wtorek, 16 stycznia 2018

[184] Film: "Kierowca" (2017)

Kierowca to netflixowy one man show z Frank Grillo w roli głównej jakie zostało nam, widzom zaproponowane w 2017 roku. Po raz kolejny parafrazuje historię znaną nam już z Drive Nicolasa Windinga Refna oraz po części również z zeszłorocznego Baby Drivera, której twórcą był Walter Hill pod koniec latach siedemdziesiątych prezentujący szerokiej publiczności swojego Kierowcę z Ryanem O'Nealem i Isabellą Adjani.

Jak wypada Wheelman na tle swoich konkurentów? Przede wszystkim inaczej. Jest zrobiony ze zdecydowanie mniejszym rozmachem, stąd też moje określenie One-man-show. Frank Grillo załatwia półtorej godzinny film Jeremy'ego Rusha niemal w całości samodzielnie. Kilka razy mamy na ekranie innych aktorów - najdłużej widzimy jego nastoletnią córkę Katie (
Caitlin Carmichael) - jednak często nie widzimy nawet ich twarzy, bo z większością jedynie rozmawia przez telefon albo się ściga bmw E39 (jak udało mi się zauważyć, bo auto również widzimy niemal jedynie od środka) czy też porsche 911 turbo. Wszystkie pościgi także są pokazywane z kamer zamocowanych na samochodzie, z których obraz jest bardzo okrojony. Praktycznie przez cały film nie ma żadnego ujęcia samochodu z dalszej perspektywy. Całość dzieje się podczas jednej nocy, kiedy to nasz Kierowca jedzie wykonać kolejną robotę. Musi spłacić dług dla mafii, która podczas jego pobytu w więzieniu opiekowała się jego rodziną. Jednak coś nie idzie zgodnie z planem. Zaczynają się jakieś dziwne telefony i niezrozumiałe instrukcje, które tylko komplikują sprawę. W pewnym momencie dochodzi do tego, że nasz "bohater" znajduje się niemal w centrum wojny gangów. Do tego dochodzą jeszcze problemy z nastoletnią córką oraz byłą żoną, które nasz Kierowca, oczywiście załatwia przez telefon. I tak sobie z nim jeździmy po nocnym mieście i odbieramy telefony.

Cóż. Może ktoś gustuje w takich minimalistycznych filmach z dość prostą fabułą i niezbyt wybuchową akcją. Mnie nie do końca podszedł. Choć Grillo zagrał bardzo dobrze. Robił co do niego należało. Wkładał tyle ekspresji w prowadzenie auta i rozmawianie przez telefon ile się dało, ale powiedzcie sami... Czy to mogło się udać? Moim zdaniem raczej nie. Efekt jest chyba nawet lepszy niż moje oczekiwania. Film dla tych, którzy widzieli trzy poprzednie i chcą zobaczyć jak inaczej można opowiedzieć tę samą historię lub dla tych..., którzy mają za dużo czasu.

Moja ocena: 5.5/10

niedziela, 7 stycznia 2018

[242] Książka: "Czarna Madonna" - Remigiusz Mróz (2017)

Czarna Madonna to moja pierwsza przygoda z twórczością Remigiusza Mroza. Choć jest on bardzo płodnym pisarzem jakoś się wcześniej nie złożyło, żeby nasze drogi się przecięły. Zacząłem od powieści tak innej od dotychczasowego dorobku pisarza, jak to tylko jest możliwe, bo od razu trafiłem na horror. Jest w tym podwójna ironia losu. Po pierwsze jest to jedyny horror w dorobku autora, więc trafienie akurat na tak inną, od dotychczasowych dokonań, książkę jest dość szczególne. Po drugie, ja nienawidzę horrorów. Nie mam zwyczaju czerpać satysfakcji z własnego strachu. Życie jest wystarczająco straszne i przygnębiające, że szukanie dodatkowych podniet tego typu w literaturze bądź filmie wydaje mi się zbędne. A już w szczególności nie lubię horrorów religijnych, a nim jest najnowsza powieść Mroza. 
Jak więc doszło do takiej sytuacji? Prozaicznie. Nie przeczytałem tego, co było napisane na obwolucie książki, a w trakcie lektury autor jakoś mnie nie przestraszył, mimo iż książkę czytałem głównie późnym wieczorem lub w nocy. Kiedy już na podstawie wielu przesłanek ustaliłem, że to horror postanowiłem ją najzwyczajniej w świecie doczytać do końca. Jak to o niej świadczy? Sami sobie odpowiedzcie na to pytanie.

