czwartek, 13 lipca 2017

[228] Książka: "Wilcze leże" - Andrzej Pilipiuk (2017)

28 czerwca br. Andrzej Pilipiuk już po raz dziewiąty uszczęśliwił fanów swoich opowiadań. Tym razem tomik nosi tytuł Wilcze leże i znalazło się w nim dziewięć opowiadań i jeden króciutki żarcik literacki o beczce, która chciała być szlachcicem.

Tym razem, podobnie jak uprzednio, czytelnicy i wielbiciele talentu autora nie będą czuć się rozczarowani czy też zawiedzeni. Pilipiuk po raz kolejny pokazał, że w tworzeniu krótkich fabuł nie ma sobie równych. Jego wyobraźnia i pomysłowość przekraczają niekiedy wszelkie granice a każdy z tekstów to swego rodzaju klejnot.

Znajdzie się tutaj coś dla każdego. Interesują cię święte relikwie? Nie ma problemu. Tą sprawą zajmie się domorosły detektyw z Grona Jarzębiny Robert Storm tym razem ze swoją nową narzeczoną ("Relikwiarz") . Wilkołactwo? Czemuż by nie. Sprawie przyjrzy się dr Skórzewski ("Promienie X) a także doświadczy do młodziutka żydowska posługaczka Rachela w tytułowym "Wilczym leżu". A może zaginione dokumenty? Proszę bardzo. Strom będzie poszukiwał maszynopisu "Drugich wakacji Szatana” Kornela Makuszyńskiego ("Cmentarzysko marzeń") a także teczki amerykańskiego agenta, która zaginęła kilkadziesiąt lat temu ("Lalka"). Ta druga sprawa ściągnie na niego sporo kłopotów i przymusowo będzie musiał na jakiś czas opuścić Warszawę oraz nasza piękną ojczyznę. Podczas jednej z wypraw, kiedy cudem uniknie śmierci w śnieżnej lawinie, odnajdzie ciało żołnierza pierwszej wojny światowej i nie wysłany nigdy list, który postanowi dostarczyć do adresata ("List z wysokich gór"). Jako aperitif dostaniemy niewyjaśnioną od kilku dekad sprawę zaginięcia niepełnosprawnego chłopca z jednej z Warszawskich kamienic ("Odległe krainy"), a na podwieczorek spotkanie dra Skórzewskiego z jednym z wysłanników stwórcy ("Ci, którzy powinni pozostać"). A jeśli waszym konikiem jest starożytny Egipt to dobrze się składa, bo pewien wrocławski ex-policjant dostanie nie lada tajemnicę do rozwikłania, w której przeplatać się będą wiara w bezkresną i ponadczasową miłość oraz nowoczesna chemia ("Samobójstwo na Myślicach").

Cóż więcej można dodać? Chyba tylko to, że powinniście teraz albo jeszcze szybciej biec do księgarni, żeby szybciutko zacząć czytać nowy tomik opowiadań Pilipiuka. 

Moja ocena: 7/10

wtorek, 11 lipca 2017

[227] Książka: "George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia" - Brian Jay Jones (2016)

