wtorek, 16 maja 2017

Maniek komentuje

Dziś miała być recenzja "Guardians Of The Galxy", ale myślę, że zacytuję jedną z liściastych postaci tej historii: "I am Groot!". No i to by było na tyle.

Dziś mam do powiedzenia coś zgoła odmiennego. Coś o społeczeństwie, które mnie otacza. Po przeczytaniu tych kilku zdań wiem już dlaczego w Polsce jest tak jak jest i dlaczego może być jeszcze gorzej. 

Rzecz dotyczy wywiadu z Ryszardem Kotysem - serialowym Marianem Paździochem, która to postać posiada zlepek najgorszych cech jakie mogą się przytrafić człowiekowi - w jednym z ostatnich numerów "Angory" (15/2017). Przeczytałem tam następujące słowa:

" - (Bohdan Gadomski): Marian Paździoch nie jest kryształową postacią. Ma wady, a jednak ludzie go lubią?
- (Ryszard Kotys): Ludzie sądzą, że jestem taki jak on, i bardzo często mi mówią: <<Pan to jest  prawdziwy, pan posiada takie cechy, jakie my, Polacy, mamy.>> Ludzie przyznają, że są podobni do Paździocha. (To zdanie boli chyba najbardziej) On jest sympatyczny i prawdziwy. (To też boli) Nigdy nie spotkałem kogoś kto byłby na niego obrażony. (W sumie obrażony, to jakoś niefortunnie użyte słowo, bo za co tu się obrażać, ale niech Pan mnie kiedyś odwiedzi, coś wymyślimy...)"*

No, to by było na tyle. 

* Tekst wyboldowany to komentarz autora wpisu, czyli mój. Nie jest integralną częścią wypowiedzi Pana Kotysa.

niedziela, 7 maja 2017

[3] II Festiwal Smaków Food Tracków, czyli obrzarstwo pełną gębą (6-7.05.2017; Olsztyn)

Kocham jeść... wróć... Jeszcze kilka lat temu jedzenie było jedną z moich miłości, życiową pasją. Eh, to były piękne czasy, teraz ze względów zdrowotnych został mi już tylko rum i koty ;) Są jednak dni, kiedy moja silna wolna jest bardzo słaba, łamię wszelkie swoje zasady i grzeszę. I taki właśnie był pierwszy weekend maja w Olsztynie. Pełen kulinarnego grzechu.

6-7.05.2017 odbył się u Mańka w mieście II Festiwal Smaków Food Truck. Na pierwszy się nie załapaliśmy, ponieważ kilka razy zmianie ulegała data imprezy i jak się w końcu odbyła to mieliśmy inne zobowiązania, więc nie możemy porównać obu imprez. Poza tym padał deszcz (wrr...), jednak drugiej edycji nie mogliśmy przepuścić, zważywszy, że szczególnie pierwszego dnia, dopisała pogoda. Przechodząc do meritum sprawy, postanowiliśmy kupować po jednej porcji dań i się dzielić potrawami, żeby nie przekarmić naszych brzuszków, ale też spróbować jak najwięcej ;). Na pierwszy ogień naszej kulinarnej wędrówki poszedł wybór Mańka - pizza pepperoni Z pieca rodem.


Z pieca rodem... pizza z pieca opalanego drewnem i to wszystko w samochodzie :D

Pepperoni (skład) - sos pomidorowy, mozzarella, salami, papryka pepperoni, oregano.

Moja opinia: Cisto cienkie, brzeg dopieczony lekko chrupiący, papryczka oddana Mańkowi, sos smaczny. Jak dla mnie troszkę za dużo sera, ale ogólnie nie najgorszy wyrób. 3/5

Maniek komentuje: Dużo sera (lubię), smaczny sos i całkiem niezłe salami. Mimo mojego uwielbienia dla pepperoni to akurat tym razem mogłoby go być mniej, ale i tak było spoko. Najgorszym dodatkiem było oregano (nie lubię pizzy z oregano), a to było dodatkowo suszone, sypnięte na sam wierzch pizzy co skończyło się tym, że po posiłku musiałem wydłubywać je spomiędzy zębów. Mimo wszystko 4/5.

