sobota, 24 grudnia 2016

Wesołych Świąt i takie tam A. D. 2016

W to wigilijne popołudnie chciałbym złożyć wszystkim stałym, jak i okazjonalnym czytelnikom Rick's Cafe świąteczne życzenia. A w związku z tym, że podobno najlepszym gatunkiem człowieka jest taki, który bliźniego swego traktuje, jak siebie samego, życzę Wam wszystkim:

Znikomego kontaktu z ludzką głupotą,
Braku ciasnoty tak umysłowej, jak i przestrzennej,
Nie potykania się o kable i nie utykania w korkach na mieście,
... no i zdrówka.

Jak to będzie z bańki, wszystko inne powinno się już jakoś udać.
;)

Chciałaem wkleić coś takiego,


ale pomyślałem, że to może Was zgorszyć i zdecydowałem się na zawsze wdzięczne i pożądane kocie elfy

środa, 30 listopada 2016

[168-171] Filmowy Flesz #20: "Zabójcza" (2015); Marauders (2016); "Precious Cargo" (2016); "Osobliwy dom Pani Peregrine" (2016)

Dziś wracam do dość zapomnianej na tym blogu formy skrótowych recenzji (którym bliżej do zwykłej opinii) zwanych fleszami. Jak zapewne już nie pamiętacie w takim zestawieniu dość pobieżnie opisuje 4 filmy. Dziś będą to następujące tytuły: Zabójcza, Marauders, Precious Cargo, Osobliwy dom Pani Peregrine.

piątek, 18 listopada 2016

[59] Serial: "M*A*S*H" (1972-1983)

Dawno mnie nie było - załamał się mój system poniedziałkowych postów - ale musiałem chwilę przemyśleć o czym, a kiedy już wymyśliłem, jak chcę to napisać. A wiedzcie, że sprawa nie jest łatwa, jak zawsze wtedy, kiedy pisze się o czymś co się darzy wielką sympatią, a właśnie taki temat wybrałem. Łatwo wtedy popaść w chaotyczną serię zachwytów bez jakiejkolwiek dozy zasłużonej krytyki (nie ma wszak dzieł doskonałych, no... może poza mną :D), a tego bym nie chciał. Po kilku dniach ciężkiej pracy mogę was wreszcie zaprosić do lektury. 

poniedziałek, 31 października 2016

[164] Film: "Jason Bourne" (2016)

Witam was wszystkich w kolejny piękny jesienny poniedziałek! Dziś po raz kolejny mam dla was recenzję filmu. Filmu dobrego, choć w pewnych chwilach nawet starającego się być za fajnym, co sprawia, że jest przez to mniej fajny niż mógłby być, gdyby aż tak fajny być się nie starał. Zamotałem? Troszkę, ale poniżej wszystko wyjaśnię. Jason Bourne.

poniedziałek, 24 października 2016

[163] Film: "Mechanik. Konfrontacja" (2016)

Na pewno jest wśród Was grono osób lubiących Jasona Stathama. Ja także należę do grupy wielbicieli "talentu" Transportera, jednak z przykrością muszę stwierdzić, że jego ostatnie wybory ról do zagrania stawiają cały jego image w nie najlepszym świetle. Coraz więcej filmów to niestety produkcje klasy B, które są kopią schematów, z których znamy Stathama już od wielu lat. Podobnie jest z kontynuacją Mechanika. Prawo zemsty - niezaprzeczalnego sukcesu komercyjnego - czyli Mechanikiem. Konfrontacją. Zapraszam na recenzję!

poniedziałek, 17 października 2016

[208] Książka: "Tom kultury. Lata 50." (2008)



Na 60cio lecie swojego istnienia EMPIK postanowił wydać nakładem wydawnictwa Vesper 6 tomów tzw. kultury, czyli książeczek podzielonych na dziesięciolecia, zawierających najważniejsze wydarzenia z dziedziny kultury w Polsce i na świecie od lat 50. do roku 2008. Kupiłem je już dawno temu, jednak nigdy jakoś nie miałem serca, żeby się za nie zabrać, aż do teraz. Kilka dni temu przeczytałem pierwszy z tomów przedstawiający fakty z lat 50tych. 

poniedziałek, 10 października 2016

[162] Film: "Pitbull. Nowe porządki" (2016)

Patryk Vega to dziwny gość. Pełen absurdalnych skrajności i przeciwieństw. Raz prezentuje nam mocnego jak nierozcieńczona księżycówka Pitbulla (raczej serial niż film) a zaraz potem dostajemy zakalcowate Ciacho


Później ni z gruchy, ni z pietruchy nijakiego i kiczowatego Hansa Klossa i równie srakie Last Minute. W między czasie dokłada świetny Instynkt - ponownie serial. Aby na dobitkę jebnąć nas rewelacyjnymi Służbami specjalnymi (również raczej serial). No i teraz czas na powrót do źródeł. Do Pitbulla, od którego wszystko się zaczęło (no prawie, bo byli przecież jeszcze Kryminalni). Tylko, że ten nowy Pitbull to już nie jest ten Pitbull jakiego znamy i szanujemy. Parafrazując wypowiedź jednego ze współwięźniów Kilera: "To ma być Pitbull?! To jakaś popierdułka, nie Pitbull."

poniedziałek, 3 października 2016

[207] Książka: "Grzech nasz codzienny" - Dominik Dan (pol. wyd. 2016)

Mamy kolejny poniedziałek, przyszedł więc czas na kolejny post. Ponownie zaproszę Was na wycieczkę do Słowacji. Tym razem jednak dziesięć lat później, ponieważ akcja drugiego z wydanych w Polsce kryminałów Dána Grzech nasz codzienny ma miejsce w 2002 roku.

poniedziałek, 26 września 2016

[206] Książka: "Czerwony Kapitan" - Dominik Dán (audiobook; wyd. pol. 2014)

Przyszedł czas, aby w moich poszukiwaniach ciekawych kryminałów zapuścić się na tereny do tej pory przeze mnie nieeksplorowane, czyli naszych południowych sąsiadów - Słowaków. Dziś kolej na Dominika Dána (pseudonim), o którym w internetach możemy przeczytać raptem dwa zdania, mimo iż pisaniem powieści zajmuje się już od przeszło 20 lat.

poniedziałek, 19 września 2016

[205] Książka: "Skandale złotej ery Hollywood. Seks, dewiacje i dramaty amerykańskiego kina" - Anne Helen Petersen (2015)


Dziś po raz kolejny książka o kinie. No, może nie sensu stricto, bo raczej o ludziach, którzy te kino tworzą. Anne Helen Petersen - z racji swoich zainteresowań, jest bowiem blogerką i dziennikarką specjalizującą się w historii mediów plotkarskich i zna życie celebrytów od podszewki - postanowiła się przyjrzeć wielkim gwiazdom złotej ery Hollywood i związanym z nimi skandalom.

środa, 14 września 2016

[204] Książka: "Nowy Jork zbuntowany. Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów" - Ewa Winnicka (2013)


Tadam! No i wreszcie "nadejszła wielkopomna chwiła"! Po około półtora roku skończyłem czytać drugą co do czasu lektury książkę w moim życiu (pierwszą była "Suma wszystkich strachów" Toma Clancy'ego - przeszło dwa lata). Mowa tutaj o książce-albumie autorstwa Ewy Winnickiej pt.: Nowy Jork zbuntowany. Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów.

poniedziałek, 12 września 2016

[161] Film: "Kickboxer" (2016)


Miłem dziś napisać coś o kolejnej książce, ale postanowiłem przestrzec was przed jednym filmem, który kilka dni temu nieopatrznie obejrzałem powodowany nostalgią i sentymentem względem jego pierwowzoru.

poniedziałek, 5 września 2016

[2] III Festiwal whisky - Jastrzębia Góra 2016

Dawno mnie nie było, ale dla tych, którzy tęsknili mam dobrą wiadomość w postaci kolejnego posta. Tym razem jednak kilka słów o kulturze... picia. Pod koniec sierpnia tego roku było mi dane po raz drugi (w trzyletniej tradycji tej imprezy) odwiedzić Festiwal Whisky w Jastrzębiej Górze i pomyślałem, że podzielę się z Wami moimi spostrzeżeniami.

