środa, 25 września 2013

Polska przaśna i kraśna...czyli muzyka ludu.

Ostatnio z nudów przełączając kanały telewizyjne natknąłem się na stację TVS Silesia, czyli jakiś regionalny kanał śląski. I po obejrzeniu programu tej stacji dochodzę do wniosku, że tam muszą mieszkać naprawdę wyluzowani ludzie. Na okrągło tylko disco polo i jakieś dziwne programy o gotowaniu, przeplatane filmami klasy Z. 

Tutaj jeden z przebojów tej stacji, na który ostatnio niefortunnie wpadłem


Jednak powrót disco polo do łask, to nie jest tylko regionalna tendencja, bo w tv mamy coraz więcej kanałów nadających tylko i wyłączne ten gatunek muzyki a ostatni sukces hitu "Ona tańczy dla mnie" jakiegoś tam zespołu, którego nazwy nie pamiętam (ok, wygooglowałem - Weekend się nazywają), tylko to potwierdza. Choć z przykrością muszę przyznać, że jest to tendencja przerażająca. Osobiście najbardziej ubolewam nad jedno-wymiarowością całej muzyki disco polo, tak w sferze tekstowej, jak i muzycznej. To już Zespół Śląsk lepszy...przynajmniej klasyka :D

Wszyscy (niestety) to znają, wszyscy (niestety) śpiewają. Powstało nawet kilka parodii tej rzewnej pieśni. Tutaj jedna z nich.


Jednak to nie wszystko. Nie ma to jak mieć disco-polową piosenkę, która promuje twój smolbiznes. Jedną z nich jest producent owiewk samochodowych Hako. Pierwszy raz jak usłyszałem ten utwór (szukając owiewej do własnego auta) to myślałem, że to po prostu przypadkowa melodia, ale później wsłuchałem się w tekst...i nie kupiłem owiewek. Za bardzo zależy mi na imagu, który by niemiłosiernie walnął o ziemię, gdybym wyroby tej firmy przykleił do własnego auta :D Poniżej ten właśnie piękny utwór.


Ciekawym odłamem prostackiej muzyki i kultu cygaństwa-wieśniactwa-hamstwa-pijaństwa jest też zespół Bracia Figo Fagot, o których istnieniu bym nawet nie wiedział, gdyby nie moi koledzy z klubu hondy. Dodatkową zmorą jest też to, że zespół ten bardzo polubił moje miasto i dość często u nas koncertuje. Aby zaprezentować Wam czym się teraz "jarają" młodzi ludzie poniżej próbka możliwości tej kapeli.


Są jeszcze inne przejawy naszej najmniejszej kultury, takie jak na przykład Kapela znad Baryczy, która została wybrana "nadwornym" zespołem ojca Rydzyka i wszystkich jego przedsięwzięć. Kapela gloryfikuje o. Tadeusza jako jedynego obrońcę narodu i w zamian za to ojciec okrzyknął jeden z ich utworów "Hymnem Radia Maryja". Poniżej najciekawsze przedsięwzięcia zespołu :D

Tutaj pieśń dziękczynna za geotermalną działalność o. Tadeusza



Tutaj tzw. protest-song sprzeciwiający się zamknięciu telewizji TRWAM

I wreszcie słynny "Hymn Radia Maryja"


Ok, koniec tych rozważań nad Polską buraczaną. Czas się wziąć za coś pożytecznego. Oczywiście jeśli chcecie mój "wybór" skomentować, to nie krępujcie się. Z chęcią poczytam co na ten temat myślicie ;)

poniedziałek, 23 września 2013

[27] Książka: "Lepperiada" - Marcin Kącki (2013)


Ostatnimi czasy w moich preferencjach czytelniczych nie ma zbyt wielkich zmian i dużej różnorodności. Póki co to się nie zmienia, bo kolejną przeczytaną przeze mnie książką jest "Lepperiada" Marcina Kąckiego. "Lepperiada" to obszerny reportaż na temat kulisów dojścia do władzy Andrzeja Leppera, z którego dowiadujemy się jak funkcjonowała, z jakich ludzi się składała i wreszcie jak upadła, stworzona przez niego partia polityczna, Samoobrona. I uwierzcie mi, jest o czym czytać, bo to ugrupowanie to największa kloaka jaka  przytrafiła się polskiej polityce w najnowszej historii Polski.

Andrzej Lepper znokautował polską scenę polityczną...niestety ona nie była mu dłużna.


Kącki jest świetnym, bardzo dociekliwym reportażystą. Tak mówił o nim Andrzej Skworz, naczelny miesięcznika "Press": "Gdy z nim rozmawiasz, czujesz się jak na przesłuchaniu – Marcin Kącki przewierca cię wzrokiem i zapamiętuje najdrobniejsze szczegóły. A gdy raz się do ciebie przyczepi, nigdy nie odpuszcza." Po tej książce widać, że nie odpuścił również Samoobronie, bo na światło dzienne wychodzą wszystkie fakty tak skrzętnie ukrywane i tuszowane przez jej działaczy. 

Niewyobrażalna przemiana z chłopa blokującego drogę...

Kącki bardzo dokładnie przedstawia nam drogę Andrzeja Leppera - Ikara w gumofilcach (określenie ukute przez Tomasza Lisa) - z blokady na drodze wprost na polityczne salony. Ewolucję jego imagu z prostego chłopa do jednego z lepiej ubranych polskich polityków (sic!). Przedstawia nam jego historię dokładnie, ale nie jak socjolog a rasowy reportażysta. Opisuje nam wszystkich ważniejszych, i mniej ważnych, współpracowników i członków Samoobrony tj. Renata Beger, Danuta Hojarska, Stanisław Łyżwiński i wielu innych w tym aferzystów, przestępców, bezrobotnych, ludzi niewykształconych i zadłużonych (łączny dług członków Samoobrony wynosił w pewnym momencie 12 milionów złotych).

...w polityka. No, powiedzmy w "polityka".

Mamy tutaj opis kupowania podpisów przez posłankę Beger (po internecie krążył wtedy żart ile przeciętny samochód pali głosów na 100 km, bo posłanka tłumaczyła się, że wcale nie kupowała głosów a jedynie zwracała swojej współpracownicy pieniądze za benzynę :D). Oceny obu wyżej wymienionych posłanek z egzaminu dojrzałości, walkę o stanowiska dla członków partii Leppera, kreowanie sztucznych stanowisk, by tylko obsadzić ją ludźmi bez wykształcenia i predyspozycji, a wreszcie aferę "praca za seks", która była gwoździem do trumny partii.

Nawet zdając maturę na mierny można skończyć studia. Nie traćcie więc wiary!

Dla mnie osobiście, najbardziej fascynujące było to, jakie musiały być nastroje w narodzie, że tacy ludzie w ogóle uzyskali jakiekolwiek poparcie i zaufanie wyborców.  Książka i na to pytanie udziela odpowiedzi. 

Hmm...chyba jednak nie...

"Lepperiada" to dobry i obszerny reportaż o bardzo ciekawym wydarzeniu, niekiedy śmiesznym, a przez większość czasu przerażającym, jakim było dojście do władzy ludzi prostych i niekoniecznie stworzonych do uczciwości. Polecam. Ocena 7.5/10.

sobota, 21 września 2013

[26] Książka: Imperator. Tadeusz Rydzyk bez tajemnic - Piotr Głuchowski, Jacek Hołub (2013)

Tak! Udało się! Wreszcie skończyłem. I muszę się Wam przyznać, że odrobinę poniosła mnie fantazja kiedy podawałem ilość stron tej, skądinąd, obszernej książki. Oczywiście nie miała ona stron 850-ciu a jedynie 450, ale to wszystko wina elektronicznej jej wersji, z która obcowałem. Nie ważne, było minęło. Jak tylko przeczytałem kilkanaście pierwszych stron tego dzieła, to już wiedziałem, że będzie to lektura genialna. I nie zawiodłem się. 


