poniedziałek, 13 listopada 2017

[240] Książka: "Początek" - Dan Brown (2017)

Dan Brown jest klasą sam dla siebie. Po sukcesie Aniołów i demonów, a szczególnie Kodu Leonarda da Vinci oraz kolejnych książek z profesorem Robertem Langdonem w roli głównej, jego pozycja jako twórcy bestsellerów jest nie do podważenia. Każda kolejna książka jego autorstwa jest wyczekiwana z tym samym napięciem i podnieceniem. A autor średnio raz na 3-4 lata serwuje nam nową historię. Kilka tygodni temu premierę miał Początek, piąty już tom serii przygód Langdona.

Tym razem autor za pośrednictwem swoich bohaterów stara się odpowiedzieć na dwa fundamentalne pytania niemal każdej (każdej?) wiary. Mianowicie: skąd przyszliśmy? i dokąd zmierzamy? A tychże ma nam udzielić światowej sławy informatyk, technokrata i agnostyk Edmond Kirsch. Odpowiedzi zatrzęsą fundamentami wiary i sprawią, że religia stanie się zbędna, bo nauka wreszcie obali mit bóstwa zdolnego stworzyć świat. Niestety nie wszystko pójdzie po myśli wybitnego naukowca i do akcji będzie musiał wkroczyć jego dawny nauczyciel akademicki Robert Langdon. To właśnie on, w asyście pięknej dyrektorki muzeum Guggenheima w Bilbao i przyszłej królowej Hiszpanii Ambry Vidal oraz najnowszego wcielenia niesłychanie zaawansowanej sztucznej inteligencji o imieniu Winston, będzie musiał przekazać odpowiedzi światu. Na drugim planie zobaczymy żądnego zemsty komandora Luisa Avile, tajemniczego biskupa Antonio Valdespino, młodego następcę tronu hiszpańskiego księcia Juliana i kilka innych osób z najbliższego otoczenia rodziny królewskiej.

Brzmi zachęcająco i intrygująco. Takie też jest w rzeczy samej. Przez około 100 stron. Później zaczyna się dziać niedobrze. Brown zaczyna wszystko jak przystało na prawdziwego wyznawcę konceptu Alfreda Hitchcocka, mówiącego, że na początku powinno być trzęsienie ziemi, a później napięcie ma już tylko rosnąć. Ale powiem wam jedną rzecz. To nie jest zbyt fortunne rozwiązanie. A już w szczególności w stosunku do tej książki. Czytanie "Początku" przypomina mianowicie stosunek seksualny ze zbyt długo przeciąganym momentem spełnienia, które zamiast być nieokiełznaną rozkoszą staje się doświadczeniem nieprzyjemnym i bolesnym. Dokładnie tak samo jest w przypadku tej książki. Brown tak długo przeciąga moment, w którym wreszcie dowiemy się co odkrył Kirsch i jakie są odpowiedzi na te dwa fundamentalne pytania, że kiedy wreszcie do tego dochodzi czujemy się rozczarowani jego koncepcją. Jest ona wszak wybujała i miałka zarazem. A najgorsze jest w tym wszystkim to, że autor na końcu stara się przeforsować tezę, której tak definitywnie chciał przeciwdziałać naukowiec-agnostyk. Stąd też największą wadą tej książki jest fakt, że bardzo chcemy, żeby się ona wreszcie skończyła. To trochę jak bieg z górki. Nie możemy się zatrzymać, ale marzymy o tym, żeby wzgórze, z którego zbiegamy dobiegło kresu. 

Nie jest to jednak jedyna wada. Kolejną jest to, że brakuje tutaj tego, co tak bardzo cenię w książkach Browna, a mianowicie rozwiązywania zagadek ukrytych w świecie symboli. W Początku jest ich jak na lekarstwo. Langdon bowiem funkcjonuje głównie pośród sztuki nowoczesnej, a jak wiemy ta jest czysto konceptualistyczna i nie niesie ze sobą żadnego znaczenia. Jedynie pomysł na coś czego nikt do tej pory nie wymyślił. Wystarczy postawić w sali pisuar i gotowe. Niekiedy nawet robić tego samodzielnie nie trzeba, bo najważniejszy jest nowatorski koncept, wykonanie można zlecić. I już mamy gotowe dzieło sztuki nowoczesnej. Na szczęście obok tych pierdół dostajemy jeszcze architekturę Gaudiego, której niecodzienność kształtów oraz tajemnicza symbolika są bardzo ciekawie przedstawione i pozwalają na snucie domysłów o intencjach jakie kierowały ich twórcą. Jest tego jednak za mało jak na 460 stronicową powieść, której autor słynie z rozwiązywania tego typu zagadek.

Całość jest jednak zdecydowanie poniżej oczekiwań. Nie będę ukrywał również faktu, że jest to najgorsza - względem oczekiwań - książka jaką przeczytałem w tym roku. Prawdopodobnie Początek i tak przeczytają wszyscy fani autora, mam jednak obawy, że po zakończonej lekturze pozostaną oni z podobnym uczuciem rozczarowania i straconych złudzeń co ja. Czego oczywiście nikomu nie życzę.

Moja ocena: 4/10

wtorek, 24 października 2017

[61] Serial: "Miasto skarbów" (2017)


Był sobie kiedyś serial. Nosił tytuł "Glina". Serial był świetnie wymyślony, rewelacyjnie zagrany, po mistrzowsku wyreżyserowany i posiadał genialną muzykę. Jego twórca podzielił go na trzy części. Jego produkcją i emisją zajęła się TVP. Na przestrzeni kilku lat (2003-2008) powstały dwie pierwsze części, które zebrały zasłużone słowa uznania od krytyki i rzesze wiernych fanów czekających na kończącą całość ostatnią osłonę. Mija jedna dekada od zakończenia emisji drugiej części i niemal piętnaście lat od pierwszej emisji "Gliny", a twórca wciąż nie może uzyskać kapitału na zakończenie swojego dzieła. Postanawia stanąć z nim do konkursu na pomysł serialu, który TVP planuje wprowadzić do emisji z końcem września br. I w tym momencie dzieje się rzecz nie do pomyślenia. Wydawałoby się żelazny faworyt, który swoją drogą już dawno powinien zostać wyprodukowany, wyemitowany i w ogóle nie powinien brać udziału w tego typu chucpach jak konkurs na najciekawszy pomysł, przegrywa. Powiecie, niedopuszczalne! Zgadzam się, bo niezależnie od fantastyczności pomysłu, który wygrał kasa na "Glinę" i tak powinna była się znaleźć. Jednak przyjrzyjmy się zwycięzcy. Może jury konkursu nie omyliło się aż tak bardzo.

Zwycięskim pomysłem okazał się scenariusz serialu "Miasto skarbów". Tytuł jak tytuł. Trochę zdradza, równie wiele nie dopowiada. Jednak pomysł jest następujący. Kraków jako polskie zagłębie sztuki. Dwie siostry. Alicja Wakar (Aleksandra Popławska) jest kimś pracującym z/w/dla Ministerstwa sztuki. Ewa Wakar (Magdalena Różdżka) stoi po przeciwnej stronie barykady, jest złodziejką dzieł sztuki. Do tego dochodzi inspektor Szatner (Piotr Głowacki), który jest szefem specjalnej komórki zajmującej się kradzieżami dzieł sztuki. Fabuła każdego z odcinków polega na tym, że ci sami ludzie zamieszani są w coraz to nowsze kradzieże kolejnych zabytków. Najpierw jest to obraz Cezanne'a pt. "Gracze", później jedno ze zdjęć Marylin Monroe autorstwa Miltona Greene'a, następnie złoty dukat Zygmunta III Wazy, etc. Dla stworzenia lepszego efektu twórcy postanowili zaczerpnąć wiele z tzw. film noir oraz z klimatu życia artystycznej bohemy. Jak wyszło?