Ale zacznę może od zarysu fabuły. Pewnego dnia Filip - były ksiądz, przez niemal wszystkich, poza własnym ojcem, zwany Bergkamp lub po prostu Berg z powodu koszulki tego holenderskiego piłkarza, którą miał nieszczęście kiedyś posiadać - dowiaduje się, że samolot, którym do Jerozolimy leciała jego narzeczona zaginął. Po kilku dniach braku wiadomości o maszynie, kiedy wszyscy stracili już nadzieję, że się kiedykolwiek odnajdzie i powoli godzili ze stratą najbliższych, nagle pojawiają się odczyty z transpondera, które układają się na mapie w heksagram, a sam Filip wydaje sie stawać opętany przez siły nieczyste. Udaje mu się także ustalić, że na pokładzie samolotu był przewożony pewien specyficzny obraz. Obraz Czarnej Madonny. We łączeniu w logiczną, choć nieprawdopodobną, całość wszystkich faktów i, wydawałoby się, oderwanych od siebie szczegółów pomaga mu siostra narzeczonej, a jego przyszła szwagierka, Kinga, do której czuje zdecydowanie więcej niż powinien z uwagi na łączące ich relacje oraz fakt, że jest ona zamężna. Oraz podszepty demonów, które wzięły w posiadanie jego ciało i niekiedy przejawiają swoją w nim obecność. Czy te sprawy są ze sobą w jakikolwiek sposób powiązane? I co z tego wszystkiego wyniknie dowiemy sie na kolejnych stronach, których łącznie jest blisko czterysta.

W tym miejscu muszę oddać autorowi, że przystępny styl i wciągający sposób prowadzenia akcji sprawiły, że do pewnego momentu książkę czytało mi się zaskakująco dobrze. I w dwóch czy trzech momentach poczułem nawet pewien niepokój wynikający z obrazowego przedstawiania opisywanych zdarzeń. Jednakowoż cały ten efekt udało się autorowi zepsuć niemiłosiernie gmatwając fabułę i starając się ją wyjaśnić na ostatnich kilkunastu stronach. Nie było to najfortunniejsze rozwiązanie, jednak patrząc na absurdalność i niedorzeczność alternatywnych the endów jedyne jakie czytelnicy byliby w stanie zaakceptować.

Zaletą książki jest także, oprócz wciągającej fabuły, dużo danych na temat egzorcyzmów oraz kapłaństwa od "wewnątrz". Dla mnie, osoby całkiem zielonej w dziedzinie wypędzana demonów oraz posługi duszpasterskiej a także symboli i atrybutów jakimi posługują się kapłani w czasie odprawiania mszy i nie tylko, były to informacje zupełnie nowe i wcale ciekawe. Autor, choć produkuje książki niemal taśmowo, musiał spędzić chwilę czasu na researchu - do czego sam się przyznaje, a jego rezultaty możemy oceniać na stronicach "Czarnej Madonny". To z pewnością kolejny plus na szali końcowej oceny.

Coś szybko mi ta recenzja spłynęła na e-papier, chyba trochę za szybko, ale nie za bardzo wiem co jeszcze mógłbym napisać. Wszystko zdradzałoby przebieg fabuły lub, co gorsza, zakończenie historii. Poprzestanę więc na tym lapidarnym wywodzie i ocenie, która tak wydaje mi się całkiem wysoka i z pewnością nie odstraszy wielbicieli tego rodzaju gatunku literatury.

