poniedziałek, 25 września 2017

[177-181] Filmy o miłości

Czasem lubię sobie obejrzeć komedię romantyczną. Dziś przedstawiam zestawienie 6 tytułów, które widziałem na przestrzeni kilkunastu ostatnich dni. Filmy ułożone są w kolejności od najniżej ocenionego do tego, który otrzymał najwyższą notę. 

"Cudowne tu i teraz / The Spectacular Now"* (2013)
Ostatni z obejrzanych przeze mnie filmów okazał się tym najsłabszym. Nie był on wszak typowym melodramatem czy też komedią lub romansem, a raczej czymś w rodzaju połączenia wszystkich tych elementów, z których na pierwszy plan wysuwa się dramat. Mamy tutaj do czynienia z Sutterem siedemnastoletnim imprezowym chłopakiem, który nie stroni ani od alkoholu, ani od seksu (w tej roli Miles Teller). Kiedy go poznajemy właśnie rzuciła go dziewczyna a on sam nie do końca wie co chce zrobić z resztą swojego życia. Do roboty przychodzi przeważnie na gazie albo pije w pracy. Nie ma też parcia na dostanie się do koledżu. W pewnym momencie poznaje zupełnie inną dziewczynę niż te, z którymi spotykał się do tej pory. Dziewczyna czyta książki, uczy się dobrze, nie pije i nie pieprzy się ze wszystkim co posiada penisa. Ich związek dość szybko ewoluuje i wydaje się, że oboje są sobie niezbędni i pięknie się uzupełniają (choć w filmie tego nie widać zbyt dobrze, można się jedynie domyślać, że taki był zamysł scenarzystów i reżysera). Dzieciaki się niby wspierają, niby motywują do "zerwania z tyranią rodziców". Matka Aimee (w roli Aimee Shaillene Woodley) nie pozwala jej pojechać na studia, a matka Suttera nie pozwala mu się skontaktować z ojcem, który opuścił ich kiedy chłopak był bardzo mały. Jednak o ile dziewczyna robi to szczerze, to Sutter ma mętlik w głowie, sam nie wie czego i kogo chce. Obraża dziewczynę, bo jest rozczarowany osobą ojca (udało mu się z nim spotkać dzięki siostrze, która dała mu numer telefonu). Co jest dalej musicie sobie zobaczyć sami, ale ja uważam, że film jest nie spójny klimatycznie i gatunkowo. Początek jest zwykłą imprezową komedią, środek to ewidentnie klimat z filmów "fajny chłopak wyrywa ładną outsiderkę", a końcówka to ewidentny dramat w stylu "wszystko wokół się pierdzieli a ja nie wiem co mam zrobić". Jak dla mnie trochę tego za dużo i nie trzyma się to kupy. Stąd też moja adekwatna do całości ocena.

Moja ocena: 4/10

"Sex story / No Strings Attached" (2011)
Teraz kolej na dwa zupełnie różne filmy, które otrzymały taką samą notę. Pierwszy z nich, to Sex story z Ashtonem Kutcherem i Natalie Portman w rolach głównych. Film jest dość bezpruderyjny. Bohaterowie otwarcie rozmawiają o seksie i jestem pewny, że nie każdemu "oglądaczowi" taka konwencja się spodoba (podobno wiele w tej materii psuje również polskie tłumaczenie/lektor, ja właśnie taką wersję wybrałem). Jeśli chodzi o fabułę to mamy tutaj do czynienia z fajnym chłopakiem (takim milutkim, czułym etc., etc.) i dziewczyną upośledzoną emocjonalnie, która nie umie i nie chce okazywać uczuć a co za tym idzie angażować emocjonalnie w związek. Ci dwoje znają się od - powiedzmy - dzieciństwa (kiedyś na obozie letnim Adam chciał wsadzić Emmie palec w łatwy do odgadnięcia otwór) i na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat spotykali się zupełnie przypadkiem w różnych miejscach i okolicznościach. Po raz ostatni dochodzi do tego po tym jak zupełnie pijany Adam (po tym jak zostawiła go dziewczyna) budzi się całkiem goły w mieszkaniu Emmy. I całkiem przez przypadek dochodzi między nimi do niezobowiązującego seksu (wiecie, to zawsze jest "przez przypadek"). Od słowa do słowa zostają tzw. "friends with benefits", czyli mówiąc inaczej łączy ich tylko seks, bo praktycznie nawet się nie przyjaźnią. Jednak, o ile Emmie wydaje się to odpowiadać, o tyle masz miły i romantyczny chłopak Adam chce normalnego związku. Później jest śmiesznie, czasami niezręcznie, a wszystko kończy się tak, jak na tradycyjną komedię romantyczną przystało. I niby film sam w sobie nie jest najgorszy. Da się go obejrzeć i nawet czerpać z tego jakąś tam radość, ale najgorsi są w nim aktorzy. O ile nie lubię Kutchera w każdej jego roli (chłopak się po prostu nie nadaje, szkoda, że tylko ja to widzę...), o tyle Natalie Portman, która nie dość, że jest śliczną to jeszcze utalentowaną aktorką po prostu zabija ten film. Mimo tego da się obejrzeć i nawet czasami zaśmiać, choć nie jest to film, po którym bolałby was brzuch ze śmiechu.

Moja ocena: 6/10

"Ten niezręczny moment / That Awkward Moment" (2014)
Drugim filmem, który otrzymał tę samą notę jest Ten niezręczny moment, czyli historia trzech przyjaciół Jasona (Zac Efron), Daniela (Miles Teller) i Mickeya (Michael B. Jordan). Wszystko zaczyna się od tytułowego niezręcznego momentu, kiedy dziewczyna wypowiadając słowo "więc" pyta "do czego to wszystko prowadzi?". Jest to chwila, w której trzeba się zdeklarować czy koniec przygody, czy może jednak mamy ochotę na poważny związek. W takiej sytuacji znalazł się właśnie Jason. Jego odpowiedź sprawiła, że po chwili znów był "wolny". Mickey dowiaduje się natomiast, że jego żona pieprzy się z Haroldem (swoim prawnikiem) i że chce rozwodu. W tej sytuacji panowie postanawiają przez najbliższy czas pozostać singlami. Będą chodzić po barach, upijać się, grać na konsoli i czerpać radość ze swojego męskiego towarzystwa i samczych rytuałów takich, jak rozmawianie o kupie/sraniu, bekanie i puszczanie bąków bez skrępowania. Niestety, ich genialny plan bierze w łeb, kiedy najpierw Jason spotyka piękną pisarkę Elli (Imogen Poots) i chcąc nie chcąc się w niej zakochuje. Po chwili okazuje się, że Daniel zakochuje się w swojej "naganiaczce" lasek Chelsie (Mackenzie Davis) a Mickey stara się odzyskać uczucia żony Very (Jessica Lucas). Tytuł trochę nieadekwatny do fabuły, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze, że jest w miarę śmieszny, nie jest jakoś bardzo głupi, aktorzy radzą sobie przywozicie, jest kilka momentów, które zapadają w pamięć a całość jest strawna i przyjemna. 

Moja ocena: 6/10

"Trzy metry nad niebem / Tres metros sobre el cielo"* (2010)
Trzy metry nad niebem to hiszpański remake włoskiego melodramatu o tym samym tytule z 2004 roku. Jego bohaterami są młody buntownik Ache (Mario Casas) i Babi (María Valverde), dziewczyna z tzw. dobrego domu. Ci dwoje są od siebie tak różni, jak to tylko możliwe, ale jak to w historiach o miłości bywa zakochują się w sobie i wszystko jest świetnie do momentu, kiedy podczas jednego z wyścigów motocyklowych dochodzi do tragicznego wypadku, w którym uczestniczy Pollo (Álvaro Cervantes) - najbliższy przyjaciel Ache i chłopak najlepszej przyjaciółki Babi, Katiny (Marina Salas). To wydarzenie wpłynie na dalsze losy głównych bohaterów. Cały film jest jednak dość niespójny. Początek to infantylna romantyczna komedyjka o grzecznej księżniczce i małym furiacie, który jest we wszystkim najlepszy, wszystko wie najlepiej etc. I choć ciekawie to wyglądało w innych niż polskie lub amerykańskie realia, to tutaj zachwytów piać nie ma nad czym. Podobała mi się za to końcówka, która trochę przełamała stereotyp i nie była tak oczywista, jak można się było tego spodziewać. W miarę ładni i przyzwoicie grający aktorzy i piękne plenery też robiły swoje. I choć w połowie filmu chciałem mu wystawić zdecydowanie niższą ocenę wraz z końcem seansu musiałem zweryfikować swoje podejście do niego.

Moja ocena: 6.5/10

"Romans na dwie noce / Two Night Stand" (2014)
Romans na dwie noce to kolejna komedia romantyczna, która jest odrobinkę inna niż te, które do tej pory opisywałem. Mamy w niej do czynienia z dwójką młodych ludzi Alekiem (Miles Teller) i Megan (Analeigh Tipton). To akurat standard. Megan jest "skrzywdzoną dziewczyną wracającą do gry". Alec... zwykłym, przeciętnym facetem. Poznają się na portalu randkowym, który odwiedzają ludzie szukający partnera "na jedną noc" (a przynajmniej ja to tak zrozumiałem). Następnego dnia rano, kiedy dziewczyna chce wrócić do domu napotyka na swojej drodze śnieżycę, która unieruchamia całe miasto. Oboje utknęli ze sobą na... nie wiadomo jak długo. Po niemiłej wymianie zdań tuż przed próbą opuszczenia mieszkania przez Megan (spotykają się u niego) muszą dojść do porozumienia i jakoś bezkonfliktowo dotrwać do końca kataklizmu. Po przełamaniu początkowej niechęci i kilku wpadkach (np. zatkany kibel i wybite okno u sąsiadów w poszukiwaniu działającej toalety) zaczynają się poznawać i rozmawiać ze sobą coraz bardziej otwarcie. Najciekawsza i najzabawniejsza z całego filmu jest scena "konstruktywnej krytyki" zachowań seksualnych oraz późniejsze próby i testy przeprowadzane oczywiście "dla dobra nauki", które mają na celu polepszenia życia erotycznego ich przyszłych partnerów (towarzyszy temu świetny kawałek, który bardzo ładnie współgra z obrazami na ekranie). Jak skończy się ich dwudniowa "noc" dowiecie się po seansie. Ja osobiście polecam, bo jest to naprawdę przyjemny film. Nie taki słodki i głupkowaty, jak większość komedii romantycznych dostępnych w ostatnich latach. Do tego bardzo dobrze czujący się w takiej konwencji, jak zawsze świetny Miles Teller i urocza Analeigh Tipton o nieoczywistej urodzie, która z każdą minutą filmu zaczyna podobać się coraz bardziej. Czegoż chcieć więcej?

