Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marvel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marvel. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 czerwca 2018

[185-188] Film: "Avengers: Infinity War" (2018); "Deadpool 2" (2018); "Black Panther" (2018; "Solo. A Star Wars Story" (2018)

Dziś, jak patrzę w kalendarz - po długiej przerwie, zapraszam wszystkich, który tutaj jeszcze zaglądają na przegląd blockbusterów. 


Zacznijmy może od pierwszego w kolejności, marvelowskich Avengersów: Infinity War. Wojna bez granic, w którą wdają się hollywoodzcy mściciele toczyć się będzie między nimi, a potężnym Thanosem. Ten kosmiczny popapraniec uznał za cel swojego życia zdobycie wszystkich kamieni mocy, które połączone razem dają bezkresną moc. Bardzo to konweniuje z jego planami, bo one również są całkiem ambitne. W obliczu nieodwołalnej zagłady wszystkich światów z powodu przeludnienia i nadmiernej eksploatacji planet wspaniałomyślny Thanos postanawia rozpuścić zupełnie losowo wybraną połowę rozumnych istot w całej galaktyce. Dzięki temu zapanuje ład, porządek i dobrobyt (niemal jak za komunizmu). Do walki z takim przeciwnikiem potrzebni są bez mała wszyscy bohaterowie jakich filmowy marvel na chwilę obecną ma w swoim port folio. I mamy tutaj wszystkich najważniejszych. Przydadzą się zważywszy na to, że przezwyciężając piętrzące się przed nim trudności Thanos, co i rusz zdobywa kolejne kamienie stając się coraz silniejszy. 
Jak sobie radzą nasi dzielni wojownicy, do których dołączył młody pajączek, nudziarz Dziwak, Różowa Pantera i gwiezdna zbieranina? Ano, nie radzą sobie, ale to musicie zobaczyć sami. Ja natomiast mogę wspomnieć o tym, że jeśli chodzi o akcję (ilość i jakość), to nie ma co narzekać. Jest jej nawet w nadmiarze. Cały czas coś wybucha, rozsypuje się, albo przewraca (względnie rozpada na kawałki) i przestaje oddychać. Śmiechu też jest sporo, choć czasami jest to śmiech przez łzy, bo Thanos prze naprzód jak polska „inteligencja” do urn oddać głos na swoich dobroczyńców. 
Ogląda się to nawet dobrze, ale bywają momenty przestoju (ponad 150 minut seansu wskazuje na to bezsprzecznie), które na ostatnim seansie dostępnym w kinie, po ciężkim dniu pracy, w niewygodnym, za ciasnym, z nie wystarczającą ilością miejsca na nogi kinowym fotelu sprawiają pewne trudności w wytrwaniu do końcowych napisów i tego co będzie po nich. Wcale również nie pomagała para, która kiedy tylko skończyły się reklamy przystąpiła do konsumpcji prowiantu w najbardziej dźwiękogennych opakowaniach jakie tylko można spotkać. 
Na dzień dzisiejszy mogę dać temu obrazowi najwyżej 6 na 10, ale wiem, że mój osąd nie jest w pełni miarodajny przez zaistniałe powyżej czynniki. 


Teraz pora na drugą odsłonę Deadpoola. Ten czerwony pojeb również i tym razem starał się jak mógł, żeby było śmiesznie. I trzeba mu to oddać, że miejscami było, ale niestety zdarzały się też fragmenty, w których było mniej śmiesznie. A często również żenująco nie śmiesznie. I o ile pierwsza część miała swój urok i wszystkie niedociągnięcia można było złożyć na karb nowo narodzonej postaci (dość nietypowej postaci), o tyle drugiej już tak łatwo się nie wybacza. A niedoróbek jest wiele. Największą jest brak jednoznacznego, wystarczająco silnego antagonisty (przeciwnika - dla mniej kumatych XD). Bo ani Cable (tutaj świetny Josh Brolin, chyba najjaśniejsza, mimo wewnętrznego mroku, postać tego przedsięwzięcia) nim nie jest. Nie jest nim tym bardziej ten dzieciak z długopisem w dupie, a Juggernaut, który pojawia się dopiero w samej końcówce na to miano nie zasługuje… bo pojawia się dopiero w samej końcówce. Drugim problemem jest sprawa samego Rayana Reynoldsa. Rola współscenarzysty (a jeśli nie to kogoś kto mocno miesza w historii), producenta i głównego aktora sprawiła, że chyba troszkę mu sodówa uderzyła do głowy i przefajnował. A pozbycie się poprzedniego reżysera (z którym się podobno nie dogadywał) i obsadzenie na tym fotelu swojej marionetki wcale filmowi nie wyszło na dobre. Deadpool jest w tym filmie praktycznie jedyną postacią, na której koncentruje się i wokół której krąży akcja. Deadpool jest zawsze w centrum wydarzeń i to na niego nakierowywana jest uwaga widzów. Jednak one man show temu filmowi nie służy, bo stawia resztę bohaterów w roli co najwyżej pomagierów jeśli nie wręcz statystów. Dodatkowo film z niszowego, dość krwawego (całkiem mocno krwawego) widowiska z dużą dozą ironii i czarnego humoru stał się kolejnym hollywoodzkim zarabiaczem szmalu z rozbuchanym budżetem i praktycznie bez fabuły. Bo motyw rodziny w ogóle i naprostowania ziejącego ogniem ludzkiego piórnika na długopis w szczególe wydaje mi się mało zadowalający. 
Z tego względu na te chwilę film w mojej ocenie zasługuje co najwyżej na ocenę ujdzie, czyli zwyczajowe w takich wypadkach 5/10. 