Pierwszy Festiwal whisky w Jastrzębiej był PIERWSZY. Tak po prostu i ogólnie. Pierwszy w Polsce, więc nikt jeszcze nie wiedział czego się spodziewać. Jednak tuż po jego zakończeniu, jak grzyby po deszczu pojawiły się kolejne imprezy z cyklu "pijcie whisky". I tak, mamy Bydgoszcz w marcu, Poznań w kwietniu i Warszawę w październiku. No i oczywiście Jastrzębią Górę. Jastrzębią Górę, która jest nie dość, że w najatrakcyjniejszym miejscu, bo nad morzem (świeże powietrze, szum fal etc.) to jeszcze pod koniec wakacji. Można w miłych okolicznościach przyrody, i nie tylko, zażyć ostatnich promieni letniego słońca przy kieliszku dobrej single malt. Czego chcieć więcej zapytacie? A no można chcieć i to niestety nie więcej, a mniej.
To ja i moja kumpela żyrafa... :D

Tym razem, opuszczając II edycję festiwalu trafiliśmy od razu - hm... jakby to najlepiej zobrazować? - ze słonecznej plaży... pod rynnę. To tak jakbyście kiedyś jedli kolację w miłej knajpce, którą niestety odkryło później całe miasto. Nie dość, że nie ma miejsca - gwar i tłok - to jeszcze dodatkowo utraciła cały swój klimat. Niestety to przydarzyło się również Festiwalowi Whisky w Jastrzębiej Górze. Pierwsza edycja była kameralna. Nikt praktycznie o nim nie wiedział, było spokojnie, miło, można było pogadać z ludźmi, a  wśród wystawców i organizatorów czuć było pasję i miłość do tego co robią. Tym razem chodziło głównie o kasę. I to było czuć już od samego wejścia. Takich zastępów nowobogackich buraków różnego autoramentu zebranych w jednym miejscu dawno nie widziałem. Każdy chciał być lepszy od drugiego. Zabłysnąć strojem, zegarkiem, biżuterią, drogim laczkiem czy też innym elementem przyodziewku lub przyozdobku. A gdzie w tym wszystkim whisky, która ma tu być pierwszoplanowym bohaterem? Pomrukiwała ciuchutko spod jęków, śmiechów i ryków ze sceny. Swoją drogą, scena umiejscowiona tak blisko niektórych stoisk wystawców (a w tym przypadku jednego z najciekawszych stoisk M&P Pavlina), na której pobrzękiwał od wczesnych godzin popołudniowych jakiś rockowy band potrzebna była tam tak, jak - nieprzymierzając - nieheblowana deska w latrynie. A jeśli zeszliśmy już na tematy kloaczno-stolarskie to przysłowiową drzazgą w dupie byli również wszyscy ci, którzy dochodząc do wniosku, że skoro już zapłacili te 150 zł (cena za dwa dni) za bilet festiwalowy to muszą się nachlać, jak świnie, będąc po paru "degustacjach" w takim stanie, że nawet nie poczuliby różnicy, gdyby zamiast tego szlachetnego trunku ktoś wlał im do kieliszka borygo.


Morze to ja głównie widziałem w nocy. I nie byłoby w tym nic złego gdyby nie promile we krwi i te schody.

Ale dość o ewidentnych i bolących wadach tegorocznej edycji, przejdźmy do rzeczy przyjemniejszych. Największą znów byli ludzie. Ludzie z pasją i z ogromną wiedzą oraz ochotą by się tą wiedzą dzielić, wystarczyło jedynie słuchać. I nawiązując do ciekawych dyskusji miło wspominam rozmowę z Panem z Domu Wina, który podczas niezwykle interesującego wywodu o legendzie związanej z przodkiem założycieli destylarni Dalmore bardzo zręcznie namówił mnie na jeden ze swoich produktów (i o to w tym wszystkim chodzi, bo wiadomo, że liczy się smak, ale również emocje podczas wyboru trunku, gdyż, nie bójmy się tego powiedzieć, niuanse smakowe są minimalne i możliwe do odkrycia po wielu latach prób i degustacji). Na tym stoisku również miło podyskutowaliśmy o whisky Tomatin, która ostatnio zmieniła szatę graficzną oraz posłuchaliśmy, z próbką ich najmłodszego destylatu w kieliszku, o najmniejszej destylarni na świcie, a mianowicie Edradour (w której pracuje, nie chce skłamać, niespełna kilkanaście osób!). Również pobyt oraz wszystkie dyskusje, a przede wszystkim "wycieczkę po Stanach", czyli degustacja trunków produkowanych w Ameryce dostępnych w ofercie wystawcy - Vininowa, wspominam bardzo dobrze. Kolejnym miejscem, gdzie miło spędziliśmy czas było także stanowisko Best Whisky Market (gdzie oprócz rozmów "o" i degustacji  whisky skosztowaliśmy także genialnego rumu, którego nazwy jednak nie pomnę). Także M&P Pavlina - którego umiejscowienie tuż obok sceny sprowadzało się niekiedy do "dyskusji" o prezentowanych trunkach jedynie za pomocą gestów w stylu "polej Pan/Pani tego!" - również było bardzo ciekawym przystankiem, ponieważ miało w swoim portfolio naprawdę różnorodne i interesujące destylaty szkockie i irlandzkie, ale też orientalne whisky indyjskie oraz japońskie (bardzo żałuje, że kupiłem tylko jednego blenda Nikki zamiast wszystkich trzech, ale następnym razem już nie popełnię tego błędu!) i kilku przedstawicieli chętnych nie tylko do pełnienia funkcji "polewaczy", ale także zajmujących ciekawych rozmów.

Ciekawe były także stoiska naszych rodzimych wystawców, którzy próbują wejść na rynek z polską whisky typu single malt oraz różnymi wariacjami na jej temat. Na festiwalu było dwóch takich wystawców: firma Piasecki z Tomaszkowa k. Olsztyna zajmująca się do tej pory produkcją miodów pitnych (a teraz twórca okowity produkowanej z destylatu miodowego Barilla jak i pierwszej tworzonej całkowicie z polskich składników trzyletniej single malt w naszym kraju) oraz coś takiego jak Wolf Destillery Whiskey - prywatna produkcja, dla której festiwal był głównie miejscem do zbierania potencjalnych inwestorów i przyszłych nabywców jeszcze nie istniejącego (a przynajmniej nie istniejącego w sprzedaży) trunku. I o ile cała prelekcja, jak i trunek produkowany przez Piaseckiego jest propozycją interesującą, na którą będę oczekiwał z umiarkowanym zainteresowaniem (trochę zaporowa cena powoduje, że nie będzie to trunek dla każdego), o tyle produkcja Pana "Michała" (jakoś tak się złożyło, że nie był zainteresowany podaniem swojego nazwiska w taki sposób, aby utkwiło mi w pamięci), jego osoba, sposób bycia, a co najważniejsze sam alkohol wydał się niezbyt zachęcającym berbeluchem. I choć życzę mu powodzenia w rozkręcaniu biznesu, to jednak nie wydaje mi się, abym kiedykolwiek jeszcze sięgnął po jego destylaty.
Najcenniejszy z moich nabytków (w tym przypadku akurat prezent): The Dlamore King Alexander III