W tym tygodniu na ekrany naszych telewizorów wejdzie już 7 odcinek pierwszej serii. Moje odczucia są jednak relacjonowane po obejrzeniu pierwszych 5 epizodów. Myślę, że jest to wystarczająco spory zakres materiału, żeby wszystkie najważniejsze elementy, zostały widzom w mniejszym lub większym stopniu zaprezentowane.

Zacznę od pomysłu. Ogólnie uważam go za dobry. Jednak wprowadził bym jedna małą zmianę. Twórcy obrali sobie za cel w każdym odcinku rozwiązywać kolejną, nową sprawę kradzieży dzieła sztuki i zamykać ją po niespełna 44 minutach filmowego śledztwa. Niesamowite, można rzec! No właśnie, trochę za bardzo nawet. Jedno dłuższe śledztwo rozłożone np. na cały sezon (w zależności ile będzie liczył odcinków) lub na jego połowę byłoby zdecydowanie wiarygodniejsze, zważywszy na to, że próba stworzenia klimatu filmu noir sprawia, że wszystko w tym serialu dzieje się bardzo powoli. Bohaterowie mówią powoli. Ruszają cie powoli. Za to śledztwo myk, myk, myk i już jest zakończone a sprawa wyjaśniona.

Sam pomysł również uważam za odrobinę niepoważny, ponieważ mimo iż rozumiem, że w Polsce giną dzieła sztuki (ciężko mi powiedzieć jaka jest skala tego procederu, bo nie szukałem materiałów na ten temat), ale z pewnością nie dzieje się to tylko w Krakowie, nie jest ich aż tak dużo i nie są za to odpowiedzialni za każdym razem ci sami ludzie. A "Miasto skarbów" stara nam się właśnie taki obraz rzeczywistości zaprezentować. W przestępstwa praktycznie zawsze zamieszana jest ta sama grupa ludzi. Jeśli nie wykonuje osobiście skoku to w jakiś sposób partycypuje w sprawie choćby jako wykonawca kopi obrazu, który ma zostać skradziony. Za wszystkie transakcje lub we wszystkie kradzieże wplątany jest również ten sam facet od wszystkiego, choć głównie od mokrej roboty i dwóch Żydów z Wiednia, a nawet trzech bo jeden z nich mieszka z nasza złodziejką w Krakowie.

Kolejny wątek, który mnie dosłownie rozwala to dość mocno eksponowane są tutaj predyspozycje seksualne głównych bohaterów. Wydaje mi się, że zupełnie niepotrzebnie. A mamy tutaj wszystkie możliwe odmiany, to jest lesbijstwo, pedalstwo, biseksualizm i osobników hetero. Nie żeby mi to przeszkadzało, bo dobry seks nie jest zły, ale tutaj nie jest dobry. Wszystko wydaje się wymuszone. Naciągane. Nawet to wciąż obecne erotyczne napięcie między poszczególnymi postaciami. I to praktycznie wszystkimi. Wygląda na sztuczne, jak zresztą sama atmosfera, którą próbują stworzyć twórcy i aktorzy na podstawie nieudolnie napisanego scenariusza.

Twórcy zapewne nie wiedzieli, że nie wystarczy przeczytać odpowiedniego hasła w encyklopedii kina i upchnąć w swoim filmie tak wiele charakterystycznych dla filmu noir elementów ile się tylko da, żeby wszystko zagrało. Niestety, to tak nie działa. Trzeba poczuć tworzywo na jakim się pracuje. A pole do popisu było spore. Jednak co z tego. Zamiast atmosfery filmu noir dostajemy tylko jego poszczególne elementy, to jest: kłęby papierosowego dymy, ciągłe picie whisky (i innych alkoholi na czele z winem), krótkie, lakoniczne wypowiedzi (które swoją drogą są w większości przypadków albo śmieszne, albo bez sensu), zmysłową i złowieszczą femme fatale i inteligentnego detektywa cynika. Jest wręcz pastiszowo i gdyby twórcy okrasili to szczyptą dystansu do samych siebie można by się było świetnie bawić. Jak na czymś zrobionym w stylu "Kingsman", gdzie jawnie kpi się z pierwszych bondów i hiperbolizuje charakterystyczne dla tego typu kina elementy/składniki. Tutaj aktorzy są poważni jak na pogrzebie prezydenta. Cały czas smutne miny, cały czas drętwe do bólu one-linery, cały czas siłowanie się na ironię i beztroskę.

