poniedziałek, 26 czerwca 2017

[225] Książka: Sto najważniejszych scen filmu polskiego" - Wiesław Kot (2014)

Wisław Kot, polski publicysta, wykładowca uniwersytecki, od lutego 2007 do 2008 roku zastępca redaktora naczelnego tygodnika „Wprost” postanowił wybrać i usystematyzować chronologicznie 100 najważniejszych scen polskiego filmu. Zadanie niełatwe, jednak kogoś z takim doświadczeniem i o takiej erudycji w dziedzinie X muzy, powinien mu podołać bez trudu. No i mamy 100 scen polskiego filmu a także wiele, wiele więcej.

Kot zaczyna od wyboru filmu i opisania - w swoim odczuciu - najważniejszej sceny z tegoż. Po chwili następuje streszczenie fabuły (uczulam na to tych wszystkich, którzy lubią oglądać filmy bez znajomości wszystkich jego najważniejszych wątków oraz samego zakończenia). A następnie przechodzi do... no właśnie. Ciężko powiedzieć, ale najlepszym określeniem będzie chyba kolaż wycinków prasowych, fragmentów wywiadów, recenzji, fragmentów książek na temat danego twórcy, odtwórców najważniejszych ról czy też samego filmu. Każdy film zajmuje ni mniej ni więcej tylko cztery strony. Książka jest naprawdę ładnie wydana, na przyzwoitym papierze, z twardą oprawą. Autor przy każdym (no..., większości) filmie umieszcza plakat tegoż, twórcę scenariusz, reżysera i odtwórców głównych ról. Z daty w dolnym lewym rogu (a często także z samego teksu) dowiadujemy się kiedy film został wyprodukowany (co często nie jest tożsame z datą jego premiery). Ciekawostką i dużą innowacyjnością tej książki jest również zabieg umieszczania przy niektórych filmach kodu pozwalającego po sczytaniu go odtworzyć krótki, zazwyczaj kilkuminutowy, filmik z wypowiedzią Kota na temat tej produkcji (tutaj po kliknięciu przeniesiemy się do wypowiedzi na temat filmu Wodzirej). Bardzo ciekawa sprawa. Na końcu każdego rozdziału (za rozdziały uznaję teksty poświęcone jednemu filmowi) możemy znaleźć również wskazówki odnośnie dodatkowych publikacji na temat filmu. To również jest duża zaleta i z pewnością będzie bardzo pomocne czytelnikom poszukującym dodatkowych informacji. Duża ilość zdjęć również byłaby wielką zaletą tej publikacji gdyby nie to, że te zdjęcia są, o zgrozo, zrobione mikrofalówką z różnego rodzaju starych czasopism z "Filmem" i "Kinem" na czele! Powiem wam szczerze, że na początku pomyślałem, że to jakiś błąd, że niektóre kadry są krzywo ucięte i rozmyte. Ale natrafiałem na takie na przestrzeni całej książki! Podpisy pod zdjęciami są nieczytelne, często poucinane w połowie lub rozmyte. 


Powyżej przykład jednego z wielu takich ch*jowych zdjęć. Zamieszczam w dużym rozmiarze, żeby lepiej było widać o co mi chodzi.
Zamieszczone są wycinki prasowe ze starczych numerów z poucinanymi początkami lub końcówkami kolumn, tak, że przeczytać się ich nie da, ale miejsce w publikacji zajmują. Porażająca jest też ilość błędów korektorskich (zwykłych literówek), ale też w niektórych miejscach (to na szczęście zdarza się zdecydowanie rzadziej) merytorycznych. Sszczególnie mocno rzucił mi się w oczy ten, w którym autor w streszczeniu Psów pisał o tym, że "Zupełnie inaczej kombinuje Olo. Nie dość, że utrzymał się na posadzie, to jeszcze zaczyna grać na dwie strony: pracuje dla mafii." (str. 307) - z tego co pamiętam z filmu Olgierd Żwirski nie został zwolniony ze służby. Zresztą sam o tym wspomina...
25 min. 13 sec.:
Gross: Wyrzucili?
Olo: Wyrzucili. Wszystkich zostawili, a mnie na pysk. 
Denerwujące bywa także umieszczanie byle jakich kadrów z danym aktorem w rozdziale z filmem, w którym on występuje. Wystarczy, że zgadza się pyszczysko i już jest wszystko w porządku. W taki oto sposób mamy kadry z Misia w rozdziale o Rozmowach kontrolowanych... Mam nadzieję, że to nie autor odpowiadał za dobór zdjęć, ich jakość oraz samo kadrowanie i dopasowywanie grafik, jednak nawet jeśli to nie on, to kim są ludzie, którzy akceptowali ostateczny format tej książki? Na koniec jeszcze jedna uwaga, tym razem odnośnie samego wyboru produkcji. Być może tylko ja odniosłem takie wrażenie i jest ono całkiem mylne, ale wybór jakiego dokonał Kot wydaje mi się w jakimś stopniu nieszczery. Spostrzeżenie to nasunęło mi się w trakcie lektury fragmentów recenzji jakie autor publikował na temat omawianych w książce filmów na łamach prasy. Często są one nie tyle że obojętne, co szydercze, ironiczne, wręcz niepochlebne. A potem bach, i film znajduje się w tak zacnym zestawieniu. Tutaj na pierwszy plan wysuwają się takie obrazy jak na przykład Dług czy też Katyń. Jednakowoż książka opowiada o scenach, więc może w złym filmie znalazła się choć jedna dobra scena, którą warto zobaczyć mimo miałkości całej produkcji? Nawet jeśli, to brzmi to wszystko jakoś fałszywie.

Gdyby nie te wpadki, dość rażące szczególnie w przypadku zdjęć, książka zasługiwałaby na ocenę między 7 a 8, jednak one sprawiają, że nota spada do, i tak wysokich, 6 punktów w 10 stopniowej skali.

Moja ocena 6/10

Wybór filmów: 
1934: Młody las
1935: Manewry miłosne
1936: Jego wielka miłość (kod), 
1937: Piętro wyżej
1938: Wrzos (kod), 
1939: Włóczęgi
1947: Zakazane piosenki
1948: Ostatni etap
1949: Skarb
1954: Przygoda na Mariensztacie (kod), 
1956: Człowiek na torze
1957: Kanał
1958: Eroica, Pętla (kod), Ewa chce spać, Ostatni dzień lata, Popiół i diament (kod), 
1959: Baza ludzi umarłych, Pociąg
1960: Zezowate szczęście, Do widzenia, do jutra, Krzyżacy (kod), Szatan z siódmej klasy, Niewinni czarodzieje
1961: Matka Joanna od Aniołów, Świadectwo urodzenia
1962: Nóż w wodzie
1963: Zbrodniarz i panna
1964: Prawo i pięść
1965: Rękopis znaleziony w Saragossie, Rysopis
1966: Faraon
1967: Westerplatte, Sami swoi
1969: Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię,
1970: Sól ziemi czarnej, Rejs
1971: Nie lubię poniedziałku
1972: Trzeba zabić tę miłość, Trzecia część nocy, Jak daleko stąd, jak blisko
1973: Wesele, Poszukiwany-poszukiwana, Na wylot, Iluminacja, Sanatorium pod klepsydrą
1974: Potop
1975: Ziemia obiecana, Dzieje grzechu, Noce i dnie, Zaklęte rewiry
1976: Przepraszam czy tu biją (kod), 
1977: Barwy ochronne, Człowiek z marmuru
1978: Wodzirej (kod), 
1979: Zmory
1981: Miś, Człowiek z żelaza, Gorączka, Dreszcze
1982: Vabank, Znachor, Konopielka
1983: Austeria, Wielki Szu
1984: Seksmisja
1987: Matka Królów, Przypadek
1988: Krótki film o zabijaniu, Zabij mnie glino (kod), 
1989: Piłkarski poker, Przesłuchanie
1990: Ucieczka z kina "Wolność"
1991: Rozmowy kontrolowane
1992: Psy
1994: Jańcio Wodnik, Zawrócony
1996: Pułkownik Kwiatkowski
1997: Kiler
1999: Dług
2000: Chłopaki nie płaczą, Żółty szalik
2002: Dzień świra, Pianista, Edi
2004: Wesele (kod), 
2006: Plac zbawiciela
2007: Katyń
2009: Rewers, Dom zły
2012: W ciemności, Róża, Obława, Pokłosie
2013: Drogówka, Układ zamknięty, Wałęsa, Papusza
2014: Pod Mocnym Aniołem, Jack Strong

wtorek, 20 czerwca 2017

[176] Film: "Król Artur: Legenda miecza / King Arthur: Legend of the Sword" (2017)