Książka o Tadeuszu Rydzyku jest dogłębną i obszerną analiza większości (jeśli nie wszystkich) działań jakie ojciec redemptorysta zainicjował w swoim dotychczasowym życiu. Z początku nie chciałem pisać żadnej recenzji na temat tej książki, bo być może czyniąc to uraził bym zraniłbym innych i przy okazji zdradził swoje poglądy i nastawienie do działalności ojca Rydzyka, jednak po dłuższym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że chociaż ta garstka osób, które zaglądają od czasu do czasu w moje skromne progi, powinna się dowiedzieć na co może liczyć sięgając po ten tom. 


Autorzy - Piotr Głuchowski i Jacek Hołub - odwalili naprawdę kawał dobrej roboty dokładnie analizując wszystkie publikacje o o. Rydzyku, jakie dotychczas  ukazały się drukiem w naszym kraju. Jednak nie poprzestali na tym. W książce znajdziemy cytaty z wywiadów prasowych (głównie dla "Naszego Dziennika" bo to jedyna gazeta, z którą rozmawia redemptorysta), fragmenty audycji radiowych i wypowiedzi okolicznościowych. Twórcom udało się także dotrzeć do źródeł informacji wewnątrz organizacji prowadzonych przez dyrektora Radia Maryja i choć nie zawsze chcą oni podać swoje nazwiska, to nie umniejsza to ich roli w opublikowaniu w niniejszym tomie informacji mało znanych. I choć ojciec Rydzyk nie miał najmniejszego zamiaru porozmawiać z autorami książki (ponieważ są oni dziennikarzami znienawidzonej przez rodzinę RM i jego samego "Gazety Wyborczej") to starają się oni zachować obiektywizm i przedstawiają całe spektrum faktów i zdarzeń, które często pokazują duchownego w pozytywnym świetle.



Głuchowski i Hołub pokazują nam w jaki sposób ten, nie tak znowu lotny, duchowny stworzył swoje imperium. Co wchodzi w jego skład (Radio Maryja, Telewizja TRWAM, gazeta Nasz Dziennik, krótka i nieudana przygoda z telefonią komórkową, Wyższa Szkoła Kultury Medialnej i Społecznej, odwierty geotermalne, kompleks świątynno-uzdrowiskowy w Toruniu i jeszcze kilka nieudanych biznesów). A także jakim jest człowiekiem i co nim kieruje. Dowiadujemy się też czym jest rodzina Radia Maryja, jakie są ich poglądy, i co najważniejsze, jaki mają wpływ na układ sił politycznych w państwie.


Nie chcę pisać nic więcej, bo tę książkę każdy myślący człowiek w naszym kraju, czy to będący z o. Rydzykiem, czy przeciw niemu, czy też mający go gdzieś głęboko w czterech literach, powinien po prostu przeczytać. 

EDIT: Dziś długo rozmyślałem nad tym czy przypadkiem nie wystawiłem zbyt pochopnie tak wysokiej oceny i dochodzę do wniosku, że 8/10 będzie bardziej adekwatne niż wcześniejsze 9/10.


Hmm...



czwartek, 19 września 2013

[17] Serial: "Ranczo" - fantasmagoria czy american dream w polskim wydaniu?

Z racji tego, że wciąż nie udało mi się dokończyć "Imperatora" (który swoją drogą ma przeszło 850 stron, więc musicie mnie zrozumieć), to znów postanowiłem podzielić się z Wami moimi luźnymi przemyśleniami. Tym razem jednak na temat pewnego polskiego serialu. Serialu bardzo dziwnego i ostatnimi czasy bardzo zaskakującego. 


Chodzi mi oczywiście o serial "Ranczo", który od momentu swojego pojawienia się na antenie telewizyjnej jedynki (chyba) został już wyemitowany w przeszło 100 odcinkach. A co w nim takiego zaskakującego zapytacie? W tym tekście postaram się to wyjaśnić.



Jest sobie pewna wieś (chyba, bo może to być też małe miasteczko) o nazwie Wilkowyje, do którego w pewnym momencie sprowadza się pewna amerykanka. Jest nią oczywiście Lucy Wilska (Ilona Ostrowska), spadkobierczyni podupadłego dworku, w którym aż do śmierci mieszkała jej babcia. I od tego momentu w Wilowyjach, a także w całej gminie dzieją się niestworzone rzeczy. Ale wszystko po kolei, bo jak to mówią - nie od razu Rzym zbudowali ;) 



W pierwszych odcinkach po prostu poznajemy mieszkańców, dowiadujemy się kto trzyma władzę i jak funkcjonuje to magiczne miejsce. I mamy tutaj m.in. księdza, który lubi się wtrącić do wszystkiego (Cezary Żak), wójta, który za wszelką cenę stara się nie wypuścić władzy z rąk i jest idealnym uosobieniem pozostałości po uprzednim systemie, jest też bratem bliźniakiem księdza (oczywiście także Cezary Żak). Mamy jeszcze drobnego przedsiębiorcę budowlanego, niejakiego Więcławskiego (Grzegorz Wons), który dzięki konszachtom z wójtem jest w stanie wygrać każdy przetarg na budowlaną inwestycję w gminie. Jego żona natomiast prowadzi sklep (Dorota Chotecka), więc żyje im się całkiem nieźle. Mają jeszcze córkę, ale ona pojawia się tylko na chwilę, więc nie  jest zbyt istotna w kreowaniu fabuły. 


Idąc dalej napotykamy na pijaków siedzących pod sklepem, czyli Patryka Pietrka (Piotr Pręgowski), Jana Japycza (Leon Niemczyk) i później jego brata Stacha Japycza (Franciszek Pieczka), a także Hadziuka (Bogdan Kalus), którego żona - Hadziukowa (Dorota Nowakowska) - w jednym z pierwszych odcinków postanawia hodować kozy (to ważna informacja) i Solejuka (Sylwester Maciejewski), recydywistę, człowieka nie nadającego się zupełnie do niczego (to też ważna informacja) posiadacza żony i (bodajże) ośmiorga dzieci (żona Solejuka, zwana Solejukową - Katarzyna Żak, kobieta niepiśmienna i raczej nie oczytana także odniesie w tej magicznej miejscowości wielki sukces, ale o tym za chwilę). Do tej zgrai osobliwości można jeszcze doliczyć doktora Mieczysława Wezóła (Wojciech Wysocki) i jego chorobliwie zazdrosną żonę Dorotę Wezółową (Beata Kowalska), która swoją drogą doprawi później mężowi rogi z wójtem :D Kontynuując należy jeszcze wymienić bardzo ważną postać jaką jest pijak i wioskowy przegrany Jakub Kusy (Paweł Królikowski), przyszły mąż i ojciec dziecka amerykanki; dyrektorka szkoły (Ewa Kuryło), żona wójta Halina Kozioł (Violetta ZmArlak); okropną kobietę, gospodynie księdza, tzw. Michałową (Marta Lipińska). 



