

niedziela, 8 stycznia 2017

[210] Książka: "Wielka Księga Armii Krajowej" - Opracowanie zbiorowe (2015)

Ostatnio było o tym jak się książek nie powinno pisać i wydawać. Dziś odwracamy skalę oceny o 180 stopni. Chciałbym wam wszak zaprezentować coś naprawdę imponującego. Dobrze i estetycznie wydanego. Świetnie napisanego i zredagowanego. Po prostu rzecz bardzo dobrą. Jest nią opracowanie zbiorowe pt.: Wielka Księga Armii Krajowej. 

poniedziałek, 19 września 2016

[205] Książka: "Skandale złotej ery Hollywood. Seks, dewiacje i dramaty amerykańskiego kina" - Anne Helen Petersen (2015)


Dziś po raz kolejny książka o kinie. No, może nie sensu stricto, bo raczej o ludziach, którzy te kino tworzą. Anne Helen Petersen - z racji swoich zainteresowań, jest bowiem blogerką i dziennikarką specjalizującą się w historii mediów plotkarskich i zna życie celebrytów od podszewki - postanowiła się przyjrzeć wielkim gwiazdom złotej ery Hollywood i związanym z nimi skandalom.

piątek, 17 czerwca 2016

[193] Książka: "Maluch. Biografia" - Przemysław Semczuk (2014)


Dziś mam dla was coś z zupełnie innej beczki. Po nieudanej przygodzie z Komudą, przyszła kolej na coś zdecydowanie lżejszego. Książka pouczająca, bawiąca i smucąca, czyli rzecz o tyn jak Gierek zmotoryzował Polaków.

Maluch nie ustępował kroku nikomu...

Maluszka zna każdy. Jeśli nie z własnych doświadczeń za jego kierownicą, czy też na fotelu pasażera, bądź tylnej kanapie, to z pewnością z widzenia (wciąż te małe drogowe pokraki snują się po Polskich miastach i miasteczkach) lub z opowieści starszych (wszystko zależy ile macie lat;)). Dziś ten samochodzik budzi jedynie politowanie lub też nostalgię - wszystko zależy od indywidualnych skojarzeń. Jednak nie da się ukryć, że jeszcze 4 dekady temu wzdychał do niego niejeden Kowalski. A jeździł nim cały przekrój społeczeństwa od robotnika, przez naukowca (pamiętacie słynną scenę otwierającą Nie ma mocnych, kiedy to po szosie mknie czerwony maluszek z wieńcem na dachu?) po dyrektorów (przykładem może być tutaj również czerwony "strączek" inżyniera Karwowskiego). 

Dawał sobie radę w każdych warunkach...

Jednak dziś, w dobie używanych samochodów zza zachodniej granicy kosztujących jedną średnią pensję przeciętnego mieszkańca kraju nad Wisłą trudności wiążące się ze zdobyciem upragnionego wozidełka odeszły w zapomnienie. Przypomnieć i usystematyzować je postanowił dziennikarz i publicysta Przemysław Semczuk biorąc na warsztat biografię Maluszka. 

Często był oparciem dla strudzonych wiernych w drodze do Częstochowy / Fot. Elżbieta Oyrzanowska
Wydawałoby się temat banalny i nie ciekawy. Ot, tak samo pomyślałem i ja przez dłuższy czas przechodząc obok tej książki zupełnie obojętnie do czasu kiedy trafiła w moje ręce w ramach jakiejś super-mega-promocji. No i wciągnęła mnie już od pierwszych stron. Dużą rolę odegrał tutaj z pewnością lekki i przystępny styl autora. Jednak sama opowieść była równie pasjonująca, ponieważ nie obejmowała jedynie historii powstania samochodu, ale również bardzo dokładnie przedstawioną sytuację motoryzacyjną Polski na przełomie lat 60. i 70. XX w. Całą propagandę i machinę reklamującą i zachwalającą ten cud techniki, a także późniejsze trudności z nabyciem samego pojazdu, części zamiennych do niego oraz schyłek jego żywota.

A obecnie, po kilku modyfikacjach, pokazuje rogi nawet w wyścigach równoległych!

W pełni zgadzam się z tym co jest napisane na okładce, że nie jest to książka jedynie dla wielbicieli motoryzacji. Moim zdaniem jest to coś w rodzaju reportażu pokazującego wycinek życia społeczeństwa jakim było pragnienie posiadania swoich własnych czterech kółek oraz wszystkie trudności jakie wiązały się z jego posiadaniem, eksploatacją, naprawami, zdobyciem części zamiennych, paliwa etc. A gdzie w tym wszystkim Maluszek, spytacie? Maluszek był i wciąż jest dla wielu rozkosznym samochodzikiem, który zmotoryzował Polskę. I pewnie takim pozostanie.

Moja ocena: 7/10

poniedziałek, 15 lutego 2016

[183-184] Książki: "George Best. Najlepszy" - Roy Collins, George Best (2015); "Gwiezdne Wojny. Jak podbiły wszechświat?" - Chris Taylor (2015)

Dziś krótko, bo w pierwszym przypadku nie ma za bardzo o czym pisać, a w drugim jest tego tak dużo, że nie chciałoby się wam czytać. 

Kiedy sięgałem po tę książkę spodziewałem się nie lada petardy. Widziałem bowiem już kiedyś film bazujący na historii życia Besta i był on naprawdę ciekawy. Jednak to co dostajemy, w tej spisanej trzy lata przed śmiercią autobiografii, przechodzi wszelkie pojęcie. Książka jest pisana w sposób nonszalancki, jakby od niechcenia. Best nad każdym wydarzeniem, choćby nie wiem jak ważny, przelatuje bardzo pobieżnie, praktycznie bez żadnych emocji pędząc do kolejnego. Nic nie wydaje się warte pogłębionej refleksji. Wszystko jest jakby mało znaczącym elementem jakich wiele. Do tego stopnia, że w pewnym momencie lektury gdzieś mi umknęło około 13 lat życia tego najsłynniejszego zawodnika Manchesteru United, kiedy na jednej stronie miał lat trzydzieści kilka a na kolejnej był już dobrze po czterdziestce. Może nieuważnie czytałem, a może ten wycinek życia wydawał się Bestowi na tyle mało istotny, że postanowił go pominąć milczeniem.

Jak na biografię sportowca, jest w niej również zaskakująco mało sportu. Chyba, że sportem nazwiemy chlanie i uganianie się za panienkami. Wtedy możemy czerpać pełnymi garściami.

Tak wysoka ocena jedynie za wątek związany z alkoholizmem i odczucia chorego na niego człowieka pisane z pierwszej ręki.

Moja ocena: 4/10 

Genialna, obszerna, wielowątkowa i wielokontekstowa analiza przyczyn powstania, a także późniejszej popularności całego uniwersum znanego dziś pod nazwą Gwiezdne Wojny.

Autor przybliża nam postać Lucasa starając się wyjaśnić jak doszło do tego, że stworzył on jeden z najbardziej kultowych (jeśli nie najbardziej) elementów popkultury.

Dowiemy się w jakich bólach i trudach rodził się pierwszy szkic pierwszego filmu, i jakie trudności napotykał reżyser podczas kręcenia kolejnych części. Dowiemy się również dlaczego trzeba było tyle lat czekać na kolejne trzy epizody i czemu są tak różne od części IV, V i VI. Poznamy historię całej franczyzy jaką są Star Warsy od momentu jej powstania poprzez przejęcie jej przez Disneya do chwili obecnej. Jest tutaj także mowa o ludziach wiązanych z jej tworzeniem, a także z jej wielbieniem. Poznamy psychofanów i maniaków oraz osoby, które związały się z tym wyimaginowanym uniwersum z czystej, dziecięcej fascynacji i trwają w niej przez dziesiątki lat.