Kolejnym problemem jest casting. W naszym kinie aktualnie nie ma aktorek, które dałyby radę wiarygodnie odegrać role sióstr Wakar. Obie kobiety mają być zmysłowe, pociągające, smutne (skrzywdzone przez życie), z tajemnicą skrytą gdzieś wewnątrz siebie. Mają być prowokacyjnie piękne. Tak, że samo ich wejście do pomieszczenia ma stawiać na baczność faje wszystkim facetom wewnątrz (pedałów zwalniamy z tego obowiązku). Zaangażowane do tego aktorki, choć są obecnie najlepszym wyborem z dostępnych zasobów, nie są w pełni predestynowane, żeby autentycznie zagrać powierzone im role. Bardzo przeszkadzają im również scenarzyści, którzy zmuszają je do wygłaszania pustych, nic nie znaczących, śmiesznych tekstów i absurdalnych zachowań. Ewa na akcje chodzi zawsze ubrana dokładnie w te samą blond perukę, choć już podczas pierwszego skoku został sporządzony jej dokładny portret pamięciowy. Zamiast zajmować się czymś co pozwoliłoby nam uwierzyć, że jest jedną z najlepszych złodziejek dzieł sztuki w kraju siedzi i obiera jabłka. Albo czosnek. To bardzo tajemnicze. Tak naprawdę to Różdżka w tym serialu gra samą siebie, taką samą postać jaką była np. w "Oficerze", "Rozmowach nocą" i... na szczęście więcej filmów z nią nie oglądałem. A to chyba nie jest dobre, kiedy aktor potrafi zagrać tylko jedną rolę. Jej serialowa siostra Alicja również jest tajemnicza. Nawet bardziej niż Ewa. Jest wszak pracownikiem Ministerstwa Kultury i Sztuki, który w ciągu jednego dnia dostaje posadę konsultanta policyjnego, a wraz z nią legitymację policyjna i służbową broń (w sumie nie wiem czy tak to się powinno odbywać i mam co do tego pewne wątpliwości). Nie wiadomo również gdzie nauczyła się tą bronią posługiwać, ale w jednym z odcinków widzimy, że robi to jak zawodowiec. Miała co prawda romans z jakąś wysoko postawioną brzydką babą, tzw. "Matką" (w tej roli kolejna moja "ulubienica" Izabela Kuna), szefową ABW, to jednak nie wydaje mi się, żeby na grę wstępna umawiały się na strzelnicy. Potrafi również zabić z zimną krwią. Co prawda w obronie własnej, ale niewiele sobie z tego robi. I praktycznie spływa to po niej jak po kaczce. Dziwne jak na pracownika MKSu. Jednak to nie wszystko. Jej postać jest wszak najbardziej "przefajnowaną" w całym tym serialu. To właśnie ona nie potrafi się zdecydować czy woli w swoim (lub ich) łóżku panów czy panie i w każdej innej sytuacji byłoby to szalenie ekscytujące, ale nie wtedy kiedy tę kobietę gra Popławska. A do tego jej wybranką jest Kuna. To połączenie zabija we mnie całą ekscytację i emocje. Natomiast wciąż ta sama smutna twarz Alicji staje się nudna już po kilku pierwszych minutach, kiedy zauważamy, że raczej próżno szukać na niej innych emocji niż znudzenie. I powoli zaczynamy się zastanawiać kto to tak wszystko głupio wymyślił. To również za jej przyczyną każda scena, w której się pojawia ma ociekać zmysłowością i mrocznym erotyzmem. Kiedy tylko wchodzi do pomieszczenia, w którym znajduje się mężczyzna zastanawiam się dlaczego nie jest w spódnicy, byłoby prościej... A tak, kończy się jedynie na powłóczystych spojrzeniach i absurdalnych wymianach zdań, które gdyby były prowadzone między mężczyznami można by porównać to tych, w których metaforycznie porównują wielkość swoich kutasów. Niestety Alicja nie ma kutasa. Pewnie gdyby miała byłaby szczęśliwsza, bo jak to mówi jeden z bohaterów w pierwszym odcinku "Kraków to nie jest łatwe miasto dla kobiet". Ale to wciąż jeszcze nie wszystko. Mamy jeszcze tajemniczego kilera (nazywa się Klaus Miler i gra go na tyle dobrze na ile pozwala mu scenariusz Norbert Rakowski) na usługach tajemniczego Żyda Aviego Schmidta (w tej roli
Feliks Szajnert), który zajmuje się sabotowaniem wszystkich akcji Ewy Wakar i zazwyczaj kradnie jej lub komuś innemu tego co zostało wcześniej ukradzione. Artystę-fightera Maksa Wernera (Marcin Bosak), który oprócz malowania genialnych kopii arcydzieł zajmuje się organizowaniem walk i czasami braniem w nich udziału oraz rżnięciem jednej siostry (Alicji) i marzeniu o rżnięciu drugiej (Ewy). Mamy jeszcze dwóch kolejnych Żydów, również rodzeństwo, tym razem braci. Są oni powiązani z siostrami Wakar tym, że za okupacji dziadek kobiet za niewielka opłata ("Gracze" Cezana) przechowywał ich dziadka w piwnicy. Jeden z nich mieszka z Ewą i nazywa się Moryc Sharon (Adam Ferency). Jest sobie fałszerzem, pedałem i... chyba już nikim więcej. Drugi to Nathan Sharon (Edward Linde-Lubaszenko). Mieszka w Wiedniu i pedałem nie jest. Zajmuje się natomiast paserstwem na szeroka skalę, a przynajmniej to można wywnioskować z informacji jakie serwują nam twórcy "Miasta skarbów". To chyba wszystko co o nim do tej pory wiemy. Ostatnimi postaciami są nasi dzielni stróże prawa. Ich dowódcą jest inspektor Michał Szatner (Piotr Głowacki). Swoją drogą ciekawe, że w tym serialu prawie nikt nie ma zwyczajnego nazwiska, trochę to pretensjonalne. I niepotrzebne. Ale wracając do Szatnera. Jest po historii sztuki. Był studentem ojca naszych sióstr Wakar. Zna się na niej (tej sztuce) jak mało kto w tym serialu. Jest zmęczony, tajemniczy i cyniczny. Marlowe i Spade mogliby się od niego uczyć palić papierosy i pić whisky. I oddziaływać na kobiety. Ale cóż ponad to? Jak to mówią: "Z gówna bata nie ukręcisz", tak nawet najlepszy aktor (za jakiego uważam Głowackiego) nie da rady pociągnąć postaci na podstawie tak niedorzecznego materiału. Chociaż jest i tak najmocniejszym punktem tego przedsięwzięcia. Jego ekranowi współpracownicy z sekcji ochrony dzieł sztuki nie radzą sobie już tak dobrze. Meksykanka Selena Abar (Helena Ganjalyan), która mówi po polsku bez najdrobniejszego akcentu i zupełnie nie zna się na sztuce; zapatrzona w szefa jak w obrazek aspirant Stefania Górska (Monika Frajczyk) od kontaktów z komputerami oraz Maciej Harny (Adam Krawczuk) - byczek, który został przeniesiony do sekcji dzieł sztuki w związku z nadwyżką estrogenu (Szatner współpracował do tej pory z trzema kobietami). Testosteronu jest teraz tyle, że napięcie trzeba rozładowywać szybkimi numerkami w pracy (Selena i Harny), a podejrzanego aresztować zapraszając go uprzednio na rundkę boksu w klatce (ponownie Harny i kolega Maksa Rafał vel "Goryl").

Jedyne co przemawia na korzyść tej produkcji to ładne kadry Krakowa i przyjemna muzyczka na zakończenie każdego odcinka, ale to mogę mieć bez oglądania serialu. Wystarczy, że włączę sobie płytę i przejrzę galerie pocztówek Krakowa, których zatrzęsienie nie tylko w necie. Myślę, więc że to za mało, żeby dalej wydawać naszą kasę na takie gówno (w końcu TVP zabiera biednym obywatelem pieniądze pod postacią niesłusznie pobieranego abonamentu RTV). Zdecydowanie uważam, że ten konkurs powinien wygrać Pasikowski i jego "Glina". Może bym się wtedy wreszcie dowiedział co się stało z postrzelonym na ulicy w środku nocy Gajewskim oraz jak twórca zaplanował zakończyć ten jeden z najlepszych seriali kryminalnych w historii polskiej telewizji.

Moja ocena: 3/10

poniedziałek, 25 września 2017

[177-181] Filmy o miłości

Czasem lubię sobie obejrzeć komedię romantyczną. Dziś przedstawiam zestawienie 6 tytułów, które widziałem na przestrzeni kilkunastu ostatnich dni. Filmy ułożone są w kolejności od najniżej ocenionego do tego, który otrzymał najwyższą notę. 