Jeśli lubicie dotychczasową twórczość Guya Ritchego (Porachunki, Przekręt, Sherlock Holmes, Kryptonim U.N.C.L.E.) to nie macie się czego obawiać. Jeśli natomiast cenicie sobie wszelkiego rodzaju legendy arturiańskie (Excalibur, Rycerz króla Artura, Mgły Avalonu, Król Artur) film będzie wymagał od was sporej otwartości na modyfikacje tej mitycznej historii, jednak również nie powinniście się poczuć zawiedzeni. Król Artur: Legenda miecza jest bowiem tym co najbardziej cenimy w Ritchim z dawką fantasy na przyzwoitym poziomie.

W tym przypadku mamy do czynienia z królem, który nie wie, że jest królem. A jak się już dowie, to wcale nie będzie chciał nim być. Woli swoje poukładane "gangsterskie" życie w nibylandii zwanej Londinium. Ma tutaj już ugruntowany status, niemalże ojca chrzestnego, który kontroluje większość wartych kontroli biznesów i ma poukładane stosunki z "czarnymi nogami" (taka ichnia policja). A to, że jego wuj zamordował jego matkę i ojca, omal nie mordując także jego, co dało mu tron, a młodego następcę skazało na los małego ulicznika wychowywanego w burdelu przez damy lekkich obyczajów? Gówno go to obchodzi. No ale cóż zrobić, Pan każe sługa musi. Nawet taki sługa, który trzęsie połową miasta. Wszystko wali się wtedy, kiedy król, w obawie przed tym, że prawowity następca tronu jednak gdzieś żyje i może mu zagrozić, postanawia sam go znaleźć za pomocą próby z mieczem (wiecie, tylko prawowity następca da radę wyciągnąć ze skały Excalibur etc., etc.; swoją drogą w tej scenie bardzo udany epizod Becksa), a kiedy już się dowie kim jest następca, będzie mógł go najspokojniej w świecie zgładzić na oczach przelęknionej gawiedzi. A manifestacja siły jest niezbędna, ponieważ ciemiężony motłoch zaczyna podnosić w ostatnim czasie łeb za sprawą coraz śmielszych akcji ruchu oporu. W momencie, kiedy miecz ulega pod ręką, w której płynie krew prawowitego następcy tronu afera wybucha z całą swoją mocą. W tym momencie naszemu młodemu protagoniście - w myśl zasady "nie chcem, ale muszem" - nie pozostaje już nic innego, jak rozprawić się z bydlakiem raz na zawsze. 

Ale fabuła nie jest przecież (raczej), dla nikogo kto wybiera sie na ten film, niczym zaskakującym. Wszyscy wszak znamy - lepiej lub gorzej - historię Excalibura i króla Artura. W tym filmie najważniejsze jest to w jaki sposób ta legenda została nam zaprezentowana. A uwierzcie mi, Ritchie folguje sobie w całej rozciągłości. I o ile z antagonistą Vortigenem (Jude Law) nie dzieje się nic zaskakującego - ot, zwykły żądny władzy łotr, który dla stanowiska - w tym akurat przypadku drewnianego fotela zwanego potocznie tronem - jest skłonny do zdrady, a także bratobójstwa, a później do rzeczy równie podłych i nikczemnych. O tyle w przypadku młodego Artura (Charlie Hunnam) reżyser pozwala sobie na daleko idące odejścia od ustalonych na przestrzeni wieków standardów.  Jest wszak nasz młody Artur czymś w rodzaju szefa gangu, który przez lata życia na londinumskiej ulicy wypracował sobie zdolności (potrafi świetnie walczyć tak wręcz jak i mieczem), grupę zaufanych współpracowników (jest dla nich niepodważalnym autorytetem, ale też przyjacielem i opiekunem) oraz pozycję i jest gotów bronić tego status quo przed jakimikolwiek odstępstwami. Jest mu dobrze tak jak jest, gdyby tylko nie te koszmarne sny z niejasnymi wydarzeniami jakby z jego dzieciństwa... ale z tym da się przecież żyć. Można śmiało powiedzieć, że jest to "postać nie z tej bajki", bo choć większość cech charakteru się zgadza (lojalność, waleczność, sprawiedliwość - bardzo specyficznie pojęta, ale zawsze), to jednak ogólny obraz z pewnością nie prezentuje nam typowego szlachetnego rycerza bez skazy ani zmazy, który jest w stanie położyć na szali swoje życie dla wartości moralnych i dobra ogółu. Można by powiedzieć - typowy Ritche. Taki trochę jak z Porachunków w ogólnej charakterystyce głównego bohatera oraz jak z "Sherlocka Holmesa" w klimacie i unowocześnianiu mitu. Duża uwaga jest również przyłożona do postaci drugiego planu. Może nie wszyscy są dającymi się zapamiętać aktorskimi perełkami, ale kilka z nich z pewnością, jak choćby Aidan Gillen w roli Williama aka Gęsi Smalec oraz rewelacyjny Eric Bena w roli Uthera Pendragona, ojca Artura, z pewnością tak.

Wielkie dzięki należą się również twórcom scenariusza za nie umieszczanie w tej historii ckliwej i zupełnie niepotrzebnej historii miłosnej, która mogła by zupełnie "zamordować" tak klimat jak i rytm filmu. Na wielką pochwałę zasługuje również dobór aktorów. Charlie Hunnam (znany dotąd m.in. z Pacyfic Rim i Synów Anarchii) jest genialnie obsadzony. Jego charakteryzacja oraz kostiumy (nie ma co ukrywać, że jest najlepiej ze wszystkich członków obsady ubranym aktorem, nawet kiedy na planie stoi ramie w ramię z samym królem to jego postać błyszczy i wybija się na pierwszy plan) sprawiają, że jest idealnym odtwórcą tej roli. Wszystko się tutaj zgadza, łącznie z poczuciem humoru i specyficzną narracją oraz montażem niektórych scen (jak choćby opowieść dla dowódcy „Czarnych nóg”, która łamie wszelkie konwencję tego gatunku). Na wielką pochwałę zasługuje również muzyka, która zdecydowanie daje temu filmowi bardzo dużo. Charakter wielu scen jeszcze się uwypukla, a pewien główny motyw rytmiczny przewija się przez kilka melodii (jak choćby Growing Up Londinium, czy też Run Londinium) sprawiając, że zdecydowanie zapada nam w pamięć. Pojawia się również bardzo mocna i budząca ducha niepokoju ballada w folkowym stylu (The Devil & the Huntsman), która jest przysłowiową "truskawką na torcie".