Drugim daniem, które testowaliśmy były pierożki gotowane na parze, rarytas kuchni tybetańskiej - Tsong Kha Momo
Drugiego dnia festiwalu już zabrakło pierożków, więc rzeczywiście musiały być smaczne ;)


Pierożki (skład) - indyk z grzybami mung

Moja opinia: Bardzo smaczne pierożki, nadzienie dobrze doprawione, indyk soczysty a grzybki chrupiące.
Pierożki dim sum ostatnimi czasy stają się bardzo popularne i pierogarnie serwujące ten typ pierożków wyrastają jak przysłowiowe  grzyby po deszczu, jednak nie w każdym miejscu trafiają się smaczne pierożki. W większości przybytków smakują jak rozmrożona "mieszanka chińska na patelnie". Na pierożki się skusiłam ze względu na Mańka, bo jeszcze nie miał okazji skosztować dim sum i powiem szczerze, że się trochę bałam, że będzie chińska mrożonka, jednak to były niepotrzebne obawy, bo pierożki były na wysokim poziomie. 4.5/5

Maniek komentuje: Pierożki bardzo smaczne, choć w mojej opinii zabrakło do nich jakiegoś wywaru; coś koło rosołu byłoby jak najbardziej na miejscu, choć same z sosem sojowym też przyjemnie wchodziły. 4/5

Kolejnym wyborem na "smakowej wycieczce" były frytki z manioku serwowane przez znajomych z Kołowozu.
Fast food stawiający na zdrowe składniki :)
Moja opinia: Frytki z manioku - ciekawa alternatywa dla rodzimego ziemniaka. Chrupiące z wierzchu, lekko twarde w środku, wypieczone na piękny złoty kolor. Maniok do tej pory jadłam jedynie w swoich daniach deserowych, ale frytki okazały się całkiem smaczne. W smaku przypominają coś pomiędzy kartoflem a korzeniem selera albo pietruszki :) 4/5

Maniek komentuje: Twarde. To pierwsze odczucie. Nie tylko z wierzchu, ale też w środku. Dla mnie zbyt mdłe i choć cieszę się, że ich spróbowałem, to jednak nie będzie to mój ulubiony dodatek do dań. 3/5

Przedostatnim naszym wyborem pierwszego dnia imprezy był "hamburger szefa" od Kill Grill.
Długie oczekiwanie warte grzechu

Hamburger szefa (skład) - bułka, wołowy antrykot, sałata, rukola, majonez bekonowy, chutney z cebuli, grilowany bekon, żółty ser.

Moja opinia: Jeden z lepszych hamburgerów jaki miałam okazję zjeść. Na bułę czekaliśmy 58 minut, a zjedliśmy w 4 minuty :) Kotlet soczysty, bułka mięciutka, sos i chutney smaczny. Wszystko razem po prostu idealne. 4.5/5

Maniek komentuje: Myślałem, że zniosę jajo czekając! Albo, że się uwędzę (średnio co 3-5 minut byłem owiewany dymem z grilla, na którym skwierczały kotlety). Ale kiedy czas oczekiwania dobiegł końca przyszło wreszcie kulinarno-smakowe spełnienie. Zjadło się już w życiu kilka (kilkanaście?) różnych burgerów z różnych garkuchni i zdecydowanie ten był najlepszy! Wszystko zagrało. Nic nie psuło kompozycji smakowej. No, może poza tym, że hamburger nas olał pod koniec konsumpcji, ale to już zupełnie inna historia... 4.5/5

Ostatni wyborem były Belgijki.
Duże, chrupiące i najszybciej robione
Moja ocena: Frytki grube, zrumienione, posolone. Choć kupione na sam koniec dnia nie czuć w nich było przesmażonego oleju. Poprawne danie :) 4.5/5

Maniek komentuje: Lubię fryty. Mimo długiej kolejki wszystko szło sprawnie i szybko. Produkt końcowy nie zawiódł. Frytki grube, mięsiste, nie spalone, ale też nie niedosmażone. Zjedzone z solą, ponieważ z uwagi na moją towarzyszkę, która nie może majonezu zamówione bez sosu (dopiero później uzyskałem informację, że miałem wziąć "pod siebie" ze sosem... trudno się mówi). 4-/5

Nie mogło też zabraknąć oczywiście deseru - hiszpańskie churros.
Pechowiec zlotu - awaria za awarią
Churros - cisto parzone, smażone na głębokim tłuszczu.

Moja ocena: Lubię :) Smażone pałeczki z ciasta parzonego, posypane cukrem pudrem i cynamonem. 4/5 Zabrakło mi płynnej gorzkiej czekolady, bo nutella to nie to samo.

Maniek komentuje: Ciekawy badylek <rolf>. Troszkę gumowaty i rzeczywiście zabrakło czekolady, ale ogólnie bardzo przyjemny. 3.5/5

Pierwszego dnia chcieliśmy jeszcze załapać się na zupę od Akita - japoński ramen. Jednak nie było nam to dane. Chłopaki otworzyli swój kram z poślizgiem, a my spieszyliśmy się do kina; po kinie wystraszyła nas kolejka zakręcona jak w czasach naszej maleńkości, kiedy to nic nie było na półkach, ale każdy stał. Drugiego dnia festiwalu zrobiliśmy kolejne podejście do zupy. Przyszliśmy pół godziny przed otwarciem, bo panowie znów mieli poślizg i w kolejce zajęliśmy miejsce 3. Niby przed nami tylko dwie osoby, ale i tak czekaliśmy aż 45 minut, żeby złożyć zamówienie i dodatkowo około 8-10 minut zanim dostaliśmy posiłek (zdążyłam zamówić i zjedliśmy hamburgera, o którym za chwilę).
Naszym wyborem była pikantna Akita Spicy Love.
Chłopaki długo kazali czekać na swoje kulinarne ekspresje
Akita Spicy Love (skład) - szarpana wieprzowina, kanpyo, wakame, dymka (czyli po naszemu szczypior), nori, sezam, płatki chilli, makaron ramen.