Moja ocena: 6/10

czwartek, 4 stycznia 2018

[183] Film: "Volta" (2017)

Jak tylko dowiedziałem się o tym, że Juliusz Machulski kręci nowy film, ucieszyłem się. A kiedy zobaczyłem pierwszy zwiastun jego najnowszej produkcji - Voltę, bo taki nosi tytuł, - czekałem z niekłamanym zainteresowaniem. Jest wszak Juliusz Machulski scenarzystą i reżyserem, który bardzo niewiele razy w całej swojej dotychczasowej działalności artystycznej mnie zawiódł. A filmy takie jak Vabank, Kiler, Vinci pozwalają mieć nadzieję na to, że również kolejna jego produkcja nie zawiedzie.

Z tego też powodu do seansu Volty usiadłem pełen nadziei na mile spędzone 100 minut. Były na to całkiem duże szanse również z powodu obsady. Bo jak było do przewidzenia u takiego tuza jak Machulski zagrała cała plejada większych i mniejszych gwiazd polskiego kina, teatru i telewizji z Andrzejem Zielińskim i Olgą Bołądź na czele. Na drugim planie jak zwykle świetny Jacek Braciak, poprawna Aleksandra Domańska i zaskakująco dobry Michał Żurawski. A także Katarzyna Herman, Joanna Szczepkowska i Krzysztof Stelmaszczyk oraz Robert Więckiewicz, Tomasz Kot, Cezary Pazura i Antoni Pawlicki w epizodach.

Fabuła również dawała nadzieję na ciekawą rozrywkę, ponieważ całość intrygi koncentrowała się wokół cudownego odnalezienia korony Kazimierza Wielkiego w jednej z lublińskich kamienic. Odkrycia tego dokonuje młoda dziewczyna, Wiktoria (Bołądź), która, jak wszystko na to wskazuje, dopiero co uciekła z więzienia. Dziwnym trafem, o mało jej nie potrącając autem, tajemnice korony poznają również Agnieszka, zwana "Kitek" (Domańska) oraz jej ochroniarz Dycha (Żurawski). A za sprawą Dychy również facet Agnieszki, słynny spin-doktor Bruno Volta (Zieliński), który ostrzy sobie ząbki na tę koronę, bo to w końcu kilkanaście milionów euro. Sami przyznacie, że pomysł bardzo chwytliwy.

Niestety, tylko pomysł. Tym razem coś nie zagrało i wyszło na to, że w trailerze znalazło się wszystko to, co w filmie ciekawe, a film jest nudny i ma wiele niepotrzebnych wstawek oraz zabiegów, nazwijmy je technicznymi, które psują całość. Zacznę od trochę dziwnego castingu, ponieważ za jego sprawą w roli "kochanków" mamy tutaj parę, która aktualnie w pewnym serialu telewizji polskiej propagandowej gra... ojca i córkę. Przyznacie, że to trochę... niesmaczne niezależnie od kunsztu i biegłości w swoim fachu odtwórców tych ról. Ale gdyby tylko to było problemem, nie byłoby sprawy. A sprawa jest i to zdecydowanie poważniejsza. Film jest po prostu nudny. Akcja rozwija się w sposób ślamazarny, a zbyt wiele wstawek zdradzających nam finałowy "myk" jest zdecydowanie niepotrzebna. Jeśli już jesteśmy przy wstawkach, to również te historyczne, retrospektywne, które, jak zakładam miały być w większości przypadków humorystyczne są przede wszystkim niepotrzebne, a co gorsza nie śmieszne. Całości nie ratuje ani dość sprawna, choć pobieżna diagnoza naszego "swołeczeństwa" - jak zwykł nazywać je Volta, ani kandydat na prezydenta V RP, przewodniczący partii Godność i duma, Kazimierz Dolny, w którego rewelacyjnie wciela się Jacek Braciak. Przaśność, zajadłość, brak wykształcenia oraz narodowo-socjalistyczno-monarchistyczne zapędy świetnie oddają kwaśny smrodek polskiego politycznego bagienka. To jednak nie wystarcza, żeby "Voltę" zaliczyć do udanych produkcji. Nawet końcówka, w której poznajemy wszystkie szczegóły operacji Volta nie rekompensują ponad 90 minut wiejącej z ekranu nudy.

