poniedziałek, 26 września 2016

[206] Książka: "Czerwony Kapitan" - Dominik Dán (audiobook; wyd. pol. 2014)


Przyszedł czas, aby w moich poszukiwaniach ciekawych kryminałów zapuścić się na tereny do tej pory przeze mnie nieeksplorowane, czyli naszych południowych sąsiadów - Słowaków. Dziś kolej na Dominika Dána (pseudonim), o którym w internetach możemy przeczytać raptem dwa zdania, mimo iż pisaniem powieści zajmuje się już od przeszło 20 lat.

Przygodę z Dánem zacząłem na tyle chronologicznie, na ile się dało, Czerwony Kapitan jest bowiem pierwszą książką, z której polscy czytelnicy mogą poznać poznać detektywa Richarda Krauza (choć tak w rzeczywistości to szóstą pod względem, tak dat publikacji, jak i chronologii opisywanych wydarzeń). Padło również na tę pozycję (mimo iż na rynku są już trzy kolejne powieści Dána) z powodu jej ekranizacji, która miała Polską premierę cztery tygodnie temu. Co takiego jest w Czerwonym Kapitanie, że to właśnie on z 21 kryminałów napisanych przez słowackiego autora jako pierwszy został wybrany do sfilmowania? 

Prawdopodobnie historia, bo bohaterowie i klimat są bardzo podobne do tego co mogliśmy czytać i oglądać do tej pory w innych tego typu powieściach z całego świata. Ale historia jest zabójczo... fascynująca. Słowacja, 1992 rok. Czas przemian polityczno-społeczno-gospodarczo (-mentalnych?). Pewnego upalnego dnia, z powodu prac remontowych niedaleko cmentarza, dochodzi do konieczności przeniesienia kilku grobów w inną część cmentarza. Podczas załadunku trumien na ciężarówkę jedna z nich roztrzaskuje się o ziemię a głowa jej właściciela odtacza się w pobliskie krzaki. W trakcie ponownego kompletowania jej zawartości robotnicy zauważają, że w głowie tkwi gwóźdź. Policjanci wezwani na miejsce zdarzenia podczas sekcji odkrywają, że zwłoki noszą dodatkowo ślady dotkliwych i długotrwałych tortur. Rozpoczyna się śledztwo, które doprowadzi naszego bohatera do odkrycia tajemnicy chronionej niemal od siedmiu wieków, w którą zamieszany jest Kościół, byłe (choć wciąż obecne) służby bezpieczeństwa i jedna z ciekawszych, owianych tajemnicą organizacji powstałych na początku czternastego wieku, której nazwy nie zdradzę, żeby nie psuć wam zabawy. 

A teraz jeszcze kilka słów o wersji audiobook, ponieważ właśnie z taką miałem do czynienia. Czyta ją odtwórca głównej roli w filmie - Maciej Stuhr - i wydaje mi się, że jest to bardzo ciekawy zabieg pozwalający przyzwyczaić się do głosu również głównego bohatera filmu. Ale to co robi Stuhr to nie jest zwykłe czytanie, jego wczucie się w poszczególne postaci, modulacja głosu, intonacja i nadanie każdej z nich charakterystycznych i niepowtarzalnych cech sprawia, że książka wciąga, intryguje, zaskakuje i - miejscami - bawi jeszcze bardziej, niż jakbym sam ją czytał. 

Podsumowując, Czerwony Kapitan jest kryminałem o tyle sztampowym (bohaterowie, zaduch kostnicy, podśmiechujki między kolegami policjantami, dramatyzm i makabryczność opisywanych zbrodni) co niepowtarzalnym (klimat Słowacji w trakcie zmian ustrojowych, no i ta szalona tajemnica - inaczej nazwać jej nie można). Dla mnie jest to rzecz ciekawa, ale bez jakichś większych zachwytów. Dam sześć plus jedno oczko za lektorski popis Stuhra.

Moja ocena: 7/10

poniedziałek, 19 września 2016

[205] Książka: "Skandale złotej ery Hollywood. Seks, dewiacje i dramaty amerykańskiego kina" - Anne Helen Petersen (2015)


Dziś po raz kolejny książka o kinie. No, może nie sensu stricto, bo raczej o ludziach, którzy te kino tworzą. Anne Helen Petersen - z racji swoich zainteresowań, jest bowiem blogerką i dziennikarką specjalizującą się w historii mediów plotkarskich i zna życie celebrytów od podszewki - postanowiła się przyjrzeć wielkim gwiazdom złotej ery Hollywood i związanym z nimi skandalom.

Takim oto sposobem otrzymujemy kompendium wiedzy o tym co wielcy kina lat '30-'50 mieli za uszami. Co z tego wyszło na jaw, a co zostało zamiecione pod dywan przez wielki machiny PRowe jakimi dysponowały wytwórnie filmowe. A także co zostało przeinaczone w taki sposób, żeby zmienić obraz zaistniałych wydarzeń na korzyść lub niekorzyść zamieszanych w nie osób. 

Książka jest podzielona na sześć części i czternaście rozdziałów plus specjalny rozdział dodany do polskiego wydania zawierający opowieść o szalonym życiu Apolonii Chałupiec szerzej znanej jako Pola Negri. Forma tej książki sprawia, że jest bardzo czytelna i spójna, ponieważ poszczególne części (ich tytuły to: "Zmierzch bogów", "Nieme symbole seksu", "Niebezpieczeństwo w kolorze blond", "Dawni kochankowie", "Złamani przez system", "Trzech gniewnych ludzi") zawierają teksty dotyczące podobnej charakterystyki. I tak w pierwszej części mamy Marry Pickford i Douglasa Firebanksa - amerykańską parę królewską, czyli aktorów posiadających niemal nieograniczone wpływy, możliwości i niezwykle silną pozycję; Roscoe Conkling Arbuckle, znany także jako Fatty Arbuckle - kozła ofiarnego przemysłu filmowego, którego przypadek był bezpośrednim powodem wprowadzenie tzw. kodeksu Haysa; Wallace'a Reida - pierwszego narkomana Hollywoodu, którego historia została na tyle zręcznie przeinaczona, że finalnie wyszedł ona na bohatera do ostatnich dni zmagającego się z tym strasznym nałogiem. Część druga zawiera sylwetki dwojga największych obiektów seksualnych niemej ery Hollywood: Rudolfa Valentino i Clary Bow. Część trzecia to niebezpieczne blondynki: Jean Harlow - wamp o twarzy aniołka oraz Mia West - dziewczyna, która miała "to coś". Część czwarta to opis perypetii dwóch par: Clarka Gable i Carole Lombard, czyli drwala i ślicznotki oraz Humphrey'a Bogarta i Lauren Bacall - pierwszej pary filmu noir. Część piąta i szósta to historie ludzi skrzywdzonych przez Hollywood lub w jakiś sposób wyrzuconych na margines. Pierwsza para z części piątej to Judy Garland, czyli "brzydkie kaczątko" uwięzione w roli wiecznego ziecka srebrnego ekranu oraz Dorothy Dandridge - której samotna walka o równouprawnienie czarnoskórych artystów nie skończyła się dla niej zbyt dobrze. Ostatnia część to trzech "młodych gniewnych" amerykańskiego filmu, czyli Montgomery Clift, Marlon Brando i James Dean, ich niepokoje i lęki. Dodatkowo każda z części poprzedzona jest krótkim wprowadzaniem ułatwiającym zrozumienie nastrojów panujących w danym momencie w Hollywood i stosunek społeczeństwa do omawianych zagadnień. Wszystko to spina zakończenie a po nim dodany jest jeszcze wspomniany wcześniej specjalny rozdział dedykowany polskim czytelnikom, czyli rzecz o Poli Negri - dziewczynie o zapraszających do pocałunku dłoniach.