Przejdźmy do ostatniego (a raczej pierwszego jeśli chodzi o datę premiery) z marvelowskich kasztanów tego roku. Tak, dobrze się domyślacie, to mająca swoją premierę już jakiś czas temu Czarna Pantera. Bajkę o wakandyjskim królu-wojowniku w zbroi z vibranium darzyłem najmniejszym zainteresowaniem i przez wiele tygodni chodziłem wokół niej jak polski wielodzietny bezrobotny wokół etatu – nie chciało mi się po prostu. Jednak po zupełnie przypadkowym seansie stwierdziłem, że nawet Marvel może mnie jeszcze czymś miło zaskoczyć. Black Panther przypadł mi do gustu, jak mało który avenger. Główny bohater jest świetnie kreowany przez Chadwika Bosemana, a otaczające go postaci są równie wyraziste i dobrze skrojone co on. Fabuła jest spójna i klarowna – ot, zwyczajna, odwieczna gra o tron. Oryginalność świata przedstawionego również robi duże wrażenie. Całość nie jest ani za długa, ani za krótka. Ogląda się przyjemnie i bez znużenia. Najbardziej bałem się tzw. SBPP (Silnych Bohaterów Płci Przeciwnej), bo nic tak nie zabije dobrego filmu, jak wkurwiająca przemądrzała baba, która na niczym się nie zna i nic nie wie, ale we wszystko się wpieprza i wszystko potrafi spierdolić. Tutaj zostało nam to oszczędzone. SBPP są, ale znają się na rzeczy. Shiri (siostra króla, w tej roli Letitia Wright) – dziecko, które bawi się wakandyjska technologią, choć trochę irytująca w ogólnym rozrachunku broni kreacji, która stworzyła. Okoye (generał królewskiej straży przybocznej kreowana przez Danai Gurira'a) jest twardą babą, która zrobi wszystko, aby ochronić swojego władcę. Królowa matka (Angela Bassett) emanuje odpowiednim majestatem i wzbudza szacunek oraz powagę spokojem. Łyżką dziegciu w tej beczce miodu w pewnym stopniu jest wybranka serca głównego bohatera - Nakia (Lupita Nyong'o), trochę zbyt narwana, trochę za bardzo „ja wiem najlepiej”, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Cóż więcej można powiedzieć o antracytowym kotku? Chyba tylko to, że w mojej ocenie zasłużył na notę 8/10. 


A teraz zmieniamy uniwersum i w oparach kopalnianych wyziewów lądujemy na Karelii za czasów młodości Hana. Tak oto rozpoczyna się najnowszy odcinek z serii A Star Wars Story pod tytułem Solo. W czasach kiedy jednym z najcenniejszych materiały w galaktyce jest Hyperpaliwo Han wraz ze swoją wybranką serca Qu’irą postanawiają użyć go jako łapówki, aby wydostać się z planety kopalni, której rynsztoki były dla nich do tej pory domem. Niestety, podczas próby ucieczki jego towarzyszka zostaje złapana a on, chcąc nie chcąc, stał się Solo – w rzeczywistości jak i z nazwiska. Postanawia jednak, że stanie się pilotem, zdobędzie statek kosmiczny i wróci po swoją ukochaną. Niestety, nie wszystko toczy się zgodnie z jego planem i po kilku niewykonanych rozkazach wylatuje z Imperialnej Akademii (taka ścieżka kariery wydała mu się w tamtym momencie jedyną możliwa droga, zresztą sami zobaczycie dlaczego) i staje się zwykłym troopersem, czyli mięsem armatnim. Podczas jednej z misji, kiedy to zaprowadzali imperialny porządek na bogu ducha winnej planecie dostrzega swoją szansę na ucieczkę z tego armijnego kibla – grupę złodziei-przemytników, z którymi postanawia wyruszyć w dalszą drogę. Po drodze zabiera ze sobą Chewbackę, który pomaga mu się wydostać z kolejnych tarapatów i razem odlatują w stronę zachodzącego słońca. Solo to taki trochę międzygwiezdny western i to jest chyba w tym filmie najlepsze. Nie ma tutaj żadnej mocy, żadnych sitów i dżedajów. Są za to rewolwerowcy – ci dobrzy i ci źli, kobiety dla których śmiałkowie są zdolni do największych szaleństw, a także skarby, które wystarczy ukraść, aby spełnić wszystkie swoje marzenia. Nie zabraknie również przyjaźni, tych chwilowych, zakończonych zdradą, jak i na całe życie. Brawurowych popisów na "galopujących rumakach" i kunsztu w grach hazardowych. Tak, Solo ma wszystko to, co pozwala się świetnie bawić na filmie. Dzięki temu zasługuje na opinię filmu dobrego i zdobywa w moim rankingu ocenę 7.5/10. Pewnie jeszcze nie raz do niego wrócę. 



sobota, 15 kwietnia 2017

[60] Serial: "Iron Fist" (2017)

Ten post mógłby być przyczynkiem do pogłębionej analizy chujowatości Netflixowych seriali spod znaku Marvela, jednak z racji tego, że mi się nie chcę poprzestanę na niepogłębionej analizie oraz ich najnowszym wyczynie, a mianowicie Iron Fiście.