"Volta" obok "Początku" Dana Browna okazała się największym rozczarowaniem 2017 roku. Film tak wyczekiwany, z tak ciekawą osią intrygi i tak dobrą obsadą po protu nie mógł nie wyjść. A jednak mu się udało. Szkoda.

Moja ocena: 4/10

środa, 27 grudnia 2017

[241] Książka: "Szpony i kły. Wiedźmin" - praca zbiorowa (2017)

W grudniu zeszłego roku minęło trzydzieści lat, kiedy po raz pierwszy mieliśmy okazję poznać jednego z najpopularniejszych (najpopularniejszego?) polskich bohaterów popkultury. To właśnie w grudniowym numerze "Nowej Fantastyki" z 1986 roku zadebiutował Andrzej Sapkowski ze swoim opowiadaniem "Wiedźmin", a tym samym zaprezentował Światu wiedźmina Geralta z Rivii, Białego Wilka, Rzeźnika z Blaviken, który zawładnął sercami i umysłami setek tysięcy (milionów?) fanów na całym świecie.

Do tej pory Sapkowski uraczył nas kilkunastoma opowiadaniami opublikowanymi w tomach Miecz przeznaczenia, Ostatnie życzenie oraz Coś się kończy, coś się zaczyna, pięcioma tomami składającymi się na tzw. Sagę o Wiedźminie (której to nazwy autor bardzo nie lubi) oraz luźną powieścią, której akcja dzieje się gdzieś między opowiadaniami a sagą pt. Sezon burz. Jednak o wiedźmina upomnieli się również inni twórcy, bo stał się postacią niemalże kultową. I tak oto powstał komiks autorstwa Macieja Parowskiego i Bogusława Polcha, film oraz serial opowiadający o losach Geralta, a także trzy części gry wyprodukowanej przez CD Projekt (która na potrzeby pracy nad wiedźminem powołała do życia całkiem odrębny dział pod tytułem CD Projekt Red). A Netflix już pracuje nad stworzeniem serialu na podstawie prozy Sapkowskiego w reżyserii Tomasza Bagińskiego. Nie pozostaje nam nic innego jak tylko z niecierpliwością wyglądać daty premiery. Warto jeszcze wspomnieć o Opowieściach ze świata wiedźmina, zbiorze opowiadań pisarzy rosyjskich i ukraińskich stworzonym w hołdzie dla mistrza. Pewnie coś przeoczyłem, ale sami musicie przyznać, że to i tak całkiem sporo.

Z tej okazji, wspomnianego 30-lecia, wydawnictwo SuperNowa, które od początku patronowało prozie Sapkowskiego, postanowiło ogłosić konkurs na opowiadanie dziejące się w świecie, który zamieszkują Geralt, Yennefer, Ciri i reszta bohaterów wykreowanych przez ASa. Kilkanaście najlepszych miało znaleźć się w tomie mającym uświetnić ten okrągły jubileusz. I takim oto sposobem trzymam w ręku zbiór pt.: Szpony i kły, na który składa się 11 tekstów, które najbardziej przypadły do gustu jury konkursu.

Tomik, po kilku słowach Sapkowskiego oraz przedmowie redaktora (naczelnego) "Nowej Fantastyki" Marcina Zwierzchowskiego rozpoczyna opowiadanie "Kres cudów" Piotra Jedlińskiego, które, co możemy wyczytać z przedmowy, wygrało cały konkurs. Werdykt jest to dziwny, bo choć opowiadanie to, jako jedno z nielicznych, opowiada o losach Geralta i Jaskra, to pierwszym co się w nim rzuca w oczy to zdecydowany przerost formy nad treścią. Autor zupełnie niepotrzebnie sili się na manierę tak umiejętnie stosowaną przez Sapkowskiego - pewna archaizację stylu i sposób mówienia dopasowany do proweniencji i zawodu postaci mówiącej. U Sapkowskiego było to tak naturalne, że nie zwracało się na to uwagi. Tutaj męczy i rozprasza sprawiając, że lektura staje się bardziej kanciasta, jakby połamana. Brak jej płynności, bo co i rusz natrafiamy na tego typu kwiatki: "Ów fenomen zwrócił mą uwagę z miejsca, ledwiem wraz z krasnalami..." i skąd mu się tam te krasnale wzięły? Sapkowski zawsze pisał o krasnoludach. O krasnalach nie było mowy i jeśli to ta sama rasa tylko Jedliński zmienił jej miano, to szczerze współczuję wszystkim krasnoludom, a jeśli coś zgoła odmiennego, to... trzeba było to sobie darować, albo jakoś krótko scharakteryzować kto zacz owe krasnale. Przechodząc do fabuły, opowiadanie również w tej materii nie błyszczy jakoś specjalnie, choć jest mu chyba najbliżej do tego, co i w jaki sposób zwykł tworzyć Sapokwski. Całość jest dobra, jednak mnie to nie przekonuje. Wolę niedorobioną oryginalność niż liche naśladownictwo.