Moja opinia: Bardzo esencjonalny wywar, pełen różnorodnych smaków, które idealnie się uzupełniały. Dla mnie ciut za ostra, jednak z tym się liczyłam, w końcu płatki chilli to nie miód. Jednego czego mi brakowało to jajka, którego niestety nie było już w ofercie podczas drugiego dnia festiwalu. 4.5/5

Maniek komentuje: Miałem ich zjebać jak bure suki, za to, że jako jedyni otwierali się z prawie godzinnym poślizgiem, i że musiałem spędzić prawie godzinę czekając, ale...  po tym co dostałem w talerzu (no, może bardziej plastikowej miseczce) nie mam serca napisać żadnego złego słowa. Zupa byłą pyszna. Taki posiłek życzyłbym sobie zjeść w sobotni poranek 26 sierpnia po pierwszym dniu jastrzębskiego Festiwalu Whisky. Treściwy, delikatnie pikantny, sycący i ciepły. 5/5!

W między czasie stania w kolejce i oczekiwania na otwarcie kramiku z ramenem, po sąsiedzku był kramik z hamburgerami, na którego postanowiłam się skusić. Hamburger karmelowy od Surf burger.
Szału nie było...
Hamburger karmelowy (skład) - bułka, ser cheddar, mix sałat, ogórek, czerwona cebula, pomidor, sos limonkowy, sos barbecue, wołowina, norweski kozi ser karmelowy.

Moja opinia: chyba trochę przegięłam z testowaniem nowości ;) Ser karmelowy nie będzie należał do moich ulubionych dodatków do bułki z kotletem. Sama bułka też nie była jakaś rewelacyjna. Mięso nie najgorsze, dodatki warzywne też, sosy nawet ujdzie, ale jednak ten ser... nie był zbyt dobrym wyborem jako dodatek do mięsa. Zdecydowanie bardziej by mi smakował gdyby to był dodatek do grzanki z dżemem i kubka kakao. 2/5

Maniek komentuje: W życiu wyznaję zasadę, że burger jest dobry o każdej porze dnia i nocy oraz na każdą okazję, nie ważne czy są to urodziny, wigilia czy stypa XD. Niestety, nie każdy burger. Ten z pewnością nie będzie należał do moich ulubionych. Po pierwsze nie lubię jak poszczególne części potrawy nie stanowią spójnej całości, a tutaj tak było. Bułka była chrupiąca, ale w złym tego słowa znaczeniu (raczej sucha) i powinna być odrobinę cieplejsza. W środku sałata była zimna, uwydatniły to jeszcze zimne sosy. Samo mięso było nawet spoko, ale ciężko było mu się przebić ze swoim smakiem przez ten wstrętny karmelowy kozi ser. 2/5

Na zakończenie festiwalu i po zupie ramen skusiliśmy się na jeszcze jednego hamburgera. Tym razem zamiast w bułce był zaserwowany właśnie w makaronie ramen :)
Może i ciekawe, ale niezbyt udane
Burger "wołowina teriyaki" (skład) - wołowina, sos teriyaki, ser, cebula, ogórek, rukola, makaron.

Moja ocena - Sam pomysł może i ciekawy, jednak danie mnie nie zachwyciło. Makaron był intensywnie przyprawiony, co zaburzało cały smak kanapki. Sosu nie było za bardzo czuć. Kotlet trochę za gruby. 1.5/5
Maniek komentuje: To był najoryginalniejszy pomysł festiwalu i zarazem najgorsze danie jakie zjadłem podczas tych dwóch dni. To co najbardziej przeszkadzało, to po raz kolejny niespójność poszczególnych składników potrawy. Makaron był doprawiony w sposób, który zupełnie mi nie podpasował (jakieś dziwne zioła, które ciężko mi nawet rozpoznać i nazwać), ogór był tak kwaśny, że wybijał się ponad wszystkie inne smaki tej hybrydy. Rukola zupełnie nie pasowała ani do kwaszonego ogórka, ani do ziół w makaronie. Smaczne było natomiast mięso, ale to niestety za mało, żeby mnie ukontentować. 1.5/5

Podsumowując dwudniową imprezę zakończyliśmy ją objedzeni, ale nie przejedzeni. Z mnóstwem wrażeń smakowych na języku. Kilka kramików dopisaliśmy do listy smacznych i wartych kolejnego odwiedzenia. Nad innymi musimy się zastanowić czy damy im kolejną szansę. Bogatsi o kolejne doświadczenia, ubożsi o kilkanaście (kilkadziesiąd?:>) złotych zakończyliśmy intensywny weekend jedzeniowy w dobrych humorach.