Niestety, w każdej beczce miodu znajduje się zawsze łyżka dziegciu. Tym niepasującym do reszty elementem są - o zgrozo w tego gatunku filmie - niestety elementy czysto fantastyczne. Niby jest mocno, dużo, trójwymiarowo (zawsze się zastanawiam czy to filmowcy chcą tworzyć specjalnie sceny z takim rozmachem w specyficznym stylu, czy jest to raczej wymóg dystrybutorów i wielkiego parcia na to, aby każdy blockbuster był obecnie w 3D), ale jakoś się to wszystko kupy dupy nie trzyma. Świetne jest w filmie wszystko poza wątkami i elementami magicznymi. W tym się Ritche nie odnalazł i chyba kolejnym filmem kostiumowym w jakim bym go widział jest... Robin Hood, też mamy wieki dość mocno przeszłe, nawet z odrobiną szamaństwa, ale bez świecących oczu, wielkich jak TGV węży, słoni ogromnych jak nasze czteropiętrowe klatki dla królików, oślizgłych potworów o korpusach kobiet z dużą ilością macek i tego typu artefaktów kina SF. Ja tego do końca nie kupiłem, ale wciąż jestem zachwycony klimatem i stylem w jakim reżyser zaprezentował nam tę historię.


Nie zależnie od tego czy jesteście fanami Guya czy też legend arturiańskich, myślę, że nie popełnicie zbyt dużego błędu wybierając się na ten film.

Moja ocena: 8/10

niedziela, 4 czerwca 2017

[175] Film: "Wonder Woman" (2017)

Byłem, widziałem, podobało mi się, polecam. Tak w kilku słowach można byłoby streścić recenzję z najnowszej odsłony przygód bohaterów uniwersum DC. A musicie wierzyć, że jest to nie lada komplement z moich ust, ponieważ osobiście twierdzę, że całe to uniwersum, jak i jego postaci są nudne i do przesady poważne, jak zresztą każdy film, który do tej pory został o nich zrealizowany. 

W tym kadrze ujęto legendarnego pogromcę bogów tylko czy to aby na pewno miecz?

Ale Wonder Woman jest inna. Wnosi powiew świeżości do tego skostniałego świata smutnych i zmęczonych facetów (czyt. Superman i Batman). Jest pełna życia, zdeterminowana, waleczna, ale też naiwna i w pewien sposób głupiutka jak młody szczeniak, dla którego wszystko wydaje się niesłychanie ważne i ciekawe i dopiero z wiekiem nabiera przeświadczenia, że nie za każdą piłką warto biec, że pozwolę sobie na użycie tak obrazowej matołfory. Ale jakżeby mogło być inaczej skoro główna bohaterka - Diana, córka Hipolity, królowej Amazonek - całe życie była wychowywana na ukrytej i całkiem odizolowanej od świata wyspie wśród najwaleczniejszych kobiet jakie widział nasz świat. Początkowo, z woli matki, walka była dla mniej zakazanym owocem, później stała się sensem jej życia, ponieważ musiała się starać dziesięć razy bardziej, aby udowodnić, że jest gotowa do... no właśnie, do czego? Do starcia z bogiem wojny Aresem. Jak głosi legenda tylko poskromienie, a raczej unicestwienie syna Zeusa, Aresa pozwoli ludzkości zaznać pokoju i sprawi, że staną się dobrzy i "grzeczni", ponieważ to on szepce im do ducha i podburza do wszczynania ciągle nowych konfliktów. Diana, żyje w ciągłym oczekiwaniu na idyllicznej wyspie na "T", której nazwy nie pamiętam, stając się najpotężniejszą z Amazonek aż do momentu, kiedy zabłąkany brytyjski pilot uciekając przed ścigającymi go Niemcami przelatuje przez magiczną barierę i rozbija się nieopodal wyspy. Po krótkiej, choć krwawej walce z najeźdźcami dzielny brytyjski szpieg zostaje wzięty na spytki przez stado żądnych krwi wojowniczek. Po tym czego Amazonki dowiadują się od Brytyjczyka Diana już wie co powinna zrobić i zrobi to niezależnie od decyzji swoje matki - musi wyruszyć do świata ludzi z tym mężczyzną, aby raz na zawsze unicestwić boga wojny, Aresa. 


Tak w skrócie można streścić to co w filmie najważniejsze. Oczywiście, jak możecie się domyślać, później pojawią się wszystkie elementy przynależne do tego typu opowieści, jak choćby wątek miłosny między dwojgiem głównych bohaterów, werbowanie grupy nieprzeciętnych jednostek do pomocy w wykonaniu zadania (turecki (osmański???) oszust i pseudo aktor Sameer, który każdemu potrafi wcisnąć każdy kit - Saïd Taghmaoui; szkocki strzelec wyborowy, którego dręczą demony przeszłości Charlie - Ewen Bremner, indiański wód, który wygnany z własnej ziemi stara się znaleźć dla siebie miejsce na ziemi pozostając wolnym człowiekiem - Eugene Brave Rock), kilka spektakularnych akcji mających pokazać potencjał i umiejętności całej grypy, jak i poszczególnych jej członków no i wreszcie kulminacyjna walka między przedstawicielami dobra i zła. 


Największym atutem produkcji jest oczywiście sama Gal Gadot świetnie spisująca się w roli Diany (chociaż moja kobieta uparcie twierdzi, że film nie był wcale taki dobry, a podobał mi się tylko dlatego, że po prostu ślinię się na widok Gal... cóż, co zrobić, jestem tylko upośledzonym samcem...). Jest śliczna, urocza i dobrze zbudowana <rolf>. Ma w sobie też wystarczająco dużo charyzmy i talentu, aby udźwignąć film na swoich barkach. Reszta obsady również nie schodzi poniżej pewnego, dość wysokiego, poziomu, a sam kapitan Steve Trevor (Chris Pine), mimo dziwnej pulchności (słowa mojej lubej) także daje sobie radę w konfrontacji z nieposkromioną i zupełnie zieloną tak w kontaktach z "naszym" światem, jak i samymi mężczyznami Wonder Woman. 


Mimo, że druga część przygód najwaleczniejszej z Amazonek ma się dziać już w czasach nam współczesnych i poznaliśmy jej możliwości w konfrontacji Supermana z Batmanem z zeszłego roku, nie zmienia to jednak faktu, że jeśli lubicie filmy o superbohaterach musicie poznać legendę i narodziny Wonder Woman, najpotężniejszej postaci z uniwersum DC. A mnie nie pozostaje nic innego jak szczerze polecić ten film, jako pierwszą od wielu lat ciekawą produkcję z uniwersum DC.

Tego używacie jako zbroi?

Moja ocena: 8/10

P.S. Jeśli twórcy nowego serialu o Wiedźminie szukają odtwórczyni do roli Yennefer, to mogą już przestać. W osobie Gal mają wymarzoną kandydatkę. 

wtorek, 30 maja 2017

[174] Film: "John Wick 2 / John Wick: Chapter 2" (2017)

Ostatnio podobno odgrzałem niezłego kotleta, więc dziś dla odmiany coś o 30 lat świeższego - druga część kultowego Johna Wicka. Chapter 2 daje nam tego samego kopa wysmakowanego kiczu co część pierwsza, a także o wiele więcej.

Codziennie po robocie tak się czuję jak on wygląda kiedy wracam do domu...

Wszyscy pamiętamy poprzednią część, w której legendarny zabójca John Wick, który po śmierci ukochanej żony przeszedł na emeryturę, z powodu zamordowania psiaka - ostatni prezent od ukochanej oraz kradzieży uwielbianego forda mustanga postanawia po raz ostatni wymierzyć sprawiedliwość niesfornym rzezimieszkom - w tym przypadku akurat rosyjskiej mafii.

Będzie Pan zadowolony!