Pozostałe opowiadania już w dużo większym stopniu stawiają na oryginalność i pomysł wykorzystania postaci zupełnie pobocznych, często przez Sapkowskiego jedynie wspomnianych z imienia. Tak dzieje się w drugim opowiadaniu tomu pt.: "Krew na śniegu. Apokryf Koral" Beatrycze Nowickiej. W tym tekście również mamy do czynienia z Geraltem, jednak towarzyszy mu Lytta Neyd, lepiej znana jako Koral, który to przydomek otrzymała za sprawą pomadki do ust, jedna z magiczek, która zginęła na wzgórzu Sodden w walce z Nilfgardem. Całe opowiadanie zaś jest bardzo zręcznym rozwinięciem wzmianki Geralta na jej temat w opowiadaniu "Coś więcej", w którym była mowa o tym, że za jej sprawą najpierw spędził tydzień w lochu, a kiedy przyszedł wyjaśnić sprawę kolejny tydzień spędził razem z nią w łóżku. Oczywiście fabuły w tym opowiadaniu jest znacznie więcej, jednakowoż za sam pomysł - czapki z głów. Jest to również, moim zdaniem, jedno z najlepszych opowiadań w całym tomie. Ciekawe i bardzo zręcznie napisane. Bez silenia się na formę, ale o zajmującej treści.

"Ironia losu" - trzecie opowiadanie z tomu - autorstwa Sobiesława Kolanowskiego w bardzo dokładny sposób rozwija i charakteryzuje jedynie wspomniane przez Sapkowskiego stworzenia jakimi są latawce. I choć trochę zbyt szybko się zaczyna, trafiamy wszak niemal w sam środek wydarzeń a akcja całego opowiadania dzieje się na przestrzeni niespełna kilkunastu do kilkudziesięciu minut, to jest ono bardzo ciekawie i sprawnie napisane.

W czwartym opowiadaniu autorstwa Nadii Gasik pt.: "Co dwie głowy..." spotykamy dwoje zajadłych przeciwników w poglądach i słownych potyczkach jakimi od zawsze byli dla siebie czarodziejka Triss Merigold i wiedźmin Lambert, który nie zwrócił się do niej nigdy inaczej niż za pomocą nazwiska. Tych dwoje wspólnie wyrusza przeciwko mantikorze terroryzującej pewną kopalnię pod Dorian. Opowiadanie choć bez większych fajerwerków fabularnych czyta się dość dobrze, choć z pewnością nie będzie należeć do moich ulubionych.

Kolejnym tekstem jest "Skala powinności" Katarzyny Kielicz, w którym poznajemy niewistę imieniem Narsi i wiedźmina Coena oraz ciekawą relację jaka się między nimi rodzi na wiedźmińskim szlaku. Ciekawa rzecz i również starająca się zapełnić początek biografii postaci, o której wiemy niewiele, a mianowicie najmłodszego z wiedźmaków.

Następne opowiadanie - "Bez wzajemności" autorstwa Barbary Szeląg - jest o miłości, a jego bohaterami są Jaskier, młodsza siostra Essi Daven, Ellen oraz trzeci bard Vlado. Bez rewelacji do tego stopnia, że kilka dni po lekturze nawet nie pamiętam treści.