Moja ocena: 7/10

Życzę miłego seansu!
* Filmy te to adaptacje książek. Tim Tharp "Cudowne tu i teraz"; Federicco Moccia "Trzy metry nad niebem".

wtorek, 29 sierpnia 2017

[239] Książka: Mock" - Marek Krajewski (2016)

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że Mock to pierwsze moje spotkanie ze sławnym polskim autorem kryminałów Markiem Krajewskim. Nie wiem czego się spodziewałem po szóstym (?) już tomie (choć jeśli chodzi o chronologię akcji również pierwszym) przygód wrocławskiego policjanta Eberharda Mocka. Z pewnością jednak nie tego co otrzymałem. Ale ad rem, jak lubi powtarzać autor. 

Historia zaczyna się na tajnym spotkaniu amerykańskiej Centralnej Agencji Wywiadowczej w roku 1948, na kilka miesięcy przed mającym się odbyć w sierpniu tego roku we Wrocławiu Światowym Kongresem Intelektualistów. Na tym spotkaniu jest również Eberhard Mock. Spotkanie ma na celu stworzenie planu przeprowadzenia zamachu na Stalina, który ma uhonorować swoją osobą obrady kongresu. Mock ma służyć za źródło informacji o Hali Stulecia (w 1948 roku Hali Ludowej), w której dojdzie do uroczystość. Wie o niej bardzo dużo, ponieważ przeszło 35 lat wcześniej prowadził śledztwo w sprawie morderstwa mającego miejsce na jej terenie. Po kilku chwilach Mock rozpoczyna swoją opowieść. Przenosimy się do kwietnia roku 1913 (z małą wstawką z roku 1912) i tam poznajemy okoliczności śmierci czterech młodych chłopców i jednego mężczyzny, którzy dokonali żywota na terenie Hali. Młody, wtedy zaledwie trzydziestoletni, Mock pracujący jeszcze w obyczajówce, a nie w wydziale kryminalnym wrocławskiego prezydium policji (o czym zresztą marzy) postanawia rozwiązać tę sprawę na własną rękę. Nie wszystko toczy się jednak po jego myśli. Udaje mu się jednak ustalić, że w morderstwo zaangażowani są tak masoni, jak żydzi i Związek Wszechniemiecki, a całą sprawę chce zatuszować bardzo potężna organizacja sprawująca praktycznie rzeczywistą władzę w stolicy Śląska. W trakcie śledztwa dowiaduje się także, że podczas uroczystego otwarcia Hali Stulecia dojdzie do zamachu na cesarza Wilhelma II, które swoją osobą ma uświetnić tę uroczystość. Mock trafia między młot i kowadło musząc wybierać między swoją dociekliwością i chęcią doprowadzenia sprawy do końca, a lojalnością wobec szefostwa, które pod groźbą wyrzucenia go z pracy (tak jak pisałem, nie wszystko idzie po jego myśli) nakazuje mu zapomnieć o całej sprawie i skupić się na działaniach zgoła odmiennych od dotychczasowo wykonywanych. Za dużo zdradzam z fabuły? być może, ale jest ona tak wielowątkowa, że ciężko przedstawić choćby jej zarys nie ujawniając kilku kluczowych informacji. 
Hala Stulecia we Wrocławiu

Powiem szczerze, że bardzo rozczarowałem się pierwszym moim spotkaniem tak z Markiem Krajewskim, jak z Eberhardem Mockiem. Naczytałem się o połączeniu kryminałów w stylu chandlerowskim z elementami horroru, a dostałem konglomerat kiepskiej jakości popłuczyn po Danie Brownie z przewodnikiem po przedwojennym Wrocławiu. Sam bohater również nie zrobił na mnie pozytywnego wrażenia. Ja rozumiem, że młody chłop i hormony w nim buzują, ale żeby na każdym kroku myśleć o pierdoleniu to chyba lekka przesada (nie myślcie sobie przypadkiem, że jestem pruderyjny w tej kwestii, nie, niektóre opisy czynności czy też sytuacji seksualnych były bardzo dobre, jednak z seksem w książce powinno się obchodzić jak z przyprawą w potrawie, nie dodać - może być nie smaczna, dodasz za dużo - tak samo). Jeśli ma to być nawiązanie do romansów Marlowa albo Spade'a to u Chandlera i Hammett wychodziło to o wiele naturalniej i subtelniej. Ale seks to tylko jedna, mało istotna sprawa. Cała ta postać jest jakaś niespójna. Chaotyczna. Rozdarta między równymi sprzecznymi pragnieniami. Być może taki był zamysł autora. Może chciał pokazać w jakich okolicznościach wykuwał się charakter przyszłego detektywa Eberharda Mocka, biednego ale niezwykle inteligentnego chłopaka z Wałbrzycha. Ja tego jednak nie kupuję. Nie przemawia to do mnie. Nie zachwyca mnie. Natomiast cała reszta bohaterów została skrojona dość ciekawie. Ich duża różnorodność i, niekiedy, groteskowość zachowań, wyglądów i charakterów była dużym urozmaiceniem. 

Same realia Wrocławia początku drugiej dekady XX w. oddał autor bardzo ciekawie. Nie mogę powiedzieć czy dobrze, bo nie mam w tym temacie żadnej wiedzy, jednak wydaje się z lektury, że dość autentycznie i dokładnie. Nie rozmijając się z prawdą historyczną w zbyt wielu miejscach. Czyta się to dobrze, choć topograficzny charakter jego powieści jest dla mnie zbyt męczący. Ciągłe krążenie po ulicach z tymi okropnymi niemieckimi nazwami nie sprawiało mi radości, a po pewnym czasie zacząłem je zwyczajnie pomijać, bo nie chciało mi się przedzierać przez szkopska ortografię. Wystarczyło mi tylko, że widziałem w jakim budynku, u kogo albo gdzie dzieje się akcja, a to przy jakiej ulicy się on znajduje uznawałem za mało istotne. 

Najgorszy jednak ze wszystkiego był sposób rozwiązania zagadki i wyjaśnienia przyczyn i okoliczności morderstwa, a także najważniejsze, czyli kto to morderstwo popełnił. Autor w posłowiu wspomniał, że w kwestiach symboliki masońskiej pomagał mu profesor Tadeusz Cegielski, który z tego co mi wiadomo jest również autorem jak i wielkim znawcą gatunku kryminału (tutaj odnośnik do mojej recenzji jego książki o tym właśnie zagadnieniu). Ciekawi mnie zatem fakt, jak taki tuz nie zwrócił swojemu koledze po piórze uwagi, że ów popełnia jeden z niewybaczalnych błędów fair plai względem czytelnika na mordercę wybierając postać, która na kartach książki pojawia się niespełna dwa razy w bardzo skromnej charakterystyce i okolicznościach. Jest to policzek wymierzony wszystkim tym, którzy wraz z Mockiem starali się rozwiązać sprawę morderstwa. Jedynym wyjaśnieniem i w pewnym stopniu rozgrzeszeniem dla autora jest na poły sensacyjno-szpiegowski charakter powieści. Z rozwoju fabuły wszakże na pierwszy plan wysuwają się bardziej machinacje oraz intrygi mające na celu uwypuklenie wątku politycznego, a nie samego śledztwa. 

Mimo, że książkę czytało się dość gładko (oprócz tych topograficznych kantów) a sama zagadka była ciekawa, to jednak jej rozwiązania oraz postać głównego bohatera skłaniają mnie do wystawienia oceny drastycznie niskiej, jak na rangę i miejsce jakie zajmuje tak seria, jak i jej autor na polskiej scenie literatury rozrywkowej. Nie skreślam go jednak. Dam sobie i Krajewskiemu jeszcze jedną szansę. Tymczasem...
Moja ocena 3.5/10

niedziela, 20 sierpnia 2017

[238] Książka: "Ja, Fronczewski" - Piotr Fronczewski, Marcin Mastalerz (2015)

Już jakiś czas temu (2015) pojawiła się na polskim rynku wydawniczym ciekawa propozycja dla wszystkich wielbicieli talentu Piotra Fronczewskiego - Ja, Fronczewski. Nie jest to jednak biografia - o napisanie tejże nikt się do tej pory nikt nie pokusił - a wywiad-rzeka. Długa i miejscami dość intymna rozmowa Marcina Mastalerza z wielkim artystą, za którego Piotr Fronczewski zupełnie się nie uważa.

Piotr Fronczewski w rozmowie z Mastalerzem opowiada o wielu rzeczach. O tych naprawdę ważnych jak rodzina, dom, święty spokój (którego często brakowało i brakuje), a także o tych mniej ważnych ale równie istotnych w życiu każdego człowieka - jak pasja do motoryzacji, a w szczególności motocykli, z którymi jest związany od bardzo wczesnego dzieciństwa.

Jeśli nastawicie się na solidny przegląd kariery aktorskiej (czy to teatralnej czy telewizyjno-kinowej) możecie się czuć się lekko zawiedzeni. Aktor, jak sam twierdzi, wielu rzeczy nie pamięta, a wiele uważa za mało ciekawe i nie warte wspominania. Jest natomiast wiele świetnych anegdot ze światka artystycznego Warszawy, ale nie tylko. Jest dużo wypowiedzi definiujących i opisujących charakter Piotra Fronczewskiego, a także jego stosunek do spraw ważnych i mniej istotnych - takich jak rodzina, przywiązanie, miłość, ale też aktorstwo jako zawód, bez którego - jak twierdzi - potrafił by żyć bez najmniejszych problemów.

Ja, Fronczewski to szczera, choć miejscami chciałoby się, żeby była zdecydowanie dokładniejsza, rozmowa o życiu z bardzo skromnym i wielce wszechstronnym artystą, która z pewnością przypadnie do gustu nie tylko wielbicielom jego talentu.

Moja ocena: 8/10

środa, 9 sierpnia 2017

[237] Książka: "Wszyscy ludzie prezydenta" - Bob Woodward, Carl Bernstein

Wszyscy ludzie prezydenta są prawdopodobnie jednym z najbardziej znanych i najmocniej zakorzenionych w medialnej kulturze mitem dziennikarstwa śledczego. Niezmordowaną walką Dawida z Goliatem. Starciem dwóch młodych dziennikarzy "Washington post" z ogromną machiną władzy zarządzaną przez jedną z najpotężniejszych osób na świecie - prezydenta stanów Zjednoczonych. I oto oni - Carl Berstein i Bob Woodward staczają zwycięski bój o prawdę i zmuszają - po raz pierwszy i, jak do tej pory jedyny, w historii swojego kraju - prezydenta do rezygnacji z piastowanego stanowiska w związku z jego uchybieniami wobec obowiązującego prawa.