Wcześniej wspomniałem o prelekcji, teraz chciałbym rozwinąć ten temat, ponieważ była to jedna z rzeczy, których na pierwszym festiwalu zabrakło (no, może nie do końca, ale z pewnością nie w aż tak rozwiniętej formie), a były dość ciekawe i bardziej dostępne niż płatne co prawda, ale rozchwytywane od wczesnych godzin rannych już pierwszego dnia, Master Classy. A polegały one na tym, że poszczególni wystawcy lub też inni prelegenci tacy jak np. filmoznawca Wiesław Kot (mający wykład o "Whisky w filmie", na który, czego bardzo ubolewam, niestety nie poszedłem przez zwyczajne gapiostwo), czy też światowi ambasadorzy poszczególnych marek whisky (byłem na panelu Glenfiddich, który, mimo iż był prowadzony w języku angielskim, to jednak był na tyle przystępny i zrozumiały, że udało się wysłuchać kilku ciekawych historii o samej destylarni, jak i o ich 15latce z kieliszkiem tejże w ręku) opowiadali publiczności, a później także z nią dyskutowali na "zadany" (wcześniej ustalony i rozpisany w programie) temat. W panelu dyskusyjnym swoje prelekcje mieli również wspomniani wcześniej przedstawiciel firmy Pasecki oraz tajemniczy i zarozumiały "Michał". Jednak również podczas paneli dyskusyjnych doszło do jednego zgrzytu, który pozostawił niesmak po całym tym przedsięwzięciu. O ile jasnym dla nas było, że panele są darmowe jednak trzeba mieć na nie zaproszenie (choć nie zawsze, bo wstęp na Glenfiddicha był bez zaproszenia), które dość ochoczo rozdawali wystawcy, to jednak sposób w jaki zostałem potraktowany podczas próby wejścia na jedną z prelekcji bez zaproszenia był dla mnie zupełnie nie zrozumiały. A wystarczyło zamilknąć jedno zdanie wcześniej i powiedzieć: "Przepraszamy, ale wstęp na prelekcję jest jedynie za okazaniem zaproszenia" bez dodawania "Bo będą tutaj degustowane alkohole za 25 tys. zł." To znaczy co, że ja nie jestem na tyle fajny, żeby degustować alkohol za 25 tys. zł?! Czy na spotkaniu będą jedynie znajomi prezesa lub ci, którzy zrobili wystawcy laskę?! Nosz kurwa wasza matka rodzicielka, trochi chyba kultury chyba by nie zaszkodziło! Ale spoko, pomijając ten drobny incydent cała akcja z prelekcjami jest dla mnie pomysłem jak najbardziej trafionym w dziesiątkę.
A tutaj cała bateria z wycieczki w kolejności od lewej: Glenburgie 10YO, Georgia Moon Apple Pie, Dalmore, Tamdhu 10YO Sherry Cask Matured i Nikka All Malt

Wracając jednak do spraw techniczno-formalnych, to nie podobało mi się również to, że zostały ode mnie wydarte pieniądze za tzw. darmowe bony festiwalowe w liczbie sztuk dziesięć, które były dodatkiem do każdego biletu. Dwa lata temu cena wejściówki dwudniowej wynosiła 100 zł. (W cenie biletu nie było żadnych bonów, choć funkcjonowały one na terenie festiwalu). Nie wiem jak było na II edycji, ale na III trzeba już było zapłacić 150 zł i w tym było 10 bonów o wartości 5zł każdy, obowiązujących jako jedyny środek płatniczy na festiwalu - gratis. Być może cena była wyższa ze względu na większą ilość wystawców i degustowanych alkoholi (według organizatorów było to 160 darmowych trunków i około 800 płatnych; według moich obliczeń około 80 darmowych i myślę, że koło 320 płatnych nie wliczając w to tego co w stałej ofercie ma Dom Whisky będący organizatorem całej imprezy) jednak jakoś dziwnie trąci mi to pospolitym naciągactwem, bo wolałbym tańszy bilet bez bonów, niż taką ciekawą formę "rozdawnictwa" za moje pieniądze, gdyż te (bony) w każdej chwili można było dokupić w sklepie festiwalowym.

Jednakowoż nie wszystko było takie złe od strony organizacyjnej, ponieważ festiwalowy sklep, w którym było ponad 200 gatunków whisky sprzedawał ją po bardzo konkurencyjnych cenach, niejednokrotnie nawet 50% taniej od tych, które możemy zobaczyć na co dzień w internecie lub na sklepowych półkach. Dzięki takiemu zabiegowi wyjechałem z Jastrzębiej Góry z pięcioma butelkami, choć jadąc tam nie planowałem żadnych zakupów. Jednak ceny, jak i różnorodność oraz unikalność trunków spowodowała, że nie moglem się oprzeć pokusie uzupełnienia mojej domowej kolekcji. I tak, najcenniejszym nabytkiem jest Dalmore King Alexander III (który jest prezentem od mojej wspaniałej i hojnej niewiasty). Oprócz niego na półce pojawiło się również dziesięcioletnie Tamdhu Sherry Cask Matured, Nikka All Malt, dziesięcioletnie Glenburgie od niezależnego bottlera Gordona & MacPhail'a oraz niecodzienny Georgia Moon Apple Pie, czyli amerykański kukurydziany bimberek o smaku jabłka z cynamonem.

Niesłychanie ważnym wydarzeniem było również moje pierwsze wypalone cygaro (Quintero Tubulares), które miało miejsce właśnie na festiwalu. Ja, wielki przeciwnik palenia, doszedłem do wniosku, że papierosy wciąż są "bleee", ale cygaro to bym sobie zapalił. Smakowało na tyle dobrze, że rozpocząłem swoją przygodę z tym kolejnym kosztownym i śmiercionośnym hobby, ponieważ już do mnie jedzie kolejnych 7 sztuk.
Na szczęście prawie mnie nie widać, więc w razie co mogę się wyprzeć, że to nie ja.

Cóż więcej mogę powiedzieć o III edycji Festiwalu whisky w Jastrzębiej Górze anno domini 2016? To co chciałem i pamiętałem już chyba napisałem. Podsumowując, uważam, że wciąż jest to impreza warta uwagi (choć jeśli nie porównam jej z innymi, to tak naprawdę moja opinia nie będzie pełna, ale na szczęście już są plany na przyszłoroczny Poznań i być może też tegoroczną Warszawę!), choć trochę śmierdząca blichtrem i drogimi perfumami, na którą zaczynają przyjeżdżać ludzie zupełnie nie zainteresowani whisky, a jedynie tym żeby się nachlać lub pobrylować w "dobrym" towarzystwie (choć celebrytów i gwiazd szołbiznesu w tym roku nie widziałem). To trochę przeszkadza i psuje klimat, bo wieczorami można się niejednoktornie potknąć o zapijaczonego osobnika płci wszelakiej. Jednak moja ogólna ocena tego wydarzenia stale jest pozytywna.

