piątek, 31 października 2014

"Pokaż mi, jak jeździsz, a powiem ci, kim jesteś"

Jak tylko przeczytałem ten tekst w "Agorze" nie mogłem się oprzeć i stwierdziłem, że mimo, iż staram się swoje posty pisać samodzielnie, to szkoda żeby taki piękny artykuł przepadł gdzieś w odmętach zapomnienia. Cytuje go więc w całości. Miłej lektury!
 
"Polskie drogi są jak filmy Woody ego Allena: w rolach głównych występują tu ludzie zagubieni i czarne charaktery, księżniczki i twardziele, flegmatycy i nerwusy. A gdy wszyscy spotykają się na jednym planie, mamy do czynienia z czarną komedią z elementami thrillera, horroru i dramatu.

Tak, za chwilę znowu włożę kij w mrowisko. Być może jeszcze głębiej niż ostatnio, kiedy to królowa mrówek mogła poczuć, jak smyram ją tym kijem po podbródku. Wówczas dokonałem w tym miejscu „spowiedzi grzesznika drogowego”. Ale - według wielu z was - spowiedzią wcale to nie było, więc nie zasługuję na rozgrzeszenie. Bo nie spełniłem podstawowych warunków: nie biłem się żarliwie w piersi, nie obiecywałem poprawy i nie pokutowałem. Mówiąc krótko: nie posypałem głowy popiołem. Po tamtym materiale niektórzy apelowali do mojego rozsądku, inni wróżyli mi rychły koniec kariery zawodowej, radzili przesiadkę na komunikację publiczną, straszyli spaleniem domu, a nawet próbowali stworzyć portret psychologiczny mojej osoby. Pani Bożena z Warszawy (którą serdecznie pozdrawiam, bo napisała do mnie świetny list i to odręcznie, a nie na bezdusznej klawiaturze komputera) określiła mnie mniej więcej tak: „Jest Pan pewny siebie i bezczelny zarówno w życiu, jak i na drodze. I zupełnie to Panu nie przeszkadza”. I tu się Pani myli, Pani Bożeno. Przeszkadza mi, i to bardzo. Naprawdę chciałbym mieć więcej pokory w sobie i wyrozumiałości dla innych. Chciałbym - jak mi Pani radzi - akceptować fakt, że niektórzy jeżdżą lewym pasem autostrady z prędkością 100 km/godz. Chciałbym, ale nie umiem. Bo to tak, jakbym przechodził do porządku dziennego nad faktem, że moja pięcioletnia córka spotyka się z licealistą. Albo Jakbym oświadczył żonie: „Wiem, że doprawiasz mi rogi, ale nic nie szkodzi, bo lubię takie oryginalne nakrycia głowy". To byłoby po prostu chore. Niemniej w tym miejscu chcę Pani podziękować, bo poniekąd zmusiła mnie Pani do tego, abym wszedł w skórę innych kierowców. Tych, którzy utrudniają życie innym. Którzy nie są w stanie jednocześnie myśleć i kierować, i którzy na drodze myślą wyłącznie o sobie. Czyli tych, których powinno się przykładnie palić na stosach ułożonych z zużytych opon. Oto oni.

Królowa angielska

Zdecydowanie woli być wożona, niż prowadzić samodzielnie. Własny samochód (zazwyczaj jest to renault clio, toyota yaris albo skoda fabia) traktuje jak zło konieczne - siada za jego kierownicą wyłącznie w sytuacji zagrożenia. Jakiej? Na przykład gdy grozi jej spóźnienie na otwarcie nowego sklepu H&M, gdy pada deszcz, a ona nie może znaleźć parasolki, oraz gdy jej kobiecość znajduje się w fazie PMS i mąż kategorycznie odmawia podróży jednym wozem.

Na drodze wykazuje się manierami godnymi koronowanych głów: trzyma się lewego pasa kurczowo niczym talonu zniżkowego do Zary. Nikomu nie ustępuje i trwa przy swoim. Lubi jeździć dostojnie, czyli o 10 km/godz. wolniej, niż przewidują przepisy. To daje jej szansę przewodzenia orszakowi: ona na czele, a za nią sznur poddanych, oddających jej hołd klaksonami i światłami. Królowa śpi po lewej stronie łóżka, zajmuje lewą część małżeńskiej szafy, a na lewym policzku ma pieprzyk. Dlaczego zatem miałaby jeździć prawym pasem? Przecież to nielogiczne. Dlatego nawet gdy skręca w prawo, robi to z lewego pasa. Prawy pas zajmuje w zasadzie tylko w jednej sytuacji - gdy akurat skręca w lewo.