W tej części John po niezłej rozwałce w siedzibie mafii zawiera pokój z jej szefem odbierając przy tym swoje ukochane auto. I już można byłoby spokojnie żyć, bo auto "się wyklepie", gdyby nie wizyta gościa z przeszłości. Gościa, który prosi o spłacenie przysługi (coś jak w Ojcu Chrzestnym, "... być może taki dzień nigdy nie nadejdzie, ale wiedz o tym, że kiedyś mogę się pojawić i poprosić o zwrot przysługi, którą ci teraz wyświadczam...") posiadając specjalną pieczęć poświadczoną krwawym odciskiem palca beneficjenta (oraz wpisaną do księgo ich tajnego stowarzyszenia morderców. (Swoją drogą pełen ukłon z mojej strony za wymyślenie takich bredni tak umiejętnie, że wszystko da się nie dość, że z łatwością przełknąć, to jeszcze nieźle tym podjarać) Problem polega na tym, że Snatino D'Antonio (owy gość z przeszłości) chce jako spłaty długu śmierci swojej siostry, która zdeczka blokuje mu etat w radzie morderców, bo to właśnie ją desygnował na to stanowisko ich papa po swojej śmierci. Cóż, John nie ma wyjścia, musi spełnić żądanie "przyjaciela" (jak za pierwszym razem odmówił, to mu wyjebali w kosmos chałupę), jednak braciszek nie jest do końca uczciwy. A to oznacza kłopoty.

- Zabiję cię. - Nie, to ja cię zabiję. - Napijmy się...

Wielką zaletą tej części jest głębsze wprowadzenie widzów w struktury tej dziwnej organizacji, która płaci złotymi monetami za wszelkie usługi takie jak "sommelier" od broni, specjalny "bibliotekarz/archiwista/kartograf" (to ostatnie określenie pochodzi z filmwebu, choć moim zdaniem jest słabo celne), który wskaże nam drogi wejścia i wyjścia z interesujących nas budynków oraz przygotuje komplet pasujących kluczy, czy też krawiec, który uszyje kuloodporny garnitur. :D Na uwagę i szacunek zasługuje z pewnością również fakt, że 95% scen walki oraz scen kaskaderskich Keanu wykonał samodzielnie. Szacun. w tym wieku, to już nie jest takie łatwe, a trzeba było przyznać, że było co robić.
Dużą zaletą jest również gościnna wizyta Laurence'a Fishburne'a.

Co Pan sobie życzy przeładować?

Dość sporą wadą zbyt rozciągnięte sekwencje walki, które niekiedy ciągną się w nieskończoność a podczas tych starć podają trupem dziesiątki przeciwników. Ja wiem, że John jest najlepszy, ale w niektórych momentach twórców poniosło. Film krótszy o jakieś 30 minut byłby zdecydowanie spójniejszy i nie miał tych nieznośnych przestojów, w których tak naprawdę nic się nie dzieje choć wydawałoby się, że dzieje się wiele. 


Jeśli zakosztowaliście pierwszej części i wam się spodobało, nie pozostaje już nic innego jak tylko zasiąść przed ekranem i prześledzić dalsze losy Baby Jagi. Myślę, że się nie rozczarujecie. Całą resztę odsyłam najpierw do nadrobienia "jedynki".

Moja ocena: 6.5/10

piątek, 26 maja 2017

[173] Film: "Ziemia poza prawem / No Man's Land" (1987)

Zapewne szukacie czasami ciekawego filmu z wątkiem kryminalnym. Nie głupiego, niedorzecznego, przeładowanego akcją, jak dzisiejsze produkcje. Czegoś bardziej kameralnego, gdzie większy nacisk położony został na dopracowanie scenariusza niż na pokazanie kilku wybuchów i kiepskiej jakości interakcji międzyludzkich z dużą ilością golizny i niepotrzebnych (w 98%) scen łóżkowych. Mam coś takiego. To "Ziemia poza prawem".

Film opowiada o młodym gliniarzu z Los Angeles - Benjym Taylorze (D.B. Sweeney) - który dostaje zlecenie przeniknięcia do szajki złodziei ekskluzywnych aut (w tym wypadku są to tylko i wyłącznie Porsche, Ferrari było określone mianem włoskiego bubla <rolf>) by zdobyć dowody winy w sprawie morderstwa policjanta. Najlepszym na to sposobem jest wykazanie się przed szefem całego przedsięwzięcia Tedem Varrickiem (Charlie Sheen) i zaprzyjaźnienie się z nim. Efektem ubocznym jest uwiedzenie jego siostry Anny (Lara Harris). 

Jest to piękny przykład jak jedni scenarzyści ściągają od innych, i jak to zwykli mawiać postmoderniści, że wszystko już było i nie da się wymyślić żadnej nowej idei. Ten wątek bowiem, został prawie w 100% skopiowany w późniejszym o 14 lat filmie... już wiecie? Tak, Szybcy i wściekli. A także w pewnym stopniu również w Na fali Kathryn Bigelow. To nie szkodzi, ponieważ we wszystkich tych filmach sprawdza się doskonale. Bardzo młody, naiwny policjant zostaje oczarowany przez bogatego, nonszalanckiego, charyzmatycznego przystojniaka (tutaj wszyscy, Patrick Swayze, młody Charlie Sheen i Vin Diesel radzą sobie doskonale) i całkowicie wpada w jego sidła. Do tego dochodzi romans z jego piękną siostrą (nie zawsze, w Na fali była to przyjaciółka-była dziewczyna)... a szefowie domagają się efektów, dowodów o popełnianych przestępstwach tym bardziej, że Varrick jest podejrzany o zamordowanie policjanta. Niestety nasz młodzian z każdą chwilą wikła się coraz bardziej a koniec w takim przypadku może być różny (znamy to już z pierwszej odsłony serii F&F i z filmu o surferach przestępcach). 

Jedyny kadr z tego filmu jaki udało mi się znaleźć :D

Choć nie jest to film wybitny, to zdecydowanie polecam go zobaczyć, bo jest to kawałek dobrze zrobionego kina rozrywkowego, który jest powiewem świeżości od dzisiejszych blockbusterów lub innych przekombinowanych historyjek wypchanych po brzegi gwiazdami z pierwszych strom amerykańskich bulwarówek. 

Moja ocena: 7/10

wtorek, 16 maja 2017

Maniek komentuje

Dziś miała być recenzja "Guardians Of The Galxy", ale myślę, że zacytuję jedną z liściastych postaci tej historii: "I am Groot!". No i to by było na tyle.

Dziś mam do powiedzenia coś zgoła odmiennego. Coś o społeczeństwie, które mnie otacza. Po przeczytaniu tych kilku zdań wiem już dlaczego w Polsce jest tak jak jest i dlaczego może być jeszcze gorzej. 

Rzecz dotyczy wywiadu z Ryszardem Kotysem - serialowym Marianem Paździochem, która to postać posiada zlepek najgorszych cech jakie mogą się przytrafić człowiekowi - w jednym z ostatnich numerów "Angory" (15/2017). Przeczytałem tam następujące słowa:

" - (Bohdan Gadomski): Marian Paździoch nie jest kryształową postacią. Ma wady, a jednak ludzie go lubią?
- (Ryszard Kotys): Ludzie sądzą, że jestem taki jak on, i bardzo często mi mówią: <<Pan to jest  prawdziwy, pan posiada takie cechy, jakie my, Polacy, mamy.>> Ludzie przyznają, że są podobni do Paździocha. (To zdanie boli chyba najbardziej) On jest sympatyczny i prawdziwy. (To też boli) Nigdy nie spotkałem kogoś kto byłby na niego obrażony. (W sumie obrażony, to jakoś niefortunnie użyte słowo, bo za co tu się obrażać, ale niech Pan mnie kiedyś odwiedzi, coś wymyślimy...)"*

No, to by było na tyle. 

* Tekst wyboldowany to komentarz autora wpisu, czyli mój. Nie jest integralną częścią wypowiedzi Pana Kotysa.

niedziela, 7 maja 2017

[3] II Festiwal Smaków Food Tracków, czyli obrzarstwo pełną gębą (6-7.05.2017; Olsztyn)

Kocham jeść... wróć... Jeszcze kilka lat temu jedzenie było jedną z moich miłości, życiową pasją. Eh, to były piękne czasy, teraz ze względów zdrowotnych został mi już tylko rum i koty ;) Są jednak dni, kiedy moja silna wolna jest bardzo słaba, łamię wszelkie swoje zasady i grzeszę. I taki właśnie był pierwszy weekend maja w Olsztynie. Pełen kulinarnego grzechu.