Ja mogę dodać od siebie jedynie to, że jeśli miałbym wybrać najlepszy zestaw obiadowy festiwalu (z tych, które jadłem), to menu wyglądałoby następująco:
- Akita Sipcy Love;
- Burger z Kill Grilla;
- Churrosy. 
:-)
A ja się podpiszę pod powyższym menu mojego towarzysza, tylko może ramen wybrałabym nie tak ostry ;)

Bon appétit i do następnego festiwalu. 

środa, 3 maja 2017

[172] Film: "Szybcy i wściekli 8 / The Fate of The Furious" (2017)

Pierwsze co trzeba zrobić wybierając się na seans najnowszej odsłony z serii F&F to wyłączyć "logiczne" myślenie. Tutaj się wam nie przyda. To co trzeba, to włączyć zmysły i dać się porwać świetnej rozrywce, ponieważ Dom i spółka powracają w naprawdę dobrej formie!

Coś z wojskowego arsenału to nieodłączny atrybut nowych odsłon serii F&F

Po poprzedniej, bardzo słabej części siódmej, która przeszła dość poważnie odbijające się na spójności scenariusza cięcia, z powodu tragicznej śmierci Paula Walkera, bałem się tego seansu. Już dawno straciłem złudzenia, że te filmy będą o ściganiu się samochodami, ale auta wciąż są w nim obecne (co jest dla mnie szalenie istotne), a cały klimat sprawia, że wciąż darzę tę serię wielkim sentymentem i zwyczajnie ją lubię. Szedłem do kina gotowy na nielichy gniot z czystego przyzwyczajenia. Ot, jest nowy F&F - trzeba zobaczyć... Jednak to, co spotkało mnie na sali kinowej było dwiema godzinami szalonej jazdy na maksa bez trzymanki i hamulców. Tylko tyle i aż tyle, bo patrząc na moje ostatnie filmowe decyzje o rozrywkę naprawdę trudno. Zacząłem obgryzać paznokcie - to znak, że film trzymał mnie w napięciu. I ani razu nie spojrzałem na zegarek - to natomiast świadczy o tym, że praktycznie nie było żadnych mielizn i przestojów fabularnych. Było tylko jedno malutkie "ale", no dwa, ale o tym później.

Jak w sklepie z zabawkami. Tylko modele w lepszej skali.

Historia, jak zapewne wiecie, jest prosta. Z jakiegoś nieznanego powodu Dominic Toretto postanawia przerwać swój miesiąc miodowy i zdradzić swoją "rodzinę" - a jak wiemy rodzina jest dla niego najważniejsza, więc to musiał być nielichy powód. Tego czym w rzeczywistości był dowiemy się gdzieś mniej więcej w połowie filmu, jednak znając tę postać możemy się go zacząć domyślać już na samym początku. Tak więc (nie zaczyna się zdania od "tak więc" <rolf>) Dom postanawia przystać do super tajemniczej, niebezpieczniej i skutecznej hakerki znanej jako Ciper (w tej roli Charlize Theron) - tak, wiem, powinno być Cipher, ale to "h" jest takie zbędne... - i wykonać dla niej kilka zadań. Są nimi m.in. kradzież "wyłącznika prądu" (jakiejś bomby megatronowej, czy coś w tym stylu, która pozwala wyłączyć prąd w pożądanym przez nas miejscyu- znamy to z Ocean's Eleven tylko, że ta jest zdecydowanie mniejsza), a także sterowników do bomb atomowych znajdujących się na pewnej radzieckiej łodzi podwodnej. Łódź też trzeba "przejąć". Natomiast jego "rodzina" postanawia mu w tym przeszkodzić. Ot, i wszystko.

Sam przeciw wszystkim... czy może jednak nie do końca?