Tak w skrócie można opisać czym w świadomości większości tych, którzy w ogóle wiedzą czym była - i jak doszło do jej wykrycia i ujawnienia - afera Watergate. Prawda jest z goła inna i nie do końca taka jak ta przedstawiona w niniejszej książce. Ale liczy się to co jest powszechnie znane i dostępne. A Wszyscy ludzie prezydenta są bestsellerem wszech czasów w dziedzinie literatury faktu i to właśnie interpretacja Woodwarda i Bersteina jest tą obowiązującą. Do tego dochodzi jeszcze ekranizacja pod tym samym tytułem w reżyserii Alana J. Pakuly z Robertem Redfordem (w roli Woodwarda oraz jako producenta wykonawczego i współtwórcy scenariusza) i Dustinem Hoffmanem (w roli Bernsteina) wcielających się w dwóch nieustraszonych reporterów, którzy często z narażeniem życia odkrywają kolejne elementy układanki i niemalże samodzielnie doprowadzają do rezygnacji Nixona ze stanowiska. Ale film dramatyzuje i upraszcza całą historię jeszcze bardziej niż książka, i co ciekawe oraz niespotykane w historii kina, pomysł jego powstania narodził się wcześniej niż samej książki. Redford, zauroczony całą historią walki dwóch reporterów z urzędową machiną, jeszcze przed zakończeniem całej sprawy usilnie starał się namówić dziennikarzy "Washington Post" do sprzedania praw do ekranizacji ich historii i zaproponował im w jaki sposób powinni napisać książkę (początkowo miała ona mieć zupełnie inny kształt, jednak za namową aktora reporterzy postanowili skupić się na własnych przeżyciach i działaniach). Film jest więc nierozerwalnie związany z książką i jedno praktycznie nie może funkcjonować bez drugiego, ponieważ uzupełniają i dopełniają się nawzajem.

Pomijając jednak historię w niej przedstawioną, sama książka jest jednak napisana w dość topornym stylu. Nie czyta się tego zbyt płynnie. Wiele zdań cytowanych wypowiedzi trzeba czytać po kilka razy, żeby zrozumieć ich sens, a biorąc pod uwagę zawiłość całej opowieści i dość liczne grono głównych bohaterów nie działa to na jej korzyść zupełnie. Do tego dochodzi jeszcze okropna korekta i błędy edytorskie. Powtarzalność w wielu miejscach "się", "na" etc. wkurza, ale już pomyłki w nazwiskach często mogą wprowadzić w błąd. Oto przykład:

"Wydatki kontrolował Sloan. Mitchel i Sloan [powinno być Stans - przyp. mój] tylko je zatwierdzali." - 136

Tutaj już mniejsze przewinienie, ale bardziej niewybaczalne, bo nie wynikające z zaczynających się na taką samą literę ("S") i mających podobną długość nazwisk (5 liter):

"Woodward spytał o zbieranie wiadomości na temat Teda Kennedy'ego. Napisali o tym z Woodwardem [powinno być Bernsteinem - przyp. mój] w lipcu poprzedniego roku." - str. 322

Niezależnie jednak od roli jaką w całej tej historii odegrali reporterzy "Washington Post" (cała gazeta została nagrodzona za serię artykułów o aferze Watergate nagrodą Pulitzera, co bardzo nie spodobało się Woodwardowi i Bernsteinowi, ponieważ uważali, że to im powinna przypaść cała zasługa za te teksty) oraz w ogóle media jako takie (choć głównie prasa) Wszystkich ludzi prezydenta warto przeczytać chociażby po to, aby rozjaśnić sobie wiele faktów z tej, bądź co bądź nielicho zawiłej sprawy (sam Nixon przez dłuższy czas twierdził, że nie widział o co w tym wszystkim naprawdę chodziło do momentu aż któregoś dnia pewien stażysta nie przedstawił mu rozrysowanego schematu zależności i podległości personalnych - kto, co, dla kogo, na czyje polecenie wykonywał). No i co by nie mówić, jest to jednak kawał naprawdę zaawansowanego i prowadzonego na ogromną skalę dziennikarskiego śledztwa ever.

Moja ocena: 8/10

wtorek, 1 sierpnia 2017

[236] Książka: "Czternasta kolonia" - Steve Berry (2017)

Człowiek nie uczy się na błędach. Ja jestem najlepszym tego przykładem. Po moim średnio udanym spotkaniu z Kotletem Mielonym (tak się u nas w domu nazywa Cottona Malonea) w Dziedzictwie tempariuszy po raz kolejny sięgnąłem po jego przygody. Ale uwierzcie mi, w mojej robocie z nudów to i instrukcje pralki bym przeczytał...

Wracając jednak do tematu. Tym razem padło na Czternastą kolonię, w której Kotlet Mielony musi zrobić... no, w sumie to całkiem sporo rzeczy. A cała intryga jest tak duża, szeroka, przepastna, niepomiernie głęboka... (może starczy tych epitetów, zważywszy, że to niemalże synonimy), jak, nie przymierzając, poziom paranoi członków partii rządzącej. Najważniejsze jest jednak to, żeby powstrzymać starego, zajadłego byłego agenta KGB (byłego nie dlatego, że zwolniony czy wyrzucony z pracy, tylko z powodu zamknięcia jego zakładu pracy, choć on w głębi serca nigdy nie porzucił służby - mózg wyprany do cna), który chce zrealizować zadanie otrzymane na początku lat 80. z ręki samego sekretarza generalnego KPZR - Andropowa. I wcale go nie obchodzi, że od tamtego czasu minęło przeszło ćwierć wieku a sam sekretarz kopnął w kalendarz kilka miesięcy po wydaniu rozkazu. Całość dość nierozerwanie łączy się z 20 poprawką do amerykańskiej konstytucji oraz nomenklaturą szachową. A czym jest tytułowa 14 kolonia? Tego dowiecie się z lektury i tak właściwie to ma niewiele wspólnego z samym zadaniem jakie mają wykonać główne postaci tej intrygi.

Przejdźmy teraz do zalet tego czytadła. Tak, jak powtarzam to od zawsze i zawsze będę powtarzał, Steve Berry nigdy nie będzie Danem Brownem. Trzaska swoje książki jak z karabinu - średnio jedna na rok, co dość wydatnie wpływa na ich jakość. Same zagadki nie są również tak dobrze zbudowane jak u bardziej utalentowanego kolegi. Ma on jednak swoje grono wielbicieli i to głównie dla nich pisze. Ale miało być o zaletach. Co mnie się tutaj podobało? Środkowa część książki, gdzie największy nacisk został położony na samą tajemnicę. Co z tego, że koniec końców okazała się ona zupełnie do niczego nie potrzebna i z całej tej wielowarstwowej intrygi ważny był tylko jeden szczegół, który powinien znać każdy fachowiec zajmujący się historią jeśli nie Waszyngtonu, to przynajmniej Białego Domu i nie potrzebne byłoby całe to głupie poszukiwania zaginionych dokumentów etc., etc. Ale to jest tylko Berry i tylko Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, tu zbyt wiele wymagać nie można. Tam ludzie są mądrzy, kiedy nie potrzeba i głupi, jak trzeba mądrych (najlepiej widać to po ostatnich wyborach prezydenckich, chociaż patrząc na to co się dzieje za oknem, wcale nie jesteśmy lepsi...).



Teraz przejdźmy do wad. (Uwaga! mogą pojawić się spojlery).

Te postanowiłem wytłumaczyć na podstawie kilku wybranych cytatów (dodam tylko, że cytaty pochodzą tylko z ostatnich 100 stron książki, bo dopiero wtedy nie zdzierżyłem i zacząłem wynotowywać co lepsze kąski).

Jednak zanim zacznę chciałbym się podzielić kilkoma spostrzeżeniami na temat podjętych działań przez niektórych bohaterów tej fascynującej powieści. Frapuje mnie na przykład to, że agent, który wybiera się na misję mającą na celu zniszczyć wrogie mocarstwo (sic!) nie wie, że w wypożyczonym samochodzie jest montowany nadajnik GPS, który pozwala dokładnie określić jego aktualną pozycję (pewnym wytłumaczeniem, choć niewielkim, może być dla niego fakt, że ostatnie 25 lat spędził na głębokiej Syberii w odciętej od świata wiosce, ale skoro umie się posługiwać smartfonem, to wystarczy również logicznie myśleć, żeby nie popełniać takich szkolnych błędów). I drugi, utajniony szpion, który przez 30 lat nosi w portfelu ślubowanie agenta KGB. Przecież to jakiś słaby żart. Nie wiem, mnie się takie rzeczy wydają po prostu nie na miejscu.

No i ta laska, miłość Kotleta Mielonego, która obecnie postanowiła za ciężko zarobione przez rodziców pieniądze - na szczęście odłożyli łyżkę więc się nie dowiedzą na co poszła ich krwawica - wybudować, używając jedynie metod z XIII wieku, zamek. Tak, dobrze czytacie. I do tego wszystkiego nazywa się Casiopeia. W sensie kobieta, nie zamek. Czy muszę dodawać coś więcej? Tak też myślałem.

A teraz przejdźmy już do cytatów.

No to może na początek coś z arsenału grafomana. Co powiecie na coś takiego?

"Jadąc razem z Cottonem w mroczną głąb Wirginii." - Hę? Głąb to w tym momencie jest autor albo, co bardziej prawdopodobne, tłumacz.

"Z ciemniejącego nieba zaczął prószyć śnieg, a wiatr grzechotał szybami w oknach. W palenisku nadal buzował ogień, ciepłem i złotym blaskiem." - kto tak pisze? To sensacja a nie grafomania. A może jedno i drugie?

"Przez tak długi czas iskierki jego ambicji ledwie skrzyły się w ciemnościach." - nie-wy-o-bra-żal-ne!

"Zorin odrzucił kolejną kłodę pokrytą śliskim zielonym nalotem.
– Ty pociąłeś to drewno?
– Każdy kawałek. Może i się starzeję, ale nadal jestem w dobrej formie. Podobnie jak ty, Aleksandrze.
" - Trochę to wygląda jak wzajemne lizanie się po jajach...

"Rozbili okna, pościel i zasłony oblali naftą. Następnie pięćdziesięciu ludzi zajęło pozycje na zewnątrz, trzymając długie żerdzie, do których przymocowano kule ze szmat nasączonych naftą. Wszystkie podpalono i na rozkaz wbito je jak oszczepy przez stłuczone okna." - Ale, że niby o co chodzi? Co wbito? Kule? Żerdzie? Nic nie rozumiem. Ciemność widzę, ciemność...

"Ze stodoły dochodziły odgłosy prawdziwej kanonady." - Kanonada z pistoletu automatycznego? No chyba jednak nie.

"Nie znaleziono żadnych dokumentów, amerykańskich czy kanadyjskich, wystawionych na jego nazwisko." - A wcześniej wypożyczał samochód i legitymował się kanadyjskim prawem jazdy na swoje nazwisko... Ciekawe.