Moja ocena: 3.5/5

Poniżej podaję listę alkoholi, które degustowałem w ramach festiwalu (swoją drogą denerwująca była również niekonsekwencja niektórych wystawców, którzy pierwszego dnia oferowani niektóre trunki za free, a drugiego już za opłatą):

Aberfeldy 12YO (Single Malt, dalej SM, jeśli nie jest napisane inaczej jest to SM szkocka)
Aberfeldy 16YO (SM)
Antiquary 12YO (Blended)
Ardbeg Corryvreckan (SM)
Ardbeg Uigeadail (SM)
Aultmore 12YO (SM)
Benriach 10YO (SM)
Benriach 12 YO Sherry (SM)
Benromach 10YO (SM)
Benromach 10YO 100 proof (SM)
Bernheim Original Kentucky Straight Wheat Whiskey (Ameryka)
Buffalo Trace (Ameryka)
Bunnahabhain 12YO (SM)
Cambeltown (SM)
Connemara (Irish SM) (1bon)
Cu Bocan (SM)
Dalmore King Alexander III (SM) (4bony)
Deanston Virgin Oak (SM)
Deanston 12YO (SM)
Edradour 10YO (SM)
Elijah Craig 12YO (Ameryka) (2bony - ?)*
Elijah Craig Barrel Proof Bourbon (Ameryka) (2bony - ?)*
Evan Williams 1783 Small Batch (Ameryka) (2bony - ?)*
Evan Williams Black Bourbon (Ameryka) 
Evan Williams Single barrel 2006 (Ameryka) (2bony - ?)*
Evan Williams White Bottled-in-Bold (Ameryka) 
Firebal (likier cynamonowy na bazie whisky; chyba Holandia)
Georgia Moon American Corn Whiskey (Ameryka) (1bon)
Georgia Moon Apple Spirit (Ameryka) (1bon)
GlenBervie (Blended)
Glenburgie 10YO (SM)
Glenfiddich 12YO (SM)
Glenfiddich 15YO (SM) (2bony)
Glengarry Blended (Blended)
Glenmorangie The Lasanta (SM)
Grant's Select Reserve (Blended) (1bon)
Hazelburn (SM)
Inchmurrin 12YO (SM)
Irishman Cream (Likier tworzony ze śmietanki i kawy na bazie SM Irishman)
Irishman Founders Reserve (SM)
Isle of Jura 10YO (SM)
Islay Storm 40% (SM) (1-2bony - ?)*
Kilchoman Machir Bay (SM)
Lagavulin 16YO (SM) (pierwszego dnia za darmo drugiego za bony)
Longrow CV (SM)
Lord Elcho Premium Blended Whisky (Blended)
Mellow Corn Kentucky Straight Corn Whiskey (Ameryka) (1bon-?)*
Miltonduff 10YO (SM)
Nikka All Malt (japoński Blended Malt)
Nikka Blended (japoński Blend)
Nikka From The Barrel (japoński Blend)
Paul John Bold (indyjski SM)
Paul John Brillance (indyjski SM)
Peated Highland 8YO (SM) (pierwszego dnia za darmo, drugiego 1-2bony - ?)*
Pikesville Straight Rye Whiskey (Ameryka) (2bony) - naprawdę świetna whiskey zbożowa
Royal Brackla 12YO (SM)
Royal Canadian (kanadyjski Blend)
Scapa Skiren (SM)
Singleton Spey Cascade (SM)
Speyside 8YO Sherry (SM) (niezależny bottler) (pierwszego dnia za darmo, drugiego za 1-2 bony)
Tamdhu 10YO Sherry Cask Matured (SM) (1bon - ?)*
The Glenlivet Founder's Reserve (SM)
The Wild Geese Classic Blenden Irish Whiskey (irlandzki Blend)
Tomatin 12YO (SM)
Tomatin BIG "T" (Blended)
Tomatin Legacy (SM)
West Cork 10YO (Irish SM)
West Cork Black Cask (Irish SM)
West Cork Blended (irlandzki Blend)
Whyte & Mackay Special (Blended)
Wolf Destillery Reycorn whiskey (polski berbeluch)
Wolf Destillery No. 1 (polski berbeluch)
Wolf Destillery No. 12 (polski berbeluch)
Wolfburn 3YO (Blended Malt)
Writers Tears (irlandzki blend)

* Większość tych destylatów piłem albo za darmo w ramach "obrazowania" opowieści snutych przez hojnych wystawców lub piłem je pierwszego dnia kiedy były jeszcze za tzw. free stąd też moja niewiedza co do ich festiwalowych cen degustacji. Tak właściwie to zapłaciłem jedynie za Dalmore'a, Rum (2bony), Grants'a, Connemare i Georgia Moon. Reszta bonów poszła na cygaro (5bonów) :D

niedziela, 21 sierpnia 2016

[203] Książka: "Co dzień w kinie" - Pauline Kael (1978)


Dziś znów będzie o kinie. Choć trochę nie dzisiejszym. A już na pewno nie z "dzisiejszej" perspektywy, bowiem będzie o nim opowiadać Pauline Kael - jedna z najbardziej wpływowych i najbardziej opiniotwórczych amerykańskich krytyczek filmowych - w swojej książce Co dzień w kinie. Zapraszam.

Pauline Kael zaczęła swoją pracę recenzentki w magazynie "City Lights" po tym, jak wydawca usłyszał jej kłótnię z przyjacielem na temat filmów w jednej z kawiarni. Miało to miejsce w roku 1953 a pierwszym filmem jaki zrecenzowała Kael był Światła rampy Charliego Chaplina. Później pisywała jeszcze dla takich czasopism, jak "McCall's" i "The New Republic" aż wreszcie w 1968 roku osiadła na stałe w magazynie "The New Yorker" i współpracowała z nim aż do roku 1991. Przez te lata stała się - jak pisze we wstępie do Co dzień w kinie Krzysztof Mętrak - "najbardziej malowniczą postacią (...) [amerykańskiej] krytyki, wyrocznią na tamtejszym rynku, powszechnie uważaną za najwybitniejszą amerykańską eseistkę filmową (...)." Mętrak dodaje również, że "To jej poglądy są przedmiotem rozpraw i zajadłych polemik w światowej prasie filmowej, to ona zasiada w jury festiwalu w Cannes, to jej postać jako >>wzorcowej filmowej dziennikarki<< chce sportretować Orson Welles w >>dziele swojego życia<< (The Other Side of the Wind)."* Ważne jest również to - co w dalszej części swojego wywodu podkreśla Mętrak - że "Pauline Kael ma własny styl pisarski i własną skalę wartości, dzięki czemu nie popada w stadne reakcje i >>sterowane<< przez publiczność - tak zręcznie manipulowaną rękami prestidigitatorów przemysłu filmowego - zachwyty. Ma temperament i przenikliwość prawdziwie krytyczną, a więc mitoburczą: nie daje się zwodzić przez pozory, banał i powierzchowność."* 

Co dzień w kinie jest zbiorem esejów z trzech książek Kael: I Lost It at the Movies (1965), Kiss Kiss Bang Bang (1968) oraz Going Steady (1970). Znalazły się tutaj takie teksty jak: Szmira sztuka i kino, Amerykańskie kariery (gdzie autorka przybliża trzy wielkie nazwiska: D.W. Griffitha, Marlona Brando i Orsona Wellesa), Duch czasu (w którym odnosi się do amerykańskich filmów o młodzieńczym buncie i przestępczości oraz wypowiada na temat nieprawidłowego odczytywania filmu Hud), Filmy - dzień po dniu (tutaj znajdziemy szereg - czasami, zjadliwych - recenzji na temat filmów tamtych czasów tj.: West Side Story, Kasia Ballou, Śmieszna dziewczyna, Lis, Joanna i Braterstwo) oraz Krytyka i praktyka.
Czytając te teksty największym szokiem był dla mnie brak jakiegokolwiek konformizmu Kael wobec - dzisiejszych - klasyków kina takich, jak choćby West Side Story. Dla nas filmy te są dziełami kanonicznymi konkretnych gatunków. Dodatkowo oglądanymi z perspektywy czasu, bez dokładnej znajomości czasów, w których powstały, po przeczytaniu nie wiadomo ilu zachwytów na ich temat są obrazami "nie do ruszenia". Autorka jednak, opisując je jako kinowe nowości, odnosi się wobec nich bez zbędnej czołobitności i wynikającego z upływu lat szacunku. Jednak w książce pojawia się także sporo bardzo ciekawych spostrzeżeń na kino w ogóle, jak i na samą recepcję poszczególnych filmów.