Wyliczankę zamykają wioskowy policjant Stasiek (Arkadiusz Nader) i jego późniejsza żona barmanka Violetka (Magdalena Waligórska). Aha, zapomniałbym o sekretarzu gminy, Arkadiuszu Czerepachu (Artur Barciś). Być może pominąłem kilka istotnych osób, które pojawiają się w serialu, ale one nie są potrzebne do mojej wyliczanki, która nastąpi poniżej ;)


Ok, to po tym przydługim wstępie przejdę wreszcie do tego co mnie w tym serialu przeraża, bo chyba tak można nazwać fantazję jego twórców - przerażającą! Pierwszą sprawą, o której chciałbym się z Wami podzielić są wielkie biznesy jakie w Wilkowyjach wyrastają jak grzyby po deszczu. Jest to wręcz niespotykane aby w tak małej miejscowości działały tak dobrze prosperujące wytwórnia kozich serów (swoją drogą prowadzona jedynie przez jedną osobę - Hadziukową, bo mąż jedynie pilnuje kóz :D) i pierogowy biznes rodziny Solejuków. Dziwi mnie to głównie z tego powodu, że sery Hadiukowej są znane i cenione w całej Europie, a pierogarnia Solejukowej lekką ręką przynosi w niedługim odstępie czasu zysk w granicach 40-50 tys. złotych. Chciałoby się powiedzieć: "Żyć nie umierać". Drugą sprawą, też fascynującą (przynajmniej mnie) jest poliglotyzm prostej kobiety Solejukowej, która dotychczas niezdradzająca żadnych oznak umysłu w ciągu kilkudziesięciu odcinków trwania serialu z łatwością nauczyła się kilku języków obcych. Fascynujące po prostu! Kolejną sprawa jest to, że w tej wiosce zdarzyło się już chyba wszystko od wizyt biskupa po te z delegacjami z UE. Fantazja twórców nie zna po prostu granic. Inną rzeczą jest fakt, że wioskowy pijak zostaje gwiazda muzyki disco-polo (Patryk Pietrek) a inny (Solejuk) radnym czy też innym posłem (tych odcinków już nie oglądałem zbyt uważnie, bo poziom mojej irytacji zbyt często osiągał stan krytyczny). Do tego trzeba doliczyć pogadanki o feminizmie, aborcji i sposobach zapobiegania ciąży, Uniwersytet Ludowy, radio, gazetę (te dwie inicjatywy jeszcze jestem w stanie zrozumieć), próbę stworzenia country clubu we wsi dla 4-5 członków, i to, że w miejscowości, w której jest wójt porządku pilnuje tylko jeden policjant, a dzieci Solejuków są tak inteligentne, że aż zdolne do telekinezy, to już lekka przesada. 


Ale to tylko takie moje małe narzekania i pewnie nikt tego nie przeczyta bo zmęczy się w połowie i sobie daruje ;) Jednak tych co dotrwali aż tutaj proszę o komentarz, bo chcę zobaczyć, czy to tylko ja jestem taki nienormalny, czy może jednak twórców odrobinę ponosi fantazja ;)

środa, 18 września 2013

Aktorzy charakterystyczni kina polskiego

Miałem napisać o "Róży", którą udało mi się obejrzeć już kilka dni temu, ale ciągle nie wiem jak podejść do tego filmu. Muszę go jeszcze trochę w sobie pokisić, żeby wyszło coś strawnego i składnego. Z tego też powodu, a także dlatego, że lektura najnowszej książki się przedłuża, postanowiłem luźno poanalizować sobie polskich aktorów, którzy ze względu na swoją aparycję jak i predyspozycję zostali odrobinę zaszufladkowani. Jeśli nie macie nic lepszego do roboty to zapraszam ;) 


Pierwszym aktorem, o którym myślę, kiedy pojawia się "szufladkowanie" jest Ryszard Kotys. To człowiek zawsze grający mendę. Ktoś może się oburzyć i powiedzieć, że za dużo się naoglądałem "Świata wg Kiepskich" (co swoją drogą może i jest prawdą), ale spójrzmy na to obiektywnie. Kogo pan Ryszard zwykł grywać? Odpowiedź na to pytanie nie będzie to łatwe, bo ten niepozorny aktor zagrał już w przeszło 150 filmach. Jednak biorąc pod uwagę te filmy, które są najbardziej znane i te, które oglądałem :D wychodzi na to, że Pan Kotys był:
- setnikiem w "Wiedźminie" - pazerna menda;
- żołnierz kontrolujący rozmowy w budce telefonicznej w "Rozmowach kontrolowanych" - menda;
- sekretarz PZPR w "Konsulu" - też pewnie menda, choć mimo tego, że wczoraj leciał w Kino Polska, to słabo pamiętam akurat jego epizod;
- listonosz w "Koglu-Moglu" - menda mniejszego kalibru;
- więzień Nosacz w "Kingsajzie" - też menda siedząca pod durszlakiem;
- Melski, wspópracownik Kwinty w "Vabank" i "Vabank" 2 - taka menda, ale tym razem po tej dobrej stronie :D;
- kanciarz we Wrocławiu w "Wielkim Szu" - menda;
- portier w akademiku w "Wyjściu awaryjnym" - menda;
- sprzedawca kota w "Samych swoich - menda i oszust;
- Marian Józef Paździoch w "Świecie według Kiepskich" - największa menda świata :D
Ok, więcej mi się nie chce analizować. Jednoznacznie wychodzi, że pan Kotys został zaszufladkowany jako wrzód i swoje role odgrywa pięknie, bo jak tylko na niego patrzę, to mam ochotę go "stuknąć" :D


Kolejną postacią, której chciałem się przyjrzeć jest pan Roman Wilhelmi. W tym przypadku jednoznaczna ocena będzie trudniejsza, bo był to aktor zdecydowanie częściej obsadzany w rolach pierwszoplanowych, ale ja przypisałem go sobie jako "chamio jedno" i strasznego prostaczka i pod tym określeniem funkcjonuje u mnie do dziś. Przeważyły dwie role:
- pierwsza i najważniejsza to oczywiście Stanisław Anioł, gospodarz domu z serialu "Alternatywy 4". Takiego popisu jaki dał w tym serialu, to jeszcze do tej pory nikt nie powtórzył;
- druga rola, to także niezapomniany popis w serialu "Kariera Nikodema Dyzmy", gdzie sami wszyscy dobrze wiemy jak i kogo grał. Rewelacja!
Do tych dwóch ról odrobinę jeszcze pasuje rola w "Zaklętych rewirach", ale tylko odrobinę, bo tam wcielał się w zgoła odmienną postać, a mianowicie bardzo surowego szefa sali w renomowanej restauracji. Choć mimo piastowanego stanowiska jego maniery nie wzniosły się na wyżyny.
Przy tej postaci muszę dodać, że po piętach depcze mu jeden z aktorów młodszego pokolenia, choć jego chamstwo jest mniej wyrafinowane i bardziej nieudolne, ale niekwestionowane, bo do tej pory nie zdarzyło mu się zagrać nikogo innego niż chama i prostaka. Tu nie zdradzę nazwiska (nie, nie jest to Borys Szyc) i poproszę o Wasze typy. Zobaczymy czy ktoś zgadnie :D


Jeszcze inną postacią, która przychodzi mi na myśl kiedy myślę o "szufladzie" albo po prostu o predyspozycjach to Zbigniew Buczkowski, czyli nasz polski cwaniaczek, kombinator i człowiek małego biznesu :D Choć w jego przypadku uzasadnienie takiej oceny będzie jeszcze trudniejsze niż przy Ryszardzie Kotysie, bo miał epizody w dużo bardziej znanych produkcjach, ale spróbuję ;) 
- Lucjan Fedor w "Nocy Świętego Mikołaja" - drobny złodziejaszek i przestępca; pomaga księdzu "ogarnąć" prezenty dzieciakom z domu dziecka, oczywiście nie wszystko idzie tak jak powinno, jednak Buczkowski nie odchodzi daleko od swoich "zwykłych" postaci;
- Rysio w "Złotym Runie" - hmm...taki "drobniaszek" zaangażowany przez innego "biznesmena", dzięki swoim właściwościom żołądkowym, do przemytu diamentów; znów bardzo w swoim stylu;
- Roman w "Karate po polsku" - też raczej w swoich "widełkach";
- Kalafior w "Wyjściu awaryjnym" - tutaj rola wręcz idealnego cwaniaczka i kanciarza;
- pośrednik wynajmujący helikopter w "Misiu" - znów cwaniaczek;
- mamy jeszcze role w serialach takich jak "Święta wojna", gdzie wcielał się w warszawskiego "przedsiębiorcę' bardzo małego formatu, czy też jeden z epizodów w "07 zgłoś się", gdzie grał "Prezesa" Konorka. No i oczywiście Henio Lermaszewski z serialu "Dom" - esencja cwaniaczka. Może nie wszystkich Was to przekona, ale mnie Zbigniew Buczkowski zawsze kojarzy się z takim właśnie małokalibrowym cwaniaczkiem.