"Udało mi się uciec przez okno, ale usłyszałam w środku strzały. Strażacy powiedzieli mi, że znaleźli ciało, więc Luke musiał jednego zabić. Ja zastrzeliłam pozostałych dwóch na ulicy." - Byle lachon z piechoty rzecznej (tak, jest taka jednostka w U.S. Army) zabija nawet bez draśnięcia przesolonych agentów SWR. A wcześniej zaszlachtowała trzech. Bez najmniejszego problemu. Prosto po powrocie z joggingu. <rolf> Nawet się mocno nie zziajała. Prawie Wonder Woman. I tak od samego początku. Albo amerykańscy agenci są tacy genialni, albo rosyjscy agenci tak słabo wyszkoleni. Ale jakiś drobny postrzał albo inne zacięcie czy zadrapanie dodałoby akcji trochę realizmu.

"Zorin postrzegał fakt, że kościół był w remoncie, jako znak – niekoniecznie od niebios, ponieważ Bóg nigdy nie odgrywał istotnej roli w jego życiu, ale od losu. Być może nawet prezent od poległych kompanów, którzy obserwowali jego postępy i zagrzewali go do boju." - Remont kościoła jako prezent od poległych kompanów? Aha.

"Stephanie szybko przesuwała wzrokiem po ciemnych, męskich literach, które nie wyblakły, choć od powstania dziennika minęły dwa pełne stulecia." - Słyszałem coś o małych i dużych, pisanych i drukowanych, ale o męskich? Ni-chu-ja.

"Stephanie już nie przeglądała pobieżnie tekstu, tylko delektowała się każdym słowem, które wyszło spod pióra słynnego szpiega." - To chyba jednak nie jest najlepsza pora na "delektowanie się każdym słowem"... ale co ja tam wiem, to nie mnie zostało 74 minuty do wybuchu małej bomby jądrowej w której może zginąć cały obecny i przyszły rząd.

"Wykonała telefon do Edwina Davisa, ale nie odbierał. Spróbowała zadzwonić na komórkę Danny’ego; połączyła się tylko z pocztą głosową. Prawdopodobnie obaj byli zajęci gośćmi i doglądali przygotowań na rychłe przybycie nowo wybranego prezydenta i wiceprezydenta." - Jakbym miał w perspektywie za 60 minut wylecieć w powietrze to bym ten telefon w dupie nosił, żeby tylko poczuć, kiedy wibruje (wiecie, w gwarze tych rozwrzeszczanych świń zwanych politykami rzeczywiście można nie usłyszeć dzwonka) i odebrać połączenie, które być może da mi wskazówki co robić dalej, żeby uniknąć rychłej i nieodległej śmierci.

"Podniósł prawą rękę i ich oczom ukazał się pistolet [tu mi jak ulał pasuje "las... krzyży" <buahahahah> - przyp. aut.]. Malone był jednak szybszy i oddał strzał wymierzony w nogi. Potrzebowali go żywego. Niestety policjanci mieli inny pomysł. Wszyscy naraz zaczęli strzelać." - Amerykańscy policjanci - najidiotyczniejsi funkcjonariusze na całym świecie. Zobaczą gościa ze spluwą i walą jak do tarczy. Nawet kiedy gość jako jedyny na świecie zna np. kody rozbrojenia bomby.

"Kiedy metalowe drzwi z brzękiem się otwarły, Zorin stanął jak wryty. Nie miał przy sobie broni, zostawił ją w kieszeni płaszcza, który leżał kilka metrów od niego." - To przecież oczywiste, tak się zachowuje wyszkolony radziecki agent KGB, który idzie stać na straży wejścia do miejsca gdzie podłożył bombę jądrową. Cała ta akcja jest szyta tak grubymi nićmi, że aż boli.

Pod koniec jest jeszcze kilka stron ckliwej gadki jak to niby prezydent - który przez większość czasu był sukinsynem - nagle potulnieje, wszystkich za wszystko przeprasza (kolejna porcja lizania się po fiutach) i mówi, że wtedy, kiedy był chujem to tylko tak sobie żartował. Ehh... Bez tego zakończenia byłoby znacznie lepiej. W ogóle dało by się ze 100 stron wyjebać i czuję, że wyszło by to książce jedynie na dobre. Ciekawe, czy wciąż panuje zasada, że autorowi płaci się od wierszówki (to po części dlatego "Zły" Tyrmanda ma ponad 600 stron :D), bo jeśli tak to wyjaśniałoby obszerność tej publikacji. Jeśli nie, to nic nie wyjaśnia obszerności tej publikacji.

Wydaje mi się, że jest to książka na odpoczynek od poważniejszych lektur. Niezbyt poważna, ale i nie przesadnie głupia jeśli zbytnio nie skupiamy się na tym jak to jest napisane (i dlaczego tak głupio <rolf>) tylko podążamy za akcją i wierzymy autorowi, że to on wie najlepiej.

Moja ocena 5/10

środa, 26 lipca 2017

[229-235] Książki o whisk(e)y. Zestawienie


W ostatnich trzech, a nawet dwóch dekadach whisky przechodzi ogromny renesans. Po tym jak powróciła do łask w latach 90. XX wieku jej popularność stale rośnie. Wciąż około 80-85% rynku stanowią tzw. blended, czyli whisky mieszane (słodowa ze zbożową w różnych proporcjach), można jednak zaważyć stały wzrost zainteresowania konsumentów whisky single malt, czyli jednosłodowymi z jednej destylarni. Zwiększyła się także ich dostępność. Powstaje coraz więcej specjalistycznych sklepów, które starają się mieć jak najszerszą ofertę dostępnych alkoholi, ale również coraz częściej na półkach supermarketów możemy natrafić na całkiem pokaźny zestaw wysokiej jakości maltów w bardzo przystępnych cenach. 

Whisky była, jest i, prawdopodobnie, będzie wyznacznikiem statusu. Już dawno przestała być postrzegana jako "ruda woda na myszach" - jak poetycko określił ją węglarz Stasio z barejowskiego Misia. Sięgamy po nią, aby w jakiś sposób pokazać, że wiemy co dobre i tym samym dajemy znak, że aspirujemy do klasy wyższej. Coraz częściej wybieramy właśnie ten trunek zamiast zwykłej czystej nawet jeśli musimy zapłacić dwukrotnie wyższą cenę. A jeśli doszliśmy do ceny, to whisky coraz częściej staje się również lokatą kapitału (choć, aby się w to bawić, to trzeba się naprawdę dobrze znać, znać rynek i wiedzieć co może być warte więcej za kilka lat, a co przejdzie bez echa i zostanie zapomniane zaraz po premierze). A poszczególne, ultra rzadkie egzemplarze lub pieczołowicie zbierane kolekcje osiągają na aukcjach zawrotne ceny (w granicach kilkuset tysięcy funtów butelkę).

Za tą wzmożoną popularnością samej whisky podąża również piśmiennictwo o tejże. Od roku 1990 powstało więcej książek o whisky niż przez poprzednie przeszło trzysta lat. Dziś chciałbym stworzyć krótki ranking dostępnych na polskim rynku wydawniczym książek poświęconych aqua vitae. Zapraszam do lektury.

Whisk(e)y. Historia, marki, producenci / Whisky. Whiskey i Bourbon. Szkocja, Irlandia, USA, Japonia i inne kraje (2014, Buchman, 158 stron) - Örjan Westerlund

Jest to najmniejsza, jeśli chodzi o objętość (nie format), z posiadanych przeze mnie książek dotyczących uisge beatha. Autor skupia się głównie na historii samego trunku tak w jej ojczyźnie - Szkocji i Irlandii, jak i w innych miejscach świata zaczynając od Stanów Zjednoczonych, Japonii i kilku innych krajów, w których ten trunek jest produkowany. Pisze kilka słów o samym procesie destylacji tak whisky słodowej, jak bourbona, grain whisky, nie pomijając pot still whisky. Wspomina o tym skąd w whisky bierze się smak i w jaki sposób najlepiej degustować nasz ulubiony trunek. Wszystko podsumowuje bardzo subiektywny wybór dziesięciu whisky najlepiej oddających charakter poszczególnych regionów i gatunków tego trunku. Wszystko zamyka krótki słowniczek/glosariusz, pomagający zrozumieć i wyjaśnić specjalistyczne terminy związane z aqua vitae.

Duża ilość zdjęć i twarda oprawa z pewnością jest dużym atutem tej publikacji. Niestety, jest to rzecz bardzo ogólna, w której z pewnością najbardziej brakuje charakterystyki poszczególnych destylarni i ich najważniejszych, flagowych produktów oraz notek z ich degustacji co sprawia, że jest to książka naprawdę na sam początek przygody z whisky dla osób, które za przystępną cenę chcą przeczytać o co tan cały krzyk z tymi single matami i whisk(e)y w ogóle.

Ocena 5/10



Vademecum whisky (2012, wyd. 2, Olesiejuk, 350 stron) - Jerzy Urban

Jarosław Urban jest jednym z najbardziej znanych i szanowanych w Polsce autorów piszących o whisky (choć nie pisze i nie mieszka w Polsce już od wielu lat). Niedawno na rynku ukazała się Encyklopedia whisky jego autorstwa oraz już trzecie, po raz kolejny uzupełnione i poprawione, wydanie Vademecum whisky. Jest on także autorem publikacji na temat amerykańskich bourbonów i whiskey. Ja miałem do czynienia z wydaniem prawdopodobnie drugim, choć taka informacja nie pojawiła się na stronie tytułowej ani nigdzie dalej w moim egzemplarzu książki (różni się ono jednak okładką od trzeciego a w treści sam autor wspomina o uzupełnieniach jakie poczynił wobec wcześniejszego wydania). Książka ta dość obszernie przedstawia historię samego trunku w Europie (Szkocja, Irlandia, Walia, Anglia) i Ameryce Północnej (Stany Zjednoczone, Kanada), a także Azja (tutaj głównie Japonia) delikatnie tylko wspominając o tym, że w innych krajach również destyluje się ten trunek. Schemat jest bardzo podobny przy każdym opisywanym rejonie. Najpierw pojawia się sposób produkcji najpopularniejszych odmian (w przypadku Europy jest to single malt, grain oraz blended whisky, przy Stanach Zjednoczonych blended american whiskey, bourbon, corn whiskey, rye whiskey, straight whiskey, Tennessee whiskey, wheated bourbon), później pojawia się rys historyczny produkcji trunku w danym kraju, a następnie najpopularniejsze destylarnie, marki i rodziny zajmujące się destylacją włącznie z notkami z degustacji często również produktów niedostępnych już na rynku.