Książkę tę polecam każdemu kto lubi Gwiezdne Wojny i chce lepiej zrozumieć dlaczego są właśnie takie i jak do tego doszło.

Moja ocena: 10/10

 

piątek, 25 grudnia 2015

[177] Książka: "Kałasznikow" - C. J. Chivers (2015)

Był sobie raz pewien sierżant Armii Czerwonej - niezbyt lotny, ale dość ambitny - któremu poszczęściło się na tyle, że jego nazwisko nosi najsłynniejszy karabin szturmowy jaki kiedykolwiek zaprojektowano i wyprodukowano. Ten dwukrotny Bohater Pracy Socjalistycznej, który dochrapał się stopnia generała-porucznika nazywał się Michaił Kałasznikow, jednak książka nie będzie o nim, będzie o tych kilku kilogramach żelaza, które opatrzono jego nazwiskiem, czyli AK-47.
 
Autorem tego obszernego opracowania jest "Christopher John Chivers, starszy redaktor piszący dla gazety "The New York Times" i były szef jej moskiweskiego biura. Często współpracuje również z czasopismem „Esquire”. W latach 1988—1994 był oficerem Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych. Służył w Zatoce Perskiej i podczas zamieszek w Los Angeles. Został z honorami przeniesiony w stan spoczynku w stopniu kapitana. Za swoją pracę otrzymał kilka nagród, między innymi National Magazine Award w kategorii reportaż za opublikowaną w „Esquire” rekonstrukcję ataku terrorystycznego na szkołę w Biesłanie oraz, wspólnie z innym dziennikarzem, nagrodę Pulitzera w kategorii reportaż międzynarodowy za relację z walk w Afganistanie opublikowaną w „The New York Times”. Jego reportaże wojenne z lat 2003-2009 z Iraku i Afganistanu zostały zaliczone przez Uniwersytet Nowojorski do dziesięciu najważniejszych dokonań dziennikarskich minionej dekady w Stanach Zjednoczonych."*

Czytając tę notkę o autorze można z czystym sumieniem dojść do wniosku, że jest on odpowiednim człowiekiem do prześledzenia historii broni maszynowej od samych jej początków, aż do wynalezienia, jak do tej pory, jednego z najskuteczniejszych narzędzi do zadawania śmierci na polu walki i nie tylko. Tak, w tej książce mamy bowiem do czynienia nie tylko z AK-47 i wszelkimi jego wersjami, replikami, egzemplarzami tworzonymi na licencji oraz późniejszymi odmianami, ale także, a może przede wszystkim, zaprezentowane wszystkie etapy ewolucji broni automatycznej począwszy od kartaczownicy Gatlinga poprzez przełomowy wynalazek Hirama Maxima, aż do kultowego dziś Kałasznikowa. W tę dokładną analizę bardzo zręcznie wplecione zostają biografie poszczególnych twórców, ich motywacje i wyobrażenia na temat broni, którą tworzyli. Autor nie stroni także od prześledzenia aspektów związanych z taktyką i powolnego oraz niepewnego wprowadzania broni automatycznej (maszynowej) na pola bitew końca XIX w. a także początkowych lat XX w., kiedy dowódcy nie chcieli i nie potrafili z niej korzystać jednocześnie nie wierząc w jej skuteczność. W połowie książki dochodzimy wreszcie do właściwych rozważań (jednak tylko odnośnie do polskiego tłumaczenia tytułu, ponieważ w oryginale książka zatytułowana jest The Gun i w żaden sposób nie konotuje się aż tak ściśle z jedną, konkretną bronią), czyli do okoliczności powstania Awtomatu Kałasznikowa (stąd skrót AK), który po wielu przeróbkach i kilku oszustwach
został wprowadzony do seryjnej produkcji w roku 1949 i przyjęty na podstawową broń czerwonoarmistów. W trakcie tych rozważań poznamy również dość dobrze, choć nie zawsze w pełni prawdziwie - co nie jest winą autora - sylwetkę samego Michaiła Kałasznikowa (różne źródła podają różne informacje, niektóre wciąż są tajne, a sam zainteresowany w swoich pamiętnikach i wywiadach wielokrotnie sam sobie przeczy). Pojawiają się też bardzo istotne i potrzebne, dla całkowitego zrozumienia fenomenu radzieckiej konstrukcji, informacje na temat jednego z jej największych rywali, a mianowicie amerykańskiego karabinka automatycznego M16. Jego wprowadzenie do produkcji i przyjęcie na podstawową broń amerykańskiej armii również owiane jest niesławą i niesie za sobą wiele kontrowersji, gdyż sama broń w początkowej fazie eksploatacji była szalenie zawodna, do tego stopnia, że żołnierze walczący nią w Wietnamie ginęli z powodu ciągłego zacinania mechanizmu lub wymieniali na starszego M14 albo znaleźnego Kałsznikowa.

Autor nie stroni także od wskazania przyczyn tak dużej popularności i rozpowszechnienia tej broni na całym świecie, nie pomijając różnego rodzaju grup terrorystycznych lub bojówek rewolucyjnych, które bardzo chętnie z niego korzystają.

Podsumowując, jeśli kogoś interesują zagadnienia związane z bronią automatyczną, jej historia oraz ewolucja taktyki związanej z wykorzystaniem jej na polu walki, to jest to bardzo dobre opracowanie dla niego. Są tutaj bowiem w idealnych proporcjach zawarte najważniejsze informacje uzupełnione o biografie jej twórców, a także bezpośrednie wypowiedzi jej użytkowników. Jednak pozostali, niezainteresowani taką tematyką, nie znajdą w tej książce niczego co mogłoby ich zainteresować i tym z was zdecydowanie ją odradzam, bo jest to dość obszerna lektura (liczy sobie 576 stron) i może się wydać nużąca z uwagi na sporą ilość informacji stricte technicznych. Jednak osobiście uważam, że jest to kawał świetnie wykonanej dziennikarskiej i historycznej roboty w bardzo dobrym wydaniu, napisanej przystępnym i spójnym językiem.

Moja ocena: 9/10

Cytat pochodzi z książki C. J. Chivers, Kałasznikow, Kraków 2015.

środa, 18 listopada 2015

[172] Książka: "Tajemna historia" - Donna Tartt (1992)

Jeszcze wcale nie tak dawno temu zupełnie nie wiedziałem kim jest Donna Tartt, a dziś czytam już drugą jej książkę i bacznie rozglądam w poszukiwaniu trzeciej. Moje spotkanie z nią przebiegło dwuetapowo. Jakieś pół roku temu kupiłem sobie Szczygła w jednej z mega promocji, którymi codziennie bombardują mnie internetowe sklepy jednak, z uwagi na fakt, że książka ta liczy sobie ponad 800 stron odłożyłem ją "na później". Tymczasem około 10 dni temu tegoż samego Szczygła otrzymałem w prezencie urodzinowym. Ucieszyłem się, że obdarowująca mnie osoba, pomyślała, że będę w stanie przeczytać tak obszerną i mądrą książkę, a tuż po chwili wyjaśniłem jej, że już ją posiadam. Wiem, nie było to miłe, ale wybaczyła mi i zamieniła ją w sklepie na drugą powieść tej samej autorki pt. Tajemna historia. Teraz nie było już wymówek, usiadłem do podarowanej mi powieści i... przepadłem na 3 dni.