George Lucas. Gwiezdne wojny i cała reszta. Ten tytuł świetnie oddaje proporcje tej biografii. I nie nawiązywałbym do tego, gdyby nie fakt, że trochę dziwnie się ją przez to czytało. Po lekturze nasuwa mi się porównanie co do sposobu i okoliczności jej pisania.
Widzimy dzieciaka, założonego dookoła stosami notatek, faktów, wycinków z wywiadów i innych biografii. Przystępuje on do pisania z werwą i entuzjazmem. Przedstawia dokładnie historie dziadka (Waltona Lucasa), ojca (Georga Waltona seniora), nawet miejscowości (Modesto), w której jego bohater przyszedł na świat (dokładnie 14 maja 1944 roku). Jego wczesne dzieciństwo, dorastanie, hobby (wyścigi samochodowe i tuningowanie aut), momenty zwrotne w życiu (wypadek samochodowy, w którym jego auto zostało niemal zmiażdżone, a on cudem uniknął śmierci wypadając z samochodu tuż przed tym, kiedy zawinęło się ono na drzewie), które go kształtowały i wyznaczały mu drogę. Jego edukację (Lucas wybrał wydział kinematografii na Uniwersytecie Północno-kalifornijskim USC), pierwsze sukcesy (filmy tworzone na zaliczenie poszczególnych przedmiotów, które zdobywały uznanie tak wykładowców jak i kolegów studentów), a także problemy, z którymi radził sobie sam lub przy wsparciu przyjaciół (tzw. "mafii USC" w skład której wchodzili. poza Lucasem, jeszcze Willard Huyck, Randal Kleiser, John Milius, Walter Murch oraz dwóch największych przyjaciół, którzy zostaną z nim na całe życie Francisa F. Coppolę i Stevena Spielberga). Pierwszą miłość (Marcia, którą poznał podczas dorywczej pracy przy montowaniu filmów rządowych, i z którą się ostatecznie ożenił). Potem pierwszy film (THX 1138, rozwinięcie szkolnej etiudy, który został przyjęty stosunkowo chłodno), po którym środowisko trochę ostygło w stosunku do jego osoby, talentu i możliwości. Następnie kolejny film (Amerykańskie graffiti), w który nikt nie wierzył, ale ten stał się oszałamiającym hitem a sam twórca udowodnił, że potrafi. No i wreszcie pomysł na dzieło życia (Gwiezdne wojny). W tym momencie zaczyna się znoszenie strusiego jaja przez kolibra, czyli mozolne krwawienie na kartkę. Tak powstaje pierwsza wersja scenariusza (która zostanie zmieniona jeszcze kilkanaście razy). Kiedy wreszcie po kilku latach scenariusz jest gotowy rozpoczyna się szukanie odtwórców głównych ról (Ford wcale nie chciał montować tych drzwi w obecności Lucasa, ale jak już przyszedł, to w sumie mógł wygłosić kilka kwestii wraz z innymi dzieciakami zaproszonymi na casting). Mozolne zdjęcia (Lucas źle się czuje na planie, nie umie współpracować z aktorami) i jeszcze trudniejsze tworzenie efektów specjalnych (do tego celu Lucas stworzy Industrial Light & Magic), z których tak naprawdę nigdy nie będzie do końca zadowolony (nawet po wprowadzeniu kilkunastu poprawek w oryginalnej wersji wydawanej w formacie DVD, a później Blue-Ray za co znienawidzą go wierni fani oryginalnych filmów; HAN SHOOT FIRST!) oraz najprzyjemniejsza część, czyli montaż (Lucas zawsze najbardziej z całego rzemiosła filmowego lubił montować swoje filmy; jak twierdził, na planie robił tylko 50% pracy, reszta to montaż). Wielka premiera (zanim do tego dojdzie Lucas wynegocjuje jedną z najlepszych umów z wytwórnią Fox w historii biznesu filmowego, które przy kolejnych częściach będzie jeszcze udoskonalał aż w konsekwencji przyniosą mu one w zysk 4.5 miliarda dolarów - za tyle sprzedał Disneyowi całe Gwiezdne wojny), po niej oszałamiający sukces i praca nad kolejnymi częściami. Najpierw druga. Później trzecia. W między czasie kilka mniej ważnych projektów oraz ten całkiem istotny przy współpracy ze Spielbergiem (mowa tutaj oczywiście o awanturniczym archeologu Indianie Jonesie). W między czasie adopcja dzieci (dwie córki, najpierw Kate później Amanda, a na końcu Jett, zanim nie dorobi się własnego dziecka z surogatki <buahahahaha>) i trudny rozwód z żoną. Budowa Skywalker Ranch (które miało być kompleksowo wyposażonym miejscem, gdzie filmowcy mogliby w spokoju pracować nad pre- jak i postprodukcją swoich produktów). No i wreszcie przystąpienie do kontynuacji Gwiezdnych wojen (co nastąpiło dopiero w momencie kiedy technologia rozwinęła się na tyle, żeby usatysfakcjonować zwracającego uwagę na każdy szczegół Lucasa; premiera Mrocznego widma nastąpiła dopiero w roku 1999 a prace nad nim zaczęły się 5 lat wcześniej). 
I w tym momencie do naszego ucznia, pilnie odrabiającego pracę domową, przychodzi mama i mówi: "- Synku, jest już późno, pora kłaść się spać." a on, jak to ma w zwyczaju każde grzeczne dziecko odpowiada: "- Dobrze mamusiu, tylko szybko dokończę i już się kładę.". I w taki oto sposób cała reszta, czyli stworzenie kolejnych trzech części filmu oraz sprzedanie firmy Disneyowi, a także ponowne małżeństwo zajmuje naszemu dzielnemu pisarczykowi niespełna 100 stron (na wcześniejszą historię przeznaczył prawie pięć razy więcej).

Trochę dziwnie się to czyta. Bo o ile na początku każdy najdrobniejszy szczegół jest opisywany z namaszczeniem i uwaga godną lepszej sprawy, o tyle im bliżej końca tym wszystko jest traktowane troszkę po macoszemu bez większej spiny. Nie zmienia to jednak faktu, że całość jest pełna zaskakujących niekiedy faktów z życia reżysera oraz samych filmów (jak choćby to, że prawa do utworów muzycznych wykorzystanych w Amerykańskim graffiti kosztowały prawie 100 tys. $, czyli niemal 1/7 całego budżetu albo to, że Lucas bardzo chciał wyreżyserować Czas apokalipsy, czy też jego zakaz: "Żadnych podskakujących cycków na planie Gwiezdnych wojen, co tyczyło się bezpośrednio młodziutkiej Carrie Fischer i skutkowało tym, że musiała swój biust zabezpieczać taśmą klejącą, etc., etc.). Dla wszystkich
mniejszych i większych fanów sagi oraz samego reżysera, jest to zdecydowanie lektura must read. Nie rozczarują się także wszyscy wielbiciele kina, ponieważ Lucas to jedna z osób, które swoimi dokonaniami zmieniły jego obraz nieodwracalnie.

Moja ocena: mimo wszystko 7.5/10

niedziela, 2 lipca 2017

[226] Książka: "Dowód" - Dick Francis (1984; wyd. pol. 2003)

Dowód Dicka Francisa jest książką bardzo specyficzną i pewnie dlatego przebrzmiała bez echa (ja bynajmniej nie słyszałem o niej kiedykolwiek ani słowa). A trafiłem na nią zupełnie przypadkiem podczas lektur jednego z albumów dotyczących whisky, które zgłębiałem nieustannie przez ostatnich kilka miesięcy. Helen Arthur, autorka Wody życia (recenzja już wkrótce) wspomniała o tej książce jako mogącej zainteresować fanów whisky z powodu tak tematyki jak i, po części, zawodu oraz nieprzeciętnych zdolności jej głównego bohatera. Takiej rekomendacji nie mogłem puścić mimo uszu. Przeczytałem. I jestem bardzo z tej lektury zadowolony.