"Kino to przede wszystkim >>buzi buzi bum bum<<, ale to nie znaczy, że należy kino deprecjonować, traktując je z wyżyn intelektu i kultury. Przeciwnie, dostarczycielowi odprężenia i radości estetycznej trzeba się przyglądać z krytyczną uwagą, choć bez zbytniej uniżoności i powagi. Krytyka filmowa z racji swego przedmiotu nie może i nie musi być poważna i celebrująca. >>Film - powiada Kael - nie musi być wielki, może być głupi i błahy, a mimo to dać nam radość z dobrej gry czy choćby dobrej repliki<<, gdyż >>romantyzm kina nie polega tylko na historiach i ludziach, których oglądamy na ekranie, ale na młodzieńczym marzeniu o spotkaniu kogoś, kto to cośmy obejrzeli odczuwa tak samo jak my<<. Filmy w swej przeważającej części żyją życiem bezrefleksyjnym - pozwólmy więc im czynić swoje, nie żądając od każdej produkcji aspiracji >>formalnych<< i >>problemowych<<. Krytyk filmowy musi dysponować pewną skalą relatywizmu, inaczej popada w zwadę z rzeczywistością, we frustrację z powodu niespełnienia życzeń i postulatów, z których nieopatrznie uczynił cel swojej działalności. Kino trzeba lubić zarówno w jego >>powyżej<<, jak i >>poniżej<< oficjalnej, konwencjonalnej kultury, a wtedy każde jego doświadczenie może stać się przedmiotem refleksji o bardzo rozmaitym charakterze."*
Takie uwagi, jak ta powyżej skłaniają do innego spojrzenia na filmu. Mniej zintelektualizowanego. Bardziej przyziemnego i czasami bezrefleksyjnego. Skłaniają się do zabawy kinem, czerpania z niego radości, a nie tylko dopatrywania się wartości, znaczeń i roztrząsania problemów społecznych lub politycznych, które to bierze niekiedy na warsztat. Pauline Kael zdaje się nawet mówić, że "kino - miejsce idealizacji naszych pragnień bądź naszego masochizmu - to iluzja, z którą lubimy się identyfikować i której nie poddajemy się do końca. >>Kino<<, a więc wszystkie filmy, gdyż pojęcie >>sztuki filmowej<< niekiedy wprost kłuci się z naszym instynktem widza, poszukującego rechotu, zabawy, przyjemności, zgrywy. Kino nam przywraca równowagę: jest magiczne."*

Nie da się Kael odmówić racji, że Kino jest magiczne. Ale także kino jako miejsce - w tekstach Kael - również wydaje się być magiczne. 

"(...) kiedy czujemy się pokonani, kiedy pragnęlibyśmy wrócić do domu i do wszystkiego, co sobą reprezentuje, nasz dom już nie istnieje. Ale są kina. (...) Dobry film może cię uwolnić od tępego lęku i beznadziejności, które tak często towarzyszą pójściu do kina; dzięki dobremu filmowi możesz znów poczuć, że żyjesz we wspólnocie, a nie sam, zagubiony w jeszcze jednym wielkim mieście. Dobre filmy sprawiają, że ci na czymś zależy, że znów wierzysz w jakieś możliwości. (...) Film nie musi być wielki - może być głupi i pusty, a jednak może sprawić radość dzięki czyjejś dobrej roli lub jednemu dobremu zdaniu dialogu. Grymas aktora, nieznaczny przewrotny gest, grube słowo - które ktoś rzuca z drwiąco niewinną miną - i oto znów świat nabiera trochę sensu. Kiedy siedzisz na sali sam i czujesz się straszliwie samotny, bo ludzie wokoło nie reagują tak jak ty, to wiesz, że muszą być inni ludzie, może w tym samym kinie lub w tym samym mieście, a z pewnością w innych kinach w innych miastach - teraz, w przeszłości lub w przyszłości - którzy czują to co ty. (...) Spotykamy ich oczywiście i od razu wzajemnie się rozpoznajemy, bo mniej mówimy o dobrych filmach niż o tym, co nas zachwyca w złych."*

Mógłbym tak jeszcze długo cytować, ponieważ książkę mam całą pozakreślaną i z własnymi dopiskami oraz notatkami, jednak dla tych, którzy kochają kino te kilka zdań powinno być wystarczającą zachętą do sięgnięcia po wybór esejów Pauline Kael. Jedyne nad czym można ubolewać, to fakt, że przez te niespełna cztery dekady nikt nie podjął się przetłumaczenia na polski żadnej innej książki tej fascynującej znawczyni dziesiątej muzy.

Moja ocena: 7/10 



*Pauline Kael, Co dzień w kinie, Warszawa 1978.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

[202] Książka: "Kino Nowej Przygody" - Jerzy Szyłak (2011)


Dziś mógłbym was uraczyć recenzją kolejnej części serii "www" Marcina Ciszewskiego, jednak oszczędzę tego i wam i sobie. Pozostawię ten tekst w zanadrzu na jakiś inny czas a dziś zaprezentuję i polecę jednocześnie coś zupełnie z innej beczki. Kino Nowej Przygody sygnowane nazwiskiem Jerzego Szyłaka, to propozycja na dziś.

Jak zapewne wszyscy kinomani dobrze wiedzą kino nowej przygody to pojęcie wylansowane przez Jerzego Płażewskiego na łamach miesięcznika "Kino" w drugiej połowie lat 80. Odnosi się ono do nowych, na polskim gruncie, zjawisk filmowych, które w USA trafiły na ekrany kin niespełna 10 lat wcześniej dzięki Georgowi Lucasowi i Stephenowi Spielbergowi. Mowa tutaj oczywiście o Gwiezdnych wojnach i Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia (oba z 1977 roku). Filmy te prezentowały nową jakość w kinie przygodowym (lub też ogólniej w kinie akcji dzięki czemu można do nich zaliczyć również filmy sensacyjne i kryminalne, fantastykę naukową i horror, romans podróżniczy, fantasy, opowieść płaszcza i szpady, kino katastroficzne oraz dramaty, a także komedie, filmy wojenne oraz kostiumowe). Filmy te zawierają "gwałtowne zwroty akcji, wartkie tempo wzajemnie napędzających się wydarzeń, mroczne tajemnice, raptowne zaskoczenia, wyjątkowe zbiegi okoliczności, straszliwe niebezpieczeństwa, sytuacje pozornie bez wyjścia, obrazy wstrząsające rozmachem, makabrą lub okrucieństwem, grozę, epatowanie egzotyką i co pewien czas szczyptę humoru"*. Są to również produkcje mające nieco ironiczny wydźwięk, co jednoznacznie wskazuje, że z pewnością należy je umieszczać w dziedzinie kina rozrywkowego a nie artystycznego. A podsumowując ten cały wywód jednym zdaniem - manifestem, którym podsumowali całe zjawisko jego inicjatorzy - "Chcieliśmy oglądać takie filmy, jakie sami kiedyś oglądaliśmy".