W tej odsłonie nie zabraknie oczywiście starych znajomych. Pojawi się Pan Kamień w roli Luke'a Hobbsa ze wszystkimi swoimi atrybutami (włącznie z siwiejącą kozią bródką) wyposażony dodatkowo w nastoletnią córkę. A także całej ekipy znanej z poprzednich części poza Walkerem i Jordaną Brewste, którzy mają za dużo na głowie - wiecie, wychowywanie dziecka i te sprawy - i nie są poinformowani o całej tej sprawie. Moim zdaniem jest to pierwszy z dwóch zgrzytów Ósemki, ponieważ znając Briana i Mię rzuciliby wszystko, żeby tylko pomóc w odkryciu dlaczego Dominic przeszedł na "ciemną stronę mocy". Trzeba było Briana fabularnie "wykończyć" w Siódemce, a nie pozwolić, żeby gdzieś "odjechał", to teraz nie trzeba by się było męczyć z wymyślaniem głupot mających usprawiedliwić jego nieobecność. Wracając do obsady nie zabraknie również Kurta Russela jako Pana Nikt oraz jego nowego pomagiera Scotta Eastwooda wcielającego się w Małego Pana Nikt, a także rodziny Shawów. Najważniejszym z nich jest oczywiście Jason Statham (w filmie wcielającego się w postać Dackarda Shawa). Jego obecność to wielki plus tej części, ponieważ wnosi bardzo dużo pozytywnego humoru. Ciekawostką, i wisienką na torcie, jest gościnny występ Królowej, czyli Helen Miren w roli matki braci Shaw (zobaczymy też Owena Shawa znanego z części szóstej, którego gra Luke Evans). Jedyną niepotrzebną osobą w obsadzie jest Nathalie Emmanuel, czyli filmowa Ramsey. Dziewczyna nie ma do grania dosłownie nic. Dubluje umiejętności Teja (Ludacris) i prezentuje się w filmie, jak przysłowiowe piąte koło u wozu. Sztuczna do bólu i niepotrzebna jest także walka o jej względy między Romanem (Tyrese Gibson) i Tejem, dodana praktycznie tylko po to żeby dziewczyna miała kilka kwestii. 

SPOJLER

Zobaczymy także Else Pataky, starą dziewczynę Dominica (podpowiedź dla zaznajomionych z serią co może być powodem zdrady ;)).

KONIEC SPOJLERA

Oj, będzie się działo!

Całość prezentuje się naprawdę dobrze. Czasami jest trochę wzruszająco i uczuciowo, ale to dobrze. Jest w tej części dużo pozytywnej energii i emocji. Za to lubimy tę serię. Nie ma wiele do zarzucenia temu filmowi (oprócz tego co już wymieniłem) - patrząc na niego z czysto rozrywkowego punktu widzenia. Bardzo dobra jest również ścieżka dźwiękowa z kilkoma przyjemnymi utworami, więc jeśli ktoś dobrze bawił się na poprzednich częściach, to nie pozostaje mu nic innego jak pójść i cieszyć się kolejną odsłoną przygód ulubionych bohaterów. 

Moja ocena - 7.5/10

sobota, 15 kwietnia 2017

[60] Serial: "Iron Fist" (2017)

Ten post mógłby być przyczynkiem do pogłębionej analizy chujowatości Netflixowych seriali spod znaku Marvela, jednak z racji tego, że mi się nie chcę poprzestanę na niepogłębionej analizie oraz ich najnowszym wyczynie, a mianowicie Iron Fiście.

Jak wszyscy dobrze wiemy (wszyscy, którzy choć w minimalnym stopniu oglądają wszelakie ekranizacje cudownych komiksów) wychodzą one raz lepsze raz gorsze. Jednak powoli niepisaną regułą staje się fakt, że wszystko co weźmie w swoje ręce Netflix zostaje tak spierdolone jak to tylko możliwe. Zaczęło się od dość miernego Daredevila, którego, mimo wszystko, pierwszy sezon dało się jakoś obejrzeć (na drugi nie starczyło mi samozaparcia). Później przyszła kolej na żałość w postaci Jessiki Jones, która w swojej serialowej odsłonie wydaje się najbardziej SŁABĄ postacią komiksową jaką wymyślono. Z tego co pamiętam nie dałem rady przebrnąć przez wszystkie odcinki pierwszego sezonu. A największy udział w tym miała z pewnością odtwórczyni tytułowej postaci (nazwisko pominę, żeby nie robić jej przykrości :D), która była po prostu źle obsadzona. Luke Cage darowałem sobie bez oglądania, ponieważ postać tego burkliwego murzyna nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia już w Jessice, a nie chciałem nie potrzebnie marnować swojego cennego czasu, który mógłbym przeznaczyć na picie, myślenie o seksie i ciekawe lektury... 

Jednak ostatnio coś mi się z głową porobiło, że całkiem zapomniałem o swoich złych doświadczeniach ze wcześniejszymi produkcjami Netflixa i sięgnąłem po Iron Fista. Było to prawdopodobnie spowodowane tym, że lubię wszelkiego rodzaju brednie (nie oburzać się, ponieważ to co możemy znaleźć w komiksie a co za tym idzie także w jego ekranizacji to mogą być tylko i wyłącznie brednie) na temat dalekowschodnich sztuk walki i tamtejszej filozofii. No i po raz kolejny doszedłem do wniosku, że Netflix mnie już raczej nie zaskoczy. Serial jest słaby jak herbata z 4 parzenia a odtwórcy głównych ról, z bardzo małymi wyjątkami albo bez talentu, albo dopasowani jak przysłowiowa pięść do nosa. 

