piątek, 31 maja 2013

[16] Film: "Taken" / "Uprowadzona" (2008)

Wczoraj wieczorem miałem przyjemność obejrzeć naprawdę ciekawy film akcji. Można powiedzieć, że w pewnym stopniu nawet trzymał w napięciu. Choć oczywiście zdarzały się w nim absurdy i jakieś dziwnostki, które w żaden sposób nie miały by prawa bytu w "realu", ale mimo tego oglądało się to dość przyjemnie. Tym filmem jest oczywiście "Uprowadzona" w reżyserii Pierra Morela, która swoją premierę miała już dość dawno, bo w roku 2008. 

Co ciekawe, scenariusz do tego filmu napisała ta sama dwójka, która "maczała palce" przy tworzeniu "Transportera", czyli Luc Besson i Robert Mark Kamen. Muszę przyznać, że ci dwaj panowie wiedzą jak robić i pisać filmy. I wyszedł im całkiem niezły kawałek thrillera?, kina akcji? sensacji? Sam nie wiem jak to określić.

A o czym jest "Uprowadzona"? O amerykańskiej damskiej głupocie. To tak w skrócie. A w dłuższej wersji film ten opowiada o głupiej żonie (Famke Janssen), która porzuciła swojego wspaniałego faceta (Liam Neseon - on zawsze, w każdym filmie jest wspaniały) dla jakiegoś bogatego podstarzałego playboya z powodów czysto materialnych (choć sama tłumaczy, że chodziło o Neesonową pracę, która powodowała, że nigdy nie było go w domu, ale wszyscy wiemy jak to jest z żołnierzami - bronią naszego bezpieczeństwa i w ogóle). Dodatkowo, ta wredna zidiociała amerykańska kobieta, nie pozwala się naszemu wspaniałemu Neesonowi spotykać z jego ukochaną nastoletnią córeczką (zresztą podobnie zidiociałą amerykańską dziewczynką jak mamusia, ale w końcu w myśl przysłowia: "Kto z kim przystaje, takim się staje"). W pewnym momencie obie dochodzą do wniosku, że dziewczynka musi wreszcie wypuścić się na otwarte wody, czyli w wieku 17 lat samodzielnie zwiedzać świat, dokładniej Francję, a jeszcze bardziej ściśle - Paryż. Myk polega na tym, żeby wcisnąć tatkowi kit o tym, że jedzie tam z przeogromną grupą rówieśników zwiedzać paryskie muzea (bo tak kocha sztukę - sic!), a na miejscu będzie pod opieką jakich kuzynów swojej przyjaciółki. Tatuś się nie zgadza (i ma chłop rację) i zostaje zjebany jak bura suka przez swoją była (córka jest niepełnoletnia, więc zgodę na wyjazd poza granice kraju musi podpisać dwoje rodziców). Neeson po chwili namysłu dochodzi do wniosku, że może jednak warto popuścić trochę smyczy córeczce, żeby się całkiem od niego nie oddaliła (taki kit wcisnęła mu na odchodne żonka). Idzie więc do rezydencji, w której obie teraz pomieszkują z podpisanymi dokumentami i pakietem "ale". Składa się na niego: "dzwoń", "uważaj", "nie rozmawiaj z nieznajomym". Córeczka uroczyście ślubuje się dostosować i zadowolona skacze po chałupie jak, nie przymierzając, koker spaniel z ADHD. Na lotnisku okazuje się, że jej przyjaciółka - Amanda - jest czystej wody amerykańską nastolatką-debilką, a także, że dziewczynki nie planują zwiedzać paryskich muzeów, tylko ruszyć w trasę po Europie wraz z zespołem U2 (nowy tatuś bogacz zapłacił za bilety i zarezerwował miejsca w hotelach). Neeson jest wściekły (i ma rację), jest już jednak za późno na jakiekolwiek przeciwdziałanie. Dziewczynki odlatują. Już w Paryżu Kim (córeczka) łamie wszystkie trzy podstawowe zasady jakich miała przestrzegać - nie dzwoni, że już jest (zapomniała), rozmawia z nieznajomym (tak wyszło, a poza tym to "ciacho" i Amanda chce mu dać co tam ma najlepszego, czyli pewnie d**y) i nie uważa, bo rozmawiała z nieznajomym. Po przyjeździe do miejsca, w którym mają mieszkać w Paryżu, okazuje się, że kuzyni jakimś dziwnym trafem wyjechali (o czym nie wiedziała nawet Kim tylko idiotka Amanda) i dziewczynki są same. No i się zaczyna poznawanie życia. Mogę jeszcze zdradzić tylko jedną rzecz, aby nie psuć Wam przyjemności z oglądania - Kim i Amanda zostaną w Paryżu U P R O W A D Z O N E! 