Tony Beach jest sprzedawcą wina. Nie takiego zwykłego (chociaż takie w bardziej przystępnych cenach również ma w swojej ofercie) i nie takim całkiem zwyczajnym (ma nieprawdopodobnie rozwinięty zmysł węchu i smaku, co po rocznej nauce we Włoszech pozwoliło mu się stać ekspertem w tej dziedzinie). Jednak mimo możliwości stania się gwiazdą w swoim fachu Tony nie jest zachłanny. Lubi swój sklep, który po śmierci żony prowadzi wraz z panią Pallisey i jej niedorozwiniętym siostrzeńcem. No właśnie, po śmierci żony. Tony po sześciu miesiącach od tego tragicznego wydarzenia wciąż jest zrozpaczony, ponieważ wraz z miłością jego życia odeszło również ich nienarodzone dziecko. Jednak trzeba żyć dalej. Tak, jak wspomniałem, Tony lubi swój sklep, lubi swoich klientów, tak tych którzy przychodzą po "wino do kolacji" jak i znawców szukających czegoś 
"specjalnego". Tony zajmuje się dodatkowo zaopatrywaniem w alkohol różnego rodzaju imprezy i uroczystości. Dla swoich stałych klientów nadzoruje wszystko osobiście. Jednymi z nich są Jack i Flora Hawthorn. Jack jest trenerem koni wyścigowych i każdy sezon rozpoczyna przyjęciem w swoim ogrodzie, na które zaproszeni są właściciele koni, które Jack trenuje. To przyjęcie zapowiadało się jak każde inne. Jednak wszystko się zmieniło, kiedy jeden z samochodów gości, zaparkowanych na wzniesieniu tuż przy ogrodzeniu ogrodu, stoczył się niepostrzeżenie i z impetem wjechał w bawiących się w namiocie niczego nie świadomych gości. Tuż przed tym wydarzeniem Jimmy, asystent Jacka zadaje Tony'emu różnego rodzaju pytania o jego umiejętności odróżniania jednej whisky od drugiej co, jak się wreszcie okazuje ma na celu przekonanie Tony'ego do sprawdzenia czy w jednej z restauracji należących do gości Jacka nie oszukują na whisky. Niestety, tak się nieszczęśliwie składa, że podczas tragedii ginie rzeczony właściciel i wydaje się, że sprawa umrze śmiercią naturalną. Tak się jednak nie dzieje. Najpierw w sprawie oszukanej whisky pojawia się w sklepie Tony'ego policja, która przychodzi zaniepokojona paplaniem ledwo przytomnego Jima w karetce pogotowia (Jimmy wciąż majaczy wyłącznie o oszukanej whisky i Tonym). Po pewnym czasie, również w sprawie whisky zjawia się u Tony'ego, poznany w trakcie akcji ratunkowej na przyjęciu, Gerard McGregor - właściciel specjalistycznej agencji detektywistycznej zajmującej się śledztwami gospodarczymi. A to, w które McGregor chce zaangażować Tony'ego dotyczy skradzionych cystern z... whisky. Czyżby obie sprawy miały ze sobą związek? Tego jeszcze nie wiadomo, ale oczarowany osobowością Gerarda i chcący się oderwać od monotonii życia Tony zgadza się uczestniczyć w śledztwie jako konsultant (podobną inicjatywę wykazuję względem policji).

Jak sami pewnie zdążyliście zauważyć, w tym bardziej streszczeniu niż recenzji, książka jest na poły kryminałem, na poły obyczajem. To ciekawe połączenie, ponieważ nie jest tak ponura, jak większość kryminałów, a dzięki temu, że główny bohater i zarazem śledczy jest sprzedawcą wina a nie policjantem, całość ma inny charakter, i akcja również toczy się w zgoła odmiennych miejscach. Nie są to zadymione pokoje posterunków czy kostnice, a przedmiejskie domy i małe sklepiki z winami. To co w tej książce urzeka - bo z pewnością nie jest to zagadka kryminalna, choć ta też jest bardzo przyzwoita i ciekawie zagmatwana - to sposób przedstawiania relacji międzyludzkich i emocji bohaterów (głównie dlatego powiedziałem o niej jako o powieści na poły obyczajowej, bo w kryminałach często tego brakuje, mamy przeważnie smutnego faceta, który w każdy możliwy sposób stara się dojść do prawdy). Zdecydowanie nie jest to najlepsza książka jaką czytałem w życiu, nie jest nawet najlepsza książka jaką czytałem w tym roku, jest natomiast bardzo przyjemną lekturą, swego rodzaju odpoczynkiem, lecz nie głupkowatym i bezmyślnym jak większość tego typu literatury. Nie jest zbyt wydumana. Nie jest przesadnie smutna, ani też nie powala słodkim happy endem. Jest wyważona i stonowana, ale nie mdła i nudna, a do tego opowiada w dość ciekawy sposób o królowej alkoholi, więc czego chcieć więcej? Ja szczerze polecam!