"Cudowne tu i teraz / The Spectacular Now"* (2013)
Ostatni z obejrzanych przeze mnie filmów okazał się tym najsłabszym. Nie był on wszak typowym melodramatem czy też komedią lub romansem, a raczej czymś w rodzaju połączenia wszystkich tych elementów, z których na pierwszy plan wysuwa się dramat. Mamy tutaj do czynienia z Sutterem siedemnastoletnim imprezowym chłopakiem, który nie stroni ani od alkoholu, ani od seksu (w tej roli Miles Teller). Kiedy go poznajemy właśnie rzuciła go dziewczyna a on sam nie do końca wie co chce zrobić z resztą swojego życia. Do roboty przychodzi przeważnie na gazie albo pije w pracy. Nie ma też parcia na dostanie się do koledżu. W pewnym momencie poznaje zupełnie inną dziewczynę niż te, z którymi spotykał się do tej pory. Dziewczyna czyta książki, uczy się dobrze, nie pije i nie pieprzy się ze wszystkim co posiada penisa. Ich związek dość szybko ewoluuje i wydaje się, że oboje są sobie niezbędni i pięknie się uzupełniają (choć w filmie tego nie widać zbyt dobrze, można się jedynie domyślać, że taki był zamysł scenarzystów i reżysera). Dzieciaki się niby wspierają, niby motywują do "zerwania z tyranią rodziców". Matka Aimee (w roli Aimee Shaillene Woodley) nie pozwala jej pojechać na studia, a matka Suttera nie pozwala mu się skontaktować z ojcem, który opuścił ich kiedy chłopak był bardzo mały. Jednak o ile dziewczyna robi to szczerze, to Sutter ma mętlik w głowie, sam nie wie czego i kogo chce. Obraża dziewczynę, bo jest rozczarowany osobą ojca (udało mu się z nim spotkać dzięki siostrze, która dała mu numer telefonu). Co jest dalej musicie sobie zobaczyć sami, ale ja uważam, że film jest nie spójny klimatycznie i gatunkowo. Początek jest zwykłą imprezową komedią, środek to ewidentnie klimat z filmów "fajny chłopak wyrywa ładną outsiderkę", a końcówka to ewidentny dramat w stylu "wszystko wokół się pierdzieli a ja nie wiem co mam zrobić". Jak dla mnie trochę tego za dużo i nie trzyma się to kupy. Stąd też moja adekwatna do całości ocena.

Moja ocena: 4/10

"Sex story / No Strings Attached" (2011)
Teraz kolej na dwa zupełnie różne filmy, które otrzymały taką samą notę. Pierwszy z nich, to Sex story z Ashtonem Kutcherem i Natalie Portman w rolach głównych. Film jest dość bezpruderyjny. Bohaterowie otwarcie rozmawiają o seksie i jestem pewny, że nie każdemu "oglądaczowi" taka konwencja się spodoba (podobno wiele w tej materii psuje również polskie tłumaczenie/lektor, ja właśnie taką wersję wybrałem). Jeśli chodzi o fabułę to mamy tutaj do czynienia z fajnym chłopakiem (takim milutkim, czułym etc., etc.) i dziewczyną upośledzoną emocjonalnie, która nie umie i nie chce okazywać uczuć a co za tym idzie angażować emocjonalnie w związek. Ci dwoje znają się od - powiedzmy - dzieciństwa (kiedyś na obozie letnim Adam chciał wsadzić Emmie palec w łatwy do odgadnięcia otwór) i na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat spotykali się zupełnie przypadkiem w różnych miejscach i okolicznościach. Po raz ostatni dochodzi do tego po tym jak zupełnie pijany Adam (po tym jak zostawiła go dziewczyna) budzi się całkiem goły w mieszkaniu Emmy. I całkiem przez przypadek dochodzi między nimi do niezobowiązującego seksu (wiecie, to zawsze jest "przez przypadek"). Od słowa do słowa zostają tzw. "friends with benefits", czyli mówiąc inaczej łączy ich tylko seks, bo praktycznie nawet się nie przyjaźnią. Jednak, o ile Emmie wydaje się to odpowiadać, o tyle masz miły i romantyczny chłopak Adam chce normalnego związku. Później jest śmiesznie, czasami niezręcznie, a wszystko kończy się tak, jak na tradycyjną komedię romantyczną przystało. I niby film sam w sobie nie jest najgorszy. Da się go obejrzeć i nawet czerpać z tego jakąś tam radość, ale najgorsi są w nim aktorzy. O ile nie lubię Kutchera w każdej jego roli (chłopak się po prostu nie nadaje, szkoda, że tylko ja to widzę...), o tyle Natalie Portman, która nie dość, że jest śliczną to jeszcze utalentowaną aktorką po prostu zabija ten film. Mimo tego da się obejrzeć i nawet czasami zaśmiać, choć nie jest to film, po którym bolałby was brzuch ze śmiechu.

Moja ocena: 6/10

"Ten niezręczny moment / That Awkward Moment" (2014)
Drugim filmem, który otrzymał tę samą notę jest Ten niezręczny moment, czyli historia trzech przyjaciół Jasona (Zac Efron), Daniela (Miles Teller) i Mickeya (Michael B. Jordan). Wszystko zaczyna się od tytułowego niezręcznego momentu, kiedy dziewczyna wypowiadając słowo "więc" pyta "do czego to wszystko prowadzi?". Jest to chwila, w której trzeba się zdeklarować czy koniec przygody, czy może jednak mamy ochotę na poważny związek. W takiej sytuacji znalazł się właśnie Jason. Jego odpowiedź sprawiła, że po chwili znów był "wolny". Mickey dowiaduje się natomiast, że jego żona pieprzy się z Haroldem (swoim prawnikiem) i że chce rozwodu. W tej sytuacji panowie postanawiają przez najbliższy czas pozostać singlami. Będą chodzić po barach, upijać się, grać na konsoli i czerpać radość ze swojego męskiego towarzystwa i samczych rytuałów takich, jak rozmawianie o kupie/sraniu, bekanie i puszczanie bąków bez skrępowania. Niestety, ich genialny plan bierze w łeb, kiedy najpierw Jason spotyka piękną pisarkę Elli (Imogen Poots) i chcąc nie chcąc się w niej zakochuje. Po chwili okazuje się, że Daniel zakochuje się w swojej "naganiaczce" lasek Chelsie (Mackenzie Davis) a Mickey stara się odzyskać uczucia żony Very (Jessica Lucas). Tytuł trochę nieadekwatny do fabuły, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze, że jest w miarę śmieszny, nie jest jakoś bardzo głupi, aktorzy radzą sobie przywozicie, jest kilka momentów, które zapadają w pamięć a całość jest strawna i przyjemna. 

Moja ocena: 6/10

"Trzy metry nad niebem / Tres metros sobre el cielo"* (2010)
Trzy metry nad niebem to hiszpański remake włoskiego melodramatu o tym samym tytule z 2004 roku. Jego bohaterami są młody buntownik Ache (Mario Casas) i Babi (María Valverde), dziewczyna z tzw. dobrego domu. Ci dwoje są od siebie tak różni, jak to tylko możliwe, ale jak to w historiach o miłości bywa zakochują się w sobie i wszystko jest świetnie do momentu, kiedy podczas jednego z wyścigów motocyklowych dochodzi do tragicznego wypadku, w którym uczestniczy Pollo (Álvaro Cervantes) - najbliższy przyjaciel Ache i chłopak najlepszej przyjaciółki Babi, Katiny (Marina Salas). To wydarzenie wpłynie na dalsze losy głównych bohaterów. Cały film jest jednak dość niespójny. Początek to infantylna romantyczna komedyjka o grzecznej księżniczce i małym furiacie, który jest we wszystkim najlepszy, wszystko wie najlepiej etc. I choć ciekawie to wyglądało w innych niż polskie lub amerykańskie realia, to tutaj zachwytów piać nie ma nad czym. Podobała mi się za to końcówka, która trochę przełamała stereotyp i nie była tak oczywista, jak można się było tego spodziewać. W miarę ładni i przyzwoicie grający aktorzy i piękne plenery też robiły swoje. I choć w połowie filmu chciałem mu wystawić zdecydowanie niższą ocenę wraz z końcem seansu musiałem zweryfikować swoje podejście do niego.