Książka jest stosunkowo obszerna, liczy sobie bowiem ponad 350 stron, a dość drobny druk i niewielka w porównaniu z innymi publikacjami liczba zdjęć (znajdziemy tutaj jedynie fotografie butelek lub etykiet omawianych trunków) sprawia, że autor ma miejsce na to, żeby zaciekawić nas obszernie przedstawioną historią poszczególnych destylarni i wytwórcami whisky oraz wieloma interesującymi anegdotami na ich temat. Wydawałoby się, że książka napisana w taki sposób zasługuje na wyższą ocenę, jednak styl i sposób pisania autora zupełnie nie przypadł mi do gustu. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że ocenia on whisky (chodzi tutaj głównie o destylarnie) przyznając im gwiazdki w skali od 1 do 6 z połówkami. Moim zdaniem jest to trochę skrzywione podejście, z którym się do tej pory nie spotkałem poza Biblią whisky Jima Murraya, który ocenia poszczególne produkty, ale nie całe destylarnie, jak robi to Urban. Dziwna praktyka, której zdecydowanie nie popieram. Jednakowoż w pewnym stopniu polecam zapoznanie się z opiniami Jarosława Urbana i skonfrontowanie ich z własnymi odczuciami na temat opisywanych przez niego trunków, choćby z tego powodu, że jest to jedyny autor z tego zestawienia, którego będziecie mogli spotkać osobiście i zamienić z nim kilka słów na temat tego szlachetnego trunku niezależnie od tego, czy się z jego opiniami zgadzacie czy wręcz przeciwnie.

Moja ocena 6/10

Whisky. Leksykon smakosza (2002, 2006, wyd. pol. 2016, wyd. 3, RM, 240 stron) - David Wishart

David Wishart to kolejny autorytet w dziedzinie whisky. Tym razem doktor ze School of Mamagment University of St. Andrews. W tym przypadku autor zajmuje się tylko szkocka whisky single malt. Po krótkiej historii samego trunku, przechodzi do zasadniczej części swojego wywodu, czyli próby naukowej systematyzacji poszczególnych whisky za pomocą opracowanego przez siebie profilu smaku i grup czy też typów whisky. Profil smaku według opracowania dr Wisharta ma dwanaście elementów: treść, słodkość, dymny, medyczny, tytoniowy, miodowy, korzenny, winny, orzechowy, słodowy, owocowy, kwiatowy, a każdy z elementów jest określany na pięciostopniowej skali od 0 do 4 (zero - brak elementu w danej whisky, 1 - delikatny posmak, 2 - średnie nuty, 3 - wyraźne nuty, 4 - uwydatniony). Przy użyciu takiej oto metody autorowi udaje się stworzyć 10 grup smakowych whisky (wszystko to po zbadaniu około tysiąca not degustacyjnych) od A do J zawierających podobne elementy profilu smaków w podobnym nasileniu poszczególnych cech.

Podstawka Loch Lomond trafiła akurat do grupy E. Tutaj występują wszystkie smaki i aromaty poza tytoniowym, choć niemal wszystkie w najmniejszej intensywności. Co za tym idzie jest to bardzo dobry trunek na rozpoczęcie przygody z single maltami.




I tak whisky najbardziej kompleksowe o najszerszym zestawieniu aromatów - tzw. najpełniejsze - znajdą się w samym środku zbioru i będą to whisky z grup E i F, a każde odejście od środka w jedną bądź drugą stronę (whisky z grupy A będą się odznaczać bardzo silnym posmakiem sherry, natomiast po drugiej stronie zbioru - w grupie J - te z regionu Islay, będą mocno torfowe i dymne na co wpływa użycie dużych ilości torfu w procesie suszenia słodu jęczmiennego; z tymi skrajnymi grupami sąsiadują trunki z lekkim posmakiem sherry - grupy B i C - oraz nisko torfowe - grupy H oraz I, kwiatowe i słodowe, w tym cztery grupy zupełnie nie torfowe D, E, F, G). Po tym dość zawiłym wprowadzeniu autor przechodzi do opisu dziejów poszczególnych destylarni (w porządku alfabetycznym od Ado Z) oraz noty degustacyjnej najbardziej dostępnej i charakterystycznej whisky z owej destylarni włączając w to oczywiście swoją machinę naukową, czyli profil smakowy oraz nasilenie poszczególnych elementów włącznie z przyporządkowaniem do konkretnej grupy. Autor nie zapomina również o kilku słowach na temat degustowania whisky. Jak, gdzie, kiedy, z czego. Duża ilość ilustracji, przyjemny i łatwy w "obsłudze" format (najmniejsza książeczka z całego zestawienia), ciekawa i dość nowatorska próba klasyfikacji poszczególnych whisky sprawiają, że książkę czyta się bardzo przyjemnie i z dużym zainteresowaniem.

Moja ocena 7/10

Whisky. Uisge Beatha. Woda życia (2000, wyd. pol. 2008, wyd. 1, Bellona, 224 strony) - Helen Arthur 

Helen Arthur jest związana z whisky w troszkę inny sposób niż poprzedni dwaj panowie. Jest ona wszak smakoszem tego trunku, ale również była z nim związana zawodowo, ponieważ przez wiele lat zajmowała się PRem i reklamą wody życia. Jej publikacja zdecydowanie posiada wszystkie cechy albumu. Duży format, twarda oprawa (chociaż to jest akurat cecha wszystkich opisywanych tutaj publikacji), kredowy papier i duża ilość zdjęć oraz grafik sprawiają, że nie tylko świetnie się ją czyta, ale też bardzo miło się ją przegląda. Jej największą wadą jest natomiast data wydania, ponieważ to zdecydowanie najstarsza książka z całego zestawienia, niektóre informacje w niej zawarte są już nieaktualne. Książka składa się z następujących rozdziałów: "Historia whisky" - w tym miejscu uwaga skupia się na tym jak powstała królowa alkoholi i jak sobie radziła podczas najrozmaitszych dziejowych zawieruch począwszy od starożytności, poprzez wytworzenie pierwszych whisky, trudności związane z obłożeniem alkoholu podatkami, wojną, prohibicją; autorka poświęca także kilka akapitów przemytnikom i narodzinom whisky mieszanej. "Anatomia whisky" - to z kolei miejsce, w którym dowiemy się jak powstaje trunek (Arthur opisuje wszystkie główne odmiany tak whisky słodowej, jak whisky mieszanej, zbożowej na bourbonie i amerykańskiej whiskey kończąc), od opisu wyboru odpowiedniej wody, zboża i drożdży, z którego został wydestylowany alkohol poprzez beczki, w których dojrzewa na procesie butelkowania kończąc. "Geografia whisky" - to rozdział, gdzie pokrótce przedstawione są wszystkie (a z pewnością zdecydowana większość) miejsc, w których destyluje się whisky na świecie. "Kultura whisky" - jest rozdziałem, z którym wiązałem największe oczekiwania oraz tym, który najbardziej mnie rozczarował, ponieważ to właśnie tutaj autorka mogła się popisać swoją wiedzą i doświadczeniem zdobytym podczas pracy zawodowej.

Dużo zdjęć, mało tekstu. Album, normalnie album.




Znajdują się tutaj bowiem odniesienia do reklam whisky i tego jak funkcjonowała ona w naszej świadomości i jak zmieniało się jej postrzeganie na przestrzeni lat. Niestety, oprócz kilku plakatów i bardzo szczątkowego, łopatologicznego niemal opisu tychże nie znajdujemy w tym akurat fragmencie nic ciekawego. Rozdział ten ratuje fragment o "Rodzinach whisky", czyli wielkich dynastiach wytwórców tak najsłynniejszych blendów, jak i maltów z dużą ilością ciekawych szczegółów, których próżno szukać u innych autorów. "Rozkoszowanie się whisky" to rozdział w całości poświęcony przyjemności degustacji usige beatha poczynając od tego jak to robić, z czego najlepiej ją pić, po miejsca gdzie można ją zamówić jak również gdzie kupić na wynos. Niestety w tym rozdziale ma także miejsce jeden z dość dużych zgrzytów, całkowicie nie potrzebnie umieszczone właśnie tutaj. Chodzi mi o rozróżnienie na whisky mieszaną i kupażowaną (dla którego to miejsce widziałbym w rozdziale "Anatomia whisky"), które wprowadza dość duże zamieszanie, ponieważ według autorki whisky mieszane są to tzw. vatted malts zwane też kiedyś pure malts a obecnie blended malts, czyli whisky mieszane składające się z samych single maltsów bez udziału whisky zbożowej jak to ma miejsce w przypadku tzw. blended, czyli w wersji autorki whisky kupażowanych (choć mieszanie i kupażowanie to synonimy i stąd całe zamieszanie, choć w sumie może ono wynikać jedynie z błędów tłumacza, ponieważ w rozdziale Katalog również dochodzi do pewnej słownej i znaczeniowej pomyłki, kiedy to whisky określana jako "bez podania wieku" jest tłumaczona na "niestarzona" co by znaczyło, że dostajemy trunek prosto z destylatora, a to znowu jest niezgodne z prawem, ponieważ aby alkohol mógł nosić miano whisky musi przez co najmniej 3 lata dojrzewać w dębowej beczce). 

Całość poprzedza krótkie wprowadzenie Charlesa Macleana (autora kolejnej książki z tego zestawienia) - jednego z najznamienitszych znawców whisky, a wszystko kończy "Katalog", w którym autorka przedstawia najbardziej reprezentatywne trunki z całego świata tak mieszane, jak i single malt. Myślę, że mimo dość zaawansowanego wieku i kilku drobnych nieporozumień tłumacza z pewnością warto sięgnąć po tę pozycję. Mnie jej lektura sprawiła wiele przyjemności i przyniosła kilka ciekawostek, których nie znalazłem u innych autorów. Również sposób sporządzania not degustacyjnych był mi najbliższy, ponieważ najmniej wyszukany i najskromniejszy.

Moja ocena 7.5/10

Whisky malt (1997, wyd. pol. 2002, wyd. 1, WIG PRESS, 176 stron) - Charles Maclean

Charles Maclean jest ikoną w świecie whisky. Ostatnio nawet wystąpił w filmie Angels Share, więc teraz można już nawet powiedzieć, że jest whiskowym celebrytą. Ale żarty na bok, ponieważ kto, jak kto, ale ten facet naprawdę zna się na rzeczy. Jego doświadczenie i fachowość bije niemal z każdej strony tego bogato ilustrowanego albumu dotyczącego (podobnie jak u Wisharta) jedynie malt whisky. W tym przypadku książka również
dzieli się na kilka rozdziałów. Najważniejsze z nich to "Historia", "Produkcja whisky", "Degustacja whisky", "Regiony", i "Przewodnik". Pozostałe: "Dodatki" i "Skorowidz" nie są już tak istotne. Wszystko natomiast rozpoczyna się od "Wprowadzenia". W tej publikacji najciekawsze wydają się dwa środkowe rozdziały - produkcja i degustacja whisky - bo to właśnie w nich znajdziemy najwięcej informacji, których próżno szukać w pozostałych prezentowanych w tym zestawieniu publikacjach, a niektóre uwagi Macleana dość dalece odbiegają od opinii innych autorów.

Pięknie rozrysowany i opisany schemat destylacji whisky.