Ale to nie wszystko, problem tkwi przede wszystkim w kulawej i nielogicznej fabule. Mamy wszak do czynienia z "mistrzem" wschodnich sztuk walki, któremu wpierdol potrafi spuścić byle najemnik/ochroniarz (akcja w archiwum szpitala w poszukiwaniu dokumentów potwierdzających tożsamość). Dodatkowo nasz "mistrz", który powinien mieć opanowany w sposób mistrzowski swoją wewnętrzną harmonię żeby móc korzystać z siły swojego chi (sorki jeśli bredzę ale zupełnie się na tym nie znam) miota się jak nastolatka, która chciałaby a boi się... Tak nie stały i niezrównoważony emocjonalnie przypał to mógłby w tym ichnim Kundunie być co najwyżej pomywaczem lub czyścicielem kozłów a nie Ironfistem. Ale spoko, nie moja rzecz. Moją jest jedynie to, że więcej już nie dam się skusić na żaden serial o superbohaterze, który będzie sygnowany logiem tej stacji. 

Sorki, że nie streszczam i nie wprowadzam, ale zwyczajnie mi się nie chce. I tak nie warto tego oglądać, więc po co wam wiedzieć o czym to jest. A  z drugiej strony skoro to serial Marvela to o czym może być...?

Moja ocena: 4-/10

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

[224] Książka: "Sześć grobów do Monachium" - Mario Puzo (wyd. oryg 1967)

No i stało się. Przeczytałem drugą, po Ojcu chrzestnym, książkę Mario Puzo. I powiem szczerze, że powoli zaczynam rozumieć dlaczego The God Father stał się takim klasykiem i zyskał uznanie nie tylko wśród czytelników, ale również widzów na całym świcie (jak zapewne się orientujecie Puzo był współtwórcą scenariusza). Ale dziś będzie o czymś innym. Sześć grobów do Monachium to thriller psychologiczny opowiadający o chęci zemsty. Zemsty za wszelką cenę.

Książka ta została napisana przez Puzo w 1967 (w dwa lata przed Ojcem chrzestnym) jako jedyna z jego powieści pod pseudonimem Mario Cleri. Być może Puzo się jej wstydził, jednak z czystym sumieniem twierdzę, że nie ma czego. Wróćmy jednak do książki. Znajdziemy w niej wszystko to, co tak charakterystyczne dla twórczości Włocha: włoską mafię, życie w powojennych Niemczech, działalność tajnych agentów Amerykańskiego wywiadu. Oraz chęć zemsty. Ta książka jest nią wręcz przepojona. 

Głównym bohaterem Six Graves to Munich jest Michael Rogan, genialny matematyk, który po dość nudnym życiu postanowił wreszcie wykorzystać swój nieprzeciętny umysł dla dobra narodu amerykańskiego i wstąpił do służby wywiadowczej. Podczas II wojny światowej jego komórka szpiegowska na terenie okupowanej Francji zostaje jednak rozszyfrowana przez nazistów, a on wraz z żoną trafia do monachijskiego Pałacu Sprawiedliwości na serię przesłuchań. Po śmierci podczas tortur swojej ciężarnej żony i wielu tygodniach poniżania i bicia załamuje się i zdradza Niemcom wszystkie znane sobie szyfry o kody. W zamian za to ma zostać przez nich uwolniony. Niestety, to była tylko gra, ponieważ grupa siedmiu przesłuchujących go oficerów i tak postanawia go zabić. Strzelają mu w tył głowy w momencie kiedy stoi już przebrany w cywilne ciuchy gotowy do wyjścia na wolność. Jego ciało zostaje porzucone na dziedzińcu pałacu wśród dziesiątek innych zwłok. Rogan jednak nie umiera. Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności kula odbija się od czaszki i nie uszkadza mózgu. Po kilku dniach zostaje odnaleziony przez oddziały amerykańskie wkraczające do miasta. Po wielu miesiącach rekonwalescencji i wstawieniu metalowej płytki uzupełniającej kości czaszki Rogan stara się wrócić do normalnego życia. Po pewnym czasie dorabia się milionów na produkcji sprzętu komputerowego (choć po tym "wypadku" może pracować tylko godzinę dziennie, bo jego mózg nie wytrzymuje większych obciążeń). W dziesięć lat po nieudanej próbie morderstwa na jego osobie postanawia wymierzyć swoim oprawcę zasłużoną, w jego mniemaniu, zemstę, aby wreszcie, raz na zawsze, uwolnić się od dręczących go co noc koszmarów z Pałacu Sprawiedliwości i pomścić żonę, swoje nienarodzone dziecko oraz swoje cierpienie. Na swojej drodze spotyka Rosalie, która w momencie ich spotkania pracuje jako prostytutka w jednym z hamburskich domów publicznych na ul St. Pauli. Ta przedziwna para (Rosalie jest piękną młodą Niemką z dość mroczną przeszłością) zakochuje się w sobie i dziewczyna postanawia pomóc Mikeowi w jego planach.  