Zanim opowiem wam o książce musicie się dowiedzieć czegoś o Donnie Tartt, bo jest to fascynująca autorka. Swoje książki pisze od 1983 roku, kiedy to zaczęła pracę nad Tajemną historią, ale do tej pory ma na swoim koncie... dopiero 3 powieści. Na każdą z nich poświęca bowiem około 10 lat, wychodząc z założenia, że pośpiech w niczym nie pomaga.


I takim oto sposobem pracę nad Tajemną... zakończyła w roku 1992 a już za chwilę książka ta stała się jednym z najciekawszych debiutów drugiej połowy XX w. uzyskując rangę bestsellera. Kolejna powieść, Mały przyjaciel również powstawała przez dekadę, została bowiem wydana w roku 2002. A już po niespełna 11 latach na półkach księgarni ukazała się jak do tej pory ostatnia i najbardziej doceniona przez krytyków powieść Tartt Szczygieł uhonorowana m.in. nagrodą Pulitzera.

Dziś chciałbym jednak napisać kilka słów o jej literackim debiucie. O książce tak innej od wszystkich jakie do tej pory czytałem, że aż trudno mi było się do niej ustosunkować. Wyobraźcie sobie bowiem młodego chłopaka, który po kilku próbach odnalezienia swojej życiowej drogi (nieudane studia medyczne a w konsekwencji ucieczka z małego kalifornijskiego miasteczka do Nowej Anglii) trafia do koledżu w miasteczku Hampton, gdzie urzeczony wykładowcą i jego nielicznymi studentami wbrew wszelkim prawom zdrowego rozsądku zaczyna studiować filologię klasyczną (w tym przypadku akurat starożytną grekę). Ci młodzi ludzie, tak wytworni, wyróżniający się spośród innych studentów zachowaniem, ubiorem i światopoglądem całkowicie urzekli głównego bohatera. Wywarli na nim tak piorunujące wrażenie, że mimo innego pochodzenia i braku środków finansowych, aby żyć na podobnym poziomie i aspirować do ich podszytego lekką nonszalancją snobizmu za wszelką cenę starał się dostać do tego zamkniętego grona. Kiedy wreszcie mu się to udaje i wszystko układa się jak w bajce sielankę przerywają dwa morderstwa, które odbiją się cieniem na ich przyjaźni i całej ich przyszłości. 

Tajemna historia to trzymająca w ciągłym napięciu opowieść o fascynacji sztuką a także sobą nawzajem, która może prowadzić do tragicznego końca. O moralności, karze i odkupieniu, ale także o błędach młodości i o tym, jak niewiele trzeba by zabić człowieka, i jak wiele kosztuje późniejsze życie z piętnem tego czynu.  

Przyjaciele zaczynają nawzajem obwiniać się o to co się stało, szukają wymówek i próbują uciec ze swoimi problemami w alkohol, odurzające medykamenty lub narkotyki. Zatracają się w sobie nie mogąc uporać się z tym co się stało. Tartt w bardzo przekonujący sposób pokazuje nam rozpad poszczególnych osobowości nie przygotowanych na presję jaka towarzyszy ukrywaniu tak tragicznej prawdy.

Mimo tego, że przez większość książki prawie nic się nie dzieje, to jednak poczucie tego, że zaraz wydarzy się zapowiedziana na pierwszych stronach tragedia nie pozwala się od niej oderwać, a każdą kolejną stronę pochłania się z jeszcze większym zaciekawieniem niż poprzednią. I tak aż do ostatniego akapitu. 

Moja ocena: 8/10

sobota, 26 września 2015

[162] Książka: "Wyrtropić Eichmana. Pościg za największym zbrodniarzem w historii" - Neal Bascomb (2009)

Od dziś zaczynam na moim zapomnianym przez świat i ludzi blogu cykl recenzji poświęconych książkom o tej samej lub bardzo podobnej tematyce, a mianowicie niemieckim zbrodniarzom II wojny światowej, a szerzej nazistom i ich działaniom w ostatnich dniach wojny oraz po niej. Pierwszym tytułem, który chciałbym Wam przybliżyć będzie książka Neala Bascomb'a pt.: Wytropić Eichmanna opowiadająca o trwających przeszło 15 lat poszukiwaniach człowieka odpowiedzialnego za "ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej". Jak autor poradził sobie z tym tematem? Zapraszam!

Ostatnimi czasy pojawiło się kilka książek (które również pojawią się w tym zestawieniu) poruszających temat niemieckich zbrodniarzy wojennych, jednak nie w kontekście zasłużonych procesów sądowych lecz przedstawiających ich powojenne, często bezpieczne i przyjemne, życie w krajach oferujących im azyl i schronienie. Mam tutaj głównie na myśli książki Zbiegli naziści Geralda Steinachera oraz Sąsiedzi naziści Erica Lichtblaua. Są to publikacje dość świeże, ponieważ ich premiery miały miejsce kilka miesięcy temu (pierwsza z wymienionych książek) a nawet kilkanaście dni temu (drugi przykład). Ten temat poruszył jednak również Bascomb już kilka lat wcześniej, choć w tym konkretnym przypadku - w przeciwieństwie do ww. książek - jego rozważania, dochodzenia, spekulacje są poświęcone nie wielu przypadkom lecz jednemu człowiekowi, Adolfowi Eichmannowi właśnie.

Bascomb w tej liczącej 400 stron książce stara się jak najdokładniej przedstawić sylwetkę, a także rys charakterologiczny oraz ostatnie dni wojny, jak i późniejszą piętnastoletnią ucieczkę Adolfa Eichmanna przed sprawiedliwym osądem jego wojennych zbrodni do którego doszło w 1961 roku w Izraelu. Co niektórych może zdziwić portret Eichmanna jaki rysuje nam Bascomb. Nie przedstawia on wcale zwyrodniałego, sadystycznego oprawcy i maniaka. Z opisu wyłania się osoba spokojna, rzetelna, oddana swojej pracy i towarzyszom. Człowiek, który bardzo starał się dokładnie i jak najlepiej wykonywać powierzone mu zadania. A że tym zadaniem było całkowite pozbycie się z terenu Niemiec i krajów przez Niemcy okupowane Żydów, to już całkiem inna sprawa. Z opowieści autora wynika nawet, że Eichmann wcale nie nienawidził Żydów, starał się poznać ich kulturę, religię a nawet nauczyć się hebrajskiego. Ba!, chciał im pomóc znaleźć nowy "dom". No, ale to już nie jego wina, że nikt Żydów nie chciał przygarnąć i w konsekwencji musiał ich wszystkich wymordować. Jednak przecież nie robił tego osobiście. Co to, to nie! On tylko wydawał rozkazy. To inni mordowali, gazowali, głodzili i zmuszali do pracy ponad siły, nie wspominając już o przeprowadzaniu okrutnych testów medycznych w czym brylował dr Mengele (któremu w tej książce również poświęcone zostanie kilka słów). Swoją drogą ten argument będzie się pojawiał podczas procesów najczęściej; w tej albo w przeciwnej formie, czyli "to nie ja, to oni zabijali" lub "to ja, ale to oni mi kazali". Bardzo ciekawa logika, choć w sumie nic innego tym ludziom nie zostało, a każdy kto widział, że za chwile zaciśnie się na jego szyi stryczek starał się ratować, jak tylko mógł. 