Kopciuszek

Z racji zajmowania znacznie gorszej pozycji społecznej niż Królowa, Kopciuszek prawie nigdy nie jest wożony. Zawsze prowadzi sam. Problem w tym, że zanim ruszy w poranną drogę do pracy, musi wypełnić mnóstwo obowiązków: wyszorować dzieciom zęby, lubemu usmażyć jajka, pościelić wszystkie trzy łóżka, pozmywać po kolacji, nastawić pralkę etc. W efekcie, gdy przychodzi moment wyjścia, drogowy Kopciuszek wygląda dokładnie jak jego bajkowe alter ego - jest po prostu zagubionym obdartusem. Oczywiście w takim stanie nie może zaprezentować się wielkiemu światu, więc zaraz po odpaleniu silnika rozpoczyna udział w programie „Motomorfozy". Jako że Kopciuszek dorabia jako konsultantka Avonu, to jego samochód jest jeżdżącym salonem piękności, z pełnym zestawem kosmetyków, akcesoriami do włosów i własną garderobą. Problem w tym, że Kopciuszek musi odszukać te, których akurat potrzebuje, przez co jedzie dość nerwowo - hamuje w ostatniej chwili, za późno rusza, zawadza o krawężniki. Robienie makijażu w lusterku wstecznym, piłowanie pazurków, wkładanie rajstop | i jednoczesne instruowanie przez telefon niani nie ułatwiają kręcenia kółkiem i obsługiwania pedałów.

W efekcie do skrzyżowania Kopciuszek dojeżdża, jakby pod kieckę ktoś wrzucił mu skorpiona. Gdy się zatrzymuje, wrzuca luz i zaczyna malować sobie rzęsy. O tym, że światło zmieniło się na zielone, informuje go dopiero chór klaksonów dobiegający zza pleców. Zaczyna się panika. Najważniejsze jednak w tym momencie jest zakręcenie tuszu do rzęs tak, żeby się nie up9 prać. Potem trzeba ostrożnie (bo lakier na paznokciach jeszcze dosycha) wrzucić bieg, ale w stresie zamiast jedynki wchodzi trójka. Silnik gaśnie. Z tyłu klaksony. No więc kolejna próba: sprzęgło, kluczyk, jedynka, sprzęgło i... O, znowu czerwone! Fajnie, można na spokojnie zrobić usta.

Książę ronda

Jest zagorzałym pacyfistą. W życiu j muchy by nie skrzywdził, ale jednocześnie panicznie się boi, że ktoś skrzywdzi jego. Dlatego jeździ ostrożnie. Nie przekracza prędkości, nie wyprzedza, potrafi pokonać trasę z Rzeszowa do Szczecina, ciągnąc się za tirem. I jeździ wyłącznie prawym pasem. Nie byłoby to problemem, gdyby nie fakt, że zasady tej trzyma się również na rondach, łącznie z tymi mającymi po 3 - 4 pasy. Skrajny zewnętrzny pas jest dla księcia punktem wyjściowym do wszystkich manewrów: skręcania w prawo. I jazdy prosto, skręcania w lewo oraz zawracania. Po prostu jest konsekwentny. Tak go nauczyli w 1948 r., gdy zdawał egzamin na woźnicę, i trzyma się tej reguły do dziś. Wychodzi przy tym z założenia, że on nie musi na nic uważać, za to wszyscy muszą uważać na niego. Bo on ma rację. To świat się myli. Dlatego Książę próbuje go nawracać na swoją drogę. Spróbujcie na niego zatrąbić, a postuka się filozoficznie w czoło, dając wam do zrozumienia, marnym pyłkiem jesteście.

Pan Profesor

Samochód jest dla niego bez-l dusznym narzędziem, takim samymi jak młotek czy śrubokręt. Ale jako że z rodzinnego domu wyniósł naukę, że o wszystkie rzeczy materialne należy dbać, to jego auto (do wyboru i fabia w sedanie, renault thalia albo nissan tiida) po pięciu latach użytki wania wygląda, jakby dwie minuty temu zjechało z taśm montażowych. Lśni i pachnie wanilią. Ale tak jak można mieć w domu czystą, wypielęgnowaną żonę i nie umieć z niej skorzystać, tak samo można mieć czysty i wypielęgnowany samochód i nie potrafić się z nim porozumieć. Gdy profesor wybiera się w drogę, zawsze zabiera ze sobą wszystkie swoje atrybuty: kapelusz z rondem obwodzie pierścienia Saturna, brązową teczkę, czarne rękawiczki, szalik i wymiętolony płaszcz w kolorze rozkładającego się zająca. W takim stroju również prowadzi auto. Kapelusz i szalik ograniczają ruchy głową, więc Profesor nie ogląda się w prawo ani w lewo. Płaszcz jest deczko za mały, w związku z czym uwięzione w nim ręce zachowują się jak wsadzone w gips. Rękawiczki na dłoniach utrudniają zaś włączenie wyregulowanie jakichkolwiek urządzeń pokładowych odpowiedzialnych za pracę klimatyzacji. Efekt: wszystkie szyby w aucie Profesora są zaparowane. Jedynie w przedniej wytarł sobie małe kółko na wysokości oczu i wygląda przez nie jak przez peryskop w łodzi podwodnej. Zresztą na drodze Profesor zachowuje się, jakby właśnie nią płynąh: Nie interesuje go, co dzieje się z boku czy z tyłu. Patrzy tylko do przodua Jazda autem jest dla niego okazjąt do przemyśleń - zastanawia się, jak£ można rozszczepić atom w garażowych warunkach, co zrobić, żeby ocalić żubry, albo jak załatać dziurę ozonową. Nie myśli tylko o jednym - o tym, że jedzie i nie jest sam na drodze.