Za to "Lekcja samotności" Przemysława Gula, mimo iż za bohaterów ma postaci zupełnie mi nie znane, poza wspomnianą jedynie w treści tegoż Triss Merigold, jest na tyle oryginalne i poruszające, że zapada w pamięć na długo. Jego akcja toczy się w dwóch płaszczyznach czasowych. Bohaterami są adeptka szkoły magii Cyria oraz jej sroga mistrzyni Rina Tnis zwana Wiedźminką. Po krótkim wprowadzeniu, którego głównym aktorem jest Cyria przechodzimy do pouczającej lekcji jaką daje swojej uczennicy Rina referując jej wycinek swojej biografii. Tutaj ponownie poznajemy kolejny fragment przebiegu bitwy pod Sodden widziany z zupełnie innej perspektywy. Opowiadanie co najmniej na pierwszą piątkę jeśli nie trójkę.

Tomasz Zliczewski jest autorem "Nie będzie śladu". Opowiada ono historię Graddena, który przygarnął po wojennej zawierusze nilfgardzkiego chłopca. Historia o człowieczeństwie i bestialstwie, o dobru i złu w najczystszej postaci. Temat zacny, jednak całość nie zapada w pamięć.

W "Dziewczynie, która nigdy nie płakała" Andrzej W. Sawicki opowiada dalsze losy Tourviel, ekfki którą pamiętamy z opowiadania "Kraniec świata". Ta wściekła na cały ludzki świat przedstawicielka starszej krwi, której Geralt złamał nos, trafia poważnie ranna na ludzka karawanę. Ludzie, mimo niedaenych zatargów i okrucieństw jakie obie rasy wyrządzały sobie podczas wojny, postanawiają zaopiekować się stworzeniem starszej krwi, a ta odwdzięcza im się w nieoczekiwany chyba dla obu stron sposób. Warte uwagi na tyle, żeby znaleźć się w moim top pięć.

"Ballada o kwiatuszku" Michała Smyka jest o tyle zaskakujące co... dziwne. Jego bohaterem jest wszak duch Jaskra, który zostaje powoływany do życia w momencie kiedy jedna z jego byłych kochanek odbywa stosunek seksualny z innym. I funkcjonuje tylko wtedy, kiedy ta zaznaje cielesnych uciech... do czasu. Po chwili okazuje się jednak, że dziewczynie dzieje sie krzywda, a mężczyzna, którego wybrała nie jest dla niej odpowiedni. Bije ją, wykorzystuje i poniża. Jaskier zapewniał ją jednak, że kiedy tylko będą w niebezpieczeństwie zawsze przybędzie jej z pomocą... i po śmierci ma ku temu sposobność. Nie zmienia to jednak faktu, że jego bytność na ziemskim padole pozostaje ograniczona do chwil miłosnych figli byłej kochanki. Oryginalne. A nie jest to jedyne zaskoczenie jakie niesie ze sobą tekst Smyka.

Na zakończenie dostajemy opowiadanie tytułowe, a mianowicie "Szpony i kły" Jacka Wróbla. Ten tekst, podobnie jak "Ballada o kwiatuszku" jest szalenie oryginalny i już za sam pomysł należą się autorowi słowa uznania. Traktuje on wszak o pierwszym zadaniu Białego Wilka z perspektywy... strzygi, czyli księżniczki Addy, którą Geralt miał odczarować w opowiadaniu "Wiedźmin". To opowiadanie również ląduje w moim top pięć.

Cały tomik jest bardzo ciekawym i, myślę pożądanym przedsięwzięciem, bo skoro Sapkowski tak mocno wzdraga się przed pisaniem i wydawaniem kolejnych tomów, to czemu nie oddać pałeczki wielbicielom jego prozy i nie stworzyć czegoś w rodzaju fanfiction znanego choćby z Gwiezdnych Wojen czy Harry'ego Pottrea. Ten tom jest bardzo dobrym zaczątkiem i miejmy nadzieję nie pozostanie jedyny.