Jak wszyscy dobrze wiemy (wszyscy, którzy choć w minimalnym stopniu oglądają wszelakie ekranizacje cudownych komiksów) wychodzą one raz lepsze raz gorsze. Jednak powoli niepisaną regułą staje się fakt, że wszystko co weźmie w swoje ręce Netflix zostaje tak spierdolone jak to tylko możliwe. Zaczęło się od dość miernego Daredevila, którego, mimo wszystko, pierwszy sezon dało się jakoś obejrzeć (na drugi nie starczyło mi samozaparcia). Później przyszła kolej na żałość w postaci Jessiki Jones, która w swojej serialowej odsłonie wydaje się najbardziej SŁABĄ postacią komiksową jaką wymyślono. Z tego co pamiętam nie dałem rady przebrnąć przez wszystkie odcinki pierwszego sezonu. A największy udział w tym miała z pewnością odtwórczyni tytułowej postaci (nazwisko pominę, żeby nie robić jej przykrości :D), która była po prostu źle obsadzona. Luke Cage darowałem sobie bez oglądania, ponieważ postać tego burkliwego murzyna nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia już w Jessice, a nie chciałem nie potrzebnie marnować swojego cennego czasu, który mógłbym przeznaczyć na picie, myślenie o seksie i ciekawe lektury... 

Jednak ostatnio coś mi się z głową porobiło, że całkiem zapomniałem o swoich złych doświadczeniach ze wcześniejszymi produkcjami Netflixa i sięgnąłem po Iron Fista. Było to prawdopodobnie spowodowane tym, że lubię wszelkiego rodzaju brednie (nie oburzać się, ponieważ to co możemy znaleźć w komiksie a co za tym idzie także w jego ekranizacji to mogą być tylko i wyłącznie brednie) na temat dalekowschodnich sztuk walki i tamtejszej filozofii. No i po raz kolejny doszedłem do wniosku, że Netflix mnie już raczej nie zaskoczy. Serial jest słaby jak herbata z 4 parzenia a odtwórcy głównych ról, z bardzo małymi wyjątkami albo bez talentu, albo dopasowani jak przysłowiowa pięść do nosa. 

Ale to nie wszystko, problem tkwi przede wszystkim w kulawej i nielogicznej fabule. Mamy wszak do czynienia z "mistrzem" wschodnich sztuk walki, któremu wpierdol potrafi spuścić byle najemnik/ochroniarz (akcja w archiwum szpitala w poszukiwaniu dokumentów potwierdzających tożsamość). Dodatkowo nasz "mistrz", który powinien mieć opanowany w sposób mistrzowski swoją wewnętrzną harmonię żeby móc korzystać z siły swojego chi (sorki jeśli bredzę ale zupełnie się na tym nie znam) miota się jak nastolatka, która chciałaby a boi się... Tak nie stały i niezrównoważony emocjonalnie przypał to mógłby w tym ichnim Kundunie być co najwyżej pomywaczem lub czyścicielem kozłów a nie Ironfistem. Ale spoko, nie moja rzecz. Moją jest jedynie to, że więcej już nie dam się skusić na żaden serial o superbohaterze, który będzie sygnowany logiem tej stacji. 

Sorki, że nie streszczam i nie wprowadzam, ale zwyczajnie mi się nie chce. I tak nie warto tego oglądać, więc po co wam wiedzieć o czym to jest. A  z drugiej strony skoro to serial Marvela to o czym może być...?

Moja ocena: 4-/10

niedziela, 15 maja 2016

[160] Film: "Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów / Captain America: Civil War" (2016)


Ja tam nie wiem jak wam, ale mnie się podobało! I mimo tego, że nie był to film niemizdrzący system, czy też zmieniający mój sposób postrzegani świata, to jednak seans pozostawił mnie w pełni usatysfakcjonowanego. Tym samym uroczyście oświadczam, że każdy kto chce zobaczyć kawałek komiksowej rozrywki w najlepszym wydaniu niezwłocznie powinien wybrać się na seans najnowszej odsłony Kapitana Ameryki

środa, 30 grudnia 2015

[131] Film: "Ant-Man" - 2015

Lubimy marvelowskie historyjki. Naprawdę. I marvelowskich bohaterów też lubimy. Ja na przykład najbardziej lubię Kapitana Amerykę, a ta Ona tego małego z łukiem (chodzi oczywiście o Hawkeye, jeśli ktoś jeszcze tego nie wie) a później... Kapitana Amerykę. Lubimy jeszcze Iron Mana (w pierwszej wersji wyszło Iron Mama :D), Czarną wdowę (to głównie ja :-)) i jeszcze kilku innych. Ale od niedawna w rodzinie marvelowskich bohaterów, a przynajmniej tych filmowych, mamy nowego milusińskiego - Ant-Mana.

Aruś (:-P): Czy Tobie również wydaje się, że Ant-Man jest jednym z najbardziej niedorzecznych i absurdalnych pomysłów i postaci, jakie zostały sfilmowane przez Marvela?

Paulina: Zdecydowanie tak. Zakładasz jakiś skomplikowany kombinezon, prawie jak na motocykl, z jakimś specjalnym płynem, i jak wciśniesz guzik w rękawicy to robisz się malutki. A kask jest potrzebny, żeby płyn nie "zjadł" mózgu. Ale po co, na co i dlaczego jakość słabo wyjaśnione. A, i jest jeszcze w kombinezonie inny magiczny guzik , który jak naciśniesz odejdziesz w niebyt :| To po kiego czorta jest ten guzik :| No tak i jeszcze trenowanie mrówek, falami podświadomości (chyba).
A tak w ogóle to dlaczego mrówki?