Mimo kilku drobnych niejasności (czym jest na przykład "pełnometrażowe ujęcie", choć to może być też błąd tłumaczki Moniki Skowron) i potknięć jak trochę "plotkarski" styl autorki całość jest dość lekka i przyjemna w odbiorze, a omawiane postaci ilustrują zdjęcia (po kilka na rozdział, czyli w sam raz), które pozwalają przypomnieć sobie jak wyglądały gwiazdy złotej ery Hollywood. Jednak wszystko to co znajduje się w tej publikacji nie jest zbyt odkrywcze i dla ludzi naprawdę interesujących się kinem będzie tylko pobieżnym zmacaniem tematu bez zagłębiania się w problemy omawianych osób. Być może ta tabloidowość i powierzchowność wynika trochę z zainteresowań zawodowych jak i prywatnych autorki. Może też taki właśnie był jej zamysł, aby nie zagłębiać się zbytnio w omawianą tematykę i napisać książkę łatwą, lekką i przyjemną, przeznaczoną dla ludzi na co dzień obcujących z prasą plotkarską. Ja po lekturze niektórych rozdziałów czułem lekki, a niekiedy dość spory niedosyt. Nie mniej jednak uważam, że jest to publikacja wystarczająco ciekawa, aby zainteresować jeśli nie wytrawnych kinomanów, to z pewnością osoby, które dopiero zaczynają swoją przygodę z historią kina.

Moja ocena: 6/10

środa, 14 września 2016

[204] Książka: "Nowy Jork zbuntowany. Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów" - Ewa Winnicka (2013)


Tadam! No i wreszcie "nadejszła wielkopomna chwiła"! Po około półtora roku skończyłem czytać drugą co do czasu lektury książkę w moim życiu (pierwszą była "Suma wszystkich strachów" Toma Clancy'ego - przeszło dwa lata). Mowa tutaj o książce-albumie autorstwa Ewy Winnickiej pt.: Nowy Jork zbuntowany. Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów.
Bardzo duża ilość ilustracji to jedna z największych zalet tej publikacji

I, o ile w pierwszym przypadku powodem przeciągającej się lektury były: a) mój młody wiek (nie byłem wtedy jeszcze przyzwyczajony do tego żeby siąść i od razu machnąć 100 - 150 stron), b) obszerność książki (ponad 700 str.), c) niezbyt przyjazne czytelnikowi wydanie (bardzo małe literki sprawiające, że bardzo długo czytało się jedną stronę co dodatkowo frustrowało), d) skomplikowana treść i dużo zagadnień technicznych, które srogo wiały nudą (dokładne rozpisanie przebiegu reakcji jądrowej na przeszło 30 stronach lekko mnie zmęczyło). O tyle w przypadku tej drugiej lektury nie występuję żaden z tych elementów. Książka jest dość krótka (niespełna 300 stron), bardzo ładnie wydana (kredowy papier, przyjemny niecodzienny lecz wygodny format, 2/3 zawartości to zdjęcia), ma również niewymagającą od czytelnika żadnego wysiłku intelektualnego treść (wóda, panienki, muzyka i gangsterzy i liberalizacja zachowań). Skąd więc ten zastój, zapytacie? Ono, wynika on po części ze wszystkich powyżej opisanych cech i przymiotów tej książki.
A zarazem jedna z największych jej wad

Jest ona może i krótka, ale za to wydana w twardej oprawie i na kredowym papierze co sprawia, że staje się mało poręczna z racji jej wagi. Nie za każdym razem chce się ją ze sobą wszędzie targać, a to sprawia, że tempo czytania spada i zawęża się jedynie do lektury domowej. Po drugie jej "lekka" treść jest raczej treścią prostacko uszczuploną i spłyconą. Nie wydaje mi się zasadne, aby tego typu książki pisali ludzie nie związani w danym miejscem, ponieważ mija się to z celem. (Mają zbyt małą wiedzę, informacji muszą szukać głównie w książkach, nie mają możliwości rozmawiania z ludźmi nie tylko z epoki co w ogóle z miejsca, o którym piszą). Poruszane zagadnienia są opisywane bardzo "po łebkach" i do tego dokumentowane (potwierdzane/ilustrowane) praktycznie jednym jedynym źródłem z epoki, czyli Wielkim Gatsbym Fitzgeralda. Jak dla mnie to trochę za mało. Książka ta (która swoją drogą jest szalenie droga, ponieważ kosztuje 90 zł) powinna być ze trzy razy grubsza i z pięć razy bardziej dokładna, żeby mnie usatysfakcjonować. Kolejnym bardzo przebiegłym posunięciem autorki autorki (a w moim mniemaniu kolejnym oszustwem powodującym sztuczne zwiększenie objętości i tak ubogiej w treść książki) było wypchanie jej aż taką ilością zdjęć, ilustracji, wycinków z prasy, plakatów etc., które choć bardzo ładne i ciekawe zajmują zbyt dużą część książki a jak sama ich synonimiczna nazwa wskazuje powinny być jedynie ilustracją do opowiadanych treści, ponieważ nie jest to typowy format albumu. Dużym faux pas było również podpisywanie zdjęć (często dość obszerne) dokładnym cytatem z tekstu zasadniczego, który to podpis nie wnosił nic nowego i był użyteczny jedynie dla osób, które poprzestały na oglądaniu obrazków nie zagłębiając się w treść; dla wszystkich innych będzie to zbędne i denerwujące. 
Tutaj mamy dobry przykład "oszustwa" autorki. Podpis pod zdjęciem jest niemal nie zmienionym wyciągiem z tekstu głównego