Moja ocena 6/10

poniedziałek, 26 czerwca 2017

[225] Książka: Sto najważniejszych scen filmu polskiego" - Wiesław Kot (2014)

Wisław Kot, polski publicysta, wykładowca uniwersytecki, od lutego 2007 do 2008 roku zastępca redaktora naczelnego tygodnika „Wprost” , postanowił wybrać i usystematyzować chronologicznie 100 najważniejszych scen polskiego filmu. Zadanie niełatwe, jednak kogoś z takim doświadczeniem i o takiej erudycji w dziedzinie X muzy, powinien mu podołać bez trudu. No i mamy 100 scen polskiego filmu, a także wiele, wiele więcej.

Kot zaczyna od wyboru filmu i opisania - w swoim odczuciu - najważniejszej sceny z tegoż. Po chwili następuje streszczenie fabuły (uczulam na to tych wszystkich, którzy lubią oglądać filmy bez znajomości wszystkich jego najważniejszych wątków oraz samego zakończenia). A następnie przechodzi do... no właśnie. Ciężko powiedzieć, ale najlepszym określeniem będzie chyba kolaż wycinków prasowych, fragmentów wywiadów, recenzji, fragmentów książek na temat danego twórcy, odtwórców najważniejszych ról czy też samego filmu. Każdy film zajmuje ni mniej ni więcej tylko cztery strony. Książka jest naprawdę ładnie wydana, na przyzwoitym papierze, z twardą oprawą. Autor przy każdym (no..., większości) filmie umieszcza plakat tegoż, twórcę scenariusz, reżysera i odtwórców głównych ról. Z daty w dolnym lewym rogu (a często także z samego teksu) dowiadujemy się kiedy film został wyprodukowany (co często nie jest tożsame z datą jego premiery). Ciekawostką i dużą innowacyjnością tej książki jest również zabieg umieszczania przy niektórych filmach kodu pozwalającego po sczytaniu go odtworzyć krótki, zazwyczaj kilkuminutowy, filmik z wypowiedzią Kota na temat tej produkcji (tutaj po kliknięciu przeniesiemy się do wypowiedzi na temat filmu Wodzirej). Bardzo ciekawa sprawa. Na końcu każdego rozdziału (za rozdziały uznaję teksty poświęcone jednemu filmowi) możemy znaleźć również wskazówki odnośnie dodatkowych publikacji na temat filmu. To również jest duża zaleta i z pewnością będzie bardzo pomocne czytelnikom poszukującym dodatkowych informacji. Duża ilość zdjęć również byłaby wielką zaletą tej publikacji gdyby nie to, że te zdjęcia są, o zgrozo, zrobione mikrofalówką z różnego rodzaju starych czasopism z "Filmem" i "Kinem" na czele! Powiem wam szczerze, że na początku pomyślałem, że to jakiś błąd, że niektóre kadry są krzywo ucięte i rozmyte. Ale natrafiałem na takie na przestrzeni całej książki! Podpisy pod zdjęciami są nieczytelne, często poucinane w połowie lub rozmyte. 


Powyżej przykład jednego z wielu takich ch*jowych zdjęć. Zamieszczam w dużym rozmiarze, żeby lepiej było widać o co mi chodzi.
Zamieszczone są wycinki prasowe ze starczych numerów z poucinanymi początkami lub końcówkami kolumn, tak, że przeczytać się ich nie da, ale miejsce w publikacji zajmują. Porażająca jest też ilość błędów korektorskich (zwykłych literówek), ale też w niektórych miejscach (to na szczęście zdarza się zdecydowanie rzadziej) merytorycznych. Szczególnie mocno rzucił mi się w oczy ten, w którym autor w streszczeniu Psów pisał o tym, że "Zupełnie inaczej kombinuje Olo. Nie dość, że utrzymał się na posadzie, to jeszcze zaczyna grać na dwie strony: pracuje dla mafii." (str. 307) - z tego co pamiętam z filmu Olgierd Żwirski został zwolniony ze służby. Zresztą sam o tym wspomina...
25 min. 13 sec.:
Gross: Wyrzucili?
Olo: Wyrzucili. Wszystkich zostawili, a mnie na pysk. 
Denerwujące bywa także umieszczanie byle jakich kadrów z danym aktorem w rozdziale z filmem, w którym on występuje. Wystarczy, że zgadza się pyszczysko i już jest wszystko w porządku. W taki oto sposób mamy kadry z Misia w rozdziale o Rozmowach kontrolowanych... Mam nadzieję, że to nie autor odpowiadał za dobór zdjęć, ich jakość oraz samo kadrowanie i dopasowywanie grafik, jednak nawet jeśli to nie on, to kim są ludzie, którzy akceptowali ostateczny format tej książki? Na koniec jeszcze jedna uwaga, tym razem odnośnie samego wyboru produkcji. Być może tylko ja odniosłem takie wrażenie i jest ono całkiem mylne, ale wybór jakiego dokonał Kot wydaje mi się w jakimś stopniu nieszczery. Spostrzeżenie to nasunęło mi się w trakcie lektury fragmentów recenzji jakie autor publikował na temat omawianych w książce filmów na łamach prasy. Często są one nie tyle, że obojętne, co szydercze, ironiczne, wręcz niepochlebne. A potem bach, i film znajduje się w tak zacnym zestawieniu. Tutaj na pierwszy plan wysuwają się takie obrazy jak na przykład Dług czy też Katyń. Jednakowoż książka opowiada o scenach, więc może w złym filmie znalazła się choć jedna dobra scena, którą warto zobaczyć mimo miałkości całej produkcji? Nawet jeśli, to brzmi to wszystko jakoś fałszywie.