A.: Tak, z jednej strony samo skomplikowanie całej tej technicznej otoczki wokół kombinezonu i tych bredni z trenowaniem owadów jest słabe, ale też sam pomysł powstania takiego małego ludzika, który ma super moc jest trochę dziwny. Było niby w filmie wytłumaczone, że taki mały człowieczek się przydaje (pokazywali zdjęcia z jego działalności - chyba- zimnowojennej, bo przecież podczas WWII działał Kapitan Ameryka, to powinni się znać), ale też tego nie kupuje. Jednak poza tym, że sama postać jest absurdalna, to jednak sam film okazał się bardziej w haistowskim stylu (chodzi mi oczywiście o pokazanie przygotowań i przebiegu napadu) niż superbohaterskim i to chyba wyszło mu na dobre. Jak myślisz?

Ale, że niby co to za gówno jest? I do czego to kucze służy?!

P.: Hmmm... Zmiana pomysłu, że nie tylko walka ze złym, ale kradzież czegoś przez "tych dobrych" jest ciekawym pomysłem. Na końcu dochodzi do walki dobra ze złem, ale to w tego typu filmach norma. Wciągnięcie głównego bohatera do całej zabawy też było fajne. Ciekawą rolę w tym odegrał Michael Pena (filmowy Luis), taki plotkarz, który myśli, że zrobi wielki skok, a wychodzi, że jak dziecko dał się wpuścić w maliny :-D. Dobór pozostały bohaterów też jakoś mocno nie przeszkadzał. Niektóre elementy są słabe w tej historii, tak jak nawrócenie się córki (jakoś jak dla mnie za mało emocji), może zabrakło by czasu na uszczegółowienie tych wątków, dlatego pokazali tylko ogólny zarys albo za mało miłości rodzinnej w relacje włożyli Evangeline Lilly i Michael Douglas (Hope Van Dyne i Dr Hank Pym). A Ty ja sądzisz? Może to tylko ja się czepiam szczegółów ;) O, dziecko głównego bohatera było fajne. Nie było męczące jak to większość małoletnich dzieci w filmach. Nie było przemądrzałe ani upierdliwie marudne i nafochowane czy pyskate. Tak mała Cassie mi się podobała. Abby Ryder Fortson (Cassie) dobrze zagrała w tym filmie :-)

A tutaj nasz "crew" szalonych rabusiów, miglanców, cwaniaczków i hustlerów...XD

A.: Zdecydowanie obsada aktorska i dobór aktorów do ról to duży plus tego filmu. Mnie się bardzo podobał "zespół" złodziei. Ten gość co mówił z tym nie wiadomo jakim akcentem - Kurt mu chyba było (David Dastmalchian) - był rewelacyjny. Ale T. I. i szczególnie Michael Pena (dwa filmy z jego udziałem z rzędu; idziemy na rekord!) w roli takiego rozgadanego macho, który jest malutkim gangsterkiem co ukradł mikser (a nawet dwa), ale w konsekwencji bardzo pomaga głównemu bohaterowi i jest chyba najbardziej komiczną postacią w całym filmie, też wypada świetnie. Aktor wcielający się w główną postać - Scott Lang aka Ant-Man (Paul Rudd) - którego wcześniej zupełnie nie znałem - też był spoko. Taki wyluzowany gość. Ja osobiście chyba najmniejszą sympatią po tym seansie będę darzył rodzinę Pymów. Ani Michael Douglas w roli dra Hanka Pyma, ani Evangeline Lilly jako jego córka mnie do siebie nie przekonali. Ich relacja była taka wymuszona, mocno komiksowa - córka która odwraca się od ojca, bo ten się od niej odcina po śmierci matki, a po wielkim katharsis znów są kochającą się rodziną. A dzieciak rzeczywiście spoko. :-D

P.: Główny bohater to gwiazda komedii romantycznych :D

Paczcie jak się odkomednił :-D

A.: Aaaa! To dlatego go nie znałem. :-D Ale chyba dzięki temu komediowemu przetarciu udało mu się z takim powodzeniem wcielić w tak absurdalną postać i zachować do tego wszystkiego dystans. Mnie jakby ktoś powiedział, że mam rozmawiać z owadami i latać na mrówkach to bym uciekł!
Myślisz, że warto się rozpisywać na temat innych aspektów tej produkcji?

P.: Ale jakich? Muzyki nie pamiętam. W ogóle była jakaś? Efekty specjalne? To w końcu taka produkcja, że w większości o nie chodzi. A, że to Marvel to się na tym zna. Szybki aut nie było - tylko ekspresowe mrówki. Tak więc, wydaje mi się, że wszystko co ważne już opowiedzieliśmy. No może jedynie zarys samej historii pozostał ;)

A.: Tak, to chyba bardzo rozsądna konkluzja (a wyścigowe mrówki, mnie rozchichrały fest). Ale z racji, że potrzebujesz praktyki, to ten zaszczyt (zaprezentowania fabuły) oddaję w Twoje ręce. ;)

P.: Mi się podobała ta przytulalska mrówka ;) Jednak wracając do tematu, ten film to opowieść o miłości ojca do córki :)

A.: A nawet dwa razy.