Ale wróćmy do książki. Bascomb dokładnie rekonstruuje całą drogę Eichmanna i działania jego, jak i wszystkich ludzi, którzy pomogli mu w bezpiecznym dotarciu do sprzyjającej w tamtym czasie nazistom Argentyny oraz sprowadzeniu tam jego żony i trójki dzieci. Równie dokładnie opisuje wszystkich ludzi zaangażowanych w wytropienie zbrodniarza i w konsekwencji postawienie go przed izraelskim sądem, a co za tym idzie skazanie na śmierć przez powieszenie. 

Nowa okładka "starej" książki.

Tyle jeśli chodzi o treść. Teraz czas przejść do tego w jaki sposób to jest napisane. A napisane jest dokładnie. Bardzo dokładnie i szczegółowo. I niestety szczegółowo aż do przesady. Jest to moja subiektywna opinia i nie jest ona tożsama z zachwytami nad tą publikacją, ale wydaje mi się, że gdyby autor mniej fabularyzował, odpuścił sobie większość chwytów mających za zadanie nieustanne trzymanie czytelnika w napięciu a więcej uwagi poświęcił samemu procesowi, to książka byłaby, paradoksalnie, dużo ciekawsza. W tej formie w jakiej ją otrzymujemy jest za dużo niepotrzebnych domysłów (generowanych przez zwroty typu: spojrzał ze strachem..., pomyślał o..., etc.; skąd niby autor to wszystko wie? Może z rozmów, ale wątpię żeby miał okazję porozmawiać z Eichmannem). No i ten cały szereg nieprzychylnych zbiegów okoliczności, które co i rusz stawiały powodzenie akcji pod znakiem zapytania. Jak w jakimś kiepskim thrillerze. I nie piszę tego wcale żeby deprecjonować fakty, ale wydaje mi się, że można było sobie i czytelnikom oszczędzić choćby połowy z nich. A przez tę drobiazgowość połączoną z fabularyzowaniem książka jest zbyt obszerna i czytelnik (a bynajmniej ja) w pewnym momencie traci zainteresowanie opowiadają historią. Bo ile można czytać o tym, jak wygląda droga do domu Eichmanna i jak mocno i ciężko pracowali agencji, żeby nauczyć się zakładać bezbłędne chwyt mający na celu unieruchomienie i uciszenie figuranta (nie muszę chyba dodawać, że to i tak nic nie dało, bo przez ZBIEG OKOLICZNOŚCI całą akcja potoczyła się inaczej niż była zaplanowana?).

Jednak mimo tych wad (oczywiście tylko w moim mniemaniu) uważam tę książkę za umiarkowanie zajmującą i na pewno wartą lektury szczególnie przez ludzi zainteresowanych tą tematyką. 

Moja ocena - 6/10

sobota, 8 sierpnia 2015

[143] Książka: "Ostatnie rozdanie" - Wiasław Myśliwski (2013)

Są takie książki, które mimo braku solidnie zarysowanej fabuły mają w sobie coś czemu nie możemy się oprzeć. Jakąś taką wewnętrzną siłę przyciągania, która już od pierwszych zdań wciąga nas w gąszcz, mogłoby się wydawać niezwiązanych za sobą, wydarzeń. Taką książką jest na pewno długo wyczekiwana, najnowsza powieść Wiesława Myśliwskiego pt.: Ostatnie rozdanie.

Jest to bardzo specyficzny typ powieści określany mianem filozoficznej. Stąd też wspomniany wcześniej brak fabuły, a także chronologii wydarzeń ani nawet układu przyczynowo-skutkowego. Mamy tylko głównego bohatera oraz jego przemyślenia, doświadczenia życiowe, które go ukształtowały, ludzi mu najbliższych, a często i dalszych, którzy mieli wpływ na jego życie i charakter. 

Przyczynkiem do tych wszystkich rozważań jest notes z adresami. Notes, do którego przez większość życia bohater wpisywał najrozmaitsze nazwiska ludzi, którzy przewinęli się przez różne etapy jego życia, przez co rozrósł się do karykaturalnych rozmiarów i po raz kolejny nadeszła pora, aby go uporządkować. I właśnie podczas jednej z takich prób (bo jak się dowiemy z dalszej lektury - nie pierwszej) go poznajemy. Dodajmy oczywiście, że prób nieudanych. Bo porządkowanie takiego notesu jest trochę jak porządkowanie życia...

Ciekawostką pozostaje fakt, że w zatrzęsieniu nazwisk, imion, pseudonimów z jakimi mamy w książce do czynienia, nasz bohater pozostaje anonimowy. Jednak poza tym dowiadujemy się o nim naprawdę dużo. Wraz z nim brniemy przez kolejne nazwiska, wizytówki i wydarzenia z nimi związane. Poznajemy jego dzieciństwo, młodość, dojrzałość przez pryzmat osób, z którymi wchodził  w interakcje.

Jest to powieść bardzo przemyślana. Dokładna. Pisana niespiesznie. Powieść głęboka, miejscami metafizyczna, słaniająca się niekiedy na granicy jawy i snu, choć mimo tego bardzo realistyczna. Powieść skłaniająca do przemyśleń na temat świata, życia, przemijania. Powieść, która może być czytana po wielokroć i za każdym razem odkrywać nowe treści i sensy. Powieść, która pozwala znów nabrać szacunku i uwierzyć w wartość polskiej literatury.

Moja ocena: 9.5/10 

wtorek, 14 lipca 2015

[140] Książka: "House of cards" - Michael Dobbs (2015)

Dziś przyszła pora na kolejną książkę. Tym razem jest to coś o czego filmowej adaptacji (tej drugiej, bo pierwszą BBC nagrało już w roku 1990) słyszałem bardzo wiele dobrego. O samej książce nie słyszałem natomiast nic. Postanowiłem, z uwagi na to, że serialu nie da się oglądać jeżdżąc na rowerze, a IVONA przeczyta wszystko, zapoznać się z tym fragmentem nowożytnej literatury brytyjskiej. Czy było warto? Zapraszam na recenzję!

Gwoli wyjaśnienia napomknę tylko, że książka ta jest stara. Nie jakoś bardzo, ale napisana została pod koniec lat 80. i te czasy opisuje, więc ta data w tytule jest jedynie datą polskiego tłumaczenia w serialowej okładce (pierwsze polskie wydanie pojawiło się już 5 lat po wersji oryginalnej, czyli w 1994 roku). Jeszcze jedną ważną informacją, która może sprawić, że lektura wyda Wam się ciekawsza jest fakt, że Dobbs - posiadający doktorat z badań nad obroną nuklearną - przez szereg lat był politykiem Partii Konserwatywnej (piastował między innymi stanowisko szefa jak i wiceprzewodniczącego tejże partii). I ostatnia wiadomość, tym raczej raczej dla wytrwałych i dobrze znających ojczysty język autora, mianowicie Dobbs w roku 1992 i 1994 napisał dwie kolejne części trylogii Francisa Urquharta kolejno To Play the King i The Final Cut. 

"Nie ma niegodziwości, której polityk nie mógłby popełnić, a dziennikarz nie rozdmuchał. Histeryczna przesada to charakterystyczna cecha i jednych, i drugich."