Rozdział o produkcji whisky jest najdokładniejszym z jakim do tej pory udało mi się zapoznać. Dowiemy się z niego nie tylko podstawowych informacji na temat tego z czego tworzy się whisky, ale równie jak wybiera się jęczmień, jakie musi spełnić warunki, żeby został zaklasyfikowany jako użyteczny dla destylatorów, jak krok po kroku (z ilustracją na dokładnym i obszernym schemacie) przebiega proces podwójnej destylacji alkoholu, oraz jakiej najlepiej użyć wody do jego wyrobu; jak nazywają się najpopularniejsze rodzaje beczek wykorzystywanych przez destylarnie oraz jaką mają pojemność i co było w nich wcześniej przechowywane. A to tylko drobny wycinek całości. Natomiast w rozdziale o degustacji poznamy zdanie profesjonalisty o tym jak, gdzie, z czego i kiedy powinno się degustować whisky w celach czysto poznawczych, a także tych mniej oficjalnych.
Zapoznamy się także z tzw. kołem aromatów, przy powstawaniu którego Maclean współpracował. Dzieli się ono na 8 podstawowych elementów tj.: wino, zboża, estry, kwiaty, torf, fuzle, siarka, drewno, a każdy z tych elementów na konkretniejsze zapachy, a te na jeszcze dokładniejsze. Całość psuje jednak rozdział pod tytułem "Regiony", który skupia się głównie na geografii w bardzo niewielkim stopniu wspominając o tym co nas najbardziej interesuje, czyli destylarniach i samej whisky. Całość plasuje się jednak w najlepszej trójce i z pewnością jest książką, której warto poszukać w antykwariatach lub internetowych księgarniach, bo zawsze warto wiedzieć co Maclean napisał o whisky.

Moja ocena 8/10


1001 whisky, których warto spróbować (2012, wyd. pol 2013, MUZA SA, wyd. 1, 960 stron) - pod. red. Dominicka Roskrowa 

1001 whisky... jest najobszerniejszą i najbardziej zróżnicowaną pod względem treści książką jaką posiadam w swojej kolekcji. Cały ten ważący blisko 4 kilogramy zbiór najprzeróżniejszych historii o whisky spina redaktor, światowej sławy znawca whisky, Dominik Roskrow. Pod jego pieczą znajdowało się w trakcie tworzenia tego zestawieni kilkadziesiąt osób związanych z whisky (blogerów, redaktorów pism specjalistycznych, pisarzy etc.), każdy z nich był autorem przynajmniej kilkudziesięciu notek. Cała książka podzielona jest na kraje produkujące ten szlachetny trunek i tak znajdziemy tutaj Szkocję, Irlandię, Europę (a tutaj takie kraje jak Anglia, Walia, Belgia, Niemcy, Dania, Szwecja, Finlandia, Czechy, Francja, Liechtenstein, Holandia, Hiszpania i Szwajcaria), USA, Kanadę, Japonię i Resztę świata (a w niej Australię, Indie, Nową Zelandię, Pakistan, RPA i Tajwan). Jak nie trudno zgadnąć z niektórych zakątków świata pochodzi raptem kilka butelek a czasami nawet jedna (Pakistan), z innych natomiast kilkaset (Szkocja, USA) albo kilkadziesiąt (Irlandia, Kanada). Nie trzeba się jednak bać tego, że whisky prezentowane w tej książce będą "nie na naszą kieszeń". Oczywiście są i takie okazy (a nawet jest ich całkiem sporo), ale autorzy podeszli do tematu bardzo egalitarnie i nie tracą z oczu także tzw. "podstawek" poszczególnych destylarni oraz najzwyklejszych blendów, które w większości supermarketów można kupić za niespełna 50 zł za 700ml butelkę. Choć tak, jak wspomniałem nie brakuje również takich okazów, które są po pierwsze całkiem niedostępne (chyba, że na rynku wtórnym i kosztują grube setki tysięcy funtów również za butelkę 700 ml) albo dość drogie i trudne do zdobycia (butelki po kilkaset lub takie w cenach od 1000 do kilku tysięcy zł).
 Taki rozstrzał cenowy i dostępnościowy sprawia, że książka ta powinna zaciekawić każdego pasjonata złocistego trunku nie zależnie od tego na jakim etapie zapoznawania się z królową alkoholi aktualnie się znajduje. Dużą zaletą tej książki jest również sam opis poszczególnych whisky, ponieważ nie skupia się on tylko na samym procesie tworzenia i starzenia danego trunku, a opowiada całą historię jego powstania, przyczyny, okoliczności czasami tworzących bardzo ciekawą legendę. Fakt, że w większości przypadków mamy do czynienia z edycjami dość rzadkimi i oryginalnymi jeszcze nam tę lekturę urozmaica. W tych krótkich notkach poznajemy historię twórców danych alkoholi, historię zakładów, w których zostały wydestylowane, perypetie ich właścicieli i różnego rodzaju anegdoty z okolicznościami powstania poszczególnych whisky. Jedynym mankamentem tej książki są dość częste powtórzenia przy opisie trunków z tej samej destylarni tworzone przez różnych autorów. Czasami na jednej stronie mamy powielone te same informacje, ale niestety nie da się tego zmienić, bo burzyło by spójność poszczególnych notek i choć mnie to irytowało, to jednak rozumiem redaktora wydania, który nie ingerował w tego typu powtórzenia. Drugim i ostatnim elementem, który sprawiał, że zgrzytałem zębami był już całkowicie zależny od preferencji tłumacza, który upodobał sobie używanie słówka "wpierw" zamiast "najpierw" lub po prostu "na początku". Mimo tych drobnych potknięć uważam, że jest to książka, która powinna stanąć na półce każdego pasjonata whisky.

Moja ocena 9/10

Wielki atlas świata whisky (2010, wyd. pol. 2011, wyd. 1., BUCHMAN, 320 stron) - Dave Broom
 
Dave Broom, główny tester whisky.com i jego Wielki atlas świata whisky zajął w tym zestawieniu pierwsze miejsce zdobywając komplet punktów z kilku powodów. Po pierwsze w tej książce nie ma praktycznie żadnych błędów. Jest na tyle aktualna, żeby wszystkie informacje w niej zawarte nie mijały się z prawdą. Jest na tyle obszerna, żeby autor mógł zawrzeć w niej wszystkie najciekawsze wiadomości na temat tak krajów i regionów produkcji tego trunku, jak również notki degustacyjne oraz szereg pięknych ilustracji, które są szczególnym atutem tej publikacji. Wielu z was będzie prawdopodobnie lekko rozczarowanych faktem, że nie ma w niej ani słowa o historii tego trunku, jest to jednak, jak sama nazwa wskazuje atlas, a w nim ciężko o tego typu informacje.


Nie bójcie się jednak, mimo tego, że autor nie prezentuje nam konkretnego, wyodrębnionego rozdziału poświęconego samej historii, w opisach poszczególnych regionów i samych destylarni znajdziemy wystarczająco dużo niezbędnych informacji, które pomogą nam ułożyć sobie w głowie całą chronologię narodzin usige beatha. Po wtóre znajdziemy tutaj również "słowniczek" z wymową poszczególnych nazw destylarni a tym samym whisky malt (podobny zabieg zanotować można jedynie w publikacji Davida Wisharta) co jest bardzo pomocne a niekiedy wręcz niezbędne (choć niektóre zapisy fonetyczne w przypadku obu tych publikacji różnią się od siebie znacząco).


Znajdziemy tutaj również fragment poświęcony whisky mieszanej (blended) oraz w chwili przeniesienia się na kontynent ameryki północnej, informacje dotyczące bourbona i whiskey. Autor nie pozostawia nas także na lodzie jeśli chodzi o sam proces destylacji. Od tego właściwie zaczyna się cały wywód, ponieważ na kilku stronach mamy pięknie - również pod względem graficznym - przedstawiony cały proces tworzenia whisky słodowej, zbożowej, a także pot still oraz kentucky i tennessee whiskey.

W moim subiektywnym zestawieniu książka Dave'a Brooma zajmuje, myślę zasłużenie, najwyższy stopień podium i choć nie jest tania na rynku wtórnym (na razie nie było dodruku), to warto się za nią rozejrzeć i dołączyć do swojej kolekcji.

Moja ocena 10/10

czwartek, 13 lipca 2017

[228] Książka: "Wilcze leże" - Andrzej Pilipiuk (2017)

28 czerwca br. Andrzej Pilipiuk już po raz dziewiąty uszczęśliwił fanów swoich opowiadań. Tym razem tomik nosi tytuł Wilcze leże i znalazło się w nim dziewięć opowiadań i jeden króciutki żarcik literacki o beczce, która chciała być szlachcicem.

Podobnie jak uprzednio, czytelnicy i wielbiciele talentu autora nie będą czuć się rozczarowani czy też zawiedzeni. Pilipiuk po raz kolejny pokazał, że w tworzeniu krótkich fabuł nie ma sobie równych. Jego wyobraźnia i pomysłowość przekraczają niekiedy wszelkie granice a każdy z tekstów to swego rodzaju klejnot.

Znajdzie się tutaj coś dla każdego. Interesują cię święte relikwie? Nie ma problemu. Tą sprawą zajmie się domorosły detektyw z Grona Jarzębiny Robert Storm tym razem ze swoją nową narzeczoną ("Relikwiarz") . Wilkołactwo? Czemuż by nie. Sprawie przyjrzy się dr Skórzewski ("Promienie X) a także doświadczy do młodziutka żydowska posługaczka Rachela w tytułowym "Wilczym leżu". A może zaginione dokumenty? Proszę bardzo. Strom będzie poszukiwał maszynopisu "Drugich wakacji Szatana” Kornela Makuszyńskiego ("Cmentarzysko marzeń") a także teczki amerykańskiego agenta, która zaginęła kilkadziesiąt lat temu ("Lalka"). Ta druga sprawa ściągnie na niego sporo kłopotów i przymusowo będzie musiał na jakiś czas opuścić Warszawę oraz nasza piękną ojczyznę. Podczas jednej z wypraw, kiedy cudem uniknie śmierci w śnieżnej lawinie, odnajdzie ciało żołnierza pierwszej wojny światowej i nie wysłany nigdy list, który postanowi dostarczyć do adresata ("List z wysokich gór"). Jako aperitif dostaniemy niewyjaśnioną od kilku dekad sprawę zaginięcia niepełnosprawnego chłopca z jednej z Warszawskich kamienic ("Odległe krainy"), a na podwieczorek spotkanie dra Skórzewskiego z jednym z wysłanników stwórcy ("Ci, którzy powinni pozostać"). A jeśli waszym konikiem jest starożytny Egipt to dobrze się składa, bo pewien wrocławski ex-policjant dostanie nie lada tajemnicę do rozwikłania, w której przeplatać się będą wiara w bezkresną i ponadczasową miłość oraz nowoczesna chemia ("Samobójstwo na Myślicach").