Ciapa, ciamajda, nieudacznik i patałach. W tej roli widzę tylko i wyłącznie Artura Barcisia. Nigdy, ale przenigdy nie zauważyłem aby ten aktor zagrał kiedyś kogoś w pełni "sprawnego" intelektualnie. Bo popatrzmy:
- Józef Kuźmak, czyli inaczej "Strażak", garbaty przygłup lejący w spodnie w "07 zgłoś się" to po pierwsze,
- mały złodziejaszek - Aleksander Olczak - któremu nie udał się rabunek wagonu pocztowego w innym odcinku serialu "07 zgłoś się";
- Tadeusz Norek - też niezły kretyn z "Miodowych lat";
- Wiesio Ceglarek, zidiociały syn właściciela stacji benzynowej w "Zmiennikach";
- Janek Kaniewski, zdebilały liistonosz w serialu "Doręczyciel";
- no i zwieńczeniem tego wszystkiego jest nieudaczna menda, niestety mój imiennik, Arkadiusz Czerepach w "Ranczu".
Jest to aktor bardzo charakterystyczny, zresztą jak wszyscy w tym zestawieniu i raczej ciężko będzie mu przebić dno szuflady, w której umieściło go polskie kino. 

To by było na tyle chyba, ale może później, jak znajdę kolejnych aktorów, którzy mi się tak konkretnie z jedną postacią kojarzą, to napiszę kolejnego posta z tego cyklu. Mam już na oku Czarka Pasuję i Bogusia Lindę, ale to za mało. A może Wy macie jakieś swoje propozycje? Czekam także na Wasze typy w sprawie następcy Romana Wilhelmiego ;)

EDIT: Następcą Wilhelmiego jest oczywiście Tomasz Karolak. A jako pierwszy (i jedyny :D) poprawnie odgadł to vindom. Gratulacje

poniedziałek, 16 września 2013

[25] Książka: "Zbig. Człowiek, który podminował Kreml" - Andrzej Lubowski (2011)

No i po raz kolejny trafiłem na książkę, którą bardzo trudno mi ocenić i nawet w ogóle zrecenzować (ten tekst piszę już od trzech dni). Bo z jednej strony wydaje mi się ona bardzo ciekawa i poruszająca dość ważki temat. Z drugiej, jest napisana w dość chaotyczny, niespójny i niechronologiczny sposób. Jednak mimo tych wad jest to pozycja na pewno warta uwagi. Prezentuje całokształt kariery jednego z najważniejszych Polaków jakich ostatnio widziała historia. Ale czy to aby nie są zbyt górnolotne słowa? Zastanówmy się więc.

Bo tak naprawdę kim był Zbigniew Brzeziński, a może bardziej kim jest, bo przecież jest to wciąż działający zawodowo człowiek. Podejrzewam, że większość z Was, podobnie jak ja przed lekturą tej książki, znała go jako "doradcę do spraw bezpieczeństwa narodowego w gabinecie Jimmy'ego Cartera". Jednak to nie jest pełen obraz tej nieprzeciętnej jednostki. Zbigniew Brzeziński zaczął swoją karierę na Uniwersytecie Harvarda gdzie robi doktorat, jednak nie dostaje profesury i dzięki temu prznosi się do Nowego Jorku, na Uniwersytet Columbia, gdzie zostaje dyrektorem świeżo utworzonego Instytutu Studiów nad Komunizmem. Później nawiązuje kontakty z Johnem F. Kennedym i jest to pierwszy prezydent, który korzysta z jego rad. Później w czasie dwuletniego urlopu na Columbii pracuje w Zespole Planowanie strategicznego Departamentu Stanu USA. To właśnie wtedy ma przyjemność wielokrotnie spotykać się sam na sam z kolejnym prezydentem Stanów Zjednoczonych Lyndonem Johnsonem. To właśnie pod jego wpływem Johnson włącza do swojej polityki i retoryki koncepcję "budowania mostów" ze światem komunizmu. Kilka lat później, dokładnie w roku 1972, wraz z Davidem Rockefellerem zakłada Trilateral Commision (co to jest -> klik), w której sprawuje funkcję dyrektora wykonawczego w latach 1973-1976. Do komisji zaprasza m. in. gubernatora stanu Georgia Jimmy'ego Cartera. Staje się jego mentorem, a później doradcą do straw polityki zagranicznej. Carter nie był jednak ostatnim prezydentem, którego swoimi radami wspierał Brzeziński, ale o tym przeczytajcie sami. Myślę, że naprawdę warto. 

Oprócz tego co już napisałem dowiecie się jeszcze o długoletnim sporze Zbiga z Kissingerem, jego znajomości z Janem Pawłem II i ich wspólnej walce z komunizmem. O tym co spowodowało, że nosił przydomek "jastrząb" i wielu innych naprawdę ciekawych rzeczy. 

Ja osobiście mam autorowi jedynie za złe to, że książka nie przedstawia faktów ani chronologicznie, czy też tematycznie. To powoduje lekki chaos. Czytałem gdzieś kiedyś inny zarzut, mianowicie to, że książka nie jest odkrywcza i przedstawia tylko to co już wiadomo. Ja osobiście tego nie odczułem, ponieważ nie interesowałem się do tej pory życiem ani karierą tego amerykańskiego polityka i naukowca, żeby uznać informacje zawarte w tej książce za wtórne. A dodatkową zaletą był fakt, że otrzymałem je wszystkie zgromadzone w jednym miejscu.

Podsumowując, muszę przyznać, że książka jest naprawdę dobra i ciekawa. W mojej ocenie nawet te wady, które przedstawiłem, nie umniejszają jej wartości. Tak więc 7.5/10 jest jak najbardziej zasłużone i taka też jest moja nota dla tej pozycji.

piątek, 13 września 2013

[43] Film: "So close / Zabójcze trio" - Corey Yuen (2002)

Wczoraj miałem przyjemność, bo chyba tak można powiedzieć, obejrzeć bardzo dziwny film. Jego dziwność polegała na moich bardzo mieszanych uczuciach po jego zakończeniu. Z jednej strony chciałem mu dać 4, ale z drugiej wahałem się czy nie ocenić go nawet na 8. Skąd ta rozbieżność? Zapraszam na recenzję. 

Starsza siostra w akcji

Czym się charakteryzuje dziwność tego filmu? Na filmwebie funkcjonuje jako film akcji. Jednak jest w nim ukrytych tak wiele gatunków, że ciężko się przygotować na to co zostanie nam zaserwowane. Mamy tutaj i bardzo ckliwy melodramat, i  elementy komediowe, mamy namiastkę kryminału i wreszcie całkiem niezłe mordobicie w iście azjatyckim stylu. Co rozumiem przez azjatycki styl? Weźcie "Przyczajonego tygrysa..." i przenieście go do czasów nam współczesnych. Kung-Fu w najczystszej postacie. Z całym tym lataniem i ekwilibrystycznymi ewolucjami. Plus broń palna i olśniewające japońskie katany. A jak dopowiem, że w rolach głównych wystąpiły trzy piękne Azjatki to myślę, że większość panów czytających ten post już zaczyna przeszukiwać internet ;)

Młodsza siostrzyczka na razie przyczajona...