P.: Si :) Mamy Hanka Pyma i Hope, którzy próbują odbudować relacje po konflikcie jaki między nimi zaistniał po śmierci matki Hope. Była zaledwie kilkuletnim dzieckiem, kiedy doszło do tragedii, po której odsunął się od niej ojciec w momencie kiedy najbardziej potrzebowała jego miłości. Przestał poświęcać jej uwagę i wysłał do szkoły z internatem, za co już dorosła Hope się zemściła i usunęła ojca z jego własnej firmy. Oczywiście dowiemy się, że zrobił to wszystko żeby ją chronić, ale czy nie mógł porozmawiać z nią wcześniej? Dopiero wtedy, kiedy światu zagroził psychopata żądny sławy i kasy?! No i mamy historię Scotta i jego córki Cassie. 

A.: Dobrze, że sobie o tym przypomniałaś. :P

Duuużo miłości

P.: Daj skończyć! Po wyjściu z więzienia Scott bardzo chce i się stara robić wszystko, żeby córka nie przestała go kochać. Wydawało mu się, że robi coś wielkiego starając się utrzeć nos potężnemu  koncernowi, jednak skończyło się tak, że zostaje za to skazany na więzienie, co uzmysławia mu, że ludzie czasami mogą inaczej rozumieć czyjeś intencje. Warunkiem dalszych kontaktów Scotta z córką jest płacenie alimentów i znalezienie mieszkania. Tylko skąd wziąć na wszystko kasę, skoro nikt nie chce zatrudnić człowieka z kryminalną przeszłością? Nie chce wracać do więzienia, więc odmawia przyjacielowi udziału w skoku. Ale pieniądz to twardy argument. Zgadza się na skok. Po serii niefortunnych wydarzeń wraca do więzienia (policjantem, który go aresztuje jest przyszły ojczym Cassie/obecny partner jego byłej żony), i właśnie w więzieniu, niby od swojego "adwokata", dostaje pewną niecodzienną propozycję. Pomoc w wybawieniu świata od złych pomysłów technologicznych, i w ramach bonusu również złego człowieka (a mówiąc bardziej dosadnie - niezłego dupka i psychola). Miłość do córek obu ojców jest siłą napędową filmu, który dostarczył miłej rozrywki w zimowy wieczór.

Dr Pym jest podobno w pytke naukowcem.

A.: No i pięknie! Choć chodziło jeszcze o to żeby kraść, bić się, galopować z mrówkami i wysadzać wszystko w powietrze! Ale to już drobiazgi. :-]

P.: Gdyby nie problemy rodzinne to by w ogóle nie było tej historii. ;-P Jak masz ochotę to napisz sam o co chodziło w filmie. :-|

A.: Ale czy ja coś mówię? Bardzo się całkiem nawet zgadzam z tym zarysem fabuły. :-] 

P.: Moja ocena 6/10
A.: A moja 7/10, bo ja widziałem jeszcze wybuchy! :-D

P.: I czołg co z breloczka do kluczy zrobił się pełnosprawnym pojazdem. A tak na marginesie to ciekawe jak, skoro nie miał na sobie kostiumu Ant-Mana ;-P
A jego córeczka Hope podobno w ryj dać umie dać.

A.: No właśnie! Chociaż czołg w kostiumie, to by było dopiero coś. :-D

P.: Ha, już wiem jak czołg zrobił się duży :-D dostał talerzykiem....

A.: Tak, bo zapewne nie wiecie, ale nasz bohater miał takie specjalne krążki do rzucania, które mogły, w zależności od intencji Ant-Mana zmniejszać lub powiększać trafiony obiekt. Między innymi z tego powodu dziecięcy Parowóz Tomek osiągnął kształty pozwalające mu wywalić dziurę w dachu, a z mrówki zrobił się całkiem słodki pupil rozmiarów labradora. :-D

P.: Ok, kończmy to, bo czytelnicy zasną nim dobrną do końca. I kot się już nudzi ;)

A.: Ok, to kończymy. Dziękujemy za uwagę wszystkim, którzy dotarli z nami do końca. Znikamy i zapraszamy na kolejną duo-reckę! ;-) 


sobota, 9 maja 2015

[118] Film: "Avengers: Czas Ultrona / Avengers: Age of Ultron" (2015)

Miała być dziś recenzja "Kingsman: Secret Service", ale że to starszy film, a wielu z Was się pewnie zastanawia czy warto wybrać się na coś aktualnie granego w kinach, jak na przykład na nowych "Avengersów", to dla nie lubiących czytać napiszę krótko - no jasne k***a, że TAK! ZAJEBISTA część!!!
Dla tych, którzy mają więcej czasu i nie stronią od liter zapraszam na obszerniejszy tekst zamieszczony poniżej:)

Powiem szczerze, że do tej pory nie byłem zwolennikiem gromadzenia wszystkich bohaterów w jednej produkcji. Za mało dla nich tam miejsca i w pierwszej części wydawało mi się, że każdy ciągnął przysłowiową kołdrę w swoją stronę w zupełnie nieatrakcyjny dla mnie sposób. Stąd też moimi faworytami do tej pory były epizody z poszczególnymi postaciami opowiadającymi swoją własną historię. Bardzo mi się podobał Kapitan Ameryka i Iron Man, choć już zdecydowanie mniej Thor. 

Być może wynikało to z dłużyzn w środkowej części filmu, a może z mojego dziwnego gustu, jednak pierwszą część Avengersów również nie przypadła mi do gustu i oceniłem ją najniżej ze wszystkich opowieści z Marvelowego uniwersum, które do tej pory ujrzały światło dzienne (oczywiście chodzi mi o te z aktualną obsadą).

Nie ma to jak dobre, mocne wejście!