Cóż więcej można dodać? Chyba tylko to, że powinniście teraz albo jeszcze szybciej biec do księgarni, żeby szybciutko zacząć czytać nowy tomik opowiadań Pilipiuka. 

Moja ocena: 7/10

wtorek, 11 lipca 2017

[227] Książka: "George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia" - Brian Jay Jones (2016)

George Lucas. Gwiezdne wojny i cała reszta. Ten tytuł świetnie oddaje proporcje tej biografii. I nie nawiązywałbym do tego, gdyby nie fakt, że trochę dziwnie się ją przez to czytało. Po lekturze nasuwa mi się porównanie co do sposobu i okoliczności jej pisania.
Widzimy dzieciaka, założonego dookoła stosami notatek, faktów, wycinków z wywiadów i innych biografii. Przystępuje on do pisania z werwą i entuzjazmem. Przedstawia dokładnie historie dziadka (Waltona Lucasa), ojca (Georga Waltona seniora), nawet miejscowości (Modesto), w której jego bohater przyszedł na świat (dokładnie 14 maja 1944 roku). Jego wczesne dzieciństwo, dorastanie, hobby (wyścigi samochodowe i tuningowanie aut), momenty zwrotne w życiu (wypadek samochodowy, w którym jego auto zostało niemal zmiażdżone, a on cudem uniknął śmierci wypadając z samochodu tuż przed tym, kiedy zawinęło się ono na drzewie), które go kształtowały i wyznaczały mu drogę. Jego edukację (Lucas wybrał wydział kinematografii na Uniwersytecie Północno-kalifornijskim USC), pierwsze sukcesy (filmy tworzone na zaliczenie poszczególnych przedmiotów, które zdobywały uznanie tak wykładowców jak i kolegów studentów), a także problemy, z którymi radził sobie sam lub przy wsparciu przyjaciół (tzw. "mafii USC" w skład której wchodzili. poza Lucasem, jeszcze Willard Huyck, Randal Kleiser, John Milius, Walter Murch oraz dwóch największych przyjaciół, którzy zostaną z nim na całe życie Francisa F. Coppolę i Stevena Spielberga). Pierwszą miłość (Marcia, którą poznał podczas dorywczej pracy przy montowaniu filmów rządowych, i z którą się ostatecznie ożenił). Potem pierwszy film (THX 1138, rozwinięcie szkolnej etiudy, który został przyjęty stosunkowo chłodno), po którym środowisko trochę ostygło w stosunku do jego osoby, talentu i możliwości. Następnie kolejny film (Amerykańskie graffiti), w który nikt nie wierzył, ale ten stał się oszałamiającym hitem a sam twórca udowodnił, że potrafi. No i wreszcie pomysł na dzieło życia (Gwiezdne wojny). W tym momencie zaczyna się znoszenie strusiego jaja przez kolibra, czyli mozolne krwawienie na kartkę. Tak powstaje pierwsza wersja scenariusza (która zostanie zmieniona jeszcze kilkanaście razy). Kiedy wreszcie po kilku latach scenariusz jest gotowy rozpoczyna się szukanie odtwórców głównych ról (Ford wcale nie chciał montować tych drzwi w obecności Lucasa, ale jak już przyszedł, to w sumie mógł wygłosić kilka kwestii wraz z innymi dzieciakami zaproszonymi na casting). Mozolne zdjęcia (Lucas źle się czuje na planie, nie umie współpracować z aktorami) i jeszcze trudniejsze tworzenie efektów specjalnych (do tego celu Lucas stworzy Industrial Light & Magic), z których tak naprawdę nigdy nie będzie do końca zadowolony (nawet po wprowadzeniu kilkunastu poprawek w oryginalnej wersji wydawanej w formacie DVD, a później Blue-Ray za co znienawidzą go wierni fani oryginalnych filmów; HAN SHOOT FIRST!) oraz najprzyjemniejsza część, czyli montaż (Lucas zawsze najbardziej z całego rzemiosła filmowego lubił montować swoje filmy; jak twierdził, na planie robił tylko 50% pracy, reszta to montaż). Wielka premiera (zanim do tego dojdzie Lucas wynegocjuje jedną z najlepszych umów z wytwórnią Fox w historii biznesu filmowego, które przy kolejnych częściach będzie jeszcze udoskonalał aż w konsekwencji przyniosą mu one w zysk 4.5 miliarda dolarów - za tyle sprzedał Disneyowi całe Gwiezdne wojny), po niej oszałamiający sukces i praca nad kolejnymi częściami. Najpierw druga. Później trzecia. W między czasie kilka mniej ważnych projektów oraz ten całkiem istotny przy współpracy ze Spielbergiem (mowa tutaj oczywiście o awanturniczym archeologu Indianie Jonesie). W między czasie adopcja dzieci (dwie córki, najpierw Kate później Amanda, a na końcu Jett, zanim nie dorobi się własnego dziecka z surogatki <buahahahaha>) i trudny rozwód z żoną. Budowa Skywalker Ranch (które miało być kompleksowo wyposażonym miejscem, gdzie filmowcy mogliby w spokoju pracować nad pre- jak i postprodukcją swoich produktów). No i wreszcie przystąpienie do kontynuacji Gwiezdnych wojen (co nastąpiło dopiero w momencie kiedy technologia rozwinęła się na tyle, żeby usatysfakcjonować zwracającego uwagę na każdy szczegół Lucasa; premiera Mrocznego widma nastąpiła dopiero w roku 1999 a prace nad nim zaczęły się 5 lat wcześniej). 
I w tym momencie do naszego ucznia, pilnie odrabiającego pracę domową, przychodzi mama i mówi: "- Synku, jest już późno, pora kłaść się spać." a on, jak to ma w zwyczaju każde grzeczne dziecko odpowiada: "- Dobrze mamusiu, tylko szybko dokończę i już się kładę.". I w taki oto sposób cała reszta, czyli stworzenie kolejnych trzech części filmu oraz sprzedanie firmy Disneyowi, a także ponowne małżeństwo zajmuje naszemu dzielnemu pisarczykowi niespełna 100 stron (na wcześniejszą historię przeznaczył prawie pięć razy więcej).

Trochę dziwnie się to czyta. Bo o ile na początku każdy najdrobniejszy szczegół jest opisywany z namaszczeniem i uwaga godną lepszej sprawy, o tyle im bliżej końca tym wszystko jest traktowane troszkę po macoszemu bez większej spiny. Nie zmienia to jednak faktu, że całość jest pełna zaskakujących niekiedy faktów z życia reżysera oraz samych filmów (jak choćby to, że prawa do utworów muzycznych wykorzystanych w Amerykańskim graffiti kosztowały prawie 100 tys. $, czyli niemal 1/7 całego budżetu albo to, że Lucas bardzo chciał wyreżyserować Czas apokalipsy, czy też jego zakaz: "Żadnych podskakujących cycków na planie Gwiezdnych wojen, co tyczyło się bezpośrednio młodziutkiej Carrie Fischer i skutkowało tym, że musiała swój biust zabezpieczać taśmą klejącą, etc., etc.). Dla wszystkich
mniejszych i większych fanów sagi oraz samego reżysera, jest to zdecydowanie lektura must read. Nie rozczarują się także wszyscy wielbiciele kina, ponieważ Lucas to jedna z osób, które swoimi dokonaniami zmieniły jego obraz nieodwracalnie.

Moja ocena: mimo wszystko 7.5/10

niedziela, 2 lipca 2017

[226] Książka: "Dowód" - Dick Francis (1984; wyd. pol. 2003)

Dowód Dicka Francisa jest książką bardzo specyficzną i pewnie dlatego przebrzmiała bez echa (ja bynajmniej nie słyszałem o niej kiedykolwiek ani słowa). A trafiłem na nią zupełnie przypadkiem podczas lektur jednego z albumów dotyczących whisky, które zgłębiałem nieustannie przez ostatnich kilka miesięcy. Helen Arthur, autorka Wody życia (recenzja już wkrótce) wspomniała o tej książce jako mogącej zainteresować fanów whisky z powodu tak tematyki jak i, po części, zawodu oraz nieprzeciętnych zdolności jej głównego bohatera. Takiej rekomendacji nie mogłem puścić mimo uszu. Przeczytałem. I jestem bardzo z tej lektury zadowolony.

Tony Beach jest sprzedawcą wina. Nie takiego zwykłego (chociaż takie w bardziej przystępnych cenach również ma w swojej ofercie) i nie takim całkiem zwyczajnym (ma nieprawdopodobnie rozwinięty zmysł węchu i smaku, co po rocznej nauce we Włoszech pozwoliło mu się stać ekspertem w tej dziedzinie). Jednak mimo możliwości stania się gwiazdą w swoim fachu Tony nie jest zachłanny. Lubi swój sklep, który po śmierci żony prowadzi wraz z panią Pallisey i jej niedorozwiniętym siostrzeńcem. No właśnie, po śmierci żony. Tony po sześciu miesiącach od tego tragicznego wydarzenia wciąż jest zrozpaczony, ponieważ wraz z miłością jego życia odeszło również ich nienarodzone dziecko. Jednak trzeba żyć dalej. Tak, jak wspomniałem, Tony lubi swój sklep, lubi swoich klientów, tak tych którzy przychodzą po "wino do kolacji" jak i znawców szukających czegoś 
"specjalnego". Tony zajmuje się dodatkowo zaopatrywaniem w alkohol różnego rodzaju imprezy i uroczystości. Dla swoich stałych klientów nadzoruje wszystko osobiście. Jednymi z nich są Jack i Flora Hawthorn. Jack jest trenerem koni wyścigowych i każdy sezon rozpoczyna przyjęciem w swoim ogrodzie, na które zaproszeni są właściciele koni, które Jack trenuje. To przyjęcie zapowiadało się jak każde inne. Jednak wszystko się zmieniło, kiedy jeden z samochodów gości, zaparkowanych na wzniesieniu tuż przy ogrodzeniu ogrodu, stoczył się niepostrzeżenie i z impetem wjechał w bawiących się w namiocie niczego nie świadomych gości. Tuż przed tym wydarzeniem Jimmy, asystent Jacka zadaje Tony'emu różnego rodzaju pytania o jego umiejętności odróżniania jednej whisky od drugiej co, jak się wreszcie okazuje ma na celu przekonanie Tony'ego do sprawdzenia czy w jednej z restauracji należących do gości Jacka nie oszukują na whisky. Niestety, tak się nieszczęśliwie składa, że podczas tragedii ginie rzeczony właściciel i wydaje się, że sprawa umrze śmiercią naturalną. Tak się jednak nie dzieje. Najpierw w sprawie oszukanej whisky pojawia się w sklepie Tony'ego policja, która przychodzi zaniepokojona paplaniem ledwo przytomnego Jima w karetce pogotowia (Jimmy wciąż majaczy wyłącznie o oszukanej whisky i Tonym). Po pewnym czasie, również w sprawie whisky zjawia się u Tony'ego, poznany w trakcie akcji ratunkowej na przyjęciu, Gerard McGregor - właściciel specjalistycznej agencji detektywistycznej zajmującej się śledztwami gospodarczymi. A to, w które McGregor chce zaangażować Tony'ego dotyczy skradzionych cystern z... whisky. Czyżby obie sprawy miały ze sobą związek? Tego jeszcze nie wiadomo, ale oczarowany osobowością Gerarda i chcący się oderwać od monotonii życia Tony zgadza się uczestniczyć w śledztwie jako konsultant (podobną inicjatywę wykazuję względem policji).