Po tym przydługim wprowadzeniu czas przejść do samej powieści. A jak pewnie zdążyliście się domyślić (oglądając serial :P) czytając wstęp, będzie ona traktować o polityce, a dokładniej o dochodzeniu do władzy po tzw. trupach. I to wcale bez przenośni. Głównym bohaterem opowiadanej historii jest Francis Urquhart a akcja zaczyna się tuż przed ogłoszeniem wyników wyborów parlamentarnych. Aby zbytnio nie wdawać się w szczegóły napiszę tylko, że partia aktualnie rządząca po raz trzeci z kolei odnosi w nich, niewielkie tym razem, zwycięstwo. Premier wraz ze swoimi doradcami, Walterem Sauelem - szefem partii i Francisem Urquhartem - rzecznikiem dyscypliny klubowej, starają się obmyślić jakie zmiany mogą znów zapewnić partii zaufanie i poparcie wyborców. Urquhart optuje za mocnymi przetasowaniami na stanowiskach ministerialnych, licząc po cichu, że i dla niego znajdzie się jakaś teka do "wzięcia". Na jego nieszczęście szef rządu nie chce wprowadzać żadnych zmian personalnych w rządzie, co w konsekwencji prowadzi do wielkiego rozczarowania Urquharta i jego przemożnej chęci zemsty na premierze. A ma do tego niezaprzeczalne predyspozycje (jest małą, zawistną, przebiegłą mendą) i środki ( będąc wszak rzecznikiem dyscypliny partyjnej wie wszystko o wszystkich - a posiadanie haków na "kolegów" z sejmowej ławy jest, jak wiemy z naszego podwórka sprawą w polityce najważniejszą). Francis działając w białych rękawiczkach rozpoczyna swój wyścig po władzę.

Tak można by w kilku słowach naszkicować główny wątek fabularny. Oczywistym jest, że Dobbs nie ogranicza się jedynie do losów Urquharta. W książce pojawia się jeszcze kilka postaci, którymi Francic będzie zręcznie manipulował lub które będzie szantażował. Na pierwszy plan wysuwają się uzależniony od narkotyków szef PRowców Robert O'Neil (czy też ktoś od szeroko pojętej reklamy) oraz młoda dziennikarka "Chronicle", za wszelką cenę chcąca się wylansować i zdobyć temat roku. Nie wypada w tych wyliczenia pominąć też samego premiera oraz jego brata alkoholika.

Przechodząc do głębszej analizy postaci muszę z przykrością stwierdzić, że są one - w większości przypadków - bardzo schematyczne. Same mechanizmy działania, motywacje również nie są zbyt wyszukane. Faceci myślą głównie o władzy i o dupach (nie zawsze kobiecych), a baby jak to baby, chcą być najlepsze na świecie we wszystkim. To niekiedy niezmiernie wkurza i męczy, ale w ogólnym rozrachunku da się przetrwać, bo nie jest ani gorsze ani lepsze niż w innych podobnych "tworach estetycznych".

Cała intryga jest budowana bardzo pieczołowicie, jak tytułowy domek, karta po karcie. Kolejne elementy nakładają się na siebie tworząc pajęczynę zależności i szantaży, co sprawia, że główny bohater z każdym kolejnym rozdziałem jest bliżej swojego celu. Czy mu się uda go osiągnąć? To musicie odkryć sami. Ja na zakończenie napiszę tylko, że gdyby nie końcówka, w której autor zbytnio poluzował sobie cugle, całokształt prezentowałby się znacznie lepiej. Czy polecam? Myślę, że można przeczytać, ale świat się nie zawali jak poprzestaniecie na serialu ;)

Moja ocena: 6/10

wtorek, 2 czerwca 2015

[132] Książka: "Ślady zbrodni. Niezwykła historia Polaka, który został ekspertem od broni palnej policji San Francisco i biura śledczego ATF" - Richard A. Grzybowski i Piotr Litka (2014)

Nie ma to jak rozmach w tytule. Podejrzewam, że to zdanie po kropce jest tylko podtytułem, bądź czymś co w gazetowym dziennikarstwie nazywamy lidem jednak skoro jest umieszczane na różnych stronach poświęconych recenzowaniu książek to i ja postanowiłem go nie pomijać. Z niego też możemy się dowiedzieć kim był autor niniejszej książki (zauważcie, że nie napisałem "o czym jest książka", bo to dwie równe kwestie o czym więcej za chwilę) i czy nas jego historia zainteresuje czy też nie. Ja sięgnąłem po nią licząc na jakieś przydatne informacje, które będę mógł wykorzystać w moich dalszych projektach naukowych, czy było warto, o tym w dalszej części tekstu. Zapraszam!

Tytuł Ślady zbrodni wskazuje na to, że w tekście tym będą poruszane ciekawe zagadnienia dotyczące różnych spraw kryminalnych, które pomagał rozwiązywać nasz znamienity rodak. Był w końcu wieloletnim pracownikiem policji San Francisco (wiecie, to te miasto, w którym kręcili m.in. Bullitta i przygody porucznika "Brudnego Harrye'go" Calahana) i jak dodaje podtytuł również ATF, czyli drugiej co do wielości i ważności obok FBI federalnej agenci konkretnie zajmującej się alkoholem, bronią i ładunkami wybuchowymi. Niestety w książce tej jest więcej anegdot i relacji z przyznaję, dość ciekawego życiorysu pana Grzybowskiego niż tych tytułowych śladów zbrodni, ponieważ tych było może raptem 5 z czego niektóre potraktowane bardzo po macoszemu i łącznie zajmowały może z 50 stron (w niemal 300 stronicowej książce).

Grzybowski nie był całkiem anonimowym "szczurkiem" laboratoryjnym...

Jednak nie uważam czasu spędzonego z tą książką za całkowicie stracony. Dowiedziałem się z niej kilku ciekawych rzeczy, bo nasz rodak miał dość duże ambicje, które udało mu się spełniać, co powodowało, że praca policyjnego kryminalistyka balistyki była tylko początkiem jego trwającej do dziś kariery (jest w zawodzie od przeszło 36 lat). Później, w wieku lat czterdziestu postanowił rozpocząć studia prawnicze. I tutaj ciekawostka, która jest słabo dostrzegalna, a częściej pewnie błędnie pokazywana w różnego rodzaju amerykańskich produkcjach (albo coś się w prawie amerykańskim zmieniło), ponieważ autor wspomina, że studia prawnicze są studiami doktorskimi i trzeba mieć wcześniej ukończony już jakikolwiek kierunek studiów magisterskich. Ta wiedza stawia w bardzo nieciekawym świetle wszystkie serialiki, w których zasmarkane jeszcze niemal nastolatki stają przed obliczem sądu jako licencjonowani prawnicy (jak na przykład ten gniot Sposób na morderstwo). W książce znalazło się jeszcze kilka pomniejszych anegdot, często śmiesznych, czasami przykrych (bo związanych z łamaniem prawa i iście wieśniaczo-polski sposób), jednak to już doczytają ci, którzy zdecydują się na sięgnięcie po ten tytuł. 

Czy wam również wydaje się on podobny do amerykańskiego aktora Roberta Vaughna?

Na koniec dodam tylko, że trochę zmęczyło mnie i rozczarowało ostatnich około 80 stron (czyli całkiem sporo patrząc na wcześniej wspomnianą objętość książki), które nie wnosiły do wywodu nic ciekawego, a były jedynie podróżniczym sprawozdaniem z wyprawy do krajów, do których udał się Grzybowski pracując w ATF celem kontroli wyedukowania personelu i stanu technicznego kryminalistycznych laboratoriów państw uwalniających się spod jarzma ZSRR takich jak Armenia, Gruzja, Mołdawia, Ukraina. I późniejszych zachwytów nad tym jakim to USA jest cudownym krajem (użył zwrotu "najpotężniejszy kraj świata", swoją drogą ciekawi mnie co na to Chiny i Rosja) i jak pięknie pomagała wszystkim tym zacofanym nacjom (z jego wywodu wynikało, że najpierw był smród, kima i mogiła, a po interwencji finansowej USA był cud, miód i orzeszki). Nie podobało mi się takie protekcjonalne gadanie pełne zachwytów i gloryfikowania przewspaniałej amerykańskości (wielokrotnie ze słów Grzybowskiego można było wywnioskować, że w Stanach wszystko jest po prostu lepsze, sprawniejsze, bardziej przemyślane... no cudowne po prostu). 