A tutaj ciąg dalszy tego procederu. Większość pozostałych podpisów jest tworzona w ten sam sposób



Książka to dla mnie zupełny przeciętniak. Gdybym miał go traktować jako album to dałbym 7, może nawet 8, bo jest naprawdę ładnie wydana i zawiera bardzo dużą ilość ciekawych ilustracji z epoki. Jednak nie jest to album, ponieważ za dużo w niej treści. Ale jeśli to nie album, to za dużo w nim zdjęć a za mało tekstu podstawowego i zbyt spłycone wątki. W tym wypadku moja ocena oscylowałaby w okolicach 3, może 4 oczek. W związku z tym, że jest to taka dość specyficzna hybryda nie pozostaje mi nic innego jak uśrednić swoją ocenę w okolicach środka stawki.

Moja ocena 5/10 i raczej nie polecam. A przynajmniej nie za cenę nadrukowaną na okładce. Już lepiej kupić sobie za to jakiś ładny komiks. ;)

poniedziałek, 12 września 2016

[161] Film: "Kickboxer" (2016)


Miłem dziś napisać coś o kolejnej książce, ale postanowiłem przestrzec was przed jednym filmem, który kilka dni temu nieopatrznie obejrzałem powodowany nostalgią i sentymentem względem jego pierwowzoru.

Mowa tutaj o remakeu Kickboxera w reżyserii Johna Stocwella z 2016 roku. Stockwell - zupełnie mi nie znany aktor, którego pamiętam jedynie z epizodu w Top Gun i bardzo nierówny reżyser, któremu zdarzały się całkiem solidne rozrywkowe przeciętniaki (Błękitna głębia i Błękitna fala) jak i całkiem słabe produkcje (między innymi Uciekający kociak i praca w roli reżysera przy Słowie na L) - tym razem wziął na warsztat legendę kina tzw. sztuk walki - Kickboxera z Jeanem Claudem Van Damem w roli tytułowej. I niestety ten film można zaliczyć do tej drugiej grupy jego osiągnięć.

Jak wszyscy fani dobrze wiedzą, historia znana z Kickboxera jest dość prosta i oparta na tym samym co większość tego typu filmów schemacie uczeń-mistrz. Tym razem wygląda ona następująco: było sobie dwóch braci Sloan. Starszy Eric i młodszy Kurt. Kurt był wpatrzony w Erica jak w obrazek. Eric był dla niego idolem, pewny siebie, wygadany, mistrz ameryki w kickboxingu... Kurt po prostu kochał swojego starszego brata jak tylko młodszy brat potrafi. Niestety Eric myślał, że jest naprawdę dobry, więc pojechał na walkę z mistrzem Tajlandii w muai thai Tong Po i... umarł na ringu. Kurt podjął decyzję, że pomści śmierć brata w walce z jego mordercą, jednak aby tego dokonać musi najpierw podnieść swój poziom wyszkolenia w sztukach walki. W tym celu odnajduje w środku lasu jakiegoś zapomnianego mistrza, który po wielu namowach postanawia przyjąć go na szkolenie. Podczas treningu nasz młody adept dostaje morderczy wycisk, ale jego duch jest tak silny, że nie poddaje się i kończy szkolenie z pozytywnym rezultatem i siostrzenicą mistrza na koncie (bez wątku miłosnego takie filmy o półnagich spoconych facetach nie mogły istnieć, bo by się zbyt dwuznacznie kojarzyły). Potem jest już tylko walka na śmierć i życie (no, nie do końca, bo Kickboxerów było w sumie 5 części) i "żyli długo i szczęśliwie". Niby banał, ale tak wyglądała zdecydowana większość produkcji tego typu, a ta miała w sobie nie dość, że niezaprzeczalny klimat to jeszcze w miarę dobrze napisany scenariusz, no i niezaprzeczalny atut w postaci JCVD u szczytu formy i popularności.

Kickboxer AD 2016 bazuje na tej samej historii. Tutaj także występują dwaj bracia Sloan, Eric i Kurt. Jest też Tong Po - morderca Erica. Oraz Kurt, jego żądza zemsty i jego tajemniczy mistrz Durand, w którego wciela się... JCVD. Jest oczywiście również dziewczyna, a nawet dwie, ale całość jest zupełnie nie do przełknięcia. Eric ginie tak szybko, że nie da się zauważyć tej braterskiej miłości, która popycha Kurta do podjęcia szaleńczej wyprawy do Tajlandii celem zabicia Tong Po. Jest wątek trochę zwariowanego i tajemniczego mistrza Duranda, który nie jest ani zabawny (choć bardzo chce), ani tajmniczy (choć nosi kapelusz), ani tym bardziej super bombastyczny, bo już podczas pierwszej walki ze swoim późniejszym podopiecznym dostaje od niego kilka razy w pysk (prawdziwy mistrz by nie dostał). Nie jest też przekonujący w roli autorytety i mentora, a jego późniejsza pomoc sprowadza się do wykrzykiwania słów otuchy typu: "Wstań!" lub "Dobrze, bardzo dobrze ci idzie!".
I choć aktorzy, którzy pojawili się w tej produkcji (JVCD, Gina Carano - znana zawodniczka UFC i "aktorka" mająca na swoim koncie występ m.in. w serii F&F, Dave Bautista - zawodnik MMA i wrestler mogący wpisać w CV występy w takich hitach jak Strażnicy Galaktyki i Spectre) mogli zwiastować udaną produkcję, to jednak płytkość scenariusza i nielogiczność pewnych wątków pobocznych oraz słaba gra aktorska głównych postaci (w szczególności nie zachwycił sam JCVD i odtwórca tytułowej roli Alain Moussi) sprawia, że seans ten jest podobną mordęgą jak runda z Tong Po. Honoru całej produkcji broni jedynie majestatyczny (prawie dwa metry wzrosyu) Bautista, który nie oszałamia swoją grą (na co nie pozwala mu zbytnio scenariusz) jednak błyszczy na tle całej tej przedziwnej gromady (przez cały seans maiłem wrażenie jakby ktoś skrzyknął aktorów z azjatyckiego pornosa, Disney Chanel i domu starców dla weteranów kina sztuk walki).