Książka składa się z dwóch części. W pierwszej z nich znalazło się 6 esejów opisujących omawiane zjawisko. Są to: "Kino Nowej Przygody - jego cechy i granice" Jerzego Szyłaka, "Fantasy w kinie nowej przygody" Katarzyny Kaczor, "Kino nowej przygody i gry wideo" Tomasza Pstrągowskiego, "System marketingowy Hollywood w latach 1977-2011" Marcina Adamczaka, "Topika religijna w nurcie fantastyczno-naukowym kina nowej przygody" Sebastiana Jakuba Konefała, "Animacja i kino nowej przygody" Pawła Sitkiewicza oraz "Polskie kino nowej przygody" Krzysztofa Kornackiego.
Na drugą część składa się leksykon filmów, które autorzy wyselekcjonowali i przyporządkowali do omawianego zjawiska zaczynając od wspomnianych już wcześniej Gwiezdnych wojnach a na Avatarze kończąc.   

Książka Kino Nowej Przygody to bardzo interesująca pozycja, która z pewnością przypadnie do gustu wszystkim tym, którzy kochają dokonania Spielberga i Lucasa (oraz wszystkie im pochodne). Będą się mogli dowiedzieć z niej wielu ciekawostek na temat omawianego zjawiska, jego wpływu na inne dziedziny filmowego rzemiosła (jak np. animację) oraz cały biznes rozrywkowy od gier wideo na licencjach merchandisingowych kończąc. A w samym leksykonie (który niestety zawiera również dokładny opis fabuły każdego z prezentowanych filmów, więc po lekturze poszczególnych tekstów nie można liczyć na to, że film nas czymś zaskoczy) można znaleźć wiele inspiracji do kolejnych filmowych seansów oraz dokładną (w większości przypadków, zawierającą także charakterystykę twórczości poszczególnych twórców) analizę wybranych filmów. 

Moja ocena: 8/10



* J. Płażewski, Czy "Nowa Przygoda" zdobędzie kino światowe, "Kino" 1990, nr 3.

czwartek, 11 sierpnia 2016

[201] Książa: "www.ru2012.pl" - Marcin CIszewski (2011)

Dziś po raz kolejny (i nie ostatni w najbliższych dniach) chciałbym wam zaprezentować (bo nie wiem czy słowo zaproponować będzie tutaj na miejscu) fragment twórczości Marcina Ciszewskiego. Będzie to czwarty tom serii "WWW" pt.: www.ru2012.pl.

Dlaczego najpierw czwarty a dopiero później trzeci? Ano z tego prostego powodu, że w tomach 1, 2 i 4 mamy do czynienia z tymi samymi postaciami jako głównymi bohaterami opowiadanej historii. Pozostałe 2 tomy są spin-offami tej historii prezentującymi perypetie postaci drugoplanowych.

A o co chodzi tym razem? Wydawałoby się, że historia jest już w sumie zakończona. Nasi bohaterowie, po tym jak przez zupełny przypadek wzięli udział w powastaniu warszawskim, pod koniec powieści wrócili do swoich czasów, czyli do roku 2012 (postanowili powędrować w przyszłość o pięć lat w przód, ponieważ o tyle się postarzeli). Ostatnia scena przedstawia ich na lotnisku Okęcie jak kontemplują wreszcie znajomą sobie rzeczywistość. Jednak autor postanowił jeszcze raz wplątać ich w dziejową zawieruchę. Na lotniksu dochodzi do ataku terrorystycznego. A później jest jeszcze ciekawiej (albo gorzej). Porwanie członków rodziny, próba odnalezienia tajemniczej organizacji, która zgrandziła emiter i końcowa wielka batalia między trzema (czterema?) stronami, z których jedna jest z przeszłości a reszta z czasów współczesnych.

Powiem krótko, w tym tomie Ciszewski rozwija wątki fabularne niezwiązane z prowadzeniem walki zbrojnej (jest rok 2012, akcja dzieje się w Polsce, więc otwartego konfliktu brak), a jak już dobrze wiemy nie jest w tym najlepszy. Walk jest mało. Około 20, 25 procent całości w samej końcówce. Dużo jest wątków na poły kryminalnych, na poły sensacyjno-szpiegowskich. Niby nie jest to napisane najgorzej; zdecydowanie lepiej niż w części drugiej i na podobnym poziomie co w pierwszej jednak mimo wszystko czegoś brakuje, a czałość psuje sama końcówka. Autor postawił na pełen happy end przez co wystawił cierpliwość i zdrowy rozsąbek swoich czytelników na wielką próbę. Ocena tego tomu jest również całościową oceną tonów 1, 2 i 4.

Moja ocena 4/10

sobota, 6 sierpnia 2016

[200] Książka: "www.1944.waw.pl" - Marcin Ciszewski (2009)


Niespełna tydzień temu zaproponowałem Wam ciekawy pomysł i jego zdecydowanie gorsze wykonanie w debiucie literackim Marcina Ciszewskiego pt.: www.1939.com.pl. Dziś kolej na jego rozwinięcie, czyli drugą część cyklu "www", a mianowicie www.1944.waw.pl.

Z przykrością muszę stwierdzić, że jubileuszowa, dwusetna recenzja książki będzie dotyczyła ni mniej ni więcej, ale srogiego rozczarowania czytelniczego. O ile część pierwsza miała w sobie potencjał ciekawego pomysłu i kilku poprawnie, choć bardzo schematycznie naszkicowanych bohaterów, a kulały w niej jedynie wątki obyczajowe (w tym, całkowicie niepotrzebne wątki miłosne) oraz niektóre rozwiązania fabularne szczególnie w samej końcówce, o tyle część druga nie ma nam do zaproponowania już żadnej z powyższych zalet, a jedynie te same i kilka nowych wad.

Ale od początku. Fabuła jest nad wyraz prosta (a przynajmniej tak może się wydawać po przebrnięciu przez kilkadziesiąt początkowych stron). Masi bohaterowie, którzy po dwóch dniach walk w kampanii wrześniowej zawijają się przez Rumunię i Węgry (albo odwrotnie) do USA żyją sobie tam w (względnym) spokoju kolejne 5 lat. spotykamy ich kiedy są dobrze sytuowanymi mieszkańcami Austin w Teksasie (z pogrążonej w walkach Polski zabierają kosztowności warte kilka milionów dolarów...nie pytajcie...autor czasami przegina z nieprawdopodobieństwem niektórych wydarzeń). Godząc się z myślą, że już nie ma szansy na powrót do ich czasów (roku 2007) starają się ułożyć sobie życie w zastanej rzeczywistości. Pewnego dnia ich były dowódca - ppłk Jerzy Grobicki - informuje ich, że MDS (urządzenie, które pozwala na przenosiny w czasie) jest jednak sprawne, a on właśnie zakończył kompletowanie wszystkich niezbędnych komponentów potrzebnych, aby je uruchomić. Problem tylko w tym, że jest ono ukryte na terenie okupowanej Polski. Czterej przyjaciel - Grobicki, kapitan Jan "Johnny" Wieteska, kapitan Wojciech Kurcewicz oraz kapral nadterminowy Józef Galaś - postanawiają wrócić do kraju po sprzęt. Niestety, we wszystko wplątują się ich głupie żony - kpt. marines Nancy Grobicki oraz wiejska dziewczyna uratowana przez batalion we wrześniu '39 roku Rozalka (teraz już) Wieteska - a także rząd USA.