Oligarcha

Przedstawiciel gatunku „od zera do ćwierćmilionera”, dla którego samochód jest rodzajem plakietki przyklejonej na czole: „Patrzcie, jestem bogaty, mam dużego i wszystko mi wolno”. Niestety, w parze z zawartością portfela i slipów nie idzie zawartość czaszki, co znajduje odzwierciedlenie w jego zachowaniu na drodze. Jest nieuprzejmy do bólu, nigdy 0ę wpuszcza przed siebie, nie. przegapi okazji do wymuszenia pierwszeństwa, wjedzie na środek skrzyżowania i zablokuje ruch. Raz będzie jechał wolno, żeby wszyscy mogli go podziwiać, a już za chwilę -, - pędził tak, jakby właśnie dostał telefon, że na siłowni i w solarium zwolniło się miejsce. A tylko spróbujcie zwrócić mu uwagę. Wtedy z trudem przepchnie wytatuowane i pokryte samoopalaczem barki przez wąziutkie drzwiczki swojego sportowego coupe i spróbuje wam wszystko wytłumaczyć po francusku. Znaczy przy użyciu klucza francuskiego...

Gwiazda porno

Żona/dziewczyna/kochanka Oligarchy. Lubi dużo i mocno. Po centrum miasta porusza się SUV-em, który z trudem mieści się na jednym pasie ruchu. Kompletnie jej to nie przeszkadza, bo zdążyła przywyknąć do nienaturalnych rozmiarów: jej piersi nie mieszczą się już w żadnym staniku, a usta - na twarzy. Ma duże ego, dużo pieniędzy i duże ubytki intelektualne - nie bardzo wie, w którą stronę powinna kręcić kierownicą podczas parkowania pod galerią, w efekcie czego zawsze zajmuje przynajmniej dwa miejsca. Zaś podczas jazdy wykorzystuje swą wielkość i wyższość do zajeżdżania innym drogi. Nie używa kierunkowskazów, bo w lewej ręce cały czas trzyma białego iPhone'a, za którego pośrednictwem komunikuje się z innymi gwiazdami porno. Telefon przekłada do prawej‘dłoni tylko w sytuacji, gdy w lewej trzyma akurat mentolowego slima. Zazwyczaj podróżuje z pasażerem: psem rasy chihuahua albo yorkiem z różową kokardą.

Pieszczoch

Potrzebuje ciepła i bliskości. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby swoich nawyków łóżkowych nie przenosił na drogi. Jego specjalność to docieranie się - przejeżdża obok was z tak dużą prędkością i małą odległością, że sam wywołany tym pęd powietrza składa wam lusterko. Uwielbia pozycję od tyłu: podjeżdża tak blisko waszego zderzaka, że możecie wyczuć, co jadł na śniadanie. Dodatkowo w tej pozycji bardzo często zalotnie mruga w waszym kierunku oczami (czyli długimi światłami), zachęcając do dalszych figli. Lepiej jednak zjechać mu z drogi, bo - jak wiadomo - zbyt intensywne, niekontrolowane pieszczoty mogą skończyć się siniakami, malinką i pogryzieniami.

Kierownik zwężenia

Samozwańczy szeryf; który do piersi przypiął sobie gwiazdę z napisem „Kierowanie ruchem w miejscu, gdzie z dwóch pasów robi się jeden". Zazwyczaj jego auto jest równie wielkie jak jego ego i wyładowane 30 tonami jabłek, węgla albo cegieł. No więc kiedy szeryf dojeżdża do zwężenia, robi złą minę, patrzy spode łba i rozkracza nogi, czyli staje na dwóch pasach jezdni jednocześnie. Tak, żeby nikt nie miał szansy dojechać do końca zwężenia i włączyć się do ruchu. Bo według szeryfa tacy kierowcy to cwaniacy. Ale gdyby szeryf nie był debilem i czytał coś więcej niż „Twój Weekend", wiedziałby, że jazda dwoma pasami, a następnie wjeżdżanie w punkcie kulminacyjnym zwężenia na tzw. suwak poprawia płynność ruchu o 30 proc. W dodatku ułatwia przejazd motocyklistom oraz - w sytuacji zagrożenia - karetkom. Niestety, szeryf takich argumentów nie rozumie. Spróbujcie mu je wyłożyć, a wpadnie w furię. Przez radio CB wyzwie was od najgorszych i spróbuje wciągnąć w pyskówkę. Ale za-ciśnijcie zęby i nie dajcie się sprowokować. Z idiotą nie warto się kłócić - najpierw sprowadzi was do swojego poziomu, a następnie pokona doświadczeniem.

Król Łokietek

Najczęściej ma bmw z początku lat 90. albo golfa trzeciej generacji. Obowiązkowo w wersji stodoła tuning, czyli: zamiast standardowej rury wydechowej dwie rury kanalizacyjne wydobywające z siebie dźwięk zachrypniętej kozy; felgi błyszczące jak witryna sklepu Swarovskiego; tylny spojler, na którym mógłby wylądować helikopter, oraz naklejki z ogniem na przednich błotnikach. Elementem obowiązkowym jest również zestaw audio o mocy tryliona watów emitujący takie częstotliwości, że padają nietoperze. Zestaw piosenek obejmuje tylko dwie: „Będę brał cię w aucie” oraz „Ona tańczy dla mnie".