Jeśli macie chwilę wolnego i chcecie obejrzeć jakiś film rozrywkowy, to ten z czystym sercem możecie sobie darować. Lepiej już po raz kolejny włączyć pierwowzór. ;)

Moja ocena: 3/10


poniedziałek, 5 września 2016

[2] III Festiwal whisky - Jastrzębia Góra 2016

Dawno mnie nie było, ale dla tych, którzy tęsknili mam dobrą wiadomość w postaci kolejnego posta. Tym razem jednak kilka słów o kulturze... picia. Pod koniec sierpnia tego roku było mi dane po raz drugi (w trzyletniej tradycji tej imprezy) odwiedzić Festiwal Whisky w Jastrzębiej Górze i pomyślałem, że podzielę się z Wami moimi spostrzeżeniami.

Pierwszy Festiwal whisky w Jastrzębiej był PIERWSZY. Tak po prostu i ogólnie. Pierwszy w Polsce, więc nikt jeszcze nie wiedział czego się spodziewać. Jednak tuż po jego zakończeniu, jak grzyby po deszczu pojawiły się kolejne imprezy z cyklu "pijcie whisky". I tak, mamy Bydgoszcz w marcu, Poznań w kwietniu i Warszawę w październiku. No i oczywiście Jastrzębią Górę. Jastrzębią Górę, która jest nie dość, że w najatrakcyjniejszym miejscu, bo nad morzem (świeże powietrze, szum fal etc.) to jeszcze pod koniec wakacji. Można w miłych okolicznościach przyrody, i nie tylko, zażyć ostatnich promieni letniego słońca przy kieliszku dobrej single malt. Czego chcieć więcej zapytacie? A no można chcieć i to niestety nie więcej, a mniej.
To ja i moja kumpela żyrafa... :D

Tym razem, opuszczając II edycję festiwalu trafiliśmy od razu - hm... jakby to najlepiej zobrazować? - ze słonecznej plaży... pod rynnę. To tak jakbyście kiedyś jedli kolację w miłej knajpce, którą niestety odkryło później całe miasto. Nie dość, że nie ma miejsca - gwar i tłok - to jeszcze dodatkowo utraciła cały swój klimat. Niestety to przydarzyło się również Festiwalowi Whisky w Jastrzębiej Górze. Pierwsza edycja była kameralna. Nikt praktycznie o nim nie wiedział, było spokojnie, miło, można było pogadać z ludźmi, a  wśród wystawców i organizatorów czuć było pasję i miłość do tego co robią. Tym razem chodziło głównie o kasę. I to było czuć już od samego wejścia. Takich zastępów nowobogackich buraków różnego autoramentu zebranych w jednym miejscu dawno nie widziałem. Każdy chciał być lepszy od drugiego. Zabłysnąć strojem, zegarkiem, biżuterią, drogim laczkiem czy też innym elementem przyodziewku lub przyozdobku. A gdzie w tym wszystkim whisky, która ma tu być pierwszoplanowym bohaterem? Pomrukiwała ciuchutko spod jęków, śmiechów i ryków ze sceny. Swoją drogą, scena umiejscowiona tak blisko niektórych stoisk wystawców (a w tym przypadku jednego z najciekawszych stoisk M&P Pavlina), na której pobrzękiwał od wczesnych godzin popołudniowych jakiś rockowy band potrzebna była tam tak, jak - nieprzymierzając - nieheblowana deska w latrynie. A jeśli zeszliśmy już na tematy kloaczno-stolarskie to przysłowiową drzazgą w dupie byli również wszyscy ci, którzy dochodząc do wniosku, że skoro już zapłacili te 150 zł (cena za dwa dni) za bilet festiwalowy to muszą się nachlać, jak świnie, będąc po paru "degustacjach" w takim stanie, że nawet nie poczuliby różnicy, gdyby zamiast tego szlachetnego trunku ktoś wlał im do kieliszka borygo.


Morze to ja głównie widziałem w nocy. I nie byłoby w tym nic złego gdyby nie promile we krwi i te schody.

Ale dość o ewidentnych i bolących wadach tegorocznej edycji, przejdźmy do rzeczy przyjemniejszych. Największą znów byli ludzie. Ludzie z pasją i z ogromną wiedzą oraz ochotą by się tą wiedzą dzielić, wystarczyło jedynie słuchać. I nawiązując do ciekawych dyskusji miło wspominam rozmowę z Panem z Domu Wina, który podczas niezwykle interesującego wywodu o legendzie związanej z przodkiem założycieli destylarni Dalmore bardzo zręcznie namówił mnie na jeden ze swoich produktów (i o to w tym wszystkim chodzi, bo wiadomo, że liczy się smak, ale również emocje podczas wyboru trunku, gdyż, nie bójmy się tego powiedzieć, niuanse smakowe są minimalne i możliwe do odkrycia po wielu latach prób i degustacji). Na tym stoisku również miło podyskutowaliśmy o whisky Tomatin, która ostatnio zmieniła szatę graficzną oraz posłuchaliśmy, z próbką ich najmłodszego destylatu w kieliszku, o najmniejszej destylarni na świcie, a mianowicie Edradour (w której pracuje, nie chce skłamać, niespełna kilkanaście osób!). Również pobyt oraz wszystkie dyskusje, a przede wszystkim "wycieczkę po Stanach", czyli degustacja trunków produkowanych w Ameryce dostępnych w ofercie wystawcy - Vininowa, wspominam bardzo dobrze. Kolejnym miejscem, gdzie miło spędziliśmy czas było także stanowisko Best Whisky Market (gdzie oprócz rozmów "o" i degustacji  whisky skosztowaliśmy także genialnego rumu, którego nazwy jednak nie pomnę). Także M&P Pavlina - którego umiejscowienie tuż obok sceny sprowadzało się niekiedy do "dyskusji" o prezentowanych trunkach jedynie za pomocą gestów w stylu "polej Pan/Pani tego!" - również było bardzo ciekawym przystankiem, ponieważ miało w swoim portfolio naprawdę różnorodne i interesujące destylaty szkockie i irlandzkie, ale też orientalne whisky indyjskie oraz japońskie (bardzo żałuje, że kupiłem tylko jednego blenda Nikki zamiast wszystkich trzech, ale następnym razem już nie popełnię tego błędu!) i kilku przedstawicieli chętnych nie tylko do pełnienia funkcji "polewaczy", ale także zajmujących ciekawych rozmów.