Moja ocena: 6.5/10

"Romans na dwie noce / Two Night Stand" (2014)
Romans na dwie noce to kolejna komedia romantyczna, która jest odrobinkę inna niż te, które do tej pory opisywałem. Mamy w niej do czynienia z dwójką młodych ludzi Alekiem (Miles Teller) i Megan (Analeigh Tipton). To akurat standard. Megan jest "skrzywdzoną dziewczyną wracającą do gry". Alec... zwykłym, przeciętnym facetem. Poznają się na portalu randkowym, który odwiedzają ludzie szukający partnera "na jedną noc" (a przynajmniej ja to tak zrozumiałem). Następnego dnia rano, kiedy dziewczyna chce wrócić do domu napotyka na swojej drodze śnieżycę, która unieruchamia całe miasto. Oboje utknęli ze sobą na... nie wiadomo jak długo. Po niemiłej wymianie zdań tuż przed próbą opuszczenia mieszkania przez Megan (spotykają się u niego) muszą dojść do porozumienia i jakoś bezkonfliktowo dotrwać do końca kataklizmu. Po przełamaniu początkowej niechęci i kilku wpadkach (np. zatkany kibel i wybite okno u sąsiadów w poszukiwaniu działającej toalety) zaczynają się poznawać i rozmawiać ze sobą coraz bardziej otwarcie. Najciekawsza i najzabawniejsza z całego filmu jest scena "konstruktywnej krytyki" zachowań seksualnych oraz późniejsze próby i testy przeprowadzane oczywiście "dla dobra nauki", które mają na celu polepszenia życia erotycznego ich przyszłych partnerów (towarzyszy temu świetny kawałek, który bardzo ładnie współgra z obrazami na ekranie). Jak skończy się ich dwudniowa "noc" dowiecie się po seansie. Ja osobiście polecam, bo jest to naprawdę przyjemny film. Nie taki słodki i głupkowaty, jak większość komedii romantycznych dostępnych w ostatnich latach. Do tego bardzo dobrze czujący się w takiej konwencji, jak zawsze świetny Miles Teller i urocza Analeigh Tipton o nieoczywistej urodzie, która z każdą minutą filmu zaczyna podobać się coraz bardziej. Czegoż chcieć więcej?

Moja ocena: 7/10

Życzę miłego seansu!
* Filmy te to adaptacje książek. Tim Tharp "Cudowne tu i teraz"; Federicco Moccia "Trzy metry nad niebem".

wtorek, 29 sierpnia 2017

[239] Książka: Mock" - Marek Krajewski (2016)

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że Mock to pierwsze moje spotkanie ze sławnym polskim autorem kryminałów Markiem Krajewskim. Nie wiem czego się spodziewałem po szóstym (?) już tomie (choć jeśli chodzi o chronologię akcji również pierwszym) przygód wrocławskiego policjanta Eberharda Mocka. Z pewnością jednak nie tego co otrzymałem. Ale ad rem, jak lubi powtarzać autor. 

Historia zaczyna się na tajnym spotkaniu amerykańskiej Centralnej Agencji Wywiadowczej w roku 1948, na kilka miesięcy przed mającym się odbyć w sierpniu tego roku we Wrocławiu Światowym Kongresem Intelektualistów. Na tym spotkaniu jest również Eberhard Mock. Spotkanie ma na celu stworzenie planu przeprowadzenia zamachu na Stalina, który ma uhonorować swoją osobą obrady kongresu. Mock ma służyć za źródło informacji o Hali Stulecia (w 1948 roku Hali Ludowej), w której dojdzie do uroczystość. Wie o niej bardzo dużo, ponieważ przeszło 35 lat wcześniej prowadził śledztwo w sprawie morderstwa mającego miejsce na jej terenie. Po kilku chwilach Mock rozpoczyna swoją opowieść. Przenosimy się do kwietnia roku 1913 (z małą wstawką z roku 1912) i tam poznajemy okoliczności śmierci czterech młodych chłopców i jednego mężczyzny, którzy dokonali żywota na terenie Hali. Młody, wtedy zaledwie trzydziestoletni, Mock pracujący jeszcze w obyczajówce, a nie w wydziale kryminalnym wrocławskiego prezydium policji (o czym zresztą marzy) postanawia rozwiązać tę sprawę na własną rękę. Nie wszystko toczy się jednak po jego myśli. Udaje mu się jednak ustalić, że w morderstwo zaangażowani są tak masoni, jak żydzi i Związek Wszechniemiecki, a całą sprawę chce zatuszować bardzo potężna organizacja sprawująca praktycznie rzeczywistą władzę w stolicy Śląska. W trakcie śledztwa dowiaduje się także, że podczas uroczystego otwarcia Hali Stulecia dojdzie do zamachu na cesarza Wilhelma II, które swoją osobą ma uświetnić tę uroczystość. Mock trafia między młot i kowadło musząc wybierać między swoją dociekliwością i chęcią doprowadzenia sprawy do końca, a lojalnością wobec szefostwa, które pod groźbą wyrzucenia go z pracy (tak jak pisałem, nie wszystko idzie po jego myśli) nakazuje mu zapomnieć o całej sprawie i skupić się na działaniach zgoła odmiennych od dotychczasowo wykonywanych. Za dużo zdradzam z fabuły? być może, ale jest ona tak wielowątkowa, że ciężko przedstawić choćby jej zarys nie ujawniając kilku kluczowych informacji. 
Hala Stulecia we Wrocławiu

Powiem szczerze, że bardzo rozczarowałem się pierwszym moim spotkaniem tak z Markiem Krajewskim, jak z Eberhardem Mockiem. Naczytałem się o połączeniu kryminałów w stylu chandlerowskim z elementami horroru, a dostałem konglomerat kiepskiej jakości popłuczyn po Danie Brownie z przewodnikiem po przedwojennym Wrocławiu. Sam bohater również nie zrobił na mnie pozytywnego wrażenia. Ja rozumiem, że młody chłop i hormony w nim buzują, ale żeby na każdym kroku myśleć o pierdoleniu to chyba lekka przesada (nie myślcie sobie przypadkiem, że jestem pruderyjny w tej kwestii, nie, niektóre opisy czynności czy też sytuacji seksualnych były bardzo dobre, jednak z seksem w książce powinno się obchodzić jak z przyprawą w potrawie, nie dodać - może być nie smaczna, dodasz za dużo - tak samo). Jeśli ma to być nawiązanie do romansów Marlowa albo Spade'a to u Chandlera i Hammett wychodziło to o wiele naturalniej i subtelniej. Ale seks to tylko jedna, mało istotna sprawa. Cała ta postać jest jakaś niespójna. Chaotyczna. Rozdarta między równymi sprzecznymi pragnieniami. Być może taki był zamysł autora. Może chciał pokazać w jakich okolicznościach wykuwał się charakter przyszłego detektywa Eberharda Mocka, biednego ale niezwykle inteligentnego chłopaka z Wałbrzycha. Ja tego jednak nie kupuję. Nie przemawia to do mnie. Nie zachwyca mnie. Natomiast cała reszta bohaterów została skrojona dość ciekawie. Ich duża różnorodność i, niekiedy, groteskowość zachowań, wyglądów i charakterów była dużym urozmaiceniem. 