W tej dość krótkiej powieści (niespełna 260 stron) Puzo zręcznie prezentuje rys charakterologiczny każdej z postaci; ich motywacje popychające do takich a nie innych decyzji i wyborów życiowych. W bardzo ciekawy sposób przedstawia również wątek zemsty za wszelką cenę, ponieważ z każdym kolejnym rozdziałem nie wydaje się ona dla czytelnika już taka zasadna, jednak każdy z bohaterów ma swoje racje i postępuje zgodnie ze swoimi zapatrywaniami nie kierując się żadnymi racjonalnymi albo obiektywnymi opiniami z zewnątrz. Dotyczy to głównie Rogana, choć nie tylko.

Całość czyta się błyskawicznie (ja skończyłem książkę w jeden wieczór), ponieważ zarówno styl i prowadzenie akcji są mistrzowskie jak na ten typ literatury. Nie ma w niej żadnych mielizn fabularny, cała opowieść posuwa się do przodu w dość szybkim tempie biorąc nawet pod uwagę liczne retrospekcje przedstawiające nam najważniejsze wątki z przeszłości głównych bohaterów. Nie pozostaje mi nic innego jak wyrazić pragnienia, aby takich książek było więcej.

Moja ocena 7!/10

piątek, 7 kwietnia 2017

[223] Książka: "SS-GB" - Len Deighton (wyd. oryg.1978)

Przeglądając ostatnio serialowe nowości natrafiłem na coś o przedziwnym tytule SS-GB. Zaintrygowało mnie to do tego stopnia, że postanowiłem sprawdzić co to takiego. Okazuje się, że serial jest adaptacją książki Lena Deightona o tym samym tytule. 

Akcja książki (podobnie zresztą jak serialu) dzieje się w okupowanej przez Niemcy Wielkiej Brytanii, czyli w alternatywnej rzeczywistości. Mamy listopad 1941 roku. Kilka miesięcy po przegranej Bitwie o Anglię. Churchill został skazany i rozstrzelany. Król Jerzy VI jest więziony w Tower. Społeczeństwo powoli przyzwyczaja się do warunków okupacyjnego życia. 

Normalnie działa również policja i, oczywiście, Scotland Yard. No, prawie normalnie, bo jest podporządkowana SS. Nie przeszkadza jej to jednak prowadzić standardowych działań służbowych. Wszystko zaczyna się od śledztwa w sprawie zabójstwa młodego londyńczyka, który okazuje się naukowcem, a zwykłe morderstwo przeradza się w ogromny spisek, w który zamieszani są prawie wszyscy, którzy coś znaczą w okupowanej Anglii. 

Śledztwo początkowo prowadzi nadinspektor Douglas Archer (najskuteczniejszy śledczy Scotland Yardu) wraz ze swoim dawnym mentorem, a obecnie podwładnym, sierżantem detektywem Harrym Woodsem. Jednak tuż po jego rozpoczęciu z Berlina, wprost od samego reichsfuhrera SS Heinricha Himmlera przyjeżdża do Londynu dr Oskar Huth, który przejmuje pieczę nad całym dochodzeniem.

Tego typu opowieść nie mogła się obyć bez tajemniczej nieznajomej. Tak też jest i tutaj. Archer w trakcie śledztwa poznaje piękną Barbarę Bargę, amerykańską dziennikarkę i korespondentkę wojenną. Jednak jej pojawienie się tylko komplikuje całą sprawę i, wydawałoby się, w miarę poukładane życie Archera.

Wszystko zaczyna się bardzo ciekawie i dopiero w momencie, kiedy śledztwo schodzi na dalszy plan a głównym wątkiem stają się sprawy (pseudo) szpiegowskie akcja traci swoje, jak dotąd, dobre tempo, a całość zaczyna być miejscami nieznośnie nudna i przegadana. Dałoby się to wszystko znieść, gdyby nie dość rozczarowujące zakończenie całej historii, które jest trochę jak walnięcie z liścia wszystkich czytelników spragnionych czegoś naprawdę wielkiego (skoro przez większą część czasu się nudzili jak mopsy). Jednak autor postanowił polecieć schematem uśmiercając przy tym całkiem sporą liczbę bohaterów. 

Osobiście, nie polecam i sam się teraz zastanawiam, czy warto tracić czas na serial, który, jak czytałem, jest podobno bardzo dokładnym odwzorowaniem książki.

Moja ocena: 4/10

wtorek, 4 kwietnia 2017

[222] Książka: "Lista Schindlera" – Thomas Keneally (1982)



W Talmudzie jest zapisane „Kto ratuje jedno życie, ratuje świat cały”. Taki cytat został wygrawerowany na wewnętrznej stronie pierścienia Oskara Schindlera, który był prezentem dla niego od wdzięcznych za uratowanie życia obywateli żydowskich.  A kim był Oskar Schindler? Możemy go poznać w książce Thomasa Keneally Lista Schindlera.