Gdyby nie te wpadki, dość rażące szczególnie w przypadku zdjęć, książka zasługiwałaby na ocenę między 7 a 8, jednak one sprawiają, że nota spada do, i tak wysokich, 6 punktów w 10 stopniowej skali.

Moja ocena 6/10

Wybór filmów: 
1934: Młody las
1935: Manewry miłosne
1936: Jego wielka miłość (kod), 
1937: Piętro wyżej
1938: Wrzos (kod), 
1939: Włóczęgi
1947: Zakazane piosenki
1948: Ostatni etap
1949: Skarb
1954: Przygoda na Mariensztacie (kod), 
1956: Człowiek na torze
1957: Kanał
1958: Eroica, Pętla (kod), Ewa chce spać, Ostatni dzień lata, Popiół i diament (kod), 
1959: Baza ludzi umarłych, Pociąg
1960: Zezowate szczęście, Do widzenia, do jutra, Krzyżacy (kod), Szatan z siódmej klasy, Niewinni czarodzieje
1961: Matka Joanna od Aniołów, Świadectwo urodzenia
1962: Nóż w wodzie
1963: Zbrodniarz i panna
1964: Prawo i pięść
1965: Rękopis znaleziony w Saragossie, Rysopis
1966: Faraon
1967: Westerplatte, Sami swoi
1969: Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię,
1970: Sól ziemi czarnej, Rejs
1971: Nie lubię poniedziałku
1972: Trzeba zabić tę miłość, Trzecia część nocy, Jak daleko stąd, jak blisko
1973: Wesele, Poszukiwany-poszukiwana, Na wylot, Iluminacja, Sanatorium pod klepsydrą
1974: Potop
1975: Ziemia obiecana, Dzieje grzechu, Noce i dnie, Zaklęte rewiry
1976: Przepraszam czy tu biją (kod), 
1977: Barwy ochronne, Człowiek z marmuru
1978: Wodzirej (kod), 
1979: Zmory
1981: Miś, Człowiek z żelaza, Gorączka, Dreszcze
1982: Vabank, Znachor, Konopielka
1983: Austeria, Wielki Szu
1984: Seksmisja
1987: Matka Królów, Przypadek
1988: Krótki film o zabijaniu, Zabij mnie glino (kod), 
1989: Piłkarski poker, Przesłuchanie
1990: Ucieczka z kina "Wolność"
1991: Rozmowy kontrolowane
1992: Psy
1994: Jańcio Wodnik, Zawrócony
1996: Pułkownik Kwiatkowski
1997: Kiler
1999: Dług
2000: Chłopaki nie płaczą, Żółty szalik
2002: Dzień świra, Pianista, Edi
2004: Wesele (kod), 
2006: Plac zbawiciela
2007: Katyń
2009: Rewers, Dom zły
2012: W ciemności, Róża, Obława, Pokłosie
2013: Drogówka, Układ zamknięty, Wałęsa, Papusza
2014: Pod Mocnym Aniołem, Jack Strong

wtorek, 20 czerwca 2017

[176] Film: "Król Artur: Legenda miecza / King Arthur: Legend of the Sword" (2017)

Jeśli lubicie dotychczasową twórczość Guya Ritchego (Porachunki, Przekręt, Sherlock Holmes, Kryptonim U.N.C.L.E.) to nie macie się czego obawiać. Jeśli natomiast cenicie sobie wszelkiego rodzaju legendy arturiańskie (Excalibur, Rycerz króla Artura, Mgły Avalonu, Król Artur) film będzie wymagał od was sporej otwartości na modyfikacje tej mitycznej historii, jednak również nie powinniście się poczuć zawiedzeni. Król Artur: Legenda miecza jest bowiem tym co najbardziej cenimy w Ritchim z dawką fantasy na przyzwoitym poziomie.

W tym przypadku mamy do czynienia z królem, który nie wie, że jest królem. A jak się już dowie, to wcale nie będzie chciał nim być. Woli swoje poukładane "gangsterskie" życie w nibylandii zwanej Londinium. Ma tutaj już ugruntowany status, niemalże ojca chrzestnego, który kontroluje większość wartych kontroli biznesów i ma poukładane stosunki z "czarnymi nogami" (taka ichnia policja). A to, że jego wuj zamordował jego matkę i ojca, omal nie mordując także jego, co dało mu tron, a młodego następcę skazało na los małego ulicznika wychowywanego w burdelu przez damy lekkich obyczajów? Gówno go to obchodzi. No ale cóż zrobić, Pan każe sługa musi. Nawet taki sługa, który trzęsie połową miasta. Wszystko wali się wtedy, kiedy król, w obawie przed tym, że prawowity następca tronu jednak gdzieś żyje i może mu zagrozić, postanawia sam go znaleźć za pomocą próby z mieczem (wiecie, tylko prawowity następca da radę wyciągnąć ze skały Excalibur etc., etc.; swoją drogą w tej scenie bardzo udany epizod Becksa), a kiedy już się dowie kim jest następca, będzie mógł go najspokojniej w świecie zgładzić na oczach przelęknionej gawiedzi. A manifestacja siły jest niezbędna, ponieważ ciemiężony motłoch zaczyna podnosić w ostatnim czasie łeb za sprawą coraz śmielszych akcji ruchu oporu. W momencie, kiedy miecz ulega pod ręką, w której płynie krew prawowitego następcy tronu afera wybucha z całą swoją mocą. W tym momencie naszemu młodemu protagoniście - w myśl zasady "nie chcem, ale muszem" - nie pozostaje już nic innego, jak rozprawić się z bydlakiem raz na zawsze. 