Ciekawe były także stoiska naszych rodzimych wystawców, którzy próbują wejść na rynek z polską whisky typu single malt oraz różnymi wariacjami na jej temat. Na festiwalu było dwóch takich wystawców: firma Piasecki z Tomaszkowa k. Olsztyna zajmująca się do tej pory produkcją miodów pitnych (a teraz twórca okowity produkowanej z destylatu miodowego Barilla jak i pierwszej tworzonej całkowicie z polskich składników trzyletniej single malt w naszym kraju) oraz coś takiego jak Wolf Destillery Whiskey - prywatna produkcja, dla której festiwal był głównie miejscem do zbierania potencjalnych inwestorów i przyszłych nabywców jeszcze nie istniejącego (a przynajmniej nie istniejącego w sprzedaży) trunku. I o ile cała prelekcja, jak i trunek produkowany przez Piaseckiego jest propozycją interesującą, na którą będę oczekiwał z umiarkowanym zainteresowaniem (trochę zaporowa cena powoduje, że nie będzie to trunek dla każdego), o tyle produkcja Pana "Michała" (jakoś tak się złożyło, że nie był zainteresowany podaniem swojego nazwiska w taki sposób, aby utkwiło mi w pamięci), jego osoba, sposób bycia, a co najważniejsze sam alkohol wydał się niezbyt zachęcającym berbeluchem. I choć życzę mu powodzenia w rozkręcaniu biznesu, to jednak nie wydaje mi się, abym kiedykolwiek jeszcze sięgnął po jego destylaty.
Najcenniejszy z moich nabytków (w tym przypadku akurat prezent): The Dlamore King Alexander III

Wcześniej wspomniałem o prelekcji, teraz chciałbym rozwinąć ten temat, ponieważ była to jedna z rzeczy, których na pierwszym festiwalu zabrakło (no, może nie do końca, ale z pewnością nie w aż tak rozwiniętej formie), a były dość ciekawe i bardziej dostępne niż płatne co prawda, ale rozchwytywane od wczesnych godzin rannych już pierwszego dnia, Master Classy. A polegały one na tym, że poszczególni wystawcy lub też inni prelegenci tacy jak np. filmoznawca Wiesław Kot (mający wykład o "Whisky w filmie", na który, czego bardzo ubolewam, niestety nie poszedłem przez zwyczajne gapiostwo), czy też światowi ambasadorzy poszczególnych marek whisky (byłem na panelu Glenfiddich, który, mimo iż był prowadzony w języku angielskim, to jednak był na tyle przystępny i zrozumiały, że udało się wysłuchać kilku ciekawych historii o samej destylarni, jak i o ich 15latce z kieliszkiem tejże w ręku) opowiadali publiczności, a później także z nią dyskutowali na "zadany" (wcześniej ustalony i rozpisany w programie) temat. W panelu dyskusyjnym swoje prelekcje mieli również wspomniani wcześniej przedstawiciel firmy Pasecki oraz tajemniczy i zarozumiały "Michał". Jednak również podczas paneli dyskusyjnych doszło do jednego zgrzytu, który pozostawił niesmak po całym tym przedsięwzięciu. O ile jasnym dla nas było, że panele są darmowe jednak trzeba mieć na nie zaproszenie (choć nie zawsze, bo wstęp na Glenfiddicha był bez zaproszenia), które dość ochoczo rozdawali wystawcy, to jednak sposób w jaki zostałem potraktowany podczas próby wejścia na jedną z prelekcji bez zaproszenia był dla mnie zupełnie nie zrozumiały. A wystarczyło zamilknąć jedno zdanie wcześniej i powiedzieć: "Przepraszamy, ale wstęp na prelekcję jest jedynie za okazaniem zaproszenia" bez dodawania "Bo będą tutaj degustowane alkohole za 25 tys. zł." To znaczy co, że ja nie jestem na tyle fajny, żeby degustować alkohol za 25 tys. zł?! Czy na spotkaniu będą jedynie znajomi prezesa lub ci, którzy zrobili wystawcy laskę?! Nosz kurwa wasza matka rodzicielka, trochi chyba kultury chyba by nie zaszkodziło! Ale spoko, pomijając ten drobny incydent cała akcja z prelekcjami jest dla mnie pomysłem jak najbardziej trafionym w dziesiątkę.
A tutaj cała bateria z wycieczki w kolejności od lewej: Glenburgie 10YO, Georgia Moon Apple Pie, Dalmore, Tamdhu 10YO Sherry Cask Matured i Nikka All Malt

Wracając jednak do spraw techniczno-formalnych, to nie podobało mi się również to, że zostały ode mnie wydarte pieniądze za tzw. darmowe bony festiwalowe w liczbie sztuk dziesięć, które były dodatkiem do każdego biletu. Dwa lata temu cena wejściówki dwudniowej wynosiła 100 zł. (W cenie biletu nie było żadnych bonów, choć funkcjonowały one na terenie festiwalu). Nie wiem jak było na II edycji, ale na III trzeba już było zapłacić 150 zł i w tym było 10 bonów o wartości 5zł każdy, obowiązujących jako jedyny środek płatniczy na festiwalu - gratis. Być może cena była wyższa ze względu na większą ilość wystawców i degustowanych alkoholi (według organizatorów było to 160 darmowych trunków i około 800 płatnych; według moich obliczeń około 80 darmowych i myślę, że koło 320 płatnych nie wliczając w to tego co w stałej ofercie ma Dom Whisky będący organizatorem całej imprezy) jednak jakoś dziwnie trąci mi to pospolitym naciągactwem, bo wolałbym tańszy bilet bez bonów, niż taką ciekawą formę "rozdawnictwa" za moje pieniądze, gdyż te (bony) w każdej chwili można było dokupić w sklepie festiwalowym.

Jednakowoż nie wszystko było takie złe od strony organizacyjnej, ponieważ festiwalowy sklep, w którym było ponad 200 gatunków whisky sprzedawał ją po bardzo konkurencyjnych cenach, niejednokrotnie nawet 50% taniej od tych, które możemy zobaczyć na co dzień w internecie lub na sklepowych półkach. Dzięki takiemu zabiegowi wyjechałem z Jastrzębiej Góry z pięcioma butelkami, choć jadąc tam nie planowałem żadnych zakupów. Jednak ceny, jak i różnorodność oraz unikalność trunków spowodowała, że nie moglem się oprzeć pokusie uzupełnienia mojej domowej kolekcji. I tak, najcenniejszym nabytkiem jest Dalmore King Alexander III (który jest prezentem od mojej wspaniałej i hojnej niewiasty). Oprócz niego na półce pojawiło się również dziesięcioletnie Tamdhu Sherry Cask Matured, Nikka All Malt, dziesięcioletnie Glenburgie od niezależnego bottlera Gordona & MacPhail'a oraz niecodzienny Georgia Moon Apple Pie, czyli amerykański kukurydziany bimberek o smaku jabłka z cynamonem.