Moja ocena: 7/10

wtorek, 5 grudnia 2017

[182] Film: "Morderstwo w Orient Ekspressie" (2017)


Morderstwo w Orient Expressie jako kryminał zaskoczy niewielu. Bo jak wielu fanów kina (lub literatury) nie zna już tej historii, o zbrodni dokonanej w ekskluzywnym pociągu jadącym niemal przez cała Europę, z Londynu do Istambułu*? Na film Kennetha Branagha nie idzie się, aby śledzić intrygę i odgadywać nazwisko mordercy wraz z Herkulesem Poirotem. Idzie się po to, żeby sprawdzić jego wizję tej dobrze znanej historii.
A jest ona z pewnością warta uwagi i największych pochwał. Tak ładnego filmu nie widziałem bardzo dawno. Prześliczne zdjęcia, rewelacyjne kostiumy, charakteryzacja (wąsy Poirota rozwalają system), piękna scenografia. Całość tworzy niezapomniany klimat przełomu wieków, kiedy kobiety nie wstydziły się nosić nakryć głowy innych niż czapeczka z daszkiem lub wełniany kondon a'la czapka papy smerfa. A panowie byli nienagannie ubrani niezależnie od pory dnia czy nocy. Ten film to emanująca z ekranu nieskazitelna elegancja. Jest to również, podobnie jak wcześniejsze wersje tego dzieła, jeden z najlepiej obsadzonych filmów ostatnich lat. Aktorzy tacy jak: Johnny Depp, Judi Dench,
Michelle Pfeiffer, Penélope Cruz oraz Willem Defoe to klasa sama dla siebie. A kilka młodszych, mniej znanych, choć mających już na swoim koncie świetne występy, nazwisk również przyciągają. Wiele z tych gwiazd miało tutaj swój najlepszy występ od dobrych kilku lat. Na przykład Johnny Depp, który poniewierał się ostatnio w różnego rodzaju gniotach przechodzących zupełnie bez echa. Judi Dench i Willem Defoe, również nie mieli się czym zbytnio ostatnio pochwalić, ale przede wszystkim Michelle Pfeiffer, która daje tutaj popis aktorstwa na najwyższym poziomie oraz sam reżyser wcielający się w postać ekscentrycznego belgijskiego detektywa bije na głowę wszystkich poprzednich odtwórców tej roli. 

Novum jest w tym filmie przede wszystkim ruchliwość i energia Poirota, który tym razem pracuje nie tylko głową, ale kiedy trzeba również "w ryj dać może dać". Z tego, co pamiętam żaden poprzedni Poirot nie wykraczał w swoim dochodzeniu poza genialną, ale jedynie dedukcję. Tutaj detektyw potrafi zadbać o własne bezpieczeństwo stając z przeciwnikiem do walki wręcz twarzą w twarz.

Całości dopełnia przepiękna, klimatyczna muzyka
Patricka Doyle'a, która jest idealnym uzupełnieniem każdej sceny.

Tak zrobione filmy ogląda się z największą przyjemnością. Serdecznie polecam ten seans wszystkim, niezależnie od tego, czy znają zakończenie, czy jakimś dziwnym trafem nigdy wcześniej nie trafili na tę historię.

Moja ocena: 8/10 
* Pociąg kursował po różnych trasach w różnych latach.

poniedziałek, 13 listopada 2017

[240] Książka: "Początek" - Dan Brown (2017)

Dan Brown jest klasą sam dla siebie. Po sukcesie Aniołów i demonów, a szczególnie Kodu Leonarda da Vinci oraz kolejnych książek z profesorem Robertem Langdonem w roli głównej, jego pozycja jako twórcy bestsellerów jest nie do podważenia. Każda kolejna książka jego autorstwa jest wyczekiwana z tym samym napięciem i podnieceniem. A autor średnio raz na 3-4 lata serwuje nam nową historię. Kilka tygodni temu premierę miał Początek, piąty już tom serii przygód Langdona.