 „[…] historia Oskara Schindlera zaczyna się niezbyt sympatycznie – wśród barbarzyńskich najeźdźców, esesmańskich hedonistów, w obecności wątłej, sponiewieranej dziewczyny i z pewnym tworem wyobraźni, który jakimś sposobem stał się równie popularny jak dziwka o złotym sercu: dobrym Niemcem”.  
 Oskar jest przedsiębiorcą i handlowcem, który w 1938 roku przyjeżdża do Krakowa w celu zbicia majątku. Zostaje dyrektorem w fabryce produkującej naczynia emaliowane, a później dodatkowo elementy do broni. Jest człowiekiem, który dołożył starań, żeby poznać system, w którym musi obecnie funkcjonować, jednak nie ma odwagi prowadzić walki z nim w jawny sposób, ale ma wielką odwagę utrzymać  przy życiu za wszelką cenę swoich pracowników. Owymi pracownika są mieszkańcy getta krakowskiego, a także mieszkańcy przymusowego obozu pracy Płaszów – Żydzi. Według Oskara wielce wykwalifikowani robotnicy, bez których cały system gospodarczy padnie.
Na kartach książki poznajemy historię życia Oskara oraz jego działalności jako Dyrektora DEF (Deutsche Emaillewarenfabrik) „Emalia”. Dowiadujemy się z niej, że nie tylko był bawidamkiem, bogaczem, członkiem Abwehry, ale także pomagał syjonistom w szmuglowaniu pieniędzy dla działalności partyzanckiej oraz przekazywaniem informacji do Izraela. Nie szczędząc wysiłków oraz nakładów finansowych, w czasach gdzie większą wartość od sakiewki diamentów miały kilogramy czarnorynkowej herbaty, papierosów i gorzały, stara się zapewnić swoim pracownikom byt oraz względne poczucie bezpieczeństwa. Kupuje żywność na czarnym rynku, żeby zwiększyć rządowe racje. Zabrania na teren fabryki wstępu żołnierzom SS, żeby nie rozpraszali jego wysoce wykwalifikowanych pracowników przy produkcji ważnych gospodarczo menażek i łusek. W momencie kiedy dowiaduje się o planach likwidacji getta w Krakowie, dzięki licznym znajomością oraz wysokim łapówkąom udaje mu się na terenie fabryki zorganizować obóz pracy. A kiedy dochodzą do niego plotki o planach likwidacji obozów przymusowej pracy oraz zmianie kwalifikacji obozu w Płaszowie na koncentracyjny udaje mu się przenieść fabrykę (znajomości i prezenty) na względnie bezpieczne Morawy, ratując tym samym setki ludzi. 
Po przeniesieniu fabryki w 1944 na Morawy, produkcja jest już tylko mydleniem oczu. Fabryka staje się miejscem przetrwania, w której każdy ma nadzieje, że uda się przeżyć, bo przecież jest Schindler, który nie pozwolił zginąć w komorach gazowych i dzięki niemu jest nadzieja na jakieś jutro.
Po wojnie Oskarowi  nigdy nie udało się już poprowadzić żadnego biznesu, który by tak świetnie prosperował jak ten wojenny; każdy następny  kończył się bankructwem, ale nigdy nie zapomnieli o nim i zawsze wspierali go ludzie, którym pomógł zachować życie – Schindlerjude.
Za swoją działalność został uhonorowany odznaczeniami. Pierwsze przyznał zarząd miasta Tel Awiw - tabliczka w Parku Bohaterów. Następnie w Jerozolimie został ogłoszony Sprawiedliwym, posadził drzewko chlebowe w Alei Sprawiedliwych, która prowadzi do muzeum Yad Vaszem. Był też Krzyż Zasługi od niemieckiego rządu niemiecki, Papieski Krzyż Rycerski św. Sylwestra od biskupa Limburga.
Współpracował przy tropieniu zbrodniarzy wojennych.
Zmarł 9 października 1974 roku na atak serca. W testamencie zapisał, że chciałby zostać pochowany w Jerozolimie.

Książka, choć ciekawa i przejmująca, nie odpowiada jednak na wszystkie pytania jakie zadaje sobie czytelnik podczas lektury. Nie dowiemy się z niej wszak skąd u Schindlera taka obsesja na punkcie ratowania Żydów. 
Autorowi nie udaje się także przez cały czas utrzymać naszego zainteresowania na tym samym, wysokim poziomie. Między fragmentami naprawdę zajmującymi zdarzają się i takie, które mniej absorbują naszą uwagę lub są wręcz nudne.

Całość, mimo wskazanych wad, oceniam wysoko i polecam jako uzupełnienie lub wręcz substytut filmu.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...