Niesłychanie ważnym wydarzeniem było również moje pierwsze wypalone cygaro (Quintero Tubulares), które miało miejsce właśnie na festiwalu. Ja, wielki przeciwnik palenia, doszedłem do wniosku, że papierosy wciąż są "bleee", ale cygaro to bym sobie zapalił. Smakowało na tyle dobrze, że rozpocząłem swoją przygodę z tym kolejnym kosztownym i śmiercionośnym hobby, ponieważ już do mnie jedzie kolejnych 7 sztuk.
Na szczęście prawie mnie nie widać, więc w razie co mogę się wyprzeć, że to nie ja.

Cóż więcej mogę powiedzieć o III edycji Festiwalu whisky w Jastrzębiej Górze anno domini 2016? To co chciałem i pamiętałem już chyba napisałem. Podsumowując, uważam, że wciąż jest to impreza warta uwagi (choć jeśli nie porównam jej z innymi, to tak naprawdę moja opinia nie będzie pełna, ale na szczęście już są plany na przyszłoroczny Poznań i być może też tegoroczną Warszawę!), choć trochę śmierdząca blichtrem i drogimi perfumami, na którą zaczynają przyjeżdżać ludzie zupełnie nie zainteresowani whisky, a jedynie tym żeby się nachlać lub pobrylować w "dobrym" towarzystwie (choć celebrytów i gwiazd szołbiznesu w tym roku nie widziałem). To trochę przeszkadza i psuje klimat, bo wieczorami można się niejednoktornie potknąć o zapijaczonego osobnika płci wszelakiej. Jednak moja ogólna ocena tego wydarzenia stale jest pozytywna.

Moja ocena: 3.5/5

Poniżej podaję listę alkoholi, które degustowałem w ramach festiwalu (swoją drogą denerwująca była również niekonsekwencja niektórych wystawców, którzy pierwszego dnia oferowani niektóre trunki za free, a drugiego już za opłatą):

Aberfeldy 12YO (Single Malt, dalej SM, jeśli nie jest napisane inaczej jest to SM szkocka)
Aberfeldy 16YO (SM)
Antiquary 12YO (Blended)
Ardbeg Corryvreckan (SM)
Ardbeg Uigeadail (SM)
Aultmore 12YO (SM)
Benriach 10YO (SM)
Benriach 12 YO Sherry (SM)
Benromach 10YO (SM)
Benromach 10YO 100 proof (SM)
Bernheim Original Kentucky Straight Wheat Whiskey (Ameryka)
Buffalo Trace (Ameryka)
Bunnahabhain 12YO (SM)
Cambeltown (SM)
Connemara (Irish SM) (1bon)
Cu Bocan (SM)
Dalmore King Alexander III (SM) (4bony)
Deanston Virgin Oak (SM)
Deanston 12YO (SM)
Edradour 10YO (SM)
Elijah Craig 12YO (Ameryka) (2bony - ?)*
Elijah Craig Barrel Proof Bourbon (Ameryka) (2bony - ?)*
Evan Williams 1783 Small Batch (Ameryka) (2bony - ?)*
Evan Williams Black Bourbon (Ameryka) 
Evan Williams Single barrel 2006 (Ameryka) (2bony - ?)*
Evan Williams White Bottled-in-Bold (Ameryka) 
Firebal (likier cynamonowy na bazie whisky; chyba Holandia)
Georgia Moon American Corn Whiskey (Ameryka) (1bon)
Georgia Moon Apple Spirit (Ameryka) (1bon)
GlenBervie (Blended)
Glenburgie 10YO (SM)
Glenfiddich 12YO (SM)
Glenfiddich 15YO (SM) (2bony)
Glengarry Blended (Blended)
Glenmorangie The Lasanta (SM)
Grant's Select Reserve (Blended) (1bon)
Hazelburn (SM)
Inchmurrin 12YO (SM)
Irishman Cream (Likier tworzony ze śmietanki i kawy na bazie SM Irishman)
Irishman Founders Reserve (SM)
Isle of Jura 10YO (SM)
Islay Storm 40% (SM) (1-2bony - ?)*
Kilchoman Machir Bay (SM)
Lagavulin 16YO (SM) (pierwszego dnia za darmo drugiego za bony)
Longrow CV (SM)
Lord Elcho Premium Blended Whisky (Blended)
Mellow Corn Kentucky Straight Corn Whiskey (Ameryka) (1bon-?)*
Miltonduff 10YO (SM)
Nikka All Malt (japoński Blended Malt)
Nikka Blended (japoński Blend)
Nikka From The Barrel (japoński Blend)
Paul John Bold (indyjski SM)
Paul John Brillance (indyjski SM)
Peated Highland 8YO (SM) (pierwszego dnia za darmo, drugiego 1-2bony - ?)*
Pikesville Straight Rye Whiskey (Ameryka) (2bony) - naprawdę świetna whiskey zbożowa
Royal Brackla 12YO (SM)
Royal Canadian (kanadyjski Blend)
Scapa Skiren (SM)
Singleton Spey Cascade (SM)
Speyside 8YO Sherry (SM) (niezależny bottler) (pierwszego dnia za darmo, drugiego za 1-2 bony)
Tamdhu 10YO Sherry Cask Matured (SM) (1bon - ?)*
The Glenlivet Founder's Reserve (SM)
The Wild Geese Classic Blenden Irish Whiskey (irlandzki Blend)
Tomatin 12YO (SM)
Tomatin BIG "T" (Blended)
Tomatin Legacy (SM)
West Cork 10YO (Irish SM)
West Cork Black Cask (Irish SM)
West Cork Blended (irlandzki Blend)
Whyte & Mackay Special (Blended)
Wolf Destillery Reycorn whiskey (polski berbeluch)
Wolf Destillery No. 1 (polski berbeluch)
Wolf Destillery No. 12 (polski berbeluch)
Wolfburn 3YO (Blended Malt)
Writers Tears (irlandzki blend)

* Większość tych destylatów piłem albo za darmo w ramach "obrazowania" opowieści snutych przez hojnych wystawców lub piłem je pierwszego dnia kiedy były jeszcze za tzw. free stąd też moja niewiedza co do ich festiwalowych cen degustacji. Tak właściwie to zapłaciłem jedynie za Dalmore'a, Rum (2bony), Grants'a, Connemare i Georgia Moon. Reszta bonów poszła na cygaro (5bonów) :D

niedziela, 21 sierpnia 2016

[203] Książka: "Co dzień w kinie" - Pauline Kael (1978)


Dziś znów będzie o kinie. Choć trochę nie dzisiejszym. A już na pewno nie z "dzisiejszej" perspektywy, bowiem będzie o nim opowiadać Pauline Kael - jedna z najbardziej wpływowych i najbardziej opiniotwórczych amerykańskich krytyczek filmowych - w swojej książce Co dzień w kinie. Zapraszam.