...pracował m.in. przy sprawie zabójstwa radnego Harveya Milka i słynnej strzelaninie w restauracji Golden Dragon

To zdecydowanie obniżyło, do tej pory całkiem wysoką, notę dla tej książki, na którą wpłynęła również strona edytorska. Jak na takiej objętości tekst zbyt wiele w nim literówek i źle powstawianych znaków interpunkcyjnych. Pochwalić jednak muszę projekt okładki, który jest adekwatny do treści, a samo wykonanie przyjemne dla ona poprzez użycie wypukłości w czcionce tytułu i gwieździe funkcjonariusza policji.
Moja  ocena 6/10

środa, 8 października 2014

[105-107] Książki: "Mój przyjaciel zdrajca" - Maria Nurowska (2014); "Zasługa dla Polski" - Andrzej Krajewski (wyd. II 2014); "Transsyberyjska" - Piotr Milewski (2014)

Witam wszystkich po dłuższej przerwie. Jakoś ostatnio tak się składa, że nie za bardzo mam czas ani też wenę na regularne pisanie recenzji po każdej przeczytanej książce. I w taki oto sposób zebrały się kolejne trzy opowieści, które dziś chciałbym gromadnie zrecenzować. Zapraszam, więc do lektury i być może również późniejszej lektury ;)

"Mój przyjaciel zdrajca" - Maria Nurowska (2014)
Pierwszą książką jaką chciałbym dziś zaprezentować jest specyficzny wywiad-rzeka, czyli rozmowa Marii Nurowskiej z pułkownikiem Ryszardem Kuklińskim zamknięte między okładkami naznaczonymi bardzo intrygującym tytułem "Mój przyjaciel zdrajca". Ta książka to esencja rozmów autorki, jak również wycinków z innych wywiadów, które udzielił najsłynniejszy polski "zdrajca" polskim jak i amerykańskim dziennikarzom. Jej specyficzność polega na praktycznym braku obecności pisarki na kartach książki. Odpowiedzi są formowane w taki sposób, aby zawierały w sobie pytanie, co pozwala ukryć obecność interlokutora i pozostawia jedynie osobę opowiadającą jakoby swoją historię. Historię, która jest bardzo ciekawa, a w wykonaniu Nurowskiej również bardzo strawna i wciągająca (piszę tak w kontekście następnej recenzji, która również będzie o Kuklińskim). I być może nie jest tak bogata w szczegóły jak "Zasługa dla Polski", to jednak pozwala lepiej poznać postać pułkownika, od strony czysto ludzkiej.
Moim zdaniem jest to naprawdę dobra lektura dla osób chcących zrozumieć co kierowało pułkownikiem i jak przez te 9 lat konspiracji wyglądało jego życie. 

Moja ocena 7/10

"Zasługa dla Polski. Pułkownik Ryszard Kukliński opowiada swoją historię" - Andrzej Krajewski (wyd. II, 2014)

Druga książka z dzisiejszego zestawienia również porusza temat zdrady pułkownika Kuklińskiego. I z tego co udało mi się ustalić Krajewski po raz pierwszy opowiedział historię Jacka Stronga już w 1999 roku, czyli 15 lat przed filmem "Jack Strong", których choć nie był pierwszym opowiadającym o losach Kuklińskiego (był jeszcze film Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego "Pułkownik Kukliński", 50 minutowy dokument wyprodukowany dla TVP w 1997 roku), to jednak nazwisko reżysera (Władysław Pasikowski) jak i forma (dramat sensacyjny) w jakiej została opowiedziana sprawiła, że coraz więcej ludzi chce poznać ją lepiej. Stąd też pewnie kolejne wydanie książki w drugiej części uzupełnione o nowe fakty związane z osobą pułkownika. Jednak jak już pisałem w powyższej opinii, książka Krajewskiego mimo iż jest bardziej napakowana faktami, to jednak fragmentaryczny i urywany sposób narracji sprawia, że bohater jaki się z niej wyłania jest zdecydowanie mniej "ludzki". Można powiedzieć, że przypomina to trochę żołnierski raport niż historię człowieka. Jednak jednoznacznie nie można tej książki spisywać na straty, ponieważ nagromadzenie faktów jak i druga część, w której przedstawione są zmagania pułkownika z procesem a później rehabilitacją jego osoby w ojczyźnie (którą zawsze byłą dla niego Polska), sprawiają, że jest to pozycja dość ciekawa. Jednak jeśli chcecie poznać Kuklińskiego jako człowieka, a nie tylko wielkiego bohatera, to sięgnijcie po książkę Nurowskiej.

Moja ocena - 5/10

"Transsyberyjska. Drogą żelazną przez Rosję i dalej" - Piotr Milewski (2014)
Autor tej książki - wieloletni korespondent Radia Zet ze Stanów Zjednoczonych - tym razem postanowił wybrać się w zupełnie innym kierunku - do Rosji. A tak naprawdę to przez Rosję. I to nie byle czym, bo najdłuższą na świecie koleją transsyberyjską łączącą ze sobą Moskwę z Władywostokiem, przebiegającą przez 8 stref czasowych i mającą łącznie 9288,8 km długości. Milewski miesza i żongluje w swojej książce takimi gatunkami jak reportaż, literatura podróżnicza, a w wielu miejscach również historia. Przeplata rozmowy ze spotkanymi na trasie ludźmi z opisem odwiedzanych miejscowości. Przypomina najważniejsze nazwiska i wydarzenia z historii budowy kolei (1891-1916) z nastrojami panującymi wtedy w tym wielkim kraju. Z tych zlepków ludzkich losów i historii mijanych miejsc wyłania się obraz kolei jaką jest i była przez wszystkie lata swojego funkcjonowania. Jednak mimo wszystkich zawartych w tej opowieści faktów i historii jest ona jakoś dziwnie powierzchowna i nie zachwyca tak jak na przykład reportaże Hugo-Badera. Mimo wszystko z pewnością będzie pozycją wartą uwagi dla wszystkich, którzy interesują się współczesną Rosją jak i jej historią. A także dla tych, którzy chcą w przystępny sposób dowidzieć się czegoś o najdłuższym szlaku kolejowym jaki stworzyła ludzka ręka.

Moja ocena: 6/10

piątek, 11 lipca 2014

[82] Książka: "Stulecie detektywów" - Jürgen Thorwald (1964)

Okładka wydania z 2009 roku
Już kilkukrotnie miałem przyjemność obcować z literaturą Jürgena Thorwalda i po raz kolejny muszę przyznać, że jego książki są po prostu fascynujące. Było tak już za pierwszym razem kiedy to przez zupełny przypadek trafiłem na "Krew Królów" o trzech przypadkach hemofilii wśród królewskich rodów Europy zapoczątkowanej przez królową Anglii Wiktorię. Kolejną lekturą była "Męska plaga", czyli ostatnia książka jaką autor zdarzył wydać przed swoją śmiercią w 2006. Tym razem opowiadał o "Seksie, pożądaniu i problemach z prostatą", czyli o bardzo męskich i bardzo nieprzyjemnych sprawach, które w początkach medycyny były leczone w taki sposób, że bolało mnie od samego patrzenia na literki (niestety tej książki z wielu obiektywnych przyczyn nie skończyłem za pierwszym podejściem, jednak na pewno do niej wrócę). Ostatnim spotkaniem było właśnie to ze "Stuleciem detektywów", która nie odstawała poziomem od pozostałych, a ten, musicie wiedzieć, jest bardzo wysoki. Zapraszam do lektury recenzji!