Jako że właściciel tego audiowizualnego cudu techniki - młodzieniec o posturze pnia sekwoi - wydał na jego upiększenie wszystko, co zarobił podczas zbiorów sałaty, to nie starczyło mu już na nabicie klimatyzacji. Porusza się zatem zawsze z otwartą szybą i wystawionym za nią łokciem. A jeżeli na nadgarstku ma sikorę (czyli podróbkę rolexa za 50 zł), to wystawia za okno nawet całą lewą rękę. Zwisa sobie ona luźno, co jest - jeżeli Łokietek zbytnio obniżył zawieszenie w swoim bmw - dość niebezpieczne: może sam sobie przejechać po palcach. Ale z drugiej strony lewa ręka nie jest mu do niczego potrzebna (oprócz noszenia sikory, rzecz jasna), bo wszystkie czynności związane z prowadzeniem auta wykonuje wyłącznie prawą. Jest ona - jak to się dzisiaj mądrze mówi - multitasking, czyli wielozadaniowa: kieruje, włącza kierunkowskazy, przerzuca biegi, a w międzyczasie jeszcze trzyma papierosa, komórkę i klepie po udzie pasażerkę.

Na drodze Król Łokietek doznaje ambiwalentnych uczuć: raz jest tak wyluzowany, jakby w jego żyłach zamiast hemoglobiny płynęło czyste THC, zaś innym razem pędzi tak, że naklejki z ogniem na błotnikach naprawdę zaczynają płonąć. Ale bez względu na to, jak jedzie, jego bliskość zawsze budzi niepokój. Jest to niepokój podobny do tego towarzyszącego zbliżającej się burzy: nigdy nie wiadomo, czy przejdzie bokiem, czy może walnie prosto w nas."*


 * Pokaż mi, jak jeździsz, a powiem ci, kim jesteś, Łukasz Bąk, "Dziennik. Gazeta Prawna", nr 202, 2014

środa, 29 października 2014

[28] Serial: "Nowa" (2010)



Nie ma nic gorszego niż pier***nięte i nielogiczne dialogi już w początkowych scenach seriali wygłaszane przez aktorów, którzy zupełnie nie pasują do roli. Takim oto przykładem jest cały twór TVP pod tytułem „Nowa” razem ze z dupy wyjętą (jak zwykłe zresztą) obsadą. Pani Kożuchowska, najsłynniejsza nalewaczka zupy po tej stronie Wisły w roli twardej, inteligentnej, szalenie skutecznej, nielicho przeszkolonej, nieugiętej inspektor policji wygląda co najmniej jakby miała permanentną menstruację. A dialogi jakie ktoś dla niej napisał, to czysty absurd. No bo posłuchajcie pierwszego z nich:

- Więc będziesz z nami 6 miesięcy. Na początek zasady współpracy. Mówimy do siebie na „ty”. Jeśli wydaje polecenia wykonujesz je w 100%. To jest jasne? (Super-hiper obwieszona dyplomami nieziemsko inteligentna blond policjantka)
- Tak. (Super-stażystka)
- Nie oczekuję od ciebie potakiwania!

No rzesz k***a mać! Ale o co chodzi?! Skoro głupia bl*dź zadaje pytanie, a ewidentnie fraza „To jest jasne?” Brzmi oraz była intonowana jak pytanie, a dziewczę na nie odpowiada, to na c*uj ten idiotyczny odzew?! Co, miała zaprzeczyć? Ja pi***olę! Jeśli na to idą pieniądze z mojego abonamentu, to chyba wyemigruje. I pomyśleć, że dla tego nieziemskiego szajsu nie nakręcili ostatniej serii „Gliny”. Zabrali kasę genialnym twórcom, żeby stworzyć serial dla infantylnych nastolatek.


Żałosne są też różne „techniki/metody” śledcze jakie lansuje ten gniot. No bo posłuchajcie tego:

- Jedziemy na miejsce zbrodni? (Super-stażystka)
- Nie. (Wolski, super-cyniczny policjant z niewiadomo-jakim-stażem, lecz szalenie doświadczony i niesłychanie elokwentny)
- Dlaczego?
- Nie lubię przeszkadzać patologowi, a poza tym lubię być przygotowany.
- To znaczy co?
- To znaczy, że jedziemy do mieszkania ofiary.

Co Wy na to? Ciekawe, prawda? Pierwszy raz słyszę, widzę, czytam (niepotrzebne skreślić), żeby policjant prowadzący śledztwo zamiast na miejsce zbrodni jechał do domu ofiary. Na c*uj się tam szwendać skoro rozwiązanie może być na miejscu zbrodni. Ale nie! Trzeba lansować nowe trendy i zaprzeczać oczywistościom. Choć w sumie ja się na policyjnej robicie nie znam, a oni na planie na pewno mieli jakiegoś „eksperta” (czy aby na pewno?), który nad tym wszystkim choć w najmniejszym stopniu panował i starał się nadać działaniom ekipy choćby cień realności.
A to dopiero 12 minuta serialu :D Już się nie mogę doczekać co będzie dalej. Sasasasa...
No nie, no ku**a, no nie! Nie zdążyli przyjechać na miejsce zamieszkania - tak wiem, brzmi to dziwnie, bo powinno być przestępstwa albo zbrodni - a już kolejny kwiatek.
- Co możemy powiedzieć o denatce po tym jak mieszkała? (Wolski, super-cyniczny policjant z niewiadomo-jakim-stażem...)