Pauline Kael zaczęła swoją pracę recenzentki w magazynie "City Lights" po tym, jak wydawca usłyszał jej kłótnię z przyjacielem na temat filmów w jednej z kawiarni. Miało to miejsce w roku 1953 a pierwszym filmem jaki zrecenzowała Kael był Światła rampy Charliego Chaplina. Później pisywała jeszcze dla takich czasopism, jak "McCall's" i "The New Republic" aż wreszcie w 1968 roku osiadła na stałe w magazynie "The New Yorker" i współpracowała z nim aż do roku 1991. Przez te lata stała się - jak pisze we wstępie do Co dzień w kinie Krzysztof Mętrak - "najbardziej malowniczą postacią (...) [amerykańskiej] krytyki, wyrocznią na tamtejszym rynku, powszechnie uważaną za najwybitniejszą amerykańską eseistkę filmową (...)." Mętrak dodaje również, że "To jej poglądy są przedmiotem rozpraw i zajadłych polemik w światowej prasie filmowej, to ona zasiada w jury festiwalu w Cannes, to jej postać jako >>wzorcowej filmowej dziennikarki<< chce sportretować Orson Welles w >>dziele swojego życia<< (The Other Side of the Wind)."* Ważne jest również to - co w dalszej części swojego wywodu podkreśla Mętrak - że "Pauline Kael ma własny styl pisarski i własną skalę wartości, dzięki czemu nie popada w stadne reakcje i >>sterowane<< przez publiczność - tak zręcznie manipulowaną rękami prestidigitatorów przemysłu filmowego - zachwyty. Ma temperament i przenikliwość prawdziwie krytyczną, a więc mitoburczą: nie daje się zwodzić przez pozory, banał i powierzchowność."* 

Co dzień w kinie jest zbiorem esejów z trzech książek Kael: I Lost It at the Movies (1965), Kiss Kiss Bang Bang (1968) oraz Going Steady (1970). Znalazły się tutaj takie teksty jak: Szmira sztuka i kino, Amerykańskie kariery (gdzie autorka przybliża trzy wielkie nazwiska: D.W. Griffitha, Marlona Brando i Orsona Wellesa), Duch czasu (w którym odnosi się do amerykańskich filmów o młodzieńczym buncie i przestępczości oraz wypowiada na temat nieprawidłowego odczytywania filmu Hud), Filmy - dzień po dniu (tutaj znajdziemy szereg - czasami, zjadliwych - recenzji na temat filmów tamtych czasów tj.: West Side Story, Kasia Ballou, Śmieszna dziewczyna, Lis, Joanna i Braterstwo) oraz Krytyka i praktyka.
Czytając te teksty największym szokiem był dla mnie brak jakiegokolwiek konformizmu Kael wobec - dzisiejszych - klasyków kina takich, jak choćby West Side Story. Dla nas filmy te są dziełami kanonicznymi konkretnych gatunków. Dodatkowo oglądanymi z perspektywy czasu, bez dokładnej znajomości czasów, w których powstały, po przeczytaniu nie wiadomo ilu zachwytów na ich temat są obrazami "nie do ruszenia". Autorka jednak, opisując je jako kinowe nowości, odnosi się wobec nich bez zbędnej czołobitności i wynikającego z upływu lat szacunku. Jednak w książce pojawia się także sporo bardzo ciekawych spostrzeżeń na kino w ogóle, jak i na samą recepcję poszczególnych filmów.

"Kino to przede wszystkim >>buzi buzi bum bum<<, ale to nie znaczy, że należy kino deprecjonować, traktując je z wyżyn intelektu i kultury. Przeciwnie, dostarczycielowi odprężenia i radości estetycznej trzeba się przyglądać z krytyczną uwagą, choć bez zbytniej uniżoności i powagi. Krytyka filmowa z racji swego przedmiotu nie może i nie musi być poważna i celebrująca. >>Film - powiada Kael - nie musi być wielki, może być głupi i błahy, a mimo to dać nam radość z dobrej gry czy choćby dobrej repliki<<, gdyż >>romantyzm kina nie polega tylko na historiach i ludziach, których oglądamy na ekranie, ale na młodzieńczym marzeniu o spotkaniu kogoś, kto to cośmy obejrzeli odczuwa tak samo jak my<<. Filmy w swej przeważającej części żyją życiem bezrefleksyjnym - pozwólmy więc im czynić swoje, nie żądając od każdej produkcji aspiracji >>formalnych<< i >>problemowych<<. Krytyk filmowy musi dysponować pewną skalą relatywizmu, inaczej popada w zwadę z rzeczywistością, we frustrację z powodu niespełnienia życzeń i postulatów, z których nieopatrznie uczynił cel swojej działalności. Kino trzeba lubić zarówno w jego >>powyżej<<, jak i >>poniżej<< oficjalnej, konwencjonalnej kultury, a wtedy każde jego doświadczenie może stać się przedmiotem refleksji o bardzo rozmaitym charakterze."*
Takie uwagi, jak ta powyżej skłaniają do innego spojrzenia na filmu. Mniej zintelektualizowanego. Bardziej przyziemnego i czasami bezrefleksyjnego. Skłaniają się do zabawy kinem, czerpania z niego radości, a nie tylko dopatrywania się wartości, znaczeń i roztrząsania problemów społecznych lub politycznych, które to bierze niekiedy na warsztat. Pauline Kael zdaje się nawet mówić, że "kino - miejsce idealizacji naszych pragnień bądź naszego masochizmu - to iluzja, z którą lubimy się identyfikować i której nie poddajemy się do końca. >>Kino<<, a więc wszystkie filmy, gdyż pojęcie >>sztuki filmowej<< niekiedy wprost kłuci się z naszym instynktem widza, poszukującego rechotu, zabawy, przyjemności, zgrywy. Kino nam przywraca równowagę: jest magiczne."*

Nie da się Kael odmówić racji, że Kino jest magiczne. Ale także kino jako miejsce - w tekstach Kael - również wydaje się być magiczne. 