Jürgen Thorwald

Na wstępie chciałbym tylko wspomnieć, że omawiana książka w zamyśle autora miała być pierwszą z trzech części zgłębiających tematykę szeroko pojętej kryminalistyki, toksykologii i medycyny sądowej, i choć została wydana po raz pierwszy już w roku 1964, to później ukazała się już tylko jedna część - "Godzina detektywów" (w której słowie wstępnym również było napisane, iż autor finalnie planuje stworzenie trzytomowego cyklu). Co się stało z pomysłem napisania trzeciego tomu, na razie nie jest mi wiadome. Może sprawa się wyjaśni, kiedy skończę czytać "Godzinę detektywów". Czas jednak wrócić do recenzji. Wielu z Was może się zastanawiać, o czym tak naprawdę jest ta książka i jak jest napisana. Będą to słuszne rozważania, ponieważ i mnie one trapiły kiedy przystępowałem do lektury. Jednak wszytko wyjaśniło się dość szybko i zamysł autor co do ogólnego wydźwięku jego książki stał się dla mnie jasny i akceptowalny. A mianowicie ma to być jak najdokładniejsze przedstawienie wszystkich najważniejszych gałęzi rzemiosła detektywistycznego począwszy od Bertillionage (specjalny system identyfikacji przestępców poprzez dokładne mierzenie najistotniejszych części ich ciał  tj. wysokość, szerokość i obwód głowy, długości poszczególnych palców, długość przedramienia, itp. zakładający, że nie ma dwóch ludzi z jednakowymi wszystkimi wymiarami poprzez odciski palców, ślady krwi i wykrywanie różnego rodzaju trucizn chemicznych (arsen) jak i pochodzenia roślinnego (nikotyna). Książka jest napisana w sposób jakby autor snuł opowieść o poszczególnych ludziach odpowiedzialnych za wdrażanie wspomnianych odkryć i wynalazków na zasadzie pokazywania najważniejszych, mających przełomowe znaczenie śledztw. Mamy tutaj co prawda zatrzęsienie nazwisk i ogromną liczbę spraw, ale są one tak interesująco opisane, a postaci tak dokładnie scharakteryzowane (łącznie z najważniejszymi faktami z ich biografii), że nie jest to żadną przeszkodą. Unaocznianie nam przestępstw także robione jest w sposób bardzo fabularny (mamy rozmowy ze świadkami, przesłuchania, spory detektywów, sędziów, lekarzy itd.), więc czyta się to miejscami jak dobry kryminał. A na dodatek w książce nie pojawia się nawet jedno zdanie, które nie miałoby podbudowy w autentycznych wydarzeniach (autor jedynie dla wygody czytającego nie rozsiewa wszędzie odnośników do przypisów, jednak swoją rzetelność i chęć trzymania się faktów zaznacza już na samym wstępie).

Bardzo interesującym było spojrzenie na kryminalistykę w momencie kiedy dopiero się rodziła, czyli mniej więcej w połowie XIX w. Uświadomienie sobie jak wiele spraw dla nas oczywistych było kiedyś tematem sporów a często niedowierzań, jak choćby użyteczność odcisków palców, lub to, że nie każda śmierć, która wygląda na naturalną musi taka być w rzeczywistości. I choć niektóre rozdziały mogłyby być odrobinę krótsze, to jednak ogólnie nie jest to jakiś wielki zarzut, tylko po prostu w pewnych momentach czułem lekkie znużenie aż tak dogłębną i obszerną analizą pewnych zjawisk lub procesów. 

Okładka wcześniejszego wydania. Prawdopodobnie z lat 90. Ta nowsza zdecydowanie ładniejsza

Końcowy obraz jaki pozostał mi po tej książce jest taki, że... ależ te kobiety są łatwowierne :D Odsetek absurdalnych śmierci jakie były tam opisane z ich udziałem przerósł moje najśmielsze wyobrażenie o naiwności:) Ale, niestety, trafiały się też panie, które z lubością mordowały małe dzieci, konkurentki, swoich mężów, teściowe itp., itd. Jakkolwiek, oczywiście, byli też panowie, choćby sprawa słynnego Kuby Rozpruwacza, ale też wiele innych, bardziej "zwykłych" spraw, w które owi mordercy byli zaangażowani.  Swoją drogą, patrząc na to, w jaki sposób mordowali a później starali się ukrywać swoje zbrodnie, a co za tym idzie na poziom brutalności ludzi sprzed około 100 lat temu, był on szokujący ("Ups...przez przypadek zabiłam dziewczynkę. Hmm...to teraz muszę jej chyba odciąć głowę, ręce i nogi, żeby nikt jej nie rozpoznał i mnie nie złapał, a wszystkie części wrzucić do rzeki" albo różne tego typu zabiegi jak przetrzymywanie szczątków pod podłogą bądź w worku na węgiel w komórce)! Na szczęście zawsze w pogotowiu byli dzielni detektywi, którzy za wszelką cenę i używając wszelkich dostępnych w tamtych czasach sposobów i technologii starali się te zbrodnie wykryć a sprawcę postawić przed wymiarem sprawiedliwości.

Podsumowując, książka jest obowiązkową lekturą dla ludzi interesujących się kryminalistyką chcących przeczytać coś napisanego w przystępnej formie i nie mającego naukowego zadęcia, ale także powinna zadowolić wszystkich tych, którzy lubują się w kryminalnych zagadkach. Jedynym moim zastrzeżeniem jest wspomniany wcześniej fakt o delikatnym "przynudzaniu" autora w niektórych miejscach, ale da się to znieść mając w perspektywie kolejne ciekawe fakty i zagadki do rozwikłania oraz procesy i wyroki jakie w nich zapadły. 

Ocena gatunkowa 7.5/10

czwartek, 10 kwietnia 2014

[65] Książka: "Amerykański przekręt / American Hustle" - Robert W. Greene (2014)

Ostatnio, po około dwutygodniowej przerwie, znów zacząłem czytać książki. Pierwszą z listy zaczętych jaką udało mi się dokończyć jest "Amerykański przekręt". I w przypadku akurat tej lektury słowo "udało " jest jak najbardziej na miejscu, bo nie pamiętam już kiedy ostatni raz czytałem książkę, która by mnie tak znudziła a losy jej bohaterów tak mało obeszły :/

Dzieje się tak dlatego, że książka nie przedstawia historii, która by nas w jakikolwiek sposób obchodziła, a jej bohater jest dla nas zupełnie obojętny. Na dodatek narracja jest prowadzona w sposób, który całkowicie przekreśla jakiekolwiek napięcie, a do tego nagromadzenie różnego rodzaju postaci, nazwisk, stanowisk powoduje, że zupełnie nie widziałem kto kim jest i po co się tam znalazł.