Jak sami pewnie zdążyliście zauważyć, w tym bardziej streszczeniu niż recenzji, książka jest na poły kryminałem, na poły obyczajem. To ciekawe połączenie, ponieważ nie jest tak ponura, jak większość kryminałów, a dzięki temu, że główny bohater i zarazem śledczy jest sprzedawcą wina a nie policjantem, całość ma inny charakter, i akcja również toczy się w zgoła odmiennych miejscach. Nie są to zadymione pokoje posterunków czy kostnice, a przedmiejskie domy i małe sklepiki z winami. To co w tej książce urzeka - bo z pewnością nie jest to zagadka kryminalna, choć ta też jest bardzo przyzwoita i ciekawie zagmatwana - to sposób przedstawiania relacji międzyludzkich i emocji bohaterów (głównie dlatego powiedziałem o niej jako o powieści na poły obyczajowej, bo w kryminałach często tego brakuje, mamy przeważnie smutnego faceta, który w każdy możliwy sposób stara się dojść do prawdy). Zdecydowanie nie jest to najlepsza książka jaką czytałem w życiu, nie jest nawet najlepsza książka jaką czytałem w tym roku, jest natomiast bardzo przyjemną lekturą, swego rodzaju odpoczynkiem, lecz nie głupkowatym i bezmyślnym jak większość tego typu literatury. Nie jest zbyt wydumana. Nie jest przesadnie smutna, ani też nie powala słodkim happy endem. Jest wyważona i stonowana, ale nie mdła i nudna, a do tego opowiada w dość ciekawy sposób o królowej alkoholi, więc czego chcieć więcej? Ja szczerze polecam!

Moja ocena 6/10

poniedziałek, 26 czerwca 2017

[225] Książka: Sto najważniejszych scen filmu polskiego" - Wiesław Kot (2014)

Wisław Kot, polski publicysta, wykładowca uniwersytecki, od lutego 2007 do 2008 roku zastępca redaktora naczelnego tygodnika „Wprost” , postanowił wybrać i usystematyzować chronologicznie 100 najważniejszych scen polskiego filmu. Zadanie niełatwe, jednak kogoś z takim doświadczeniem i o takiej erudycji w dziedzinie X muzy, powinien mu podołać bez trudu. No i mamy 100 scen polskiego filmu, a także wiele, wiele więcej.

Kot zaczyna od wyboru filmu i opisania - w swoim odczuciu - najważniejszej sceny z tegoż. Po chwili następuje streszczenie fabuły (uczulam na to tych wszystkich, którzy lubią oglądać filmy bez znajomości wszystkich jego najważniejszych wątków oraz samego zakończenia). A następnie przechodzi do... no właśnie. Ciężko powiedzieć, ale najlepszym określeniem będzie chyba kolaż wycinków prasowych, fragmentów wywiadów, recenzji, fragmentów książek na temat danego twórcy, odtwórców najważniejszych ról czy też samego filmu. Każdy film zajmuje ni mniej ni więcej tylko cztery strony. Książka jest naprawdę ładnie wydana, na przyzwoitym papierze, z twardą oprawą. Autor przy każdym (no..., większości) filmie umieszcza plakat tegoż, twórcę scenariusz, reżysera i odtwórców głównych ról. Z daty w dolnym lewym rogu (a często także z samego teksu) dowiadujemy się kiedy film został wyprodukowany (co często nie jest tożsame z datą jego premiery). Ciekawostką i dużą innowacyjnością tej książki jest również zabieg umieszczania przy niektórych filmach kodu pozwalającego po sczytaniu go odtworzyć krótki, zazwyczaj kilkuminutowy, filmik z wypowiedzią Kota na temat tej produkcji (tutaj po kliknięciu przeniesiemy się do wypowiedzi na temat filmu Wodzirej). Bardzo ciekawa sprawa. Na końcu każdego rozdziału (za rozdziały uznaję teksty poświęcone jednemu filmowi) możemy znaleźć również wskazówki odnośnie dodatkowych publikacji na temat filmu. To również jest duża zaleta i z pewnością będzie bardzo pomocne czytelnikom poszukującym dodatkowych informacji. Duża ilość zdjęć również byłaby wielką zaletą tej publikacji gdyby nie to, że te zdjęcia są, o zgrozo, zrobione mikrofalówką z różnego rodzaju starych czasopism z "Filmem" i "Kinem" na czele! Powiem wam szczerze, że na początku pomyślałem, że to jakiś błąd, że niektóre kadry są krzywo ucięte i rozmyte. Ale natrafiałem na takie na przestrzeni całej książki! Podpisy pod zdjęciami są nieczytelne, często poucinane w połowie lub rozmyte. 


Powyżej przykład jednego z wielu takich ch*jowych zdjęć. Zamieszczam w dużym rozmiarze, żeby lepiej było widać o co mi chodzi.
Zamieszczone są wycinki prasowe ze starczych numerów z poucinanymi początkami lub końcówkami kolumn, tak, że przeczytać się ich nie da, ale miejsce w publikacji zajmują. Porażająca jest też ilość błędów korektorskich (zwykłych literówek), ale też w niektórych miejscach (to na szczęście zdarza się zdecydowanie rzadziej) merytorycznych. Szczególnie mocno rzucił mi się w oczy ten, w którym autor w streszczeniu Psów pisał o tym, że "Zupełnie inaczej kombinuje Olo. Nie dość, że utrzymał się na posadzie, to jeszcze zaczyna grać na dwie strony: pracuje dla mafii." (str. 307) - z tego co pamiętam z filmu Olgierd Żwirski został zwolniony ze służby. Zresztą sam o tym wspomina...
25 min. 13 sec.:
Gross: Wyrzucili?
Olo: Wyrzucili. Wszystkich zostawili, a mnie na pysk. 
Denerwujące bywa także umieszczanie byle jakich kadrów z danym aktorem w rozdziale z filmem, w którym on występuje. Wystarczy, że zgadza się pyszczysko i już jest wszystko w porządku. W taki oto sposób mamy kadry z Misia w rozdziale o Rozmowach kontrolowanych... Mam nadzieję, że to nie autor odpowiadał za dobór zdjęć, ich jakość oraz samo kadrowanie i dopasowywanie grafik, jednak nawet jeśli to nie on, to kim są ludzie, którzy akceptowali ostateczny format tej książki? Na koniec jeszcze jedna uwaga, tym razem odnośnie samego wyboru produkcji. Być może tylko ja odniosłem takie wrażenie i jest ono całkiem mylne, ale wybór jakiego dokonał Kot wydaje mi się w jakimś stopniu nieszczery. Spostrzeżenie to nasunęło mi się w trakcie lektury fragmentów recenzji jakie autor publikował na temat omawianych w książce filmów na łamach prasy. Często są one nie tyle, że obojętne, co szydercze, ironiczne, wręcz niepochlebne. A potem bach, i film znajduje się w tak zacnym zestawieniu. Tutaj na pierwszy plan wysuwają się takie obrazy jak na przykład Dług czy też Katyń. Jednakowoż książka opowiada o scenach, więc może w złym filmie znalazła się choć jedna dobra scena, którą warto zobaczyć mimo miałkości całej produkcji? Nawet jeśli, to brzmi to wszystko jakoś fałszywie.

Gdyby nie te wpadki, dość rażące szczególnie w przypadku zdjęć, książka zasługiwałaby na ocenę między 7 a 8, jednak one sprawiają, że nota spada do, i tak wysokich, 6 punktów w 10 stopniowej skali.

Moja ocena 6/10

Wybór filmów: 
1934: Młody las
1935: Manewry miłosne
1936: Jego wielka miłość (kod), 
1937: Piętro wyżej
1938: Wrzos (kod), 
1939: Włóczęgi
1947: Zakazane piosenki
1948: Ostatni etap
1949: Skarb
1954: Przygoda na Mariensztacie (kod), 
1956: Człowiek na torze
1957: Kanał
1958: Eroica, Pętla (kod), Ewa chce spać, Ostatni dzień lata, Popiół i diament (kod), 
1959: Baza ludzi umarłych, Pociąg
1960: Zezowate szczęście, Do widzenia, do jutra, Krzyżacy (kod), Szatan z siódmej klasy, Niewinni czarodzieje
1961: Matka Joanna od Aniołów, Świadectwo urodzenia
1962: Nóż w wodzie
1963: Zbrodniarz i panna
1964: Prawo i pięść
1965: Rękopis znaleziony w Saragossie, Rysopis
1966: Faraon
1967: Westerplatte, Sami swoi
1969: Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię,
1970: Sól ziemi czarnej, Rejs
1971: Nie lubię poniedziałku
1972: Trzeba zabić tę miłość, Trzecia część nocy, Jak daleko stąd, jak blisko
1973: Wesele, Poszukiwany-poszukiwana, Na wylot, Iluminacja, Sanatorium pod klepsydrą
1974: Potop
1975: Ziemia obiecana, Dzieje grzechu, Noce i dnie, Zaklęte rewiry
1976: Przepraszam czy tu biją (kod), 
1977: Barwy ochronne, Człowiek z marmuru
1978: Wodzirej (kod), 
1979: Zmory
1981: Miś, Człowiek z żelaza, Gorączka, Dreszcze
1982: Vabank, Znachor, Konopielka
1983: Austeria, Wielki Szu
1984: Seksmisja
1987: Matka Królów, Przypadek
1988: Krótki film o zabijaniu, Zabij mnie glino (kod), 
1989: Piłkarski poker, Przesłuchanie
1990: Ucieczka z kina "Wolność"
1991: Rozmowy kontrolowane
1992: Psy
1994: Jańcio Wodnik, Zawrócony
1996: Pułkownik Kwiatkowski
1997: Kiler
1999: Dług
2000: Chłopaki nie płaczą, Żółty szalik
2002: Dzień świra, Pianista, Edi
2004: Wesele (kod), 
2006: Plac zbawiciela
2007: Katyń
2009: Rewers, Dom zły
2012: W ciemności, Róża, Obława, Pokłosie
2013: Drogówka, Układ zamknięty, Wałęsa, Papusza
2014: Pod Mocnym Aniołem, Jack Strong
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...