Ale fabuła nie jest przecież (raczej), dla nikogo kto wybiera sie na ten film, niczym zaskakującym. Wszyscy wszak znamy - lepiej lub gorzej - historię Excalibura i króla Artura. W tym filmie najważniejsze jest to w jaki sposób ta legenda została nam zaprezentowana. A uwierzcie mi, Ritchie folguje sobie w całej rozciągłości. I o ile z antagonistą Vortigenem (Jude Law) nie dzieje się nic zaskakującego - ot, zwykły żądny władzy łotr, który dla stanowiska - w tym akurat przypadku drewnianego fotela zwanego potocznie tronem - jest skłonny do zdrady, a także bratobójstwa, a później do rzeczy równie podłych i nikczemnych. O tyle w przypadku młodego Artura (Charlie Hunnam) reżyser pozwala sobie na daleko idące odejścia od ustalonych na przestrzeni wieków standardów.  Jest wszak nasz młody Artur czymś w rodzaju szefa gangu, który przez lata życia na londinumskiej ulicy wypracował sobie zdolności (potrafi świetnie walczyć tak wręcz jak i mieczem), grupę zaufanych współpracowników (jest dla nich niepodważalnym autorytetem, ale też przyjacielem i opiekunem) oraz pozycję i jest gotów bronić tego status quo przed jakimikolwiek odstępstwami. Jest mu dobrze tak jak jest, gdyby tylko nie te koszmarne sny z niejasnymi wydarzeniami jakby z jego dzieciństwa... ale z tym da się przecież żyć. Można śmiało powiedzieć, że jest to "postać nie z tej bajki", bo choć większość cech charakteru się zgadza (lojalność, waleczność, sprawiedliwość - bardzo specyficznie pojęta, ale zawsze), to jednak ogólny obraz z pewnością nie prezentuje nam typowego szlachetnego rycerza bez skazy ani zmazy, który jest w stanie położyć na szali swoje życie dla wartości moralnych i dobra ogółu. Można by powiedzieć - typowy Ritche. Taki trochę jak z Porachunków w ogólnej charakterystyce głównego bohatera oraz jak z "Sherlocka Holmesa" w klimacie i unowocześnianiu mitu. Duża uwaga jest również przyłożona do postaci drugiego planu. Może nie wszyscy są dającymi się zapamiętać aktorskimi perełkami, ale kilka z nich z pewnością, jak choćby Aidan Gillen w roli Williama aka Gęsi Smalec oraz rewelacyjny Eric Bena w roli Uthera Pendragona, ojca Artura, z pewnością tak.

Wielkie dzięki należą się również twórcom scenariusza za nie umieszczanie w tej historii ckliwej i zupełnie niepotrzebnej historii miłosnej, która mogła by zupełnie "zamordować" tak klimat jak i rytm filmu. Na wielką pochwałę zasługuje również dobór aktorów. Charlie Hunnam (znany dotąd m.in. z Pacyfic Rim i Synów Anarchii) jest genialnie obsadzony. Jego charakteryzacja oraz kostiumy (nie ma co ukrywać, że jest najlepiej ze wszystkich członków obsady ubranym aktorem, nawet kiedy na planie stoi ramie w ramię z samym królem to jego postać błyszczy i wybija się na pierwszy plan) sprawiają, że jest idealnym odtwórcą tej roli. Wszystko się tutaj zgadza, łącznie z poczuciem humoru i specyficzną narracją oraz montażem niektórych scen (jak choćby opowieść dla dowódcy „Czarnych nóg”, która łamie wszelkie konwencję tego gatunku). Na wielką pochwałę zasługuje również muzyka, która zdecydowanie daje temu filmowi bardzo dużo. Charakter wielu scen jeszcze się uwypukla, a pewien główny motyw rytmiczny przewija się przez kilka melodii (jak choćby Growing Up Londinium, czy też Run Londinium) sprawiając, że zdecydowanie zapada nam w pamięć. Pojawia się również bardzo mocna i budząca ducha niepokoju ballada w folkowym stylu (The Devil & the Huntsman), która jest przysłowiową "truskawką na torcie".