Tym razem Jossowi Whedonowi wszystko się udało. Dosłownie wszystko. Film ten zrekompensował mi rozczarowanie siódmą częścią serii F&F i spowodował, że na dobre 2.5h zapomniałem o korkach w moim głupim mieście. Ba! Był na tyle emocjonujący, że obgryzłem nawet jednego paznokcia, co zdarza mi się niezmiernie rzadko podczas oglądania kina czysto rozrywkowego!

W filmie wystąpili: ...

Co ciekawe, w sumie nic się nie zmieniło w stosunku do poprzedniej części. Znów mieliśmy grupę superbohaterów oraz ich szalenie utalentowanych pomocników (Czarna Wdowa i Sokole Oko). Ponownie też nad światem zawisło widmo całkowitej apokalipsy, któremu mogą się przeciwstawić jedynie Avengers. Po raz kolejny ci źli, a tak dokładniej ten zły, którego przez przypadek stworzyli Banner i Stark, również miał na swoje usługi ludzi z super mocami (tym razem bliźnięta Maxsimoff). Nie zabrakło również drobnych utarczek wewnątrz zespołu i starć o władzę. Jedynymi elementami, których nie było są lęki Avendersów, sprowadzone na nich przy pomocą zdolności Wandy Maximoff oraz tajemniczy sojusznik, który pojawi się pod koniec filmu. Tym razem udało się z tych składników przyrządzić zdecydowanie smaczniejsze danie.


Jednak, w przeciwieństwie do części z 2012 roku, tutaj grupa się już znała. Pierwsza walka pokazała im, że w ich przypadku jedność znaczy więcej niż każdy z nich osobno. Było łatwiej się dogadać i przeciwstawić pokusie działania na własną rękę. Mnie to pasowało. Fajnie się ogląda zgrany zespół indywidualności, w którym każdy członek grupy wie, że może liczyć na pomoc ze strony innych. 

Potrzeba czegoś naprawdę dużego, żeby zatrzymać tego zielonego xD

Dużo humoru, przemyślany scenariusz i w miarę logiczna historia sprawiają, że film ten ogląda się naprawdę świetnie i jest szalenie pasjonującą rozrywką, która miejscami bawi, czasem rozczula, ale w najważniejszych momentach trzyma w napięciu i nie puszcza aż do momentu kulminacjnego.

Moja ocena - bez krępacji i niepotrzebnego krygowania się - 10/10!

P.S. Dla spragnionych romantycznych uniesień zaznaczam, że jest też wątek miłosny xD

wtorek, 20 stycznia 2015

[41] Serial: "Agent Carter" (2015)

Marvel chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Nie dość, że prawie co roku wypuszcza jakiś świetny film o super-bohaterach, to rozumie również, że oprócz nich karty komiksów zapełniało wiele ciekawych postaci pobocznych nie obdarzonych żadnymi mocami. Dzięki temu od dwóch lat możemy śledzić losy Phila Coulsona i jego agentów T.A.R.C.Z.Y., którzy po słabym początku w drugim sezonie rozkręcili się na dobre. Jednak to nie wszystko. W tym roku studio Marvel i stacja ABC zaserwowali nam kolejny serial osadzony i spokrewniony ze słynnymi Avengersami - "Agent Carter". Niech Was jednak nie zmyli angielskie słowo "agent", gdyż w tym przypadku mamy do czynienia z kobietą. 

niedziela, 13 kwietnia 2014

[55] Film: "Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz / Captain America: The Winter Soldier" (2014)

Już dawno nie było takiego okresu żebym publikował notki z taką częstotliwością :D Może nawet uda się w tym miesiącu dobić do 10 albo i więcej! Dziś mam do napisania kilka słów o nowym filmie ze stajni Marvela, czyli o "Kapitanie Ameryce: Zimowym Żołnierzu", który okazał się naprawdę rewelacyjnym filmem superbohaterkim. 


W "Zimowym Żołnierzu" znów mamy do czynienia z pierwszym na świecie super-żołnierzem, który tym razem musi stawić czoła ogromnemu spiskowi jaki toczy T.A.R.C.Z.Ę. od środka. W grę zamieszane są siły, z którymi Rogers (Chris Evans) już kiedyś walczył i jak mu się wydawało, pokonał je. W tej walce, gdzie sytuacja wymusza od niego brak zaufania do każdego, sprzymierzy się z osobą, której - jakby się mogło wydawać - zaufać się nie powinno, czyli z agentką Romanoff (Scarlett Johansson). W tej historii łączącej w sobie komiksową esencję i intrygę iście z politycznego thrillera finał jest nieprzewidywalny, a napięcie nie spada aż do ostatniej minuty.


Miło było popatrzeć na dużo więcej Scarlett niż było jej dotychczas dane zagrać w filmach spod znaku T.A.R.C.Z.Y. Chyba nawet zmienili jej troszkę stylizację, bo i wyglądała lepiej niż w Avengersach. Steve Rogers idealnie pasuje na najwaleczniejszego syna Ameryki. Te jego blond włoski, czarujący uśmiech i muskularna sylwetka powoduje pewnie u płci przeciwnej westchnienia zachwytu, jednak jest na tyle w porzo kolesiem, że i facetom nie powinien przeszkadzać z tym swoim patriotyzmem i uczciwością postępowania (w końcu to nie Tony Stark ze swoją kasą i zabawkami, ale ma potencjał). Ja tam mam do tej postaci sentyment, bo Captain America był pierwszym superbohaterem, którego widziałem na ekranie jeszcze w latach 90. na VHSach (była to chyba amerykańska wersja wyprodukowana w koprodukcji z Jugosławią z Mattem Salingerem w tytułowej roli z roku 1990), choć fabuły już dokładnie nie pamiętam :) Jednak nie tylko Evansem i Johansson nowy CA stoi. Mamy też, jak zwykle, dobrego Samuela L. Jacksona i gościnnie Roberta Redforda, który także spisuje się bardzo dobrze. Inni aktorzy drugiego planu dają radę, szczególnie Anthony Mackie wcielający się w rolę jedynego, poza Romanoff, towarzysza broni Rogersa, weterana, który w wojsku był pilotem bardzo osobliwego ustrojstwa latającego - tzn. falcona.