A kim są te aktorki? Jedna z nich znana jest głównie tylko z filmów pochodzących z Chin i szeroko pojętej Azji - to Karen Mok, którą możecie kojarzyć z "80 dni dookoła świata" lub też "Shaolin soccer". Kolejna, może odrobinę bardziej znana i niemniej urocza, to Wei Zhao, która zagrała główną rolę w "Mulanie" z 2009 roku a także występowała w "Trzech królestwach", "14 ostrzach" i "Shaolin soccer". Jak widać, także raczej kino azjatyckie. Ostatnią i najbardziej rozpoznawalną jest Qi Shu, która tuż po sukcesie "Zabójczego tria" zagrała w "Transporterze" i dodatkowo można ją było jeszcze obejrzeć w "Zakochanym Nowym Jorku". Miała też okazję towarzyszyć Jackiemu Chanowi we "Wspaniałym", ale reszta jej dorobku, to także Azja i to taka raczej mniej znana w naszym kraju. 

..później już nie

Co do fabuły tego gatunkowego kolażu, to jest ona dość prosta. Mamy do czynienia z dwiema siostrami, z których starsza jest płatną zabójczynią a młodsza bardzo chce dorównać swojej siostrze, a w między czasie przyjmuje zlecenia i za pomocą super programu, stworzonego przez ich ojca, pozwalającego za pomocą satelity kontrolować wszystkie kamery na świecie, pomaga jej z biura w wykonywaniu zadań. Wspomniałem o programie, bo jest on tutaj dość istotny. To z jego powodu zabici zostali rodzice naszych bohaterek. Przestępcy bardzo chcieli wejść w jego  posiadanie  przed policją, której to senior chciał go sprezentować. No cóż, tak to bywa. Jednak dziewczynki przeżyły, dorosły, zdobyły ciekawe umiejętności i postanowiły zemścić się na zabójcach. Po wyeliminowaniu kolejnego z listy złoczyńcy w życiu Lynn - starszej siostry (Qi Shu) pojawia się jej wielka miłość z przeszłości. I teraz wchodzimy w wątek melodramatu. W między czasie w policji pojawia się nowa pani kryminolog - Hong Yat Hong (Karen Mok) - wraz ze swoim ciamajdowatym asystentem Yenem (Seung-heon Song). Jak możemy się spodziewać, Hong jako jedyna potrafi wytropić siostry i w pewnym momencie kiedy Sue (Wei Zhao) postanawia wziąć zabójcze sprawy w swoje ręce, cała czwórka się wreszcie spotyka. Więcej zdradzić nie mogę, bo popsuję zabawę z oglądania tym, który zdecydują się na seans. 

Piękny chiński Alvaro

Teraz przejdę do wad tego obrazu. Dziwnie się czułem kiedy tuż po całkiem mocnym, choć odrobinę nierealistycznym, mordobiciu twórcy przeszli do bardzo landrynkowego wątku miłosnego, a później z miejsca do komedii i znów do filmu akcji. To troszkę wybijało mnie z rytmu oglądania i psuło klimat. Drugi mankament to kilka luk w scenariuszu i troszkę pokręcona fabuła. Dużo niedomkniętych wątków i niedomówień. I to by chyba było na tyle. No może poza jeszcze jednym rozwiązaniem fabularnym, którego nie zdradzę, a który mnie zdenerwował. 

Troszkę ekwilibrystyki w windzie

Zaletami filmu są na pewno wyginające się na ekranie piękne Azjatki :D a także naprawdę fajne sceny walki, szczególnie ta na parkingu podziemnym i ostatnia sekwencja w wieżowcu, kiedy to dochodzi do walki na miecze. Kilka komicznych sytuacji także dobrze zrobiło temu filmowi. To na pewno. 

I nie tylko w windzie

Podsumowując, film był i dobry i odrobinę infantylnie naiwny. Stąd moje mieszane uczucia co do oceny. Jednak myślę, że najsprawiedliwiej będzie jeśli wystawię po prostu ocenę 6/10, bo w ogólnym rozrachunku był to jednak kawałek dobrego rozrywkowego kina. 

Co by tu dziś obejrzeć...?

czwartek, 12 września 2013

[5] OGLĄDAM FILM POLSKI: "Drogówka" - Wojciech Smarzowski (2012)

Ostatnio bardzo zaniedbałem ten dział, ale cóż, tak widocznie musiało być. Ja po prostu żeby obejrzeć jakiś film to albo muszę mieć na niego wielką ochotę , albo muszę to zrobić całkiem znienacka jak to właśnie się odbyło z opisywaną tutaj "Drogówką". Kalkulowanie, planowanie i obiecywanie sobie, że co tydzień będę recenzował jakiś polski film, jest po prostu niemożliwe i niewykonalne. Po tym przydługim wstępie przechodzę jednak do konkretów.


"Drogówka" w reżyserii i ze scenariuszem Wojciecha Smarzowskiego (podobnie jak inne jego filmy) wzbudziła wiele kontrowersji i wywołała wiele dyskusji. Ja osobiście, mimo, że chciałem ten film obejrzeć i wiedziałem, że prędzej czy później to zrobię, seans w kinie sobie odpuściłem. Jednak przyszła i na mnie kolej abym z najnowszym obrazem reżysera "Wesela" i "Domu złego" się zapoznał. 


Już na wstępie napiszę, że film mi się podobał. Może nie treści jakie przedstawiał, bo o tym jaka jest ta nasza władza, to ja akurat dobrze wiem i te obrazy ani mnie nie zszokowały, ani nie wzbudziły większego oburzenia, bo i cóż ja na to poradzę, że się uniosę i powiem" "Nie, tak być nie może". I tak wiem, że nic się nie zmieni. Szanować ich nie mam za co, a lubić i tak bardziej nie będę.


Jednak uważam, że film jest ciekawy pod względem fabuły, bo intryga jest dość dobrze poprowadzona, choć miejscami jednak odrobinę zbyt chaotycznie. Także wizualizacja przekazu jak i montaż dobrze współgrają z tym, można by powiedzieć para dokumentalnym, filmem. Dużo ujęć z ręki, w ruchu, nagrania z kamer w telefonach, a także miejskiego monitoringu, pozwalają nam się dodatkowo wczuć w klimat. Dobór aktorów, jak to u Smarzowskiego. Zawsze te same twarze, i mimo, że wielu z nich jakoś nie za bardzo lubię, to jednak u niego potrafią pokazać że drzemie w nich potencjał. Nie mówię tutaj o Bartłomieju Topie, który jest świetnym aktorem, ale o tych wszystkich zuponalewajkach typu Ewa Konstancja  Buhłąk (swoją drogą gorzej to już się naprawdę trudno nazywać), choć ona to w sumie wiele nie pograła. Jedyne z czego bym zrezygnował to moja "ulubiona" aktorka Izabela Kuna. Tę zamienił bym już na samym wstępie, bo po prostu jej nie lubię. Reszta ok. Szczególnie podobał mi się Braciak, który prawie zupełnie nie trzeźwiał i Lubos z tymi okropnymi wąsami. Dorociński się nie nagrał, a Dziędziel, to klasa sama w sobie. Heh...może Smarzowski to taki polski Tarantino - ciągle z tych samych aktorów korzysta i co film to sukces :D


Co by tu jeszcze napisać...O fabule może kilka słów. Mamy do czynienia z paczką kolegów, może nawet przyjaciół pracujących razem w "drogówce". Chłopcy mają te same zainteresowania (szybkie samochody, dziwki, wóda, rybki i sajgonki) i w bardzo podobny sposób dorabiają do pensji (łapóweczki, łapóweczki i jeszcze raz łapóweczki). W pewnym momencie jeden z nich zostaje zamordowany. Podejrzenie pada na sierżanta sztabowego Ryszarda Króla. Ten aby się oczyścić z zarzutów zaczyna się ukrywać i prowadzi swoje własne śledztwo. W jego trakcie dowiaduje się o zakrojonym na szeroką skalę przekręcie, w którym udział brał zamordowany policjant. 