A nie lepiej naprawdę pojechać i ją obejrzeć?!

Ale wychodzi na to, że takie stanie w progu mieszkania jest szalenie pożyteczne, ponieważ metod dedukcji Wolskiego nie powstydziłby się nawet sam Sherlock Holmes. Jedno spojrzenie PRZEZ ŚCIANĘ (wiecie, taki specjalny super wzrok, który ma Superman) na zdjęcie i Wolski od razu wie, że denatka uprawiała paintball. Po tym jak są ustawione przybory toaletowe i materiały związane z pracą, wie również, że w szafie nie ma żadnych strojów dyskotekowych, więc na pewno była pracoholiczką i nie miała życia towarzyskiego. Fascynujące spostrzeżenia! A może dziewczyna, która lubi paintball i na zdjęciu jest w wojskowej - o zgrozo z niemieckimi naszywkami - kurtce, wolała chodzić w trampkach i swetrze do pubu? A to że nie ma dwóch szczoteczek do zębów znaczy po prostu, że pier***liła się jak królik, ale preferował związki na jedną noc? Kurcze, im dalej tym lepiej. Aż nie mogę się oderwać od ekranu normalnie :D 


I jeszcze Andrzej Nejman z tą swoją rolniczo-chłopską aparycją w roli geeka komputerowego jako specjalista...hmm...no właśnie nie wiem za bardzo od czego, bo ma szerokie spektrum obowiązków od balistyki po wszelkie inne dowody z miejsca zbrodni. Można więc chyba powiedzieć taki super-technik. Alllleeeee! W tym serialu wszyscy zasługują na przedrostek „super”. Ale super! A tak naprawdę, to chwyt żałosny aż boli, zerżnięty, i to w kiepski sposób, z seriali zachodnich. To już mimo wszystko, choć serial również uważam za gniot, bardziej przypadł mi do gustu Chabior w roli szalonego patologa w „Komisarzu Alexie”.

No i wreszcie Piotr Grabowski w roli patologa. Znów pomyłka, bo buc z niego niesłychany, ale w takim złym tego słowa znaczeniu (jeśli ono w ogóle ma pozytywny wydźwięk). Patrzę na niego i widzę, że nie pasowałby mi do żadnej roli, a jak przez mgłę kojarzę go jedynie z „Mdłości nad rozlewiskiem”, więc po raz kolejny jest słabo na polu castingu. A może po prostu brali kto był wolny? :| Chociaż nie, bo przecież pani Kożuchowska schowała do szafy chochlę i umarła w kartonach, aby wystąpić w tym serialu.

Pierwsze przesłuchanie świadka to również niezła parodia. Z dupy wzięte pytania, które tak naprawdę do niczego nie prowadzą, a mają chyba tylko posłużyć zrobieniu wrażenia na super-stażystce.

Kolejny feler to ten mentorski ton Wolskiego, który krzyczy, że: „Policja to nie jest szkółka niedzielna”, a to co mówi ewidentnie właśnie na szkółkę wskazuje. No i te przekomażanki, które w zamyśle miały być zabawne i naprawdę na poziomie, ale niestety takie nie jest. Są płytkie i niepotrzebne. Być może twórcy chcieli, aby poprzez tę początkową niby-wrogość (zgodnie z powiedzeniem: „Kto się czubi ten się lubi”) później wyewoluować uczucie między tą dwójką. Niestety, po pierwsze - numer niesłychanie oklepany, a po drugie - wykonanie kiepskie. Gdyby wróciły stare dobre czasy pilotów seriali (które istnieją na zachodzie, ale u nas chyba nie są praktykowane), to ten gniot nigdy nie wszedłby do produkcji.

No i to obleśne międlenie kanapek. No kurcze, to było w miarę zrozumiałe u porucznika Zubka z „07 zgłoś się”, ale tutaj zupełnie się nie wpasowuje :/ (ludzie! Mamy XXI w., kanapki były dobre za komuny!). I najgorsze, że nie jest to zwykłe jedzenie, a obrzydliwe dziamganie mordami jak u zwierząt przeżuwających.


A co z główną bohaterką, w którą wciela się (chyba po raz pierwszy na ekranie) Justyna Schneider? Wydaje mi się, że mimo tego, że to serial o niej, to jest tam zupełnie zbędna i nic by się nie stało jakby jej nie było, ponieważ jest żałośnie wkurzająca. I nie wiem co bardziej mnie w niej denerwuje: jej zarozumiałe miny i przemądrzałość czy brak kompetencji do wykonywania zawodu i ten jej styl „na prymusa” (...wiem wszystko...wszystko zrobię najlepiej...o kurde dostałam w ryj...o kurde, zaraz mnie zastrzelą...ratunku!).

No i to beznadziejne zakończenie. Powiedzenie dziewczynie, która dwukrotnie dała się zaskoczyć zabójcy, w tym raz dostała w ryj, a za drugim razem mało nie skończyła z garścią śrutu w swoim jestestwie i przy okazji naraziła swojego partnera na śmierć (niby miał kamizelkę, choć nie wiadomo skąd, bo ona nie miała a razem jechali na akcję), że: „Dobra robota. Jak na nową”. I później ten jej głupi, zarozumiały uśmieszek pewności siebie w stylu „ja wam jeszcze pokaże”, to coś co dla kogoś starszego niż 13-15 lat jest chyba nie do przyjęcia.