Same realia Wrocławia początku drugiej dekady XX w. oddał autor bardzo ciekawie. Nie mogę powiedzieć czy dobrze, bo nie mam w tym temacie żadnej wiedzy, jednak wydaje się z lektury, że dość autentycznie i dokładnie. Nie rozmijając się z prawdą historyczną w zbyt wielu miejscach. Czyta się to dobrze, choć topograficzny charakter jego powieści jest dla mnie zbyt męczący. Ciągłe krążenie po ulicach z tymi okropnymi niemieckimi nazwami nie sprawiało mi radości, a po pewnym czasie zacząłem je zwyczajnie pomijać, bo nie chciało mi się przedzierać przez szkopska ortografię. Wystarczyło mi tylko, że widziałem w jakim budynku, u kogo albo gdzie dzieje się akcja, a to przy jakiej ulicy się on znajduje uznawałem za mało istotne. 

Najgorszy jednak ze wszystkiego był sposób rozwiązania zagadki i wyjaśnienia przyczyn i okoliczności morderstwa, a także najważniejsze, czyli kto to morderstwo popełnił. Autor w posłowiu wspomniał, że w kwestiach symboliki masońskiej pomagał mu profesor Tadeusz Cegielski, który z tego co mi wiadomo jest również autorem jak i wielkim znawcą gatunku kryminału (tutaj odnośnik do mojej recenzji jego książki o tym właśnie zagadnieniu). Ciekawi mnie zatem fakt, jak taki tuz nie zwrócił swojemu koledze po piórze uwagi, że ów popełnia jeden z niewybaczalnych błędów fair plai względem czytelnika na mordercę wybierając postać, która na kartach książki pojawia się niespełna dwa razy w bardzo skromnej charakterystyce i okolicznościach. Jest to policzek wymierzony wszystkim tym, którzy wraz z Mockiem starali się rozwiązać sprawę morderstwa. Jedynym wyjaśnieniem i w pewnym stopniu rozgrzeszeniem dla autora jest na poły sensacyjno-szpiegowski charakter powieści. Z rozwoju fabuły wszakże na pierwszy plan wysuwają się bardziej machinacje oraz intrygi mające na celu uwypuklenie wątku politycznego, a nie samego śledztwa. 

Mimo, że książkę czytało się dość gładko (oprócz tych topograficznych kantów) a sama zagadka była ciekawa, to jednak jej rozwiązania oraz postać głównego bohatera skłaniają mnie do wystawienia oceny drastycznie niskiej, jak na rangę i miejsce jakie zajmuje tak seria, jak i jej autor na polskiej scenie literatury rozrywkowej. Nie skreślam go jednak. Dam sobie i Krajewskiemu jeszcze jedną szansę. Tymczasem...
Moja ocena 3.5/10

niedziela, 20 sierpnia 2017

[238] Książka: "Ja, Fronczewski" - Piotr Fronczewski, Marcin Mastalerz (2015)

Już jakiś czas temu (2015) pojawiła się na polskim rynku wydawniczym ciekawa propozycja dla wszystkich wielbicieli talentu Piotra Fronczewskiego - Ja, Fronczewski. Nie jest to jednak biografia - o napisanie tejże nikt się do tej pory nikt nie pokusił - a wywiad-rzeka. Długa i miejscami dość intymna rozmowa Marcina Mastalerza z wielkim artystą, za którego Piotr Fronczewski zupełnie się nie uważa.

Piotr Fronczewski w rozmowie z Mastalerzem opowiada o wielu rzeczach. O tych naprawdę ważnych jak rodzina, dom, święty spokój (którego często brakowało i brakuje), a także o tych mniej ważnych ale równie istotnych w życiu każdego człowieka - jak pasja do motoryzacji, a w szczególności motocykli, z którymi jest związany od bardzo wczesnego dzieciństwa.

Jeśli nastawicie się na solidny przegląd kariery aktorskiej (czy to teatralnej czy telewizyjno-kinowej) możecie się czuć się lekko zawiedzeni. Aktor, jak sam twierdzi, wielu rzeczy nie pamięta, a wiele uważa za mało ciekawe i nie warte wspominania. Jest natomiast wiele świetnych anegdot ze światka artystycznego Warszawy, ale nie tylko. Jest dużo wypowiedzi definiujących i opisujących charakter Piotra Fronczewskiego, a także jego stosunek do spraw ważnych i mniej istotnych - takich jak rodzina, przywiązanie, miłość, ale też aktorstwo jako zawód, bez którego - jak twierdzi - potrafił by żyć bez najmniejszych problemów.

Ja, Fronczewski to szczera, choć miejscami chciałoby się, żeby była zdecydowanie dokładniejsza, rozmowa o życiu z bardzo skromnym i wielce wszechstronnym artystą, która z pewnością przypadnie do gustu nie tylko wielbicielom jego talentu.

Moja ocena: 8/10

środa, 9 sierpnia 2017

[237] Książka: "Wszyscy ludzie prezydenta" - Bob Woodward, Carl Bernstein

Wszyscy ludzie prezydenta są prawdopodobnie jednym z najbardziej znanych i najmocniej zakorzenionych w medialnej kulturze mitem dziennikarstwa śledczego. Niezmordowaną walką Dawida z Goliatem. Starciem dwóch młodych dziennikarzy "Washington post" z ogromną machiną władzy zarządzaną przez jedną z najpotężniejszych osób na świecie - prezydenta stanów Zjednoczonych. I oto oni - Carl Berstein i Bob Woodward staczają zwycięski bój o prawdę i zmuszają - po raz pierwszy i, jak do tej pory jedyny, w historii swojego kraju - prezydenta do rezygnacji z piastowanego stanowiska w związku z jego uchybieniami wobec obowiązującego prawa.

Tak w skrócie można opisać czym w świadomości większości tych, którzy w ogóle wiedzą czym była - i jak doszło do jej wykrycia i ujawnienia - afera Watergate. Prawda jest z goła inna i nie do końca taka jak ta przedstawiona w niniejszej książce. Ale liczy się to co jest powszechnie znane i dostępne. A Wszyscy ludzie prezydenta są bestsellerem wszech czasów w dziedzinie literatury faktu i to właśnie interpretacja Woodwarda i Bersteina jest tą obowiązującą. Do tego dochodzi jeszcze ekranizacja pod tym samym tytułem w reżyserii Alana J. Pakuly z Robertem Redfordem (w roli Woodwarda oraz jako producenta wykonawczego i współtwórcy scenariusza) i Dustinem Hoffmanem (w roli Bernsteina) wcielających się w dwóch nieustraszonych reporterów, którzy często z narażeniem życia odkrywają kolejne elementy układanki i niemalże samodzielnie doprowadzają do rezygnacji Nixona ze stanowiska. Ale film dramatyzuje i upraszcza całą historię jeszcze bardziej niż książka, i co ciekawe oraz niespotykane w historii kina, pomysł jego powstania narodził się wcześniej niż samej książki. Redford, zauroczony całą historią walki dwóch reporterów z urzędową machiną, jeszcze przed zakończeniem całej sprawy usilnie starał się namówić dziennikarzy "Washington Post" do sprzedania praw do ekranizacji ich historii i zaproponował im w jaki sposób powinni napisać książkę (początkowo miała ona mieć zupełnie inny kształt, jednak za namową aktora reporterzy postanowili skupić się na własnych przeżyciach i działaniach). Film jest więc nierozerwalnie związany z książką i jedno praktycznie nie może funkcjonować bez drugiego, ponieważ uzupełniają i dopełniają się nawzajem.