"(...) kiedy czujemy się pokonani, kiedy pragnęlibyśmy wrócić do domu i do wszystkiego, co sobą reprezentuje, nasz dom już nie istnieje. Ale są kina. (...) Dobry film może cię uwolnić od tępego lęku i beznadziejności, które tak często towarzyszą pójściu do kina; dzięki dobremu filmowi możesz znów poczuć, że żyjesz we wspólnocie, a nie sam, zagubiony w jeszcze jednym wielkim mieście. Dobre filmy sprawiają, że ci na czymś zależy, że znów wierzysz w jakieś możliwości. (...) Film nie musi być wielki - może być głupi i pusty, a jednak może sprawić radość dzięki czyjejś dobrej roli lub jednemu dobremu zdaniu dialogu. Grymas aktora, nieznaczny przewrotny gest, grube słowo - które ktoś rzuca z drwiąco niewinną miną - i oto znów świat nabiera trochę sensu. Kiedy siedzisz na sali sam i czujesz się straszliwie samotny, bo ludzie wokoło nie reagują tak jak ty, to wiesz, że muszą być inni ludzie, może w tym samym kinie lub w tym samym mieście, a z pewnością w innych kinach w innych miastach - teraz, w przeszłości lub w przyszłości - którzy czują to co ty. (...) Spotykamy ich oczywiście i od razu wzajemnie się rozpoznajemy, bo mniej mówimy o dobrych filmach niż o tym, co nas zachwyca w złych."*

Mógłbym tak jeszcze długo cytować, ponieważ książkę mam całą pozakreślaną i z własnymi dopiskami oraz notatkami, jednak dla tych, którzy kochają kino te kilka zdań powinno być wystarczającą zachętą do sięgnięcia po wybór esejów Pauline Kael. Jedyne nad czym można ubolewać, to fakt, że przez te niespełna cztery dekady nikt nie podjął się przetłumaczenia na polski żadnej innej książki tej fascynującej znawczyni dziesiątej muzy.

Moja ocena: 7/10 



*Pauline Kael, Co dzień w kinie, Warszawa 1978.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

[202] Książka: "Kino Nowej Przygody" - Jerzy Szyłak (2011)


Dziś mógłbym was uraczyć recenzją kolejnej części serii "www" Marcina Ciszewskiego, jednak oszczędzę tego i wam i sobie. Pozostawię ten tekst w zanadrzu na jakiś inny czas a dziś zaprezentuję i polecę jednocześnie coś zupełnie z innej beczki. Kino Nowej Przygody sygnowane nazwiskiem Jerzego Szyłaka, to propozycja na dziś.

Jak zapewne wszyscy kinomani dobrze wiedzą kino nowej przygody to pojęcie wylansowane przez Jerzego Płażewskiego na łamach miesięcznika "Kino" w drugiej połowie lat 80. Odnosi się ono do nowych, na polskim gruncie, zjawisk filmowych, które w USA trafiły na ekrany kin niespełna 10 lat wcześniej dzięki Georgowi Lucasowi i Stephenowi Spielbergowi. Mowa tutaj oczywiście o Gwiezdnych wojnach i Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia (oba z 1977 roku). Filmy te prezentowały nową jakość w kinie przygodowym (lub też ogólniej w kinie akcji dzięki czemu można do nich zaliczyć również filmy sensacyjne i kryminalne, fantastykę naukową i horror, romans podróżniczy, fantasy, opowieść płaszcza i szpady, kino katastroficzne oraz dramaty, a także komedie, filmy wojenne oraz kostiumowe). Filmy te zawierają "gwałtowne zwroty akcji, wartkie tempo wzajemnie napędzających się wydarzeń, mroczne tajemnice, raptowne zaskoczenia, wyjątkowe zbiegi okoliczności, straszliwe niebezpieczeństwa, sytuacje pozornie bez wyjścia, obrazy wstrząsające rozmachem, makabrą lub okrucieństwem, grozę, epatowanie egzotyką i co pewien czas szczyptę humoru"*. Są to również produkcje mające nieco ironiczny wydźwięk, co jednoznacznie wskazuje, że z pewnością należy je umieszczać w dziedzinie kina rozrywkowego a nie artystycznego. A podsumowując ten cały wywód jednym zdaniem - manifestem, którym podsumowali całe zjawisko jego inicjatorzy - "Chcieliśmy oglądać takie filmy, jakie sami kiedyś oglądaliśmy".

Książka składa się z dwóch części. W pierwszej z nich znalazło się 6 esejów opisujących omawiane zjawisko. Są to: "Kino Nowej Przygody - jego cechy i granice" Jerzego Szyłaka, "Fantasy w kinie nowej przygody" Katarzyny Kaczor, "Kino nowej przygody i gry wideo" Tomasza Pstrągowskiego, "System marketingowy Hollywood w latach 1977-2011" Marcina Adamczaka, "Topika religijna w nurcie fantastyczno-naukowym kina nowej przygody" Sebastiana Jakuba Konefała, "Animacja i kino nowej przygody" Pawła Sitkiewicza oraz "Polskie kino nowej przygody" Krzysztofa Kornackiego.
Na drugą część składa się leksykon filmów, które autorzy wyselekcjonowali i przyporządkowali do omawianego zjawiska zaczynając od wspomnianych już wcześniej Gwiezdnych wojnach a na Avatarze kończąc.   

Książka Kino Nowej Przygody to bardzo interesująca pozycja, która z pewnością przypadnie do gustu wszystkim tym, którzy kochają dokonania Spielberga i Lucasa (oraz wszystkie im pochodne). Będą się mogli dowiedzieć z niej wielu ciekawostek na temat omawianego zjawiska, jego wpływu na inne dziedziny filmowego rzemiosła (jak np. animację) oraz cały biznes rozrywkowy od gier wideo na licencjach merchandisingowych kończąc. A w samym leksykonie (który niestety zawiera również dokładny opis fabuły każdego z prezentowanych filmów, więc po lekturze poszczególnych tekstów nie można liczyć na to, że film nas czymś zaskoczy) można znaleźć wiele inspiracji do kolejnych filmowych seansów oraz dokładną (w większości przypadków, zawierającą także charakterystykę twórczości poszczególnych twórców) analizę wybranych filmów. 

Moja ocena: 8/10



* J. Płażewski, Czy "Nowa Przygoda" zdobędzie kino światowe, "Kino" 1990, nr 3.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...