Jak sami się na pewno domyśliliście z tytułu tym razem Ciszewski wpakuje swoich bohaterów środek powstania warszawskiego. Tym razem jednak sposób w jaki to zrobi, czyli nakreślona konsekwencja zdarzeń będzie tak absurdalnie niedorzeczna (albo głupia, to zależy na którym etapie lektury jesteśmy, ponieważ w tych książkach z początku rzeczy wydają się z goła odmienne niż są w rzeczywistości), że aż boli. Nie ma też Ciszewski na tyle warsztatu, aby umiejętnie kreślić motywacje działań oraz pogłębionych portretów psychologicznych swoich bohaterów. Dobry jest jedynie w opisach prowadzonych walk zbrojnych, ale z nich samych nie da się skomponować żadnej historii. Tak więc mamy Gestapo, przesłuchania na Szucha, akcje odbicia zakładników i zdecydowanie mniej strzelania niż poprzednio, co - zabrzmi to absurdalnie - wcale nie wychodzi książce na dobre. 

www.1944.waw.pl jest drugą i jak do tej pory najgorszą z trzech (a tak naprawdę z pięciu, ponieważ autor pokusił się jeszcze o dwa spinn-offy tej historii) historii składających się na ten cykl. Wiem, bo www.2012.ru.pl bezwiednie przesłuchałem na samym początku, nie będąc świadomym, że jest ona zwieńczeniem serii. Na niekorzyść audiobooka przemawia również lektor - Andrzej Mastalerz(przepraszam za wcześniejszy błąd, nie wiem skąd mi się wzięło teamto nazwisko), który jest również najgorszym czytaczem serii, który sprawił, że po około 3 rozdziałach przerzuciłem się na IVONę. Do tego należy dodać słabą i miejscami niedorzeczną fabułę. Oraz nielogiczność posunięć, decyzji i motywacji dużej części bohaterów jakby iście wyjętych z seriali dla nastolatków. Również schematyczność opisów akcji i walk zbrojnych jest kliszą tego co niejednokrotnie widzieliśmy w filmach i serialach wojennych opowiadających o czasach II wojenny światowej. Autor postawił tym razem na szybkość pisania, a nie na jakość zaprezentowanej historii (książka ukazała się w niespełna 11 miesięcy po pierwszej części), co z pewnością nie było słusznym posunięciem. Jest to pozycja jedynie dla wytrwałych, wiernych fanów grafomańskich zdolności Ciszewskiego lub osób takich jak ja, którzy najpierw przeczytali ostatni tom i chcą wiedzieć jak do tego wszystkiego doszło.

Moja ocena: 3/10


poniedziałek, 1 sierpnia 2016

[199] Książka: "www.1939.com.pl" - Marcin Ciszewski (2008)


Marcin Ciszewski to bardzo płodny autor. Przez 9 lat pisarskiej kariery zdążył opublikować 11 powieści. I choć jego książki w zdecydowanej większości obejmują literaturę na poły wojenną i szeroko pojętej sensacji to zdarzało mu się również wkraczać na tereny należące do gatunku kryminału (między innymi recenzowana przeze mnie powieść Kruger. Szakal). Dziś jednak chciałbym się przyjrzeć debiutowi literackiemu Ciszewskiego, a mianowicie www.1939.com.pl.

Pierwsze co ciśnie mi się pod palce, to uwaga, że był to świetny pomysł na książkę. Połączenie literatury wojenno-sensacyjnej z elementami science fiction, jest nie lada gratką, dla wszystkich, którzy lubią niebanalne rozwiązania fabularne. Bo jak inaczej zaklasyfikować opowieść, w której Pierwszy Batalion Rozpoznawczy Wojska Polskiego (wraz z grupą amerykańskich marines) przenosi się za pomocą najnowocześniejszego wojskowego cuda techniki (tzw. MDSa, czyli Mobile Defense System a po naszemu po prostu Mobilnego Systemu Obrony) z roku 2007 zamiast do Afganistanu A.D. 2007 do Polski roku Pańskiego 1939 (dokładnie 1 września 1939 roku). Żołnierze stają przed dylematem co robić. Czy uczestniczyć w walkach i odmienić znany z podręczników do historii przebieg konfliktu, czy spróbować naprawić usterkę , która przeniosła ich w tak niespodziewane i odległe od zamierzonego celu miejsce nie mieszając się w otwartą walkę z wrogim najeźdźcą? Jak to zwykle bywa decyzję podejmuje za nich samo życie, a wiedza na temat "usterki", którą zdobywają w trakcie rozwoju akcji jest jeszcze gorsza od najśmielszych przypuszczeń.

Mnie ten pomysł spodobał się od razu. Ciszewski bardzo dobrze poradził sobie również z początkowym nakreśleniem rysów charakterologicznych głównego bohatera - ppłk. Jerzego Grobickiego - oraz grupy jego najbliższych współpracowników. Nie jest również źle jeśli chodzi o opisy szeroko pojętych działań wojennych z taktyką i strategią prowadzenia oddziału podczas wtarć zbrojnych. Dokładna znajomość polskiego (i nie tylko) uzbrojenia jeszcze to wzbogaca i urozmaica. Autor radzi sobie również z poczuciem humoru, tego w książkach o wojsku nie może przecież zabraknąć, bo jak pokazał nam już Hasek (i wielu innych idąc za jego przykładem) wojsko absurdem stoi (choć tutaj jest on raczej sytuacyjny niż szwejkowski)! 

To by było mniej więcej tyle jeśli chodzi o samą fabułę i zalety. Jednak nie ma róży bez ognia jak głosi tytuł jednej z komedii Barei i Ciszewskiemu wiele rzeczy się nie udało tak jak to zapewne planował. Po pierwsze wątek miłosny i przeszłość głównego bohatera jest nie dość że nakreślona bardzo topornie (w tym pierwszym przypadku) to jeszcze bardzo mało prawdopodobnie (w tym drugim). Interakcje między bohaterami, te kiedy nie walczą, są toporne i bardzo grubo ciosane. Widać, że nie jest to najmocniejszy punkt twórczości pisarza i że zdecydowanie lepiej czuje się, kiedy jego bohaterowie są w ferworze walki lub rozmawiają ze sobą na tematy czysto wojskowe. Bardzo rozczarowuje również samo zakończenie. Ciszewski posługuje się tutaj - porównując sytuację do sfery filmowej - cięciem montażowym (używanym również w innych kluczowych momentach, a szczególnie w nadmiernie mnożonych wątkach miłosnych, z którymi nie radzi sobie zupełnie). Kiedy wydaje się, że bohaterowie są już w przysłowiowej czarnej dupie albo inaczej mówiąc fabuła zabrnęła w taki kąt, z którego ciężko będzie ją wyłuskać, autor przenosi się o kilka lat w przód twierdząc, że jakoś tam poszło, coś tam coś tam i teraz już są zupełnie gdzie indziej i jest git, bo zaraz będzie druga część. Trochę to psuje dobry efekt całości i zdecydowanie obniża ocenę końcową. 

Mimo jednak tych niedociągnięć i kilku potknięć technicznych uważam, że jest to przyzwoite czytadło, po które warto sięgną z tzw. ciekawości, a nóż się spodoba. 

Moja ocena: 5/10

niedziela, 17 lipca 2016

[198] Książka: "Słownik gatunków i zjawisk filmowych" - Bartłomiej Paszylk (2010)


Filmy są różne, prostokątne i podłużne. Są filmy, które podobają się wszystkim (no dobrze, większości) i takie, które mają bardzo nieliczne grono fanów, jednak fanów wiernych i oddanych. Niektórych nie da się zakwalifikować do określonego gatunku - i wtedy zwykło się mawiać, że przynależą do nurku kina artystycznego. Pozostałe można zakwalifikować do kina gatunków. I właśnie o tych drugich jest Słownik gatunków i zjawisk filmowych Bartłomieja Paszylka, ale nie tylko.