6-7.05.2017 odbył się u Mańka w mieście II Festiwal Smaków Food Truck. Na pierwszy się nie załapaliśmy, ponieważ kilka razy zmianie ulegała data imprezy i jak się w końcu odbyła to mieliśmy inne zobowiązania, więc nie możemy porównać obu imprez. Poza tym padał deszcz (wrr...), jednak drugiej edycji nie mogliśmy przepuścić, zważywszy, że szczególnie pierwszego dnia, dopisała pogoda. Przechodząc do meritum sprawy, postanowiliśmy kupować po jednej porcji dań i się dzielić potrawami, żeby nie przekarmić naszych brzuszków, ale też spróbować jak najwięcej ;). Na pierwszy ogień naszej kulinarnej wędrówki poszedł wybór Mańka - pizza pepperoni Z pieca rodem.


Z pieca rodem... pizza z pieca opalanego drewnem i to wszystko w samochodzie :D

Pepperoni (skład) - sos pomidorowy, mozzarella, salami, papryka pepperoni, oregano.

Moja opinia: Cisto cienkie, brzeg dopieczony lekko chrupiący, papryczka oddana Mańkowi, sos smaczny. Jak dla mnie troszkę za dużo sera, ale ogólnie nie najgorszy wyrób. 3/5

Maniek komentuje: Dużo sera (lubię), smaczny sos i całkiem niezłe salami. Mimo mojego uwielbienia dla pepperoni to akurat tym razem mogłoby go być mniej, ale i tak było spoko. Najgorszym dodatkiem było oregano (nie lubię pizzy z oregano), a to było dodatkowo suszone, sypnięte na sam wierzch pizzy co skończyło się tym, że po posiłku musiałem wydłubywać je spomiędzy zębów. Mimo wszystko 4/5.

Drugim daniem, które testowaliśmy były pierożki gotowane na parze, rarytas kuchni tybetańskiej - Tsong Kha Momo
Drugiego dnia festiwalu już zabrakło pierożków, więc rzeczywiście musiały być smaczne ;)


Pierożki (skład) - indyk z grzybami mung

Moja opinia: Bardzo smaczne pierożki, nadzienie dobrze doprawione, indyk soczysty a grzybki chrupiące.
Pierożki dim sum ostatnimi czasy stają się bardzo popularne i pierogarnie serwujące ten typ pierożków wyrastają jak przysłowiowe  grzyby po deszczu, jednak nie w każdym miejscu trafiają się smaczne pierożki. W większości przybytków smakują jak rozmrożona "mieszanka chińska na patelnie". Na pierożki się skusiłam ze względu na Mańka, bo jeszcze nie miał okazji skosztować dim sum i powiem szczerze, że się trochę bałam, że będzie chińska mrożonka, jednak to były niepotrzebne obawy, bo pierożki były na wysokim poziomie. 4.5/5

Maniek komentuje: Pierożki bardzo smaczne, choć w mojej opinii zabrakło do nich jakiegoś wywaru; coś koło rosołu byłoby jak najbardziej na miejscu, choć same z sosem sojowym też przyjemnie wchodziły. 4/5

Kolejnym wyborem na "smakowej wycieczce" były frytki z manioku serwowane przez znajomych z Kołowozu.
Fast food stawiający na zdrowe składniki :)
Moja opinia: Frytki z manioku - ciekawa alternatywa dla rodzimego ziemniaka. Chrupiące z wierzchu, lekko twarde w środku, wypieczone na piękny złoty kolor. Maniok do tej pory jadłam jedynie w swoich daniach deserowych, ale frytki okazały się całkiem smaczne. W smaku przypominają coś pomiędzy kartoflem a korzeniem selera albo pietruszki :) 4/5

Maniek komentuje: Twarde. To pierwsze odczucie. Nie tylko z wierzchu, ale też w środku. Dla mnie zbyt mdłe i choć cieszę się, że ich spróbowałem, to jednak nie będzie to mój ulubiony dodatek do dań. 3/5

Przedostatnim naszym wyborem pierwszego dnia imprezy był "hamburger szefa" od Kill Grill.
Długie oczekiwanie warte grzechu

Hamburger szefa (skład) - bułka, wołowy antrykot, sałata, rukola, majonez bekonowy, chutney z cebuli, grilowany bekon, żółty ser.

Moja opinia: Jeden z lepszych hamburgerów jaki miałam okazję zjeść. Na bułę czekaliśmy 58 minut, a zjedliśmy w 4 minuty :) Kotlet soczysty, bułka mięciutka, sos i chutney smaczny. Wszystko razem po prostu idealne. 4.5/5

Maniek komentuje: Myślałem, że zniosę jajo czekając! Albo, że się uwędzę (średnio co 3-5 minut byłem owiewany dymem z grilla, na którym skwierczały kotlety). Ale kiedy czas oczekiwania dobiegł końca przyszło wreszcie kulinarno-smakowe spełnienie. Zjadło się już w życiu kilka (kilkanaście?) różnych burgerów z różnych garkuchni i zdecydowanie ten był najlepszy! Wszystko zagrało. Nic nie psuło kompozycji smakowej. No, może poza tym, że hamburger nas olał pod koniec konsumpcji, ale to już zupełnie inna historia... 4.5/5

Ostatni wyborem były Belgijki.
Duże, chrupiące i najszybciej robione
Moja ocena: Frytki grube, zrumienione, posolone. Choć kupione na sam koniec dnia nie czuć w nich było przesmażonego oleju. Poprawne danie :) 4.5/5

Maniek komentuje: Lubię fryty. Mimo długiej kolejki wszystko szło sprawnie i szybko. Produkt końcowy nie zawiódł. Frytki grube, mięsiste, nie spalone, ale też nie niedosmażone. Zjedzone z solą, ponieważ z uwagi na moją towarzyszkę, która nie może majonezu zamówione bez sosu (dopiero później uzyskałem informację, że miałem wziąć "pod siebie" ze sosem... trudno się mówi). 4-/5

Nie mogło też zabraknąć oczywiście deseru - hiszpańskie churros.
Pechowiec zlotu - awaria za awarią
Churros - cisto parzone, smażone na głębokim tłuszczu.

Moja ocena: Lubię :) Smażone pałeczki z ciasta parzonego, posypane cukrem pudrem i cynamonem. 4/5 Zabrakło mi płynnej gorzkiej czekolady, bo nutella to nie to samo.

Maniek komentuje: Ciekawy badylek <rolf>. Troszkę gumowaty i rzeczywiście zabrakło czekolady, ale ogólnie bardzo przyjemny. 3.5/5

Pierwszego dnia chcieliśmy jeszcze załapać się na zupę od Akita - japoński ramen. Jednak nie było nam to dane. Chłopaki otworzyli swój kram z poślizgiem, a my spieszyliśmy się do kina; po kinie wystraszyła nas kolejka zakręcona jak w czasach naszej maleńkości, kiedy to nic nie było na półkach, ale każdy stał. Drugiego dnia festiwalu zrobiliśmy kolejne podejście do zupy. Przyszliśmy pół godziny przed otwarciem, bo panowie znów mieli poślizg i w kolejce zajęliśmy miejsce 3. Niby przed nami tylko dwie osoby, ale i tak czekaliśmy aż 45 minut, żeby złożyć zamówienie i dodatkowo około 8-10 minut zanim dostaliśmy posiłek (zdążyłam zamówić i zjedliśmy hamburgera, o którym za chwilę).
Naszym wyborem była pikantna Akita Spicy Love.
Chłopaki długo kazali czekać na swoje kulinarne ekspresje
Akita Spicy Love (skład) - szarpana wieprzowina, kanpyo, wakame, dymka (czyli po naszemu szczypior), nori, sezam, płatki chilli, makaron ramen.