Niestety, tym oto smutnym akcentem kończę tę recenzję, a raczej relację z pierwszego odcinka tragedii pt. „Nowa”. Napiszę krótko, nie oglądajcie tego!

Moja ocena -1/10 (to nie jest myślnik, to minus)

P.S. Gratuluje tym, którzy dotrwali ze mną do końca ;)

wtorek, 28 października 2014

[111-112] Książki: "Antologia 100/XX" t. 1 i 2 (2014)


Już od dwóch dni nic nie napisałem, więc pora na małą recenzyjkę. Tym razem chciałbym napisać kilka słów (dosłownie kilka, bo wydaje mi się, że rozpisywanie się na temat tej pozycji nie ma większego sensu, zbyt wiele elementów składowych) o wiekopomnej "Antologii 100/XX", w której pod uważnym okiem Macieja Szczygła i jego współpracowników zostały zebrane i zamieszczone najciekawsze - zdaniem wybierających - polskie reportaże XX w. Zapraszam!

Tak jak już wspomniałem, owa antologia jest dziełem tak obszernym i składającym się z tak wielu elementów, że ciężko oceniać każdy z nich z osobna. Tak więc nie pozostaje mi nic innego jak dokonać oceny szczegółowej, czyli wyróżnić kilka tekstów, które najbardziej do mnie przemówiły i na pewno - z racji tego, że są one w tutaj w większości przypadków publikowane we fragmentach - będę chciał zapoznać się z ich pełnymi wersjami. 

Co ciekawe, większość z nich znajduje się w części drugiej, która, co za tym idzie, również zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie między innymi takie teksty jak: 
- Jerzy Lovell "Człowiek płonie" (1972; o bezsensownej przemocy wśród młodzieży, a nawet dzieci), 
- Ewa Szymańska "Junior" (1976; o supersklepie z ubraniami), 
- Grzegorz Nawrocki "Szpan" (1979; o tym czym, jak i dlaczego szpanowała młodzież u schyłku lat 70,), 
- Wiesław Łuka "Nie oświadczam się" (1979; o bestialskim mordzie dokonanym przy milczącym współudziale kilkudziesięciu świadków), 
- Józef Kuśmierek "Oczym wiedziałem" (1981; genialna rzecz o absurdach PRLu"), 
- Anna Ostrzycka, Marek Rymuszko "Nieuchwytna siła" (1989; to chyba będzie reportaż od którego zacznę nadrabianie zaległości opowiadający o perypetiach rodziny, której dziecko posługiwało się telekinezą), 
- Irena Morawska "Jak Emilię z Kalabrii od złej pani wykradłam" (1997; ten tekst o nienawiści jaką jedna osoba może czuć do innych za krzywdy z przeszłości i przes to jak wstrętnym, wyrachowanym, zakłamanym i okropnym człowieczkiem może się stać, dosłownie wgniótł mnie w fotel), 
- Wojciech Tochman "Czekam pod adresem: Berlin (1998; ten również mocny, jak to u Tochmana, ale zupełnie w innych wymiarze, tym razem o prostytucji)
- Piotr Lipiński "Mięso, a w środku rzeźnik" (1999; reportaż historyczny opowiadający o słynnej Aferze mięsnej, która miała miejsce w połowie lat 60. a głównym podejrzanym i oskarżonym był w niej Stanisław Wawrzecki, ojciec aktora Pawła Wawrzeckiego).

foto: M. Nogaś/PR

Jeśli natomiast chodzi o tm pierwszy to czytałem go już jakie kilka miesięcy temu (skończyłem dokładnie 25 maja), ale coś jednak zostało w pamięci i jeśli miałbym wybierać swoich faworytów to na pewno byłyby to teksty: 
- Teodor Tomasz Jeż "Opowiadanie z wędrówki po koloniach polskich w Ameryce Północnej", 
- Wacław Sieroszewski "Przez Syberię mi Mandżurię do Japonii. Kartka z podróży" (1902), 
- Maria Konopnicka "Na normandzkim brzegu" (1904), 
 - Antoni Słonimski "Moja podróż do Rosji" (1932),
- Wanda Wasilewska "Jeden dzień w poradni" (1933), 
- Stefan Bryła "Ameryka" (1921), 
- Michał Krajewski, Bogdan Ostromęcki "Ludzie rusztowań" (1950), 
- Jerzy Urban "Pamiętnik Swata" (1957)

Jest to oczywiście bardzo subiektywny wybór i w tych obszernych zbiorach jest zdecydowanie więcej tekstów cennych, ciekawych, wartych uwagi, poruszających ważkie problemy, czy też rzucających nowe światło na prawy zapomniane bądź przez współczesnych czytelników nieznane, jednak jak wspomniałem te spodobały mi się - bardzo rożnych względów - najbardziej.