Tak jak już pisałem, w filmie najciekawszym elementem jest wciągająca fabuła, której jedną z części składowych jest element łączący dwa filmy o CA w jedną spójną historię.Jednak mimo całej genialności tej rozrywkowej produkcji film ma także swoje wady. Pierwszą jest bardzo chaotyczny i męczący montaż scen walki, który wygląda jakby CA przy okazji walki z przeciwnikami kopał co i rusz także kamerzystę. Wielka szkoda, bo ich choreografia wydaje się być całkiem ciekawa. W późniejszej fazie filmu albo widz się do tego przyzwyczaja, albo to się zmienia, bo przestaje męczyć, ale sam początek jest straszny. Druga wada wynika już tylko z polskiej głupoty. Chodzi mi oczywiście o dubbing. Nie potrafię zrozumieć jak można być takim aspołecznym imbecylem, żeby decydować za ludzi wybór wersji filmu jaką będą chcieli zobaczyć! Bo jak zapewne już się dowiedzieliście CA jest oferowany w polskich kinach w wersji 2D i 3D oraz z dubbingiem i napisami. Wydawałoby się, że to idealne rozwiązanie, jest tak jednak do momentu aż przyjrzymy się temu wszystkiemu bliżej. Jedyna słuszna wersja, czyli ta w 2D jest tylko z dubbingiem, który odbiera filmowi około 30% do 70% z jakości i przyjemności oglądania. A wersja 3D, w której jakby się wydawało czytanie napisów jest mocno utrudnione i dubbing mógłby pomóc, jest oferowany właśnie z nimi. Czyż to nie wygląda na ideę wymyśloną przez jakiegoś debila, która nigdy nie powinna wejść w życie? A jednak właśnie tak jest i nie chcąc się męczyć z trzecim, niepotrzebnym, wymiarem musimy się męczyć z jeszcze bardziej niepotrzebnym dubbingiem. 


Jednak mimo wszystko film ten był świetną rozrywką i na pewno obejrzę go jeszcze wiele razy. Podsumowując, moja ocena gatunkowa to astronomicznie wysokie 9/10 a ocena ogólna to solidne i mocne 7/10. Polecam!


sobota, 12 kwietnia 2014

[53 i 54] Film: Zielony jako kolor...beznadziei? "Green Lantern" (2011), "Green Hornet" (2011)

Dziś przyszła pora na recenzje dwóch filmów, które w niedawnej przeszłości udało mi się obejrzeć :) Niestety nie były to seanse udane, bo filmy okazały się żałośnie słabe. Mam tutaj na myśli dwa filmy, których kanwą są komiksy a mianowicie "Green Lantern" i "The Green Hornet". Już sam ten fakt, że ich pierwowzorem był komiks, pozwala przewidywać czego możemy się spodziewać. Jednak w najśmielszych snach nie spodziewałem się tego co zobaczyłem na ekranie. 

"Green Lantern" obejrzałem tylko i wyłącznie dlatego, że skończyły mi się filmy o superbohaterach, a z tego co wiem z komiksów Hal Jordan, czyli nasza tytułowa Zielona Latarnia był najlepszym przyjacielem Arrowa, którego to serialowe przygody śledziłem z zainteresowaniem kilka tygodni temu. Rys fabularny tego filmu jest banalnie prosty. Niezdyscyplinowany i lekkomyślny pilot myśliwców, w tej roli Ryan Reynolds, otrzymuje od umierającego kosmity pierścień dający mu nadludzką moc. Staje się członkiem korpusu Zielonych Latarni, którzy mają za zadanie strzec kosmosu przed siłami zła, które akurat budzą się do życia po latach spędzonych w niewoli. Hmm...fabuła niezwykle banalna i prostacka, jednak najgorsze jest to, że samo jej przedstawienie jest jeszcze gorsze. A najbardziej żenujące są sceny w kosmosie z tymi przenarozmaitszymi rasami go zamieszkującymi. Ja osobiście miałem przeogromne trudności, aby dotrwać do końca seansu a choćby najniklejszym zainteresowaniem. Żenująco słaba gra aktorska, żenująco słaba historia i żałosne efekty specjalne spowodowały, że "Green Lantern" to na razie najsłabszy film o superbohaterze jak miałem nieprzyjemność oglądać. 