"Drogówce" daje 8/10 i dalej z uwagą będę śledził karierę Smarzowskiego. Na najbliższy seans umówiłem się już z "Różą" ;) Stay tuned !

Andrzej Grabowski w jedynej słusznej roli, czyli zapijaczonego prostaka na stołku...ach...gdyby to była jedynie fikcja...

środa, 11 września 2013

[VS#2] [24]"Operacja Argo" Matta Baglio i Antonio Mendeza (2012) czy [42]"Operacja Argo" Bena Afflecka (2012)

Już dawno nie pisałem posta z tego cyklu, ale i nie było za bardzo materiału pasującego właśnie do niego. Teraz jednak, po lekturze "Operacji Argo" uważam, że najlepiej będzie zrecenzować książkę w bezpośrednim zestawieniu z filmem na niej bazującym. 


Hmm...więc od czego by tu zaczęć? Może od książki, bo to głównie ona jest powodem pojawienia się tego tekstu. Książka jest ciekawa. To na pewno. Jednak jest to książka raczej wspomnieniowo-biograficzna, więc jest tam dużo faktów z życia głównego bohatera, których w filmie nie ujrzycie. Zaczynając od dzieciństwa, przez wszystkie etapy kariery zawodowej aż do momentu rzeczonej akcji, która pojawia się mniej więcej w połowie książki, albo i później. Mnie to nie przeszkadzało, bo Mendez zdradza wiele ciekawych informacji związanych z funkcjonowaniem Agencji (mam tu na myśli oczywiście CIA), a przynajmniej z komórką, w której on pracował. Jest też sporo przypisów, co podkreśla nam, że książka nie jest fabułą (to dobrze, przynajmniej daje nam to jakiś rodzaj pewności, że sprawy w niej ujawnione nie są wyssane z palca). Dużo procedur, obostrzeń i innych schematów działania CIA w czasie zimnej wojny i innych kryzysowych zajść na świecie. To wszystko jest na plus.


Na minus jest natomiast opowiedzenie już dokładnie tej historii, która była przyczynkiem do powstania filmu. Oczywiście nie mówię tutaj o o wiele dokładniejszym jej przedstawieniu, bo znajdziemy tutaj zdecydowanie więcej faktów niż w filmie. Czyli np. dokładne przedstawienie losów ukrywających się amerykańskich dyplomatów od momentu szczęśliwej ucieczki (już nie pamiętam jak to się stało, że oni uciekli; chyba po prostu w czasie ataku na ambasadę nie było ich wewnątrz i później jak zobaczyli co się dzieje, to postanowili nie wracać) do chwili kiedy znaleźli się w domu ambasadora kanadyjskiego. Dodatkowo bardzo skrupulatnie jest także przedstawione działanie agentów CIA w kraju tuż przed przystąpieniem do akcji ratunkowej. Można się dowiedzieć bardzo wielu ciekawych rzeczy na temat tego jak to wszystko funkcjonuje i ile trzeba przedsięwziąć kroków aby takie akcje miały szansę się powieść. Dodatkowo przedstawiona jest inna akcja ratunkowa, niejakiego Raptora (kryptonim pułkownika armii Irańskiej, który postanowił uciec z kraju), która była przeprowadzana przez Mendeza kilka miesięcy wcześniej z tego samego terenu. To wszystko można jeszcze zaliczyć na plus. Ale przejdę wreszcie do tego co mnie najbardziej rozczarowało. Sama akcja w zupełności nie trzyma w napięciu. Od samego początku do końca wszystko idzie jakoś tak bez większych problemów, a nawet jeśli się pojawiają, to autor przedstawia je w taki sposób, że ani przez chwilę nie obawiamy się o życie czy też bezpieczeństwo jego samego jak i ludzi, których przyjechał uwolnić. To było moje największe rozczarowanie. I wiem, że może brzmię tutaj trochę jak hipokryta, bo przecież przystąpiłem do lektury znając już historię z filmu, ale jednak inny sposób napisania książki i tak powinien wzbudzić we mnie jakieś obawy co do powodzenia akcji. Nie znalazłem tego jednak.


Film natomiast, mimo, że kilka rzeczy pozmieniał (tak naprawdę do Iranu pojechało dwóch agentów a nie jeden, Mendez miał troje dzieci a nie jedno i to zdecydowanie starszych itp.), to okazał się o wiele lepszą rozrywką i zdecydowanie bardziej trzymał w napięciu niż książka. Teraz już wiem, że były to zabiegi czysto hollywoodzkie, aby usatysfakcjonować widza, bo wiele z rzeczy przedstawionych w filmie nie miało tak naprawdę miejsca, ale nie mam twórcom za złe, że je umieścili. Dzięki temu film naprawdę emocjonuje podczas seansu, wzbudza w nas lęk o życie i bezpieczeństwo przetrzymywanych amerykanów.


Dodatkowym atutem filmu jest rewelacyjny Ben Afflec, który obok reżyserowania wciela się także w głównego bohatera i muszę przyznać, że od dawna nie widziałem go w tak dobrej kreacji. Świetnie przedstawia życie w stresie i często z dala od rodziny, na jakie skazani są agenci wywiadu. Jest może troszkę za ładny jak na agenta, ale maskuje to brodą iście z lat 70. Swoje robią także świetni odtwórcy ról drugoplanowych. Szczególnie Alan Arkin wcielający się w postać szefa wytwórni firmowej, która jest producentem filmu pod tytułem "Argo" i John Goodman - światowej klasy charakteryzator współpracujący z agentem od wielu lat.


Biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw, z przykrością muszę stwierdzić, że to kolejny pojedynek, w którym dokładnie z taką samą różnica punktów wygrywa film nad książką.

Wyniki:
Książka: 6/10
Film: 8.5/10


Ale, ale...przez to wszystko zapomniałem napisać o co z grubsza w tym wszystkim chodzi, bo przecież nie każdy musi znać fabułę filmu, czy też książki. Mamy do czynienia z zamieszkami wywołanymi w Iranie przez bojówki studentów po tym jak szach Rawa Pahlawi uciekł z kraju do Stanów Zjednoczonych a do władzy doszedł Ajatollah Ruhollah Musawi Chomejni. Dzieje się to wszystko za prezydentury Jamesa "Jimmiego" Earla Cartera (który jednakowoż po tym incydencie, którego nie będzie potrafił rozwiązać, nie zostanie wybrany na drugą kadencję), czyli w pod koniec 1979 roku (zakładnicy zostali wzięci do niewoli 4 listopada '79 a uwolnieni dopiero 20 stycznia '81, ale to nie na ich historii skupia się film, choć ona także jest w nim przedstawiona) kiedy to studenci zaatakowali amerykańską ambasadę w Teheranie i wzięli do niewoli 53 zakładników. Jednak 6 dyplomatom udało się uciec i po wielu "perypetiach" znaleźli schronienie w domu kanadyjskiego ambasadora. A w kraju CIA, kiedy tylko dowiedziało się o tej szóstce, przedsięwzięło plan uwolnienia ich. W grę wchodziły trzy warianty, tzw. legendy. Są to nauczyciele angielskiego szukający pracy; druga miała przedstawiać ich jako speców od rolnictwa przeprowadzających jakieś kontrole; no i trzecia najbardziej niedorzeczna, która jednak wygrała, że są to filmowcy, którzy przyjechali do Iranu szukać plenerów do filmu science fiction pod tytułem "Argo". Reszty już nie zdradzę, zresztą wszystko to możecie z łatwością znaleźć w necie, gdyż jest to opowieść zupełnie prawdziwa.