Moja opinia: Bardzo esencjonalny wywar, pełen różnorodnych smaków, które idealnie się uzupełniały. Dla mnie ciut za ostra, jednak z tym się liczyłam, w końcu płatki chilli to nie miód. Jednego czego mi brakowało to jajka, którego niestety nie było już w ofercie podczas drugiego dnia festiwalu. 4.5/5

Maniek komentuje: Miałem ich zjebać jak bure suki, za to, że jako jedyni otwierali się z prawie godzinnym poślizgiem, i że musiałem spędzić prawie godzinę czekając, ale...  po tym co dostałem w talerzu (no, może bardziej plastikowej miseczce) nie mam serca napisać żadnego złego słowa. Zupa byłą pyszna. Taki posiłek życzyłbym sobie zjeść w sobotni poranek 26 sierpnia po pierwszym dniu jastrzębskiego Festiwalu Whisky. Treściwy, delikatnie pikantny, sycący i ciepły. 5/5!

W między czasie stania w kolejce i oczekiwania na otwarcie kramiku z ramenem, po sąsiedzku był kramik z hamburgerami, na którego postanowiłam się skusić. Hamburger karmelowy od Surf burger.
Szału nie było...
Hamburger karmelowy (skład) - bułka, ser cheddar, mix sałat, ogórek, czerwona cebula, pomidor, sos limonkowy, sos barbecue, wołowina, norweski kozi ser karmelowy.

Moja opinia: chyba trochę przegięłam z testowaniem nowości ;) Ser karmelowy nie będzie należał do moich ulubionych dodatków do bułki z kotletem. Sama bułka też nie była jakaś rewelacyjna. Mięso nie najgorsze, dodatki warzywne też, sosy nawet ujdzie, ale jednak ten ser... nie był zbyt dobrym wyborem jako dodatek do mięsa. Zdecydowanie bardziej by mi smakował gdyby to był dodatek do grzanki z dżemem i kubka kakao. 2/5

Maniek komentuje: W życiu wyznaję zasadę, że burger jest dobry o każdej porze dnia i nocy oraz na każdą okazję, nie ważne czy są to urodziny, wigilia czy stypa XD. Niestety, nie każdy burger. Ten z pewnością nie będzie należał do moich ulubionych. Po pierwsze nie lubię jak poszczególne części potrawy nie stanowią spójnej całości, a tutaj tak było. Bułka była chrupiąca, ale w złym tego słowa znaczeniu (raczej sucha) i powinna być odrobinę cieplejsza. W środku sałata była zimna, uwydatniły to jeszcze zimne sosy. Samo mięso było nawet spoko, ale ciężko było mu się przebić ze swoim smakiem przez ten wstrętny karmelowy kozi ser. 2/5

Na zakończenie festiwalu i po zupie ramen skusiliśmy się na jeszcze jednego hamburgera. Tym razem zamiast w bułce był zaserwowany właśnie w makaronie ramen :)
Może i ciekawe, ale niezbyt udane
Burger "wołowina teriyaki" (skład) - wołowina, sos teriyaki, ser, cebula, ogórek, rukola, makaron.

Moja ocena - Sam pomysł może i ciekawy, jednak danie mnie nie zachwyciło. Makaron był intensywnie przyprawiony, co zaburzało cały smak kanapki. Sosu nie było za bardzo czuć. Kotlet trochę za gruby. 1.5/5
Maniek komentuje: To był najoryginalniejszy pomysł festiwalu i zarazem najgorsze danie jakie zjadłem podczas tych dwóch dni. To co najbardziej przeszkadzało, to po raz kolejny niespójność poszczególnych składników potrawy. Makaron był doprawiony w sposób, który zupełnie mi nie podpasował (jakieś dziwne zioła, które ciężko mi nawet rozpoznać i nazwać), ogór był tak kwaśny, że wybijał się ponad wszystkie inne smaki tej hybrydy. Rukola zupełnie nie pasowała ani do kwaszonego ogórka, ani do ziół w makaronie. Smaczne było natomiast mięso, ale to niestety za mało, żeby mnie ukontentować. 1.5/5

Podsumowując dwudniową imprezę zakończyliśmy ją objedzeni, ale nie przejedzeni. Z mnóstwem wrażeń smakowych na języku. Kilka kramików dopisaliśmy do listy smacznych i wartych kolejnego odwiedzenia. Nad innymi musimy się zastanowić czy damy im kolejną szansę. Bogatsi o kolejne doświadczenia, ubożsi o kilkanaście (kilkadziesiąd?:>) złotych zakończyliśmy intensywny weekend jedzeniowy w dobrych humorach.

Ja mogę dodać od siebie jedynie to, że jeśli miałbym wybrać najlepszy zestaw obiadowy festiwalu (z tych, które jadłem), to menu wyglądałoby następująco:
- Akita Sipcy Love;
- Burger z Kill Grilla;
- Churrosy. 
:-)
A ja się podpiszę pod powyższym menu mojego towarzysza, tylko może ramen wybrałabym nie tak ostry ;)

Bon appétit i do następnego festiwalu. 

środa, 3 maja 2017

[172] Film: "Szybcy i wściekli 8 / The Fate of The Furious" (2017)

Pierwsze co trzeba zrobić wybierając się na seans najnowszej odsłony z serii F&F to wyłączyć "logiczne" myślenie. Tutaj się wam nie przyda. To co trzeba, to włączyć zmysły i dać się porwać świetnej rozrywce, ponieważ Dom i spółka powracają w naprawdę dobrej formie!

Coś z wojskowego arsenału to nieodłączny atrybut nowych odsłon serii F&F

Po poprzedniej, bardzo słabej części siódmej, która przeszła dość poważnie odbijające się na spójności scenariusza cięcia, z powodu tragicznej śmierci Paula Walkera, bałem się tego seansu. Już dawno straciłem złudzenia, że te filmy będą o ściganiu się samochodami, ale auta wciąż są w nim obecne (co jest dla mnie szalenie istotne), a cały klimat sprawia, że wciąż darzę tę serię wielkim sentymentem i zwyczajnie ją lubię. Szedłem do kina gotowy na nielichy gniot z czystego przyzwyczajenia. Ot, jest nowy F&F - trzeba zobaczyć... Jednak to, co spotkało mnie na sali kinowej było dwiema godzinami szalonej jazdy na maksa bez trzymanki i hamulców. Tylko tyle i aż tyle, bo patrząc na moje ostatnie filmowe decyzje o rozrywkę naprawdę trudno. Zacząłem obgryzać paznokcie - to znak, że film trzymał mnie w napięciu. I ani razu nie spojrzałem na zegarek - to natomiast świadczy o tym, że praktycznie nie było żadnych mielizn i przestojów fabularnych. Było tylko jedno malutkie "ale", no dwa, ale o tym później.

Jak w sklepie z zabawkami. Tylko modele w lepszej skali.