Ocena gatunkowa 3/10 ocena ogólna 1.5/10

Jeśli natomiast przyjrzymy się bliżej "Zielonemu Szerszeniowi", który także bazuje na komiksie, a poprzedzają go film kinowy z roku 1940 i serial z lat 60. z Brucem Lee w roli Kato (czyli całkiem niezłe podstawy), to wydaje się że jest jeszcze gorszy niż "Zielona Latarnia". Czy to jednak możliwe? Myślę, że tak. I to z kilku powodów. Po pierwsze znów mamy do czynienia z żałosnym aktorstwem. I nawet aktor tej klasy co Christoph Waltz nie ratuje tego filmu. Ale najpierw kilka słów o fabule. Młody milioner-nieudacznik, który w spadku otrzymuje gazetę i cały majątek swojego ojca postanawia wraz ze swoim pomocnikiem/mechanikiem/służącym Kato wziąć sprawy w swoje ręce i zadbać o porządek w mieście. Pod przykrywką drobnych przestępstw walczą z poważną przestępczością. Jednak w cały ten incydent wmieszany jest prokurator generalny i gangster obecnie trzęsący miastem. Wróćmy jednak do wad filmu (zalet nie ma więc pisać o nich nie będę :D). Jak już napomknąłem najgorsi są aktorzy. Seth Rogen (Brit Reid / Zielony Szerszeń) i Cameron Diaz (sekretarka) osiągają swój zwyczajny poziom, czyli oscylują na granicy kompletnego dna i beznadziei. Natomiast Jay Chou (Kato) wybija się lekko ponad nich i udaje mu się uzyskać pułap przeciętności. Sama fabuła także jest nieźle porąbana i tak naprawdę nic z niej nie wynika. Dodatkowo ciągłe przeświadczenie o absurdalności i niedorzeczności postępowania głównego bohatera i niepozwalająca o sobie zapomnieć nurka parodii nie pozwala ekscytować się bardzo nikłym napięciem, które udało się rozniecić twórcom tego gniota. Efekty specjalnie także nie powalają. Jedyne co było fajne, to auta, które posiadał ojciec naszego debilnego bohatera i samochód, który stworzył Kato na potrzeby ich przedsięwzięcia. I wszystko byłoby dobrze, gdyby ktoś na siłę nie chciał zrobić z tego komedii. Wtedy ten film byłby jak najbardziej do zaakceptowania i mógłby być ciekawy. Jednak obsadzenie w roli głównej Rogena i kazanie mu grać debila spowodowało, już od samego początku, mój stanowczy sprzeciw.

Moja ocena to 2/10 - gatunkowa i 1/10 ogólna. 

I w taki oto sposób zielony stał się ostatnio dla mnie kolorem beznadziei...

czwartek, 14 listopada 2013

[53] Film: "Thor: Mroczny świat / Thor: The Dark World" (2013)

Ok, wszyscy piszą o nowym Thorze, napiszę więc i ja. Zacznę może od tego, że film ogólnie mi się podobał, ale chyba zupełnie inaczej niż wszystkim... Ale zacznę od czegoś innego, choć moim zdaniem bardzo ważnego.


Najnowsze przygody boga piorunów w naszych polskich kinach były dostępne w wersji 3D i 2D z napisami i dubbingiem. Jednak najgorsze jest to, że dubbing był w obu "wymiarach" a napisy tylko w 3D. A to prowadzi nas do prostej konkluzji -> w Heliosie 3D jest tak żałosne, że po "Iron Manie 3" już nigdy więcej nie obejrzę tam filmu w trzech wymiarach (a Helios jest jedynym kinem w moim mieście, w którym emitowany był nowy Thor), więc musiałem wybrać dubbing, czyli jedyną formę tłumaczenia dostępną w 2D. I ten wybór dość mocno wpłynął na mój odbiór całości. Bo powiedzmy sobie szczerze - dubbing "głupi jest, brzydki jest!" i tak naprawdę podobał mi się tylko w Harrym Potterze i trzech pierwszych częściach Gwiezdnych Wojen. Żaden inny film nie zyskał na dubbingu. Co innego bajki, ale to już inna...bajka. "Thor" także został skrzywdzony przez dubbing. I to dość poważnie, bo moim zdaniem ten rodzaj tłumaczenia odbiera co najmniej dwa oczka od oceny końcowej. Ale do oceny przejdę później. Najpierw wrażenia z seansu.

środa, 15 maja 2013

[14] Serial: Marvelowscy super bohaterowie po raz kolejny ("S.H.I.E.L.D." 2013)





ABC oficjalnie zaplanowało nowy serial na podstawie komiksów Marvela "Marvel Agents of S.H.I.E.L.D." na wtorkowe wieczory o 20:00 ET na początek tej jesieni!



Glark Gregg ponownie wciela się w rolę agenta Phil'a Coulson'a z filmów Marvela m.in. "Iron Man", "Thor", Avengers". W tym obrazie będzie on montował małą, bardzo specjalnie wyselekcjonowaną grupę agentów do organizacji znanej jako SHIELD. Wspólnie będą badać to co nowe, dziwne i nieznane na całym świecie, chroniąc zwykłych ludzi od nadzwyczajnego. Zespół Coulsona składać się będzie z współpracowników takich jak agent Grant Ward (Brett Dalton), świetnie wyszkolony w walce i szpiegostwie, agentka Melinda May (Ming-Na Wen) pilot i ekspert sztuk walki, agent Leo Fitz (Iain De Caestecker), genialny inżyniera i Jemma Simmons (Elizabeth Henstridge) geniusz z dziedziny bio-chemiki. W ich podróży po tajemnicach dołączy do nich nowy rekrut i haker komputerowy Skye (Chloe Bennet).


Producentem wykonawczym serialu jest Joss Whedon ("Marvel Avengers", "Buffy the Vampire Slayer"), "Marvels Agents of S.H.I.E.L.D." jest produkowany przez ABC Studios Marvel Television.


Ja osobiście już nie mogę się doczekać! A co Wy o tym myślicie?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...