A tutaj dodatkowo taka ciekawostka. Tekst pochodzi z wp.pl:

"Władze Iranu zapowiedziały, że chcą wytoczyć proces twórcom oscarowej "Operacji Argo". Według urzędników, film przedstawia nierealny obraz ich kraju.

Miejscowy dziennik "Shargh" podaje, że francuska adwokat, Isabelle Courant-Peyre, będzie reprezentowała Iran podczas procesu. Prawniczka pracowała już dla pochodzącego z Wenezueli terrorysty Illicha Ramireza Sancheza, znanego jako Carlos Szakal.
Teheran zarzuca, że "Argo" to czysta anty-irańska propaganda i promocja CIA. W filmie przypomniano o ataku na ambasadę USA w Iranie, w wyniku którego 52 Amerykanów było przetrzymywanych przez 444 dni.

Mimo, że film nie był wyświetlany w irańskich kinach, wiele osób widziało go na DVD. "Operacja Argo" wywołała burzliwą dyskusję między pokoleniem rewolucjonistów z 1979 roku a młodzieżą.

Urzędnicy stwierdzili, że amerykańska produkcja promuje przemoc i zagraniczne wzorce kulturowe. Podkreślili, że Nagroda Akademii dla tego filmu jest owocem politycznej nagonki na ludność Iranu i całą ludzkość. Reżyserowi produkcji, Benowi Affleckowi, zarzucono nierzetelną relację przedstawianych wydarzeń.

Warto dodać, że to nie pierwszy przypadek, gdy władze z Teheranu oskarżają twórców z Hollywood. W 2009 roku ogłosili, że filmy "300" i "Zapaśnik" naruszają dobre imię Irańczyków.

wtorek, 10 września 2013

[23] Książka: "Strych Tesli. Stowarzyszenie Accelerati" - Neal Shusterman, Eric Elfman (2013)

Dużo ostatnio czytam. Dużo. Ale nie bójcie się, to się wkrótce zmieni. Niestety. Jednak póki co mam dla Was kolejną recke książki jaką udało mi się pochłonąć. 

Kiedyś było takie powiedzenie: "Wszyscy chcą być tacy jak Mike", ale ta moda już minęła. Teraz wszyscy chcą być tacy jak J.K. Rowling. A przynajmniej ci, którzy piszą literaturę dla młodzieży. Tacy chcą też być Neal Shusterman i Eric Elfman. A przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie czytając pierwszą część cyklu Stowarzyszenie Accelerati pod tytułem "Strych Tesli". I choć do ideału sporo im brakuje, to jednak ich książka jest ciekawa, w miarę wciągająca, a miejscami nawet zabawna.

W tej książce mamy do czynienia z młodym chłopakiem, czternastoletnim Nickiem Slate'em, który po pożarze domu, w którym nieszczęśliwe zginęła jego matka, przyjeżdża wraz z młodszym bratem Dannym i ojcem z Tampy na Florydy do miasteczka Colorado Springs. Ma zamieszkać w starym wiktoriańskim domu po stryjecznej babce. Dom wydaje się okropnie obskurny i zniszczony, natomiast sam Nick ma dreszcze na myśl o pójściu, w połowie roku szkolnego, do nowej szkoły. W momencie kiedy ze strychu spada na niego staroświecki toster, Nick postanawia pozbyć się wszystkich tych gratów na garażowej wyprzedaży. Jakiś przykry zbieg okoliczności powoduje, że akurat w tym samym momencie rozpoczyna się wielka ulewa i Nick wraz z rodziną musi pospiesznie ukryć się wraz z częścią tego szajsu w garażu. Tam aby rozświetlić trochę mroki włącza starą estradową lampę, która oświetla swym blaskiem cały ten szajs. I wtedy się zaczyna. Ludzie walą "drzwiami i oknami" aby tylko coś z tego złomu kupić płacąc za te graty bajońskie sumy. I w taki oto sposób okazuje się, że te śmieci mają...hmm...magiczną moc? Bo na przykład magnetofon nagrywa myśli zamiast słów, aparat robi zdjęcia przyszłości, a stary toster zabijaka też sporo potrafi. I jeśli dodamy do tego fakt, że na te fanty zaczaja się tajemnicza organizacja Accelerati, czyli popleczników Thomasa Edisona w odwiecznym konflikcie z Nicola Teslą , to dopiero zaczyna się robić ciekawie.

Tak mniej więcej rysuje się fabuła. A sama książka też nie jest najgorsza. Napisana dość zręcznie powoduje, że nie męczymy się podczas lektury. Postaci także są nieźle wykreowane. Dobrze się uzupełniają a ich temperament i charaktery tworzą szereg komicznych sytuacji. Jak dodamy do tego jeszcze odwieczną walkę o faceta i nieudolne staranie się o dziewczynę, to mamy produkt, który zachwyci każdego nastolatka. 

Ja, niestety, ten szalony okres  dorastania mam już za sobą, ale przy lekturze bawiłem się całkiem nieźle. Nick Slate na pewno nie będzie drugim Harrym Potterem, i to nawet mimo blizny na czole od tostera, ale jego historia wydaje mi się na tyle ciekawa, że na pewno sięgnę po kolejny tom jego przygód. 

Podsumowując, książkę oceniam na 6/10 i polecam ją wszystkim, który lubią takie klimaty, inni mogą się rozczarować.

P.S. A tutaj najlepsze teksty i cytaty :D Enjoy!

"- W porządku. A jeśli nawet projekt nie wypali, zawsze możesz zrobić mi łaskę... - chciał powiedzieć: "...i porozmawiać ze mną", lecz w tym momencie coś trzasnęło i połączenie się urwało, pozostawiając Nicka zadręczającego się tym, czy Caitlin przypadkiem nie usłyszała w ostatnim słowie "l" zamiast "ł"."


 "W istocie Vince nie był przyzwoicie ubrany. Miał na sobie slipy - w żółtym kolorze taśmy, jaką policja ogradza miejsca przestępstw - z nadrukiem: OSTROŻNIE! ZAWARTOŚĆ MOŻE EKSPLODOWAĆ!" 
Caitlin natychmiast zakryła oczy dłonią. 
- Vince! - rzekła z wyrzutem.
- Przepraszam - rzucił i szybko wciągnął podarte dżinsy - Teraz lepiej?
- Tylko częściowo - odparła. - Dopóki nie wyrobisz sobie jakichś mięśni klatki piersiowej, nalegam, abyś nosił koszulkę. Rozumiemy się?
Vince westchnął i włożył koszulkę.
- Nikt już nie potrafi docenić uroku niedożywienia."


poniedziałek, 9 września 2013

[22] Książka: "Sekrety La Roja" - Miguel Ángel Díaz (2012)


"Sekrety La Roja" to ostatnia z sześciu książek o tematyce piłkarskiej jakie, w porywie piłkarskiego szału, nabyłem tuż przed EURO 2012 w Polsce i na Ukrainie w jakiejś super promocji. Jak widzicie, przeczytanie ich trochę mi zajęło i w sumie jestem dość rozczarowany, bo ten komplet nie spełnił moich oczekiwań. 