Historia, jak zapewne wiecie, jest prosta. Z jakiegoś nieznanego powodu Dominic Toretto postanawia przerwać swój miesiąc miodowy i zdradzić swoją "rodzinę" - a jak wiemy rodzina jest dla niego najważniejsza, więc to musiał być nielichy powód. Tego czym w rzeczywistości był dowiemy się gdzieś mniej więcej w połowie filmu, jednak znając tę postać możemy się go zacząć domyślać już na samym początku. Tak więc (nie zaczyna się zdania od "tak więc" <rolf>) Dom postanawia przystać do super tajemniczej, niebezpieczniej i skutecznej hakerki znanej jako Ciper (w tej roli Charlize Theron) - tak, wiem, powinno być Cipher, ale to "h" jest takie zbędne... - i wykonać dla niej kilka zadań. Są nimi m.in. kradzież "wyłącznika prądu" (jakiejś bomby megatronowej, czy coś w tym stylu, która pozwala wyłączyć prąd w pożądanym przez nas miejscyu- znamy to z Ocean's Eleven tylko, że ta jest zdecydowanie mniejsza), a także sterowników do bomb atomowych znajdujących się na pewnej radzieckiej łodzi podwodnej. Łódź też trzeba "przejąć". Natomiast jego "rodzina" postanawia mu w tym przeszkodzić. Ot, i wszystko.

Sam przeciw wszystkim... czy może jednak nie do końca?

W tej odsłonie nie zabraknie oczywiście starych znajomych. Pojawi się Pan Kamień w roli Luke'a Hobbsa ze wszystkimi swoimi atrybutami (włącznie z siwiejącą kozią bródką) wyposażony dodatkowo w nastoletnią córkę. A także całej ekipy znanej z poprzednich części poza Walkerem i Jordaną Brewste, którzy mają za dużo na głowie - wiecie, wychowywanie dziecka i te sprawy - i nie są poinformowani o całej tej sprawie. Moim zdaniem jest to pierwszy z dwóch zgrzytów Ósemki, ponieważ znając Briana i Mię rzuciliby wszystko, żeby tylko pomóc w odkryciu dlaczego Dominic przeszedł na "ciemną stronę mocy". Trzeba było Briana fabularnie "wykończyć" w Siódemce, a nie pozwolić, żeby gdzieś "odjechał", to teraz nie trzeba by się było męczyć z wymyślaniem głupot mających usprawiedliwić jego nieobecność. Wracając do obsady nie zabraknie również Kurta Russela jako Pana Nikt oraz jego nowego pomagiera Scotta Eastwooda wcielającego się w Małego Pana Nikt, a także rodziny Shawów. Najważniejszym z nich jest oczywiście Jason Statham (w filmie wcielającego się w postać Dackarda Shawa). Jego obecność to wielki plus tej części, ponieważ wnosi bardzo dużo pozytywnego humoru. Ciekawostką, i wisienką na torcie, jest gościnny występ Królowej, czyli Helen Miren w roli matki braci Shaw (zobaczymy też Owena Shawa znanego z części szóstej, którego gra Luke Evans). Jedyną niepotrzebną osobą w obsadzie jest Nathalie Emmanuel, czyli filmowa Ramsey. Dziewczyna nie ma do grania dosłownie nic. Dubluje umiejętności Teja (Ludacris) i prezentuje się w filmie, jak przysłowiowe piąte koło u wozu. Sztuczna do bólu i niepotrzebna jest także walka o jej względy między Romanem (Tyrese Gibson) i Tejem, dodana praktycznie tylko po to żeby dziewczyna miała kilka kwestii. 

SPOJLER

Zobaczymy także Else Pataky, starą dziewczynę Dominica (podpowiedź dla zaznajomionych z serią co może być powodem zdrady ;)).

KONIEC SPOJLERA

Oj, będzie się działo!

Całość prezentuje się naprawdę dobrze. Czasami jest trochę wzruszająco i uczuciowo, ale to dobrze. Jest w tej części dużo pozytywnej energii i emocji. Za to lubimy tę serię. Nie ma wiele do zarzucenia temu filmowi (oprócz tego co już wymieniłem) - patrząc na niego z czysto rozrywkowego punktu widzenia. Bardzo dobra jest również ścieżka dźwiękowa z kilkoma przyjemnymi utworami, więc jeśli ktoś dobrze bawił się na poprzednich częściach, to nie pozostaje mu nic innego jak pójść i cieszyć się kolejną odsłoną przygód ulubionych bohaterów. 

Moja ocena - 7.5/10

sobota, 15 kwietnia 2017

[60] Serial: "Iron Fist" (2017)

Ten post mógłby być przyczynkiem do pogłębionej analizy chujowatości Netflixowych seriali spod znaku Marvela, jednak z racji tego, że mi się nie chcę poprzestanę na niepogłębionej analizie oraz ich najnowszym wyczynie, a mianowicie Iron Fiście.

Jak wszyscy dobrze wiemy (wszyscy, którzy choć w minimalnym stopniu oglądają wszelakie ekranizacje cudownych komiksów) wychodzą one raz lepsze raz gorsze. Jednak powoli niepisaną regułą staje się fakt, że wszystko co weźmie w swoje ręce Netflix zostaje tak spierdolone jak to tylko możliwe. Zaczęło się od dość miernego Daredevila, którego, mimo wszystko, pierwszy sezon dało się jakoś obejrzeć (na drugi nie starczyło mi samozaparcia). Później przyszła kolej na żałość w postaci Jessiki Jones, która w swojej serialowej odsłonie wydaje się najbardziej SŁABĄ postacią komiksową jaką wymyślono. Z tego co pamiętam nie dałem rady przebrnąć przez wszystkie odcinki pierwszego sezonu. A największy udział w tym miała z pewnością odtwórczyni tytułowej postaci (nazwisko pominę, żeby nie robić jej przykrości :D), która była po prostu źle obsadzona. Luke Cage darowałem sobie bez oglądania, ponieważ postać tego burkliwego murzyna nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia już w Jessice, a nie chciałem nie potrzebnie marnować swojego cennego czasu, który mógłbym przeznaczyć na picie, myślenie o seksie i ciekawe lektury... 

Jednak ostatnio coś mi się z głową porobiło, że całkiem zapomniałem o swoich złych doświadczeniach ze wcześniejszymi produkcjami Netflixa i sięgnąłem po Iron Fista. Było to prawdopodobnie spowodowane tym, że lubię wszelkiego rodzaju brednie (nie oburzać się, ponieważ to co możemy znaleźć w komiksie a co za tym idzie także w jego ekranizacji to mogą być tylko i wyłącznie brednie) na temat dalekowschodnich sztuk walki i tamtejszej filozofii. No i po raz kolejny doszedłem do wniosku, że Netflix mnie już raczej nie zaskoczy. Serial jest słaby jak herbata z 4 parzenia a odtwórcy głównych ról, z bardzo małymi wyjątkami albo bez talentu, albo dopasowani jak przysłowiowa pięść do nosa. 

Ale to nie wszystko, problem tkwi przede wszystkim w kulawej i nielogicznej fabule. Mamy wszak do czynienia z "mistrzem" wschodnich sztuk walki, któremu wpierdol potrafi spuścić byle najemnik/ochroniarz (akcja w archiwum szpitala w poszukiwaniu dokumentów potwierdzających tożsamość). Dodatkowo nasz "mistrz", który powinien mieć opanowany w sposób mistrzowski swoją wewnętrzną harmonię żeby móc korzystać z siły swojego chi (sorki jeśli bredzę ale zupełnie się na tym nie znam) miota się jak nastolatka, która chciałaby a boi się... Tak nie stały i niezrównoważony emocjonalnie przypał to mógłby w tym ichnim Kundunie być co najwyżej pomywaczem lub czyścicielem kozłów a nie Ironfistem. Ale spoko, nie moja rzecz. Moją jest jedynie to, że więcej już nie dam się skusić na żaden serial o superbohaterze, który będzie sygnowany logiem tej stacji. 

Sorki, że nie streszczam i nie wprowadzam, ale zwyczajnie mi się nie chce. I tak nie warto tego oglądać, więc po co wam wiedzieć o czym to jest. A  z drugiej strony skoro to serial Marvela to o czym może być...?