Pomijając jednak historię w niej przedstawioną, sama książka jest jednak napisana w dość topornym stylu. Nie czyta się tego zbyt płynnie. Wiele zdań cytowanych wypowiedzi trzeba czytać po kilka razy, żeby zrozumieć ich sens, a biorąc pod uwagę zawiłość całej opowieści i dość liczne grono głównych bohaterów nie działa to na jej korzyść zupełnie. Do tego dochodzi jeszcze okropna korekta i błędy edytorskie. Powtarzalność w wielu miejscach "się", "na" etc. wkurza, ale już pomyłki w nazwiskach często mogą wprowadzić w błąd. Oto przykład:

"Wydatki kontrolował Sloan. Mitchel i Sloan [powinno być Stans - przyp. mój] tylko je zatwierdzali." - 136

Tutaj już mniejsze przewinienie, ale bardziej niewybaczalne, bo nie wynikające z zaczynających się na taką samą literę ("S") i mających podobną długość nazwisk (5 liter):

"Woodward spytał o zbieranie wiadomości na temat Teda Kennedy'ego. Napisali o tym z Woodwardem [powinno być Bernsteinem - przyp. mój] w lipcu poprzedniego roku." - str. 322

Niezależnie jednak od roli jaką w całej tej historii odegrali reporterzy "Washington Post" (cała gazeta została nagrodzona za serię artykułów o aferze Watergate nagrodą Pulitzera, co bardzo nie spodobało się Woodwardowi i Bernsteinowi, ponieważ uważali, że to im powinna przypaść cała zasługa za te teksty) oraz w ogóle media jako takie (choć głównie prasa) Wszystkich ludzi prezydenta warto przeczytać chociażby po to, aby rozjaśnić sobie wiele faktów z tej, bądź co bądź nielicho zawiłej sprawy (sam Nixon przez dłuższy czas twierdził, że nie widział o co w tym wszystkim naprawdę chodziło do momentu aż któregoś dnia pewien stażysta nie przedstawił mu rozrysowanego schematu zależności i podległości personalnych - kto, co, dla kogo, na czyje polecenie wykonywał). No i co by nie mówić, jest to jednak kawał naprawdę zaawansowanego i prowadzonego na ogromną skalę dziennikarskiego śledztwa ever.

Moja ocena: 8/10

wtorek, 1 sierpnia 2017

[236] Książka: "Czternasta kolonia" - Steve Berry (2017)

Człowiek nie uczy się na błędach. Ja jestem najlepszym tego przykładem. Po moim średnio udanym spotkaniu z Kotletem Mielonym (tak się u nas w domu nazywa Cottona Malonea) w Dziedzictwie tempariuszy po raz kolejny sięgnąłem po jego przygody. Ale uwierzcie mi, w mojej robocie z nudów to i instrukcje pralki bym przeczytał...

Wracając jednak do tematu. Tym razem padło na Czternastą kolonię, w której Kotlet Mielony musi zrobić... no, w sumie to całkiem sporo rzeczy. A cała intryga jest tak duża, szeroka, przepastna, niepomiernie głęboka... (może starczy tych epitetów, zważywszy, że to niemalże synonimy), jak, nie przymierzając, poziom paranoi członków partii rządzącej. Najważniejsze jest jednak to, żeby powstrzymać starego, zajadłego byłego agenta KGB (byłego nie dlatego, że zwolniony czy wyrzucony z pracy, tylko z powodu zamknięcia jego zakładu pracy, choć on w głębi serca nigdy nie porzucił służby - mózg wyprany do cna), który chce zrealizować zadanie otrzymane na początku lat 80. z ręki samego sekretarza generalnego KPZR - Andropowa. I wcale go nie obchodzi, że od tamtego czasu minęło przeszło ćwierć wieku a sam sekretarz kopnął w kalendarz kilka miesięcy po wydaniu rozkazu. Całość dość nierozerwanie łączy się z 20 poprawką do amerykańskiej konstytucji oraz nomenklaturą szachową. A czym jest tytułowa 14 kolonia? Tego dowiecie się z lektury i tak właściwie to ma niewiele wspólnego z samym zadaniem jakie mają wykonać główne postaci tej intrygi.

Przejdźmy teraz do zalet tego czytadła. Tak, jak powtarzam to od zawsze i zawsze będę powtarzał, Steve Berry nigdy nie będzie Danem Brownem. Trzaska swoje książki jak z karabinu - średnio jedna na rok, co dość wydatnie wpływa na ich jakość. Same zagadki nie są również tak dobrze zbudowane jak u bardziej utalentowanego kolegi. Ma on jednak swoje grono wielbicieli i to głównie dla nich pisze. Ale miało być o zaletach. Co mnie się tutaj podobało? Środkowa część książki, gdzie największy nacisk został położony na samą tajemnicę. Co z tego, że koniec końców okazała się ona zupełnie do niczego nie potrzebna i z całej tej wielowarstwowej intrygi ważny był tylko jeden szczegół, który powinien znać każdy fachowiec zajmujący się historią jeśli nie Waszyngtonu, to przynajmniej Białego Domu i nie potrzebne byłoby całe to głupie poszukiwania zaginionych dokumentów etc., etc. Ale to jest tylko Berry i tylko Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, tu zbyt wiele wymagać nie można. Tam ludzie są mądrzy, kiedy nie potrzeba i głupi, jak trzeba mądrych (najlepiej widać to po ostatnich wyborach prezydenckich, chociaż patrząc na to co się dzieje za oknem, wcale nie jesteśmy lepsi...).



Teraz przejdźmy do wad. (Uwaga! mogą pojawić się spojlery).

Te postanowiłem wytłumaczyć na podstawie kilku wybranych cytatów (dodam tylko, że cytaty pochodzą tylko z ostatnich 100 stron książki, bo dopiero wtedy nie zdzierżyłem i zacząłem wynotowywać co lepsze kąski).

Jednak zanim zacznę chciałbym się podzielić kilkoma spostrzeżeniami na temat podjętych działań przez niektórych bohaterów tej fascynującej powieści. Frapuje mnie na przykład to, że agent, który wybiera się na misję mającą na celu zniszczyć wrogie mocarstwo (sic!) nie wie, że w wypożyczonym samochodzie jest montowany nadajnik GPS, który pozwala dokładnie określić jego aktualną pozycję (pewnym wytłumaczeniem, choć niewielkim, może być dla niego fakt, że ostatnie 25 lat spędził na głębokiej Syberii w odciętej od świata wiosce, ale skoro umie się posługiwać smartfonem, to wystarczy również logicznie myśleć, żeby nie popełniać takich szkolnych błędów). I drugi, utajniony szpion, który przez 30 lat nosi w portfelu ślubowanie agenta KGB. Przecież to jakiś słaby żart. Nie wiem, mnie się takie rzeczy wydają po prostu nie na miejscu.