Niestety, w każdej beczce miodu znajduje się zawsze łyżka dziegciu. Tym niepasującym do reszty elementem są - o zgrozo w tego gatunku filmie - niestety elementy czysto fantastyczne. Niby jest mocno, dużo, trójwymiarowo (zawsze się zastanawiam czy to filmowcy chcą tworzyć specjalnie sceny z takim rozmachem w specyficznym stylu, czy jest to raczej wymóg dystrybutorów i wielkiego parcia na to, aby każdy blockbuster był obecnie w 3D), ale jakoś się to wszystko kupy dupy nie trzyma. Świetne jest w filmie wszystko poza wątkami i elementami magicznymi. W tym się Ritche nie odnalazł i chyba kolejnym filmem kostiumowym w jakim bym go widział jest... Robin Hood, też mamy wieki dość mocno przeszłe, nawet z odrobiną szamaństwa, ale bez świecących oczu, wielkich jak TGV węży, słoni ogromnych jak nasze czteropiętrowe klatki dla królików, oślizgłych potworów o korpusach kobiet z dużą ilością macek i tego typu artefaktów kina SF. Ja tego do końca nie kupiłem, ale wciąż jestem zachwycony klimatem i stylem w jakim reżyser zaprezentował nam tę historię.


Nie zależnie od tego czy jesteście fanami Guya czy też legend arturiańskich, myślę, że nie popełnicie zbyt dużego błędu wybierając się na ten film.

Moja ocena: 8/10

niedziela, 4 czerwca 2017

[175] Film: "Wonder Woman" (2017)

Byłem, widziałem, podobało mi się, polecam. Tak w kilku słowach można byłoby streścić recenzję z najnowszej odsłony przygód bohaterów uniwersum DC. A musicie wierzyć, że jest to nie lada komplement z moich ust, ponieważ osobiście twierdzę, że całe to uniwersum, jak i jego postaci są nudne i do przesady poważne, jak zresztą każdy film, który do tej pory został o nich zrealizowany. 

W tym kadrze ujęto legendarnego pogromcę bogów tylko czy to aby na pewno miecz?

Ale Wonder Woman jest inna. Wnosi powiew świeżości do tego skostniałego świata smutnych i zmęczonych facetów (czyt. Superman i Batman). Jest pełna życia, zdeterminowana, waleczna, ale też naiwna i w pewien sposób głupiutka jak młody szczeniak, dla którego wszystko wydaje się niesłychanie ważne i ciekawe i dopiero z wiekiem nabiera przeświadczenia, że nie za każdą piłką warto biec, że pozwolę sobie na użycie tak obrazowej matołfory. Ale jakżeby mogło być inaczej skoro główna bohaterka - Diana, córka Hipolity, królowej Amazonek - całe życie była wychowywana na ukrytej i całkiem odizolowanej od świata wyspie wśród najwaleczniejszych kobiet jakie widział nasz świat. Początkowo, z woli matki, walka była dla mniej zakazanym owocem, później stała się sensem jej życia, ponieważ musiała się starać dziesięć razy bardziej, aby udowodnić, że jest gotowa do... no właśnie, do czego? Do starcia z bogiem wojny Aresem. Jak głosi legenda tylko poskromienie, a raczej unicestwienie syna Zeusa, Aresa pozwoli ludzkości zaznać pokoju i sprawi, że staną się dobrzy i "grzeczni", ponieważ to on szepce im do ducha i podburza do wszczynania ciągle nowych konfliktów. Diana, żyje w ciągłym oczekiwaniu na idyllicznej wyspie na "T", której nazwy nie pamiętam, stając się najpotężniejszą z Amazonek aż do momentu, kiedy zabłąkany brytyjski pilot uciekając przed ścigającymi go Niemcami przelatuje przez magiczną barierę i rozbija się nieopodal wyspy. Po krótkiej, choć krwawej walce z najeźdźcami dzielny brytyjski szpieg zostaje wzięty na spytki przez stado żądnych krwi wojowniczek. Po tym czego Amazonki dowiadują się od Brytyjczyka Diana już wie co powinna zrobić i zrobi to niezależnie od decyzji swoje matki - musi wyruszyć do świata ludzi z tym mężczyzną, aby raz na zawsze unicestwić boga wojny, Aresa. 


Tak w skrócie można streścić to co w filmie najważniejsze. Oczywiście, jak możecie się domyślać, później pojawią się wszystkie elementy przynależne do tego typu opowieści, jak choćby wątek miłosny między dwojgiem głównych bohaterów, werbowanie grupy nieprzeciętnych jednostek do pomocy w wykonaniu zadania (turecki (osmański???) oszust i pseudo aktor Sameer, który każdemu potrafi wcisnąć każdy kit - Saïd Taghmaoui; szkocki strzelec wyborowy, którego dręczą demony przeszłości Charlie - Ewen Bremner, indiański wód, który wygnany z własnej ziemi stara się znaleźć dla siebie miejsce na ziemi pozostając wolnym człowiekiem - Eugene Brave Rock), kilka spektakularnych akcji mających pokazać potencjał i umiejętności całej grypy, jak i poszczególnych jej członków no i wreszcie kulminacyjna walka między przedstawicielami dobra i zła. 


Największym atutem produkcji jest oczywiście sama Gal Gadot świetnie spisująca się w roli Diany (chociaż moja kobieta uparcie twierdzi, że film nie był wcale taki dobry, a podobał mi się tylko dlatego, że po prostu ślinię się na widok Gal... cóż, co zrobić, jestem tylko upośledzonym samcem...). Jest śliczna, urocza i dobrze zbudowana <rolf>. Ma w sobie też wystarczająco dużo charyzmy i talentu, aby udźwignąć film na swoich barkach. Reszta obsady również nie schodzi poniżej pewnego, dość wysokiego, poziomu, a sam kapitan Steve Trevor (Chris Pine), mimo dziwnej pulchności (słowa mojej lubej) także daje sobie radę w konfrontacji z nieposkromioną i zupełnie zieloną tak w kontaktach z "naszym" światem, jak i samymi mężczyznami Wonder Woman. 