Tylko dla uściślenia, i być może jeśli kogoś by zrzerała tzw. ciekawość, podam jakie tytuły złożyły się na ten set:
- "Sekrety La Roja" - Miguel Ángel Díaz 5/10
- "Barça. Za kulisami najlepszej drużyny świata" - Hunter Graham 6/10
- "Wayne Rooney. Moja historia" - Wayne Rooney 4/10
- "Messi. Historia chłopca, który stał się legendą" - Luca Caioli6/10
- "Ronaldo. Obsesja doskonałości" - Luca Caioli 5/10
- "Ja, Ibra" - David Lagercrantz, Zlatan Ibrahimović 7/10

Podałem także noty jakie wystawiłem każdej z książek, a co do recenzji to prawdopodobnie większość z nich można przeczytać na moim profilu na LC.pl, bo kiedy przystępowałem do lektury większości z nich, nie prowadziłem jeszcze bloga. Ale dość tego wprowadzenia. Trzeba wreszcie przejść do oceny samej książki.

A książka nie jest rewelacyjna. Jak już wcześniej pisałem w poście dotyczącym "Barcy...", książka skupia się tylko na czasach w miarę "współczesnych" i przeprowadza nas przez ostatnie sukcesy reprezentacji, czyli jedynie przez rządy Luisa Aragonésa i Visente Del Bosque. Poznajemy w niej co prawda sylwetki wszystkich najważniejszych piłkarz, ich przydomki, nawyki, zwyczaje, fobie i przesądy (kto co i jak robi przed meczem, bo myśli, że przyniesie mu to szczęście). Mamy też wgląd w "śledztwo" jakie przeprowadził autor książki w sprawie odsunięcia Raula od reprezentacji, ale niestety nie dowiadujemy się nic ponad to co sami zainteresowani mówili w mediach, bo nikt się nie uzewnętrzniał bardziej niż wcześniej. A to, moim zdaniem, odrobinę za mało.

Jest też w książce sporo rzeczy zupełnie niepotrzebnych dla przeciętnego fana futbolu, jak choćby bardzo skrupulatne przedstawienie zasad działania i dokładne wyniki totalizatora (forma zakładów) jakie prowadziła całą drużyna Hiszpanii w trakcie trwania jakiejś większej imprezy (każdy z zawodników typował wyniki wszystkich meczów fazy grupowej, później kiedy były już znane drużyny grające w dalszej fazie, to też kolejnych meczów, dodatkowo króla strzelców itp.). Z tego co pamiętam ciągnęło się to przez kilkadziesiąt stron mojego ebooka i po prostu je przewinąłem. Dodatkowo rzeczą dla mnie zupełnie zbędną był cały ranking Castrola, w którym były noty wszystkich piłkarzy reprezentacji. I kolejną rzeczą, która wydała mi się zbyt wyeksponowana była analiza całego menu i jego zmiany na przełomie tych kilku lat. No sorry, ale po co mi to wiedzieć, co w danym momencie każdy z zawodników dostał na obiad, na śniadanie i nawet na kolację :| Przerost formy nad treścią.

Podsumowując, książka "Sekrety La Roja" jest miejscami ciekawa i gdyby nie te wszystkie mankamenty, które wymieniłem  mogłaby nawet otrzymać notę 6.5/10, jednak troszkę mnie zmęczyła i rozczarowała, więc tak jak to napisałem na początku, 5/10.

Natomiast co do mojego całego czytelniczego piłkarskiego cyklu muszę stwierdzić, że najciekawsza była biografia Zlatana Ibrahimovicia, który powiedział o sobie najwięcej i wydawało mi się, że mówił najbardziej szczerze i bez ogródek, krygowania się i nadmiernego wybielania. Najgorsza natomiast wydała mi się autobiografia Wanye'a Rooneya, który zrobił z ciebie w tej książce tak grzecznego chłopca, że jego historię można by czytać dzieciom na dobranoc.

niedziela, 8 września 2013

[41] Film: "jOBS" (2013)


Tak jak obiecałem, tak i uczyniłem. Dziś w samo południe nawiedziłem moje miejscowe kino, aby oddać się seansowi wiekopomnego dzieła filmowego jakim jest "jOBS" w reżyserii Joshuy Michaela Sterna, gdzie niezapomnianą kreację stworzył, niedoceniany do tej pory za swe aktorskie zdolności i znany jedynie z małżeństwa ze starszą od siebie o 15 lat Demi Moore i głupiego programu na MTV, Ashton Kucher...

Naprawdę chciałbym, aby ta recenzja zaczynała się w taki sposób. Ale niestety tak nie jest. Film w 100% spełnił moje oczekiwania sprzed seansu. Był słaby. A sam Kucher, którego największą zaletą jest podobieństwo do Jobsa, nijaki. 

Trzeba przyznać, że podobny do Jobsa to on jednak jest

No cóż. Tak to już jest, kiedy ktoś zamiast skupić się na jednym, najważniejszym wydarzeniu z życia danej osoby - przyznaję, że w przypadku Jobsa jest to nadzwyczaj trudne - chce streścić je w całości. I oto efekt! Na seansie czułem się jakbym czytał bryk z jakiejś książki. Wszystkie wydarzenia przedstawione szczątkowo, bez większych wyjaśnień i tłumaczenia "co", "jak", dlaczego". Gdyby nie to, że chwilę temu przeczytałem jego biografię, to niewiele bym zrozumiał, ale może lepiej bym się bawił?


Autorzy nie wykorzystali także w pełni potencjału jaki niosła ze sobą książka (często wspominam o książce, bo w napisach końcowych była informacja, że cytaty Jobsa pochodziły właśnie z niej więc musiała być sporą podporą dla twórców filmu), no i oczywiście całe życie Jobsa i ucięli film w chwili wielkiego odrodzenia Jobsa. Tak jakby chcieli aby służył on pokrzepieniu serc i idealnie przedstawiał obraz tzw. "american dream". Czyli paczki chłopaków, którzy zaczęli w garażu a skończyli jako najbardziej wartościowa firma ever.



Mnie w tym obrazie zabrakło przede wszystkim dobrego aktora w roli głównej, który potrafiłby oddać wszystkie emocje jakie targały Jobsem i jego charakter. Kucher był miałki i nie był rzutki (tutaj specjalnie parafrazuje tekst Kabaretu Moralnego Niepokoju ze skeczu pod tytułem "Samochód chłodnia"). Po prostu nie udźwignął tej roli. Choć twórcy nie pozwolili mu też zbyt wiele pograć. Kilka razy krzyknął, ze dwa razy się popłakał i to wszystko. Szkoda. Naprawdę szkoda. 

Tutaj sprzeciw fanów Jobsa w sprawie wyboru Kuchera na oddtwórcę głównej roli w tym obrazie

Mógłbym jeszcze bardzo długo narzekać na ten obraz, ale nie będę tego robił, bo ten kto będzie chciał to i tak pójdzie go zobaczyć. Ja osobiście nie polecam tego filmu osobom, które znają biografię Jobsa. Niczego nowego się z niego nie dowiecie i tylko się wynudzicie. Polecam go (czy ja naprawdę użyłem tego zwrotu?!) natomiast osobom, które żadnych wiadomości o nim nie mają, a chcą poznać życie (no, może jego część) interesującego człowieka. Tylko do tego ten film się nadaje. Ani nie łapie za serce, ani nie wzrusza. Nawet nie denerwuje tak jak książka (mam tu na myśli zachowanie Jobsa wobec innych ludzi), bo Kucher się nie nadaje. Ale jako krótka lekcja historii jest całkiem spoko. Moja ocena to 5/10, czyli idealnie w środeczku skali, bo nie był ani dobry, ani przesadnie zły. Był nijaki i o to mam żal do jego twórców.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...