No i ta laska, miłość Kotleta Mielonego, która obecnie postanowiła za ciężko zarobione przez rodziców pieniądze - na szczęście odłożyli łyżkę więc się nie dowiedzą na co poszła ich krwawica - wybudować, używając jedynie metod z XIII wieku, zamek. Tak, dobrze czytacie. I do tego wszystkiego nazywa się Casiopeia. W sensie kobieta, nie zamek. Czy muszę dodawać coś więcej? Tak też myślałem.

A teraz przejdźmy już do cytatów.

No to może na początek coś z arsenału grafomana. Co powiecie na coś takiego?

"Jadąc razem z Cottonem w mroczną głąb Wirginii." - Hę? Głąb to w tym momencie jest autor albo, co bardziej prawdopodobne, tłumacz.

"Z ciemniejącego nieba zaczął prószyć śnieg, a wiatr grzechotał szybami w oknach. W palenisku nadal buzował ogień, ciepłem i złotym blaskiem." - kto tak pisze? To sensacja a nie grafomania. A może jedno i drugie?

"Przez tak długi czas iskierki jego ambicji ledwie skrzyły się w ciemnościach." - nie-wy-o-bra-żal-ne!

"Zorin odrzucił kolejną kłodę pokrytą śliskim zielonym nalotem.
– Ty pociąłeś to drewno?
– Każdy kawałek. Może i się starzeję, ale nadal jestem w dobrej formie. Podobnie jak ty, Aleksandrze.
" - Trochę to wygląda jak wzajemne lizanie się po jajach...

"Rozbili okna, pościel i zasłony oblali naftą. Następnie pięćdziesięciu ludzi zajęło pozycje na zewnątrz, trzymając długie żerdzie, do których przymocowano kule ze szmat nasączonych naftą. Wszystkie podpalono i na rozkaz wbito je jak oszczepy przez stłuczone okna." - Ale, że niby o co chodzi? Co wbito? Kule? Żerdzie? Nic nie rozumiem. Ciemność widzę, ciemność...

"Ze stodoły dochodziły odgłosy prawdziwej kanonady." - Kanonada z pistoletu automatycznego? No chyba jednak nie.

"Nie znaleziono żadnych dokumentów, amerykańskich czy kanadyjskich, wystawionych na jego nazwisko." - A wcześniej wypożyczał samochód i legitymował się kanadyjskim prawem jazdy na swoje nazwisko... Ciekawe.

"Udało mi się uciec przez okno, ale usłyszałam w środku strzały. Strażacy powiedzieli mi, że znaleźli ciało, więc Luke musiał jednego zabić. Ja zastrzeliłam pozostałych dwóch na ulicy." - Byle lachon z piechoty rzecznej (tak, jest taka jednostka w U.S. Army) zabija nawet bez draśnięcia przesolonych agentów SWR. A wcześniej zaszlachtowała trzech. Bez najmniejszego problemu. Prosto po powrocie z joggingu. <rolf> Nawet się mocno nie zziajała. Prawie Wonder Woman. I tak od samego początku. Albo amerykańscy agenci są tacy genialni, albo rosyjscy agenci tak słabo wyszkoleni. Ale jakiś drobny postrzał albo inne zacięcie czy zadrapanie dodałoby akcji trochę realizmu.

"Zorin postrzegał fakt, że kościół był w remoncie, jako znak – niekoniecznie od niebios, ponieważ Bóg nigdy nie odgrywał istotnej roli w jego życiu, ale od losu. Być może nawet prezent od poległych kompanów, którzy obserwowali jego postępy i zagrzewali go do boju." - Remont kościoła jako prezent od poległych kompanów? Aha.

"Stephanie szybko przesuwała wzrokiem po ciemnych, męskich literach, które nie wyblakły, choć od powstania dziennika minęły dwa pełne stulecia." - Słyszałem coś o małych i dużych, pisanych i drukowanych, ale o męskich? Ni-chu-ja.

"Stephanie już nie przeglądała pobieżnie tekstu, tylko delektowała się każdym słowem, które wyszło spod pióra słynnego szpiega." - To chyba jednak nie jest najlepsza pora na "delektowanie się każdym słowem"... ale co ja tam wiem, to nie mnie zostało 74 minuty do wybuchu małej bomby jądrowej w której może zginąć cały obecny i przyszły rząd.

"Wykonała telefon do Edwina Davisa, ale nie odbierał. Spróbowała zadzwonić na komórkę Danny’ego; połączyła się tylko z pocztą głosową. Prawdopodobnie obaj byli zajęci gośćmi i doglądali przygotowań na rychłe przybycie nowo wybranego prezydenta i wiceprezydenta." - Jakbym miał w perspektywie za 60 minut wylecieć w powietrze to bym ten telefon w dupie nosił, żeby tylko poczuć, kiedy wibruje (wiecie, w gwarze tych rozwrzeszczanych świń zwanych politykami rzeczywiście można nie usłyszeć dzwonka) i odebrać połączenie, które być może da mi wskazówki co robić dalej, żeby uniknąć rychłej i nieodległej śmierci.

"Podniósł prawą rękę i ich oczom ukazał się pistolet [tu mi jak ulał pasuje "las... krzyży" <buahahahah> - przyp. aut.]. Malone był jednak szybszy i oddał strzał wymierzony w nogi. Potrzebowali go żywego. Niestety policjanci mieli inny pomysł. Wszyscy naraz zaczęli strzelać." - Amerykańscy policjanci - najidiotyczniejsi funkcjonariusze na całym świecie. Zobaczą gościa ze spluwą i walą jak do tarczy. Nawet kiedy gość jako jedyny na świecie zna np. kody rozbrojenia bomby.

"Kiedy metalowe drzwi z brzękiem się otwarły, Zorin stanął jak wryty. Nie miał przy sobie broni, zostawił ją w kieszeni płaszcza, który leżał kilka metrów od niego." - To przecież oczywiste, tak się zachowuje wyszkolony radziecki agent KGB, który idzie stać na straży wejścia do miejsca gdzie podłożył bombę jądrową. Cała ta akcja jest szyta tak grubymi nićmi, że aż boli.

Pod koniec jest jeszcze kilka stron ckliwej gadki jak to niby prezydent - który przez większość czasu był sukinsynem - nagle potulnieje, wszystkich za wszystko przeprasza (kolejna porcja lizania się po fiutach) i mówi, że wtedy, kiedy był chujem to tylko tak sobie żartował. Ehh... Bez tego zakończenia byłoby znacznie lepiej. W ogóle dało by się ze 100 stron wyjebać i czuję, że wyszło by to książce jedynie na dobre. Ciekawe, czy wciąż panuje zasada, że autorowi płaci się od wierszówki (to po części dlatego "Zły" Tyrmanda ma ponad 600 stron :D), bo jeśli tak to wyjaśniałoby obszerność tej publikacji. Jeśli nie, to nic nie wyjaśnia obszerności tej publikacji.

Wydaje mi się, że jest to książka na odpoczynek od poważniejszych lektur. Niezbyt poważna, ale i nie przesadnie głupia jeśli zbytnio nie skupiamy się na tym jak to jest napisane (i dlaczego tak głupio <rolf>) tylko podążamy za akcją i wierzymy autorowi, że to on wie najlepiej.

Moja ocena 5/10
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...