Tym razem autor za pośrednictwem swoich bohaterów stara się odpowiedzieć na dwa fundamentalne pytania niemal każdej (każdej?) wiary. Mianowicie: skąd przyszliśmy? i dokąd zmierzamy? A tychże ma nam udzielić światowej sławy informatyk, technokrata i agnostyk Edmond Kirsch. Odpowiedzi zatrzęsą fundamentami wiary i sprawią, że religia stanie się zbędna, bo nauka wreszcie obali mit bóstwa zdolnego stworzyć świat. Niestety nie wszystko pójdzie po myśli wybitnego naukowca i do akcji będzie musiał wkroczyć jego dawny nauczyciel akademicki Robert Langdon. To właśnie on, w asyście pięknej dyrektorki muzeum Guggenheima w Bilbao i przyszłej królowej Hiszpanii Ambry Vidal oraz najnowszego wcielenia niesłychanie zaawansowanej sztucznej inteligencji o imieniu Winston, będzie musiał przekazać odpowiedzi światu. Na drugim planie zobaczymy żądnego zemsty komandora Luisa Avile, tajemniczego biskupa Antonio Valdespino, młodego następcę tronu hiszpańskiego księcia Juliana i kilka innych osób z najbliższego otoczenia rodziny królewskiej.

Brzmi zachęcająco i intrygująco. Takie też jest w rzeczy samej. Przez około 100 stron. Później zaczyna się dziać niedobrze. Brown zaczyna wszystko jak przystało na prawdziwego wyznawcę konceptu Alfreda Hitchcocka, mówiącego, że na początku powinno być trzęsienie ziemi, a później napięcie ma już tylko rosnąć. Ale powiem wam jedną rzecz. To nie jest zbyt fortunne rozwiązanie. A już w szczególności w stosunku do tej książki. Czytanie "Początku" przypomina mianowicie stosunek seksualny ze zbyt długo przeciąganym momentem spełnienia, które zamiast być nieokiełznaną rozkoszą staje się doświadczeniem nieprzyjemnym i bolesnym. Dokładnie tak samo jest w przypadku tej książki. Brown tak długo przeciąga moment, w którym wreszcie dowiemy się co odkrył Kirsch i jakie są odpowiedzi na te dwa fundamentalne pytania, że kiedy wreszcie do tego dochodzi czujemy się rozczarowani jego koncepcją. Jest ona wszak wybujała i miałka zarazem. A najgorsze jest w tym wszystkim to, że autor na końcu stara się przeforsować tezę, której tak definitywnie chciał przeciwdziałać naukowiec-agnostyk. Stąd też największą wadą tej książki jest fakt, że bardzo chcemy, żeby się ona wreszcie skończyła. To trochę jak bieg z górki. Nie możemy się zatrzymać, ale marzymy o tym, żeby wzgórze, z którego zbiegamy dobiegło kresu. 

Nie jest to jednak jedyna wada. Kolejną jest to, że brakuje tutaj tego, co tak bardzo cenię w książkach Browna, a mianowicie rozwiązywania zagadek ukrytych w świecie symboli. W Początku jest ich jak na lekarstwo. Langdon bowiem funkcjonuje głównie pośród sztuki nowoczesnej, a jak wiemy ta jest czysto konceptualistyczna i nie niesie ze sobą żadnego znaczenia. Jedynie pomysł na coś czego nikt do tej pory nie wymyślił. Wystarczy postawić w sali pisuar i gotowe. Niekiedy nawet robić tego samodzielnie nie trzeba, bo najważniejszy jest nowatorski koncept, wykonanie można zlecić. I już mamy gotowe dzieło sztuki nowoczesnej. Na szczęście obok tych pierdół dostajemy jeszcze architekturę Gaudiego, której niecodzienność kształtów oraz tajemnicza symbolika są bardzo ciekawie przedstawione i pozwalają na snucie domysłów o intencjach jakie kierowały ich twórcą. Jest tego jednak za mało jak na 460 stronicową powieść, której autor słynie z rozwiązywania tego typu zagadek.

Całość jest jednak zdecydowanie poniżej oczekiwań. Nie będę ukrywał również faktu, że jest to najgorsza - względem oczekiwań - książka jaką przeczytałem w tym roku. Prawdopodobnie Początek i tak przeczytają wszyscy fani autora, mam jednak obawy, że po zakończonej lekturze pozostaną oni z podobnym uczuciem rozczarowania i straconych złudzeń co ja. Czego oczywiście nikomu nie życzę.

Moja ocena: 4/10
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...