Drugą ogromną zaletą tych książek jest krótka lecz wyczerpująca sylwetka każdego z reporterów poprzedzająca wybrany do antologii tekst. Dowiemy się z niej jak swoją drogę na szlaku reportażu zaczynali autorzy wybranych fragmentów, kim byli z zawodu, czy reportaż był ich przeznaczaniem i pasją do końca kariery czy też może jedynie jednorazowym flirtem. Pozwala to jeszcze przed przeczytaniem tekstu głównego wyrobić sobie zdanie o osobie go piszącej, poznać ją. Świetny pomysł!


Osobiście uważam, że zakup i lektura tych książek (w moim przypadku były to wersje ebooków) były naprawdę cennym i wartościowym posunięciem z mojej strony. Myślę również, że każdy pasjonat polskich, ale przecież nie tylko, reportaży znajdzie w nich coś dla siebie i na pewno nie poczuje się zawiedziony.

Moja ocena: t.1 - 7.5/10, 
                      t.2 - 9/10


niedziela, 26 października 2014

Top...12 - motywy przewodnie z seriali

Ok, to jak już zacząłem to zapraszam na trzecie starcie z serialowymi tym razem motywami przewodnimi, których kilka taktów wystarcza, aby każdy szanujący się serialo-maniak zakminił z czym będziemy miał za chwilę do czynienia.

Po raz kolejny kolejność dowolna i zupełnie przypadkowa ;) Tym razem 12, bo nie mogłem się opanować :D

07 zgłoś się


Macgyver


Poirot


M.A.S.H.


The 'A' Team


The 'X' Files


Miami Vice


Hawaii 5-0


Bonanza


Beverly Hills 9021o


Stawka większa niż życie


Janosik


"Won mnie z mojego telewizora"... cz.2

Wydaje mi się, że nadszedł czas na to, aby powrócić do mojego cyklu przedstawiającego subiektywny wybór audycji (seriali i programów), które nie powinny dłużej zabierać naszych pieniędzy i naszego czasu. A piszę o tych "naszych pieniądzach" z takiego w względu, że największe zarzuty mam jak zwykle do Telewizji Polskiej.

Pierwszym serialem, który już dawno wyeksploatował swoją formę i możliwości scenariuszowe to niezaprzeczalnie "Ojciec Mateusz". Dodanie tam tej nowej milicjantki, potwierdza moje słowa, gdyż dodawanie nowych postaci dowodzi, że pierwotny zamysł już się skończył (podobnie było na przykład z "Ranczem", "Światem wg Kiepskich"). A tak swoją drogą to Sandomierz nie jest znów tak dużym miastem, żeby trup kładł się tak gęsto - a już przeszło 160 odcinków tego gniota wyprodukowali!

Drugim kasztanem polskiej kryminalnej sceny serialowej jest żałosny twór określany w pewnych kręgach jako "Komisarz Alex". To kolejny przykład, że w Polsce wciąż brak fachowców od castingu (osobniki takie jak Wesołowski czy Walach powinny z Foremniak, Kożuchowską i Kurowską założyć fermę kur, albo plantację pieczarek), a także, że MY POLACY nie potrafimy zrobić ciekawego serialu mając nawet gotowy światowy format, który sprawdził się przedtem w wielu krajach. 

Trzecim serialem jest również twór TVP, który jest znowuż najlepszym przykładem na to, że jak rezygnuje odtwórca głównej roli, to choćby skały srały nic nie da się już poradzić i serial zwyczajnie trzeba utrącić. Ale przecież nie w Polsce! U nas dają Anne Gierman ze wstrętnym kartoflem, okrągłymi polikami oraz bez krztyny talentu i myślą, że wszystko pójdzie dobrze jak w rosyjskich szlagierach... Jakby ktoś się jeszcze nie zorientował, to mowa jest tutaj o serialu "Blondynka".

No i na sam koniec zostawiam sobie jak wisienkę na torcie coś co myślałem, że już dawno się skończyło jednak ostatnio zostałem bardzo niemiło wyprowadzony z błędu, czyli Familiadę. Program żenujący, jak prowadzący i jego słynne dowcipy. Jest to kaszan posunięty do tego stopnia, że nawet się już rodziny w Polsce skończyły, które chciałyby tam wystąpić a on ciągle trwa zapraszając do udziału różne kościelne oazy albo inne "Klany Marcheweczek (sic!)". Czasem wydaje mi się, że "trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść..." jak śpiewał Markowski. Ale jednak kasa jest kasa, styl i klasa to nie u nas.

Żałosne.

piątek, 24 października 2014

Top 10: piosenki z seriali

Idąc za ciosem postanowiłem zaprezentować dziś mój subiektywny TOP 10 ulubionych piosenek z seriali. Czasami są to motywy przewodnie, a czasami kawałki, które pojawiły się w poszczególnych epizodach i na tyle utkwiły mi w pamięci, że często do nich wracam nawet nie oglądając serialu.