Moja ocena: 4-/10

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

[224] Książka: "Sześć grobów do Monachium" - Mario Puzo (wyd. oryg 1967)

No i stało się. Przeczytałem drugą, po Ojcu chrzestnym, książkę Mario Puzo. I powiem szczerze, że powoli zaczynam rozumieć dlaczego The God Father stał się takim klasykiem i zyskał uznanie nie tylko wśród czytelników, ale również widzów na całym świcie (jak zapewne się orientujecie Puzo był współtwórcą scenariusza). Ale dziś będzie o czymś innym. Sześć grobów do Monachium to thriller psychologiczny opowiadający o chęci zemsty. Zemsty za wszelką cenę.

Książka ta została napisana przez Puzo w 1967 (w dwa lata przed Ojcem chrzestnym) jako jedyna z jego powieści pod pseudonimem Mario Cleri. Być może Puzo się jej wstydził, jednak z czystym sumieniem twierdzę, że nie ma czego. Wróćmy jednak do książki. Znajdziemy w niej wszystko to, co tak charakterystyczne dla twórczości Włocha: włoską mafię, życie w powojennych Niemczech, działalność tajnych agentów Amerykańskiego wywiadu. Oraz chęć zemsty. Ta książka jest nią wręcz przepojona. 

Głównym bohaterem Six Graves to Munich jest Michael Rogan, genialny matematyk, który po dość nudnym życiu postanowił wreszcie wykorzystać swój nieprzeciętny umysł dla dobra narodu amerykańskiego i wstąpił do służby wywiadowczej. Podczas II wojny światowej jego komórka szpiegowska na terenie okupowanej Francji zostaje jednak rozszyfrowana przez nazistów, a on wraz z żoną trafia do monachijskiego Pałacu Sprawiedliwości na serię przesłuchań. Po śmierci podczas tortur swojej ciężarnej żony i wielu tygodniach poniżania i bicia załamuje się i zdradza Niemcom wszystkie znane sobie szyfry o kody. W zamian za to ma zostać przez nich uwolniony. Niestety, to była tylko gra, ponieważ grupa siedmiu przesłuchujących go oficerów i tak postanawia go zabić. Strzelają mu w tył głowy w momencie kiedy stoi już przebrany w cywilne ciuchy gotowy do wyjścia na wolność. Jego ciało zostaje porzucone na dziedzińcu pałacu wśród dziesiątek innych zwłok. Rogan jednak nie umiera. Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności kula odbija się od czaszki i nie uszkadza mózgu. Po kilku dniach zostaje odnaleziony przez oddziały amerykańskie wkraczające do miasta. Po wielu miesiącach rekonwalescencji i wstawieniu metalowej płytki uzupełniającej kości czaszki Rogan stara się wrócić do normalnego życia. Po pewnym czasie dorabia się milionów na produkcji sprzętu komputerowego (choć po tym "wypadku" może pracować tylko godzinę dziennie, bo jego mózg nie wytrzymuje większych obciążeń). W dziesięć lat po nieudanej próbie morderstwa na jego osobie postanawia wymierzyć swoim oprawcę zasłużoną, w jego mniemaniu, zemstę, aby wreszcie, raz na zawsze, uwolnić się od dręczących go co noc koszmarów z Pałacu Sprawiedliwości i pomścić żonę, swoje nienarodzone dziecko oraz swoje cierpienie. Na swojej drodze spotyka Rosalie, która w momencie ich spotkania pracuje jako prostytutka w jednym z hamburskich domów publicznych na ul St. Pauli. Ta przedziwna para (Rosalie jest piękną młodą Niemką z dość mroczną przeszłością) zakochuje się w sobie i dziewczyna postanawia pomóc Mikeowi w jego planach.  

W tej dość krótkiej powieści (niespełna 260 stron) Puzo zręcznie prezentuje rys charakterologiczny każdej z postaci; ich motywacje popychające do takich a nie innych decyzji i wyborów życiowych. W bardzo ciekawy sposób przedstawia również wątek zemsty za wszelką cenę, ponieważ z każdym kolejnym rozdziałem nie wydaje się ona dla czytelnika już taka zasadna, jednak każdy z bohaterów ma swoje racje i postępuje zgodnie ze swoimi zapatrywaniami nie kierując się żadnymi racjonalnymi albo obiektywnymi opiniami z zewnątrz. Dotyczy to głównie Rogana, choć nie tylko.

Całość czyta się błyskawicznie (ja skończyłem książkę w jeden wieczór), ponieważ zarówno styl i prowadzenie akcji są mistrzowskie jak na ten typ literatury. Nie ma w niej żadnych mielizn fabularny, cała opowieść posuwa się do przodu w dość szybkim tempie biorąc nawet pod uwagę liczne retrospekcje przedstawiające nam najważniejsze wątki z przeszłości głównych bohaterów. Nie pozostaje mi nic innego jak wyrazić pragnienia, aby takich książek było więcej.

Moja ocena 7!/10

piątek, 7 kwietnia 2017

[223] Książka: "SS-GB" - Len Deighton (wyd. oryg.1978)

Przeglądając ostatnio serialowe nowości natrafiłem na coś o przedziwnym tytule SS-GB. Zaintrygowało mnie to do tego stopnia, że postanowiłem sprawdzić co to takiego. Okazuje się, że serial jest adaptacją książki Lena Deightona o tym samym tytule. 

Akcja książki (podobnie zresztą jak serialu) dzieje się w okupowanej przez Niemcy Wielkiej Brytanii, czyli w alternatywnej rzeczywistości. Mamy listopad 1941 roku. Kilka miesięcy po przegranej Bitwie o Anglię. Churchill został skazany i rozstrzelany. Król Jerzy VI jest więziony w Tower. Społeczeństwo powoli przyzwyczaja się do warunków okupacyjnego życia. 

Normalnie działa również policja i, oczywiście, Scotland Yard. No, prawie normalnie, bo jest podporządkowana SS. Nie przeszkadza jej to jednak prowadzić standardowych działań służbowych. Wszystko zaczyna się od śledztwa w sprawie zabójstwa młodego londyńczyka, który okazuje się naukowcem, a zwykłe morderstwo przeradza się w ogromny spisek, w który zamieszani są prawie wszyscy, którzy coś znaczą w okupowanej Anglii. 

Śledztwo początkowo prowadzi nadinspektor Douglas Archer (najskuteczniejszy śledczy Scotland Yardu) wraz ze swoim dawnym mentorem, a obecnie podwładnym, sierżantem detektywem Harrym Woodsem. Jednak tuż po jego rozpoczęciu z Berlina, wprost od samego reichsfuhrera SS Heinricha Himmlera przyjeżdża do Londynu dr Oskar Huth, który przejmuje pieczę nad całym dochodzeniem.

Tego typu opowieść nie mogła się obyć bez tajemniczej nieznajomej. Tak też jest i tutaj. Archer w trakcie śledztwa poznaje piękną Barbarę Bargę, amerykańską dziennikarkę i korespondentkę wojenną. Jednak jej pojawienie się tylko komplikuje całą sprawę i, wydawałoby się, w miarę poukładane życie Archera.

Wszystko zaczyna się bardzo ciekawie i dopiero w momencie, kiedy śledztwo schodzi na dalszy plan a głównym wątkiem stają się sprawy (pseudo) szpiegowskie akcja traci swoje, jak dotąd, dobre tempo, a całość zaczyna być miejscami nieznośnie nudna i przegadana. Dałoby się to wszystko znieść, gdyby nie dość rozczarowujące zakończenie całej historii, które jest trochę jak walnięcie z liścia wszystkich czytelników spragnionych czegoś naprawdę wielkiego (skoro przez większą część czasu się nudzili jak mopsy). Jednak autor postanowił polecieć schematem uśmiercając przy tym całkiem sporą liczbę bohaterów. 

Osobiście, nie polecam i sam się teraz zastanawiam, czy warto tracić czas na serial, który, jak czytałem, jest podobno bardzo dokładnym odwzorowaniem książki.

Moja ocena: 4/10
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...