Mimo, że druga część przygód najwaleczniejszej z Amazonek ma się dziać już w czasach nam współczesnych i poznaliśmy jej możliwości w konfrontacji Supermana z Batmanem z zeszłego roku, nie zmienia to jednak faktu, że jeśli lubicie filmy o superbohaterach musicie poznać legendę i narodziny Wonder Woman, najpotężniejszej postaci z uniwersum DC. A mnie nie pozostaje nic innego jak szczerze polecić ten film, jako pierwszą od wielu lat ciekawą produkcję z uniwersum DC.

Tego używacie jako zbroi?

Moja ocena: 8/10

P.S. Jeśli twórcy nowego serialu o Wiedźminie szukają odtwórczyni do roli Yennefer, to mogą już przestać. W osobie Gal mają wymarzoną kandydatkę. 

wtorek, 30 maja 2017

[174] Film: "John Wick 2 / John Wick: Chapter 2" (2017)

Ostatnio podobno odgrzałem niezłego kotleta, więc dziś dla odmiany coś o 30 lat świeższego - druga część kultowego Johna Wicka. Chapter 2 daje nam tego samego kopa wysmakowanego kiczu co część pierwsza, a także o wiele więcej.

Codziennie po robocie tak się czuję jak on wygląda kiedy wracam do domu...

Wszyscy pamiętamy poprzednią część, w której legendarny zabójca John Wick, który po śmierci ukochanej żony przeszedł na emeryturę, z powodu zamordowania psiaka - ostatni prezent od ukochanej oraz kradzieży uwielbianego forda mustanga postanawia po raz ostatni wymierzyć sprawiedliwość niesfornym rzezimieszkom - w tym przypadku akurat rosyjskiej mafii.

Będzie Pan zadowolony!

W tej części John po niezłej rozwałce w siedzibie mafii zawiera pokój z jej szefem odbierając przy tym swoje ukochane auto. I już można byłoby spokojnie żyć, bo auto "się wyklepie", gdyby nie wizyta gościa z przeszłości. Gościa, który prosi o spłacenie przysługi (coś jak w Ojcu Chrzestnym, "... być może taki dzień nigdy nie nadejdzie, ale wiedz o tym, że kiedyś mogę się pojawić i poprosić o zwrot przysługi, którą ci teraz wyświadczam...") posiadając specjalną pieczęć poświadczoną krwawym odciskiem palca beneficjenta (oraz wpisaną do księgo ich tajnego stowarzyszenia morderców. (Swoją drogą pełen ukłon z mojej strony za wymyślenie takich bredni tak umiejętnie, że wszystko da się nie dość, że z łatwością przełknąć, to jeszcze nieźle tym podjarać) Problem polega na tym, że Snatino D'Antonio (owy gość z przeszłości) chce jako spłaty długu śmierci swojej siostry, która zdeczka blokuje mu etat w radzie morderców, bo to właśnie ją desygnował na to stanowisko ich papa po swojej śmierci. Cóż, John nie ma wyjścia, musi spełnić żądanie "przyjaciela" (jak za pierwszym razem odmówił, to mu wyjebali w kosmos chałupę), jednak braciszek nie jest do końca uczciwy. A to oznacza kłopoty.

- Zabiję cię. - Nie, to ja cię zabiję. - Napijmy się...

Wielką zaletą tej części jest głębsze wprowadzenie widzów w struktury tej dziwnej organizacji, która płaci złotymi monetami za wszelkie usługi takie jak "sommelier" od broni, specjalny "bibliotekarz/archiwista/kartograf" (to ostatnie określenie pochodzi z filmwebu, choć moim zdaniem jest słabo celne), który wskaże nam drogi wejścia i wyjścia z interesujących nas budynków oraz przygotuje komplet pasujących kluczy, czy też krawiec, który uszyje kuloodporny garnitur. :D Na uwagę i szacunek zasługuje z pewnością również fakt, że 95% scen walki oraz scen kaskaderskich Keanu wykonał samodzielnie. Szacun. w tym wieku, to już nie jest takie łatwe, a trzeba było przyznać, że było co robić.
Dużą zaletą jest również gościnna wizyta Laurence'a Fishburne'a.

Co Pan sobie życzy przeładować?

Dość sporą wadą zbyt rozciągnięte sekwencje walki, które niekiedy ciągną się w nieskończoność a podczas tych starć podają trupem dziesiątki przeciwników. Ja wiem, że John jest najlepszy, ale w niektórych momentach twórców poniosło. Film krótszy o jakieś 30 minut byłby zdecydowanie spójniejszy i nie miał tych nieznośnych przestojów, w których tak naprawdę nic się nie dzieje choć wydawałoby się, że dzieje się wiele. 


Jeśli zakosztowaliście pierwszej części i wam się spodobało, nie pozostaje już nic innego jak tylko zasiąść przed ekranem i prześledzić dalsze losy Baby Jagi. Myślę, że się nie rozczarujecie. Całą resztę odsyłam najpierw do nadrobienia "jedynki".

Moja ocena: 6.5/10
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...