Piosenki w kolejności dowolnej z podobnych powodów co w poprzednim poście ;)

The Handsome Family - Far From Any Road (True Detective)

 Del Shannon - Runaway (Crime Story)

The Heavy - Short Change Hero (Strike Back Theme)

Liroy & Markowski - Twoje miasto (Ekstradycja 3)

The Script - We Cry (90210)

Lou Barlow - Morning's After Me (90210)

 Przemysław Gintrowski - Zmiennicy (Zmiennicy)

 Andrzej Rosiewicz - Czterdzieści lat minęło (Czterdziestolatek)

Edmund Fetting - Deszcze niespokojne (Czterej pancerni i pies)

Francesca Belmonte - Breathe Easy (Tancerze)

 

czwartek, 23 października 2014

Top 10: piosenki z filmów

Dziś, zainspirowany podobnym zestawieniem na blogu  k r e a t y w a, postanowiłem stworzyć swój własny ranking najbardziej ulubionych i zapamiętałych piosenek z filmów :) Zapraszam na wędrówkę przez moje muzyczne filmowe klimaty!

Kolejność dowolna, gdyż nie potrafię się zdecydować. Czasem bardziej lubię jeden kawałek, innym razem zupełnie inny :]


Berlin - Take My Breath Away (Top Gun)

 Patrick Swayze feat. Wendy Fraser - She's Like the Wind (Dirty Dancing)

 Antonio Banderas - Cancion del Mariachi (Desperado)

Eminem - Lose Yourself (8 Mile)

U2 - The Hands That Built America (Gangs of New York)

David Coverdale - Last note of freedom (Days of thunder)

Clint Black - A Good Run Of Bad Luck (Maverick)

Stan Bush - Fight to survive (Bloodsport)

 Survivor - Eye Of The Tiger (Rocky)

Tomasz Lipiński - Ostatnia piosenka o miłości (Reich)

 

To oczywiście nie jest wszystko, ale są to piosenki, które pierwsze przychodzą mi na myśl kiedy myślę o moich ulubionych kawałkach z filmów. A Wy jakich macie faworytów?

 

EDIT: A ja jestem mągwa jakich mało i zapomniałem o jednym z najlepszych kawałków filmowych wszech czasów, który jest w sumie najnowszy z tych wszystkich...

Dodaję w takim razie na końcu 

  

wtorek, 21 października 2014

[109-110] Książki: "Metro 2034" - Dmitrrij Głuchowski (2010); "Dzienniki kołymskie" - Jacek Hugo-Bader (2011)

Dziś tak na szybciora dwie kolejne recenzje książek, które przeczytałem już jakiś czas temu i najwyższy czas żeby je zrecenzować. Książki może trochę odległe od siebie, bo jedna to SF a druga reportaż, ale w sumie wcale nie tak bardzo, bo łączy je miejsce, o którym opowiadają - Rosja, ta współczesna z "wycieczki" Badera i ta wyimaginowana, podziemna, jak w "Metrze 2034" Głuchowskiego.

"Metro 2034" - Dmitrij Głuchowski (2010)

"Metro 2034" jest kontynuacją, choć w przypadku tej książki wypadało by raczej użyć stwierdzenia "marnymi popłuczynami" "Metra 2033", w której znów trafiamy do moskiewskiego podziemnego miasta, aby tym razem rozprawić się... no właśnie nie pamiętam z czym i po co:| I to jest cały szkopuł i wada tej książki. Gdyby nie to, że jej nie czytałem a jedynie słuchałem jeżdżąc na rowerze, to już po kilkudziesięciu stronach bym ją "jeb*** w kąt" i nigdy nie wziął do ręki ponownie. Jest to bezapelacyjnie jedna z najnudniejszych książek jakie czytałem w tym roku, a nie wiem czy też nie w ciągu ostatniej dekady. I gdybym to na nią trafiła w pierwszej kolejności zamiast na "Metro 2033", to już bym chyba "Metra 2033" nie przeczytał. Swoją drogą nie mam pojęcia jak ten sam autor, w tym samym świecie może stworzyć dwie tak odmienne poziomami historie?!:| Nie chce mi się przytaczać fabuły, bo jest niestrawna jak kisiel z musztardą i napiszę prosto z mostu - nie czytajcie tego!

Moja ocena 2/10

"Dzienniki kołymskie" - Jacek Hugo-Bader (2011)

Jeśli natomiast chodzi o "Dzienniki kołymskie" to w porównaniu z "Metrem 2034" jest to niebo a ziemia. Bader po raz kolejny mnie nie zawiódł i przedstawił reportaż o Rosji taki na jaki czekałem i taki za jakie cenie go najbardziej. Krótkie historie zwyczajnych i całkiem niezwykłych ludzi przeplatane historią mijanych miejsc okraszone wpisami z dziennika, który dodatkowo był publikowany przez autora, często w katastrofalnych warunkach "internetowych" na bieżąco na portalu wyborcza.pl. Perypetie reportera na szlaku często zakrapiane solidną dawką alkoholu. Częste nawiązania do "Opowiadań kołymskich" Warłama Szałamowa. Rozmowy, rozmowy i jeszcze raz... przemyślenia nad Kołymą taką jaka jest obecnie i tym co spowodowało, że jest taka jaka jest. Oraz mentalność ludzi ją zamieszkujących. To esencja tego co dostajemy od Badera w jego "Dziennikach kołymskich". I na koniec taka konkluzja: wydaje mi się, że pan Milewski, autor czytanej przeze mnie niedawno "Transsyberyjskiej..." powinien się od swojego starszego kolegi jeszcze wiele nauczyć, choć jego książka również nie była zła (recenzja tutaj), to jednak sporo jej brakuje do poziomu "Dzienników...".

Moja ocena 8/10
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...