W tej nie tak w sumie obszernej pozycji, oprócz krótkiej acz dość treściwej i skondensowanej charakterystyki poszczególnych gatunków filmowych znajdziemy również część poświęconą twórcom tychże gatunków, czyli reżyserów najbardziej kojarzonych przeważnie z jednym gatunkiem filmowym, w którym odnieśli największe sukcesy, są jego czołowymi przedstawicielami bądź też stworzyli pionierskie dzieła i są uznawani za ojców założycieli danego nurtu. Spis liczy trzydzieści nazwisk autorów bardzo znanych lub też całkowicie anonimowych dla większości polskich kinomaniaków. Z tej pierwszej grupy warto wymienić braci Coen, Anga Lee, Jackiego Chana, Davida Cronnenberga, Clinta Eastwooda, Christophera Nolana, czy też Seria Leone, Tima Burtona i Quentina Tarantino. Do drugiej z pewnością należeć będą m.in. dario Argento, Mario Bava, Uwe Boll, Bruce Campbell, Roger Corman, Ruggero Deodato, Lucio Fulci, Christopcher Guest, Monte Hellman, John Hughes, Richard Linklater, Russ Mayer, a także Sam Peckinpah, Eli Roth, Kevin Smith, John Waters.

W przypadku części drugiej, czyli gatunków filmowych jest bardzo podobnie. W gronie 38 zaproponowanych przez autora są takie, o których z pewnością słyszeli wszyscy, więc nie mogło zabraknąć kina akcji, fantasy, komedii romantycznej (określonej mianem Romcomu), superhero movie czy też spaghetti westernu i kina katastroficznego. Pojawiają się też takie które znane są z pewnością dużej większości fanów kina lecz nie wszystkim, jak anime, antywestwern, bonder (czyli specyficzne kino szpiegowskie eksploatujące motywy bondowskie, lub też same filmy należące do tej serii), film drogi, kino postmodernistyczne, komedia grozy czy też sitcom (który jest ewidentnie zjawiskiem przynależącym do kręgu seriali i zupełnie nie wiem skąd wziął się w tej książce). Jednak to nie wszystko, ponieważ autor umieścił tutaj charakterystykę również takich gatunków, które nawet dla osób uznających się za fanów i znawców kina mogą wydawać się obce lub przynajmniej dość mgliste. Można do nich zaliczyć kaiju-eiga (coś w rodzaju monster movie skupiający się na postaci samej Godzili), kino kanibalistyczne, torture porn, chick flick, survival, acid western, ballada filmowa, Brat Pack film, cyberpunk, exploitation, Frat Pack film, kino generacji X, giallo, gore, heimatfilm, kamp, mocumentary, neo-noir, new queer cinema, peplum, poliziottesco, rape and revenge, slasher.

Książka ta będzie z pewnością ciekawą propozycją dla osób, które już trochę znają i rozumieją kino lecz chciałyby poszerzyć swoją wiedzę również o informację z poza głównego nurtu. Dowiedzieć się czegoś o gatunkach i zjawiskach mniej popularnych, a czasami wręcz niszowych z uwagi na swoją tematykę lub często także formę. Autor, oprócz dość zręcznego, choć czasami niewystarczającego lub, rzadziej zbyt zdawkowego opisu danego zjawiska, podaje również filmy będące najlepszą reprezentacją omawianego gatunku a także dość szeroką literaturę dodatkową co może być nie lada gratką dla osób chcących dowiedzieć się jeszcze więcej.

Podsumowując, jest to na pewno pozycja ciekawa i warta uwagi, którą można czytać od deski do deski za jednym podejściem, jak również zaglądać do niej w poszukiwaniu inspiracji i nowych ciekawych wyzwań filmowych.

Moja ocena 7/10


niedziela, 10 lipca 2016

[197] Książka: "Cudowny lek" - Thomas Goetz (2015)


Na samym szczycie okładki Cudownego leku jest napisane, że będzie to doskonała książka dla wielbicieli Stulecia chirurgów. Mnie się wydaje, że można tę sentencję rozwinąć i zdecydowanie poszerzyć, gdyż ja nie czytałem do tej pory rzeczonej książki Jurgena Thorwalda, lecz dość dobrze poznałem jego talent podczas lektury innych jego publikacji (m.in. Stulecie detektywów, Godzina detektywów, Królewska krew). I muszę stwierdzić, że książka Thomasa Goetza Cudowny lek spodoba się wszystkim wielbicielom talentu Thorwalda, a także czytelnikom lubiącym wciągające książki historyczne z medycyną na pierwszym planie.

Bo taki właśnie jest Cudowny lek. Na poły wyrywkowa biografia trzech wielkich ludzi: Roberta Kocha, Ludwika Pasteura i, co zaskakujące, Artura Conan Doyle'a; na poły historia ich naukowych oraz, w przypadku tego ostatniego, literackich dokonań. Książka już od pierwszych stron wciąga doniosłością opisywanych wydarzeń - wynalezienia cudownego leku, pogromcy gruźlicy. Opisująca tłumy schorowanych ludzi ciągnących ze wszystkich stron świata w nadziei na poprawę swojego stanu zdrowia dzięki tajemniczej limfie Kocha. Tuż po tym wprowadzeniu autor cofa się całe dziesiątki lat wstecz do momentu kiedy nikomu jeszcze nie znany Robert Koch rozpoczyna swoje życie a później edukację z dziedziny medycyny i osiedla się w Wolsztynie, gdzie dokona swoich pierwszych przełomowych odkryć. Gdzieś w między czasie pojawia się sylwetka jego znakomitego przeciwnika i rywala w walce o uznanie i sławę - Ludwika Pasteura. W tym przypadku obywa się już bez tak dogłębnego rysu biograficznego. Autor przechodzi do najważniejszych odkryć, które wstrząsnęły skostniałym i wciąż wierzącym w teorię humoralną kręgiem XIX wiecznych naukowców i lekarzy. W pewnym momencie, głównie z powodu wykształcenia, pojawia się także Conan Doyle (będący lekarzem). Jednak jego obecność jest wynikiem także innych punktów wspólnych z dwojgiem wielkich naukowców. Po pierwsze Doyle był autorem pierwszego krytycznego tekstu poświęconego tuberkulinie, czyli wspomnianej wcześniej "limfie" Kocha, która okazała się całkowicie nie skuteczna. Po drugie z uwagi na osobistą tragedię, a mianowicie śmierć ukochanej żony, która chorowała właśnie na suchoty, jak wcześniej zwykło się nazywać gruźlicę. 

Goetz dość zręcznie lawiruje między biografiami i wydarzeniami z życia tych trzech postaci, najwięcej uwagi poświęcając Kochowi i Doyle'owi, Pasteura traktując nieco po macoszemu (prawdopodobnie z uwagi na podeszły wiek francuskiego naukowca, który zakończył swoje naukowe dokonania nieco wcześniej niż Koch), tworząc spójną całość. Dzięki temu książka przestaje być czysto historycznym sprawozdaniem z przebiegu odkryć medycznych, a staje się portretem ludzi - mentalnym jak i kulturowym - żyjących w drugiej połowie XIX w. 

Całość czyta się bardzo przyjemnie, nawet jeśli gdzieniegdzie pojawiają się dość trudniejsze i nudniejsze czysto techniczne fragmenty lub zbyt fachowo przedstawiające omawiany problem. A jeśli maiłbym się już do czegoś przyczepiać, to mimo tych powodów, które wymieniłem powyżej, wciąż dość trudno mi zrozumieć intencje jakie przyświecały autorowi zamieszczającemu tak obszerne fragmenty związane z dokonaniami literackimi Conan Doyle'a. Są one bardzo ciekawe, jednak, moim zdaniem, zupełnie zbędne dla tej opowieści, która poradziłaby sobie równie dobrze, jeśli nie lepiej, bez nich. 

Moja ocena: 7/10

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...