Ale od początku. Bohaterem książki jest Mel Weinberg autentyczny, realny oszust, który działał w Stanach Zjednoczonych na przełomie lat 60. i 70. W połowie lat 70. został złapany przez władze i po wstępnych rozmowach w zamian za uniknięcie odsiadki zgodził się z nimi współpracować. Był podobno genialnym kanciarzem, potrafił wcisnąć kit każdemu. W taki oto sposób narodził się pomysł stworzenia wielkiej prowokacji, czy też spisku - jak go zwał, tak go zwał - chodziło jednak o to aby udowodnić skorumpowanie amerykańskich kongresmenów. Na potrzeby tej akcji została stworzona fikcyjna firma pod nazwą Abdul Enterprises Ltd., a cała akcja zyskała kryptonim Abscam". Trwała na przełomie lat 70. i 80. i zakończyła się wielkim skandalem, bo w jej wyniku doszło do skazania wielu amerykańskich polityków, często bardzo wysokiego szczebla.

Mel Weinberg był postacią spajającą i nakręcającą wszystkie malutkie przekręciki i prowokacje, które wchodziły w skład tego przedsięwzięcia. Bez niego agenci nie byliby w stanie osiągnąć tak znaczącego sukcesu (albo żadnego sukcesu, bo to ludzie bez talentu do kłamania). Z książki dowiadujemy się w jaki sposób Mel zdobył doświadczenie, jak przez lata kantował przeróżnych ludzi w bardzo rozmaity sposób. Poznajemy też wszystkie tajemnice operacji Abscam wraz z fragmentami nagrań, inscenizowanymi spotkaniami podczas których przezywane były łapówki, dowiadujemy się za co były one wręczane i poznajemy cały ten proceduralny bełkot.

I w tym miejscu nasuwa mi się pytanie: po co to wszystko? Powiem szczerze, że prawie 35 lat po tym wydarzeniu, w którym tak naprawdę nie doszło do niczego zdrożnego (przynajmniej dla człowieka spoza USA - bo to że politycy są przekupni i zakłamani to wiadomo od dawna), jego streszczanie i przedstawianie w dość obszernej książce jest dla mnie zupełnie zbędne. Dodatkowo nieudolność autora w poprowadzeniu akcji tak aby zainteresować odbiorcy powoduje, że straciłem przy tej książce jedynie czas.

Podejrzewam, że film może być o wiele lepszy, ponieważ jego autorzy powinni przedstawić zdecydowanie bardziej spójną historię i prowadzić fabułę w taki sposób aby zainteresowała nas nie z powodu "doniosłości" wydarzenia, a z powodu czystej ciekawości o to, co będzie dalej. Ale tego dowiem się dopiero po seansie.

Moja ocena to 3/10 - gatunkowa i 2/10 ogólna.

czwartek, 13 lutego 2014

[59] Książka: "Dobre miejsce do umierania" - Wojciech Jagielski (2005)

Wojciech Jagielski to jeden z moich ulubionych reportażystów. A na pewno najbardziej ceniony przeze mnie korespondent wojenny. I mimo, iż "Modlitwa o deszcz" ciąż jest moją ulubioną jego książką - może dlatego, że pierwszą, a może dlatego że najlepszą, nie wiem - to jednak "Dobre miejsce do umierania" także trzyma poziom i zachowuje styl, za który Jagielski jest tak ceniony. 

Tym razem Jagielski zabiera nas na Kaukaz i Zakaukazie, do czasów w których na ruinach Związku Radzieckiego o swoich nacjonalistycznych zapędach przypominają sobie byłe republiki. Czeczeni, Gruzini, Azerowie, Ormianie i wiele, wiele innych narodów postanawia ponownie chwycić za broń i odpłacić sąsiadom za zadawnione krzywdy. W trakcie swoich wędrówek po niejasno zarysowanych liniach frontów, a także zniszczonych i zrujnowanych miastach Jagielski przedstawia nam historię tych terenów oraz mentalność ich mieszkańców. Do swojej opowieści wplata biografie wielkich przywódców, takich jak choćby Zwiada Gamsachurdii czy też Edwarda Szewardnadze, jak również rozmowy ze zwykłymi mieszkańcami tych wciąż rozdzieranych konfliktami ziem. 

Wojciech Jagielski, fot. Elżbieta Lempp

Co tu więcej napisać? Mogę tylko dodać, że książka, zważywszy na opisywany temat jest dość trudna w odbiorze, bo historia tych krajów była mi zupełnie obca. Jednak czytało się ją dobrze, ponieważ Jagielski świetnie pisze, lekko i jasno, bez niepotrzebnej gmatwaniny. Ot, kolejny solidny reportaż na wysokim poziomie, który jest lekturą "must read" dla osób interesujących się tamtymi rejonami świata bądź czasem przemian na terenach republik byłego Związku Radzieckiego. No i oczywiście dla wszystkich fanów autora. Ja daję mocne 7/10 i polecam.

czwartek, 30 stycznia 2014

[52] Książka: "Towarzysze. Komunizm od początku do upadku. Historia zbrodniczej ideologii" - Robert Service (2008)

Póki co nie zbaczam zbyt daleko z mojej "rosyjskiej ścieżki", gdyż i dziś przedstawię Wam recenzję, w której Rosji i Związkowi Radzieckiemu poświęcono naprawdę bardzo wiele miejsca. Książka ta to "Towarzysze..." brytyjskiego historyka i znawcy komunizmu, Roberta Service'a (na jego koncie jest już 11 książek poświęconych tej tematyce a wśród nich chociażby biografie Stalin, Lenina i Trockiego), który na 664 stronach przedstawia historię "zarazy", na którą, w niektórych miejscach świata, do tej pory nie znaleziono antidotum.

Nigdy do tej pory nie spotkałem się z tak dokładną i obszerną pracą poświęconą komunizmowi. A nawet nie tylko komunizmowi a całości tego zagadnienia, ponieważ autor swoje rozważania wywodzi od ojców założycieli "religii", która później zawładnęła tak wieloma umysłami, czyli Karola Marksa i Fryderyka Engelsa. Mamy tu opis ich życia, dokonań i tego w jaki sposób ich poglądy wpływały później na innych "wyznawców". 

Dużym plusem tej monografii jest też fakt, iż nie skupia się ona jedynie na głównych postaciach komunizmu ani też na Związku radzieckim, który był niezaprzeczalnie centrum komunistycznego świata przez wiele dekad, ale wychodzi dalej. Autor opisuje jak wyglądał komunizm we wszystkich miejscach świata, czyli wszędzie tam gdzie kiedykolwiek zagościł. Mamy więc Jugosławię, Rumunię, Węgry, Czechosłowację, Chiny czy Kubę, ale też z krajów mniej oczywistych Wielką Brytanię, Włochy, Stany zjednoczone oraz Australię. 

Jednak nie dało by się opisać komunizmu bez przedstawienie najważniejszych ludzi z nim związanych. Service także o tym pamięta i w swojej książce kreśli portrety wszystkich najważniejszych dyktatorów z poszczególnych krajów począwszy od Lenina, Stalina, Titę, Castro, Mao, i wielu wielu innych. Jednym poświęca mniej uwagi, innym nawet cały rozdział, wszystko zależy od tego jak kontrowersyjny był to "władca" bądź jak mocny lub istotny był dany komunistyczny kraj na arenie międzynarodowej. Znalazło się tutaj także kilka akapitów o Polsce, Gomułce, Jaruzelskim i Solidarności.

Podsumowując, ja osobiście bardzo się ciesze, że wreszcie udało mi się przeczytać to opasłe tomiszcze, choć przyznaję, nie była to lektura łatwa. Jednak trochę wysiłku, kilka odwiedzin w internetowej wyszukiwarce i strony jakoś mijały. Wydaje mi się, że jest to pozycja, z którą warto się zapoznać, aby wiedzieć dlaczego była tak jak było ;) Moja ocena to 7.5/10.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...