Ok, może z deczka przesadziłem, przy przedstawianiu fabuły, ale strasznie mnie takie kretyńskie zachowania kobiet denerwują, więc pozwoliłem sobie na lekką polewkę z tego co tam zostało zaproponowane. Na szczęście w filmie główną rolę gra Neeson, który jest po prostu cool. Jest jakimś byłym żołnierzem z jednostek specjalnych, czy też agentem pracującym dla wywiadu (nie jest to dokładnie wyjaśnione) i zna się na swoim fachu. Dodatkowo tak kocha córkę, że dla niej wybije nawet pół setki jakichś uchodźców z krajów trzeciego świata handlujących żywym towarem. Rozpiernicz jest niezły. Sama akcja także toczy się dość szybko i bez większych przestanków. Jako, że jest to film akcji a nie dramat, pewnym jest już na samym początku, że córce nie stanie się większa krzywda. Jednak trochę "świata" zakosztowała ;)


Film oceniam na niezłe mordobicie i daje mu ocenę 6.5/10. Było by nawet 7.5, gdyby nie sam początek. Polecam i zachęcam. Dziś prawdopodobnie będę oglądał drugą część, więc niedługo można liczyć na recenzję "Taken 2".

czwartek, 30 maja 2013

[2] Książka: "Opowieści ze świata Wiedźmina" - zbiór opowiadań (2013)



Będąc jakiś czas temu w EMPIKu rzuciła mi się w oczy pewna książka. Z niedowierzaniem i jednoczesną euforią wróciłem do półki, na której wydawało mi się, że zauważyłem tę posępną gębę i...TAK! To było to! Ktoś postanowił wskrzesić postać wiedźmina Geralta znanego ze słynnych opowiadań autorstwa ASa polskiej literatury fantasy - Andrzeja Sapkowskiego! Wziąłem ją więc do ręki, patrzę...wydanie takie jakieś nie za specjalnie ładne :/ Patrzę na papier...hmmm...prawie jak toaletowy :/ Patrzę na cenę - 49 zł !!! Chyba ich (*&^%!!! Ale stwierdziłem, że chcę ją przeczytać. Otworzyłem więc w domku internet i zamówiłem książeczkę z rabacikiem 27% na aros.pl. Jako wielki fan twórczości Sapkowskiego musiałem się zapoznać z tym co, jak głosi podtytuł, w hołdzie dla niego stworzyli pisarze rosyjscy i ukraińscy.

W sumie już raz kiedyś miałem nieprzyjemność spotkać się z postacią Geralta w cyklu, właśnie ukraińskiego pisarza Władimira Wasiliewa, pod tytułem "Wiedźmin z Wielkiego Kijowa". Nie przypadkiem wspominam o tym spotkaniu, ponieważ w tym zbiorze opowiadań znajduje się jedno z wyżej wymienionego tworu. Ale do tego zaraz dojdę, wszystko w swoim czasie. Jednak w tym wypadku miałem nadzieję, że będzie zdecydowanie lepiej.

Ale zapytacie się skąd ten hołd? Musicie zatem wiedzieć, że Sapkowski w krajach byłego ZSRR cieszył się, i nadal cieszy, dużo większą popularnością niż w rodzimym kraju. Jak możemy przeczytać we wstępie: "do roku 1993 teksty Sapkowskiego w przekładzie na rosyjski i ukraiński ukazały się czternastokrotnie, przy nakładach oscylujących w granicach 30 -110 tysięcy egzemplarzy. (...) Pierwszy samodzielny tom, stanowiący połączenie polskich zbiorów zatytułowanych "Ostatnie życzenie" i "Miecz przeznaczenia", ukazał się w Rosji w roku 1996 w nakładzie 200 tysięcy egzemplarzy, i wydany został w prestiżowej serii "Wiek smoka". Wkrótce okazało się, że nasz Sapkowski stał się najchętniej czytanym autorem serii, pozostawiając daleko w tyle takie tuzy światowej fantastyki jak Robert Jordan, Glen Cook czy Michael Swanwick."

Przedstawiony fragment jest to tylko początek kariery Sapokwskiego na wschodzie. Nie mniej jednak pokazuje ogrom popularności jakim cieszą się tam jego książki. I w taki oto sposób, doszło do tego, że grono tamtejszych literatów postanowiło w swojej twórczości nawiązać do świata i postaci wykreowanych przez polskiego autora i stworzyło swoje teksty, które zostały zamieszczone w tym zbiorze (choć nie tylko, bo istnieje również, wcześniej przeze mnie wspomniany, zbór opowiadań W. Wasiliewa "Wiedźmin z Wielkiego Kijowa").

Zbiór składa się z ośmiu opowiadań o różnej tematyce i bardzo różnej objętości. Możemy znaleźć krótką notkę, jak choćby "Zawsze jesteśmy odpowiedzialni za tych, których..." (aut. Andriej Bielanin) - "Geralt i Yennefer współcześnie, [choć bardzo przyziemnie - przyp. aut.]. Wiedźmin ze smutkiem obserwuje wzrost liczby jego naśladowców, czyli tępicieli różnorakich stworów nie z tej bajki. Humor i gorzka ironia." Opowiadanie moim zdaniem bardzo przeciętne i jakieś takie bez polotu niestety. 


Inne z krótszych to "Jednooki Orfeusz" (aut. Michaił Uspienskij) - "Jaskier i Geralt w poszukiwaniu zarobku. Humorystyczna opowieść o magicznych znakach i do czego one prowadzą."  Jedno jedyne opowiadanie, które dzieje się jakby w świecie stworzonym przez Sapkowskiego. I występują tam bohaterowie, których dobrze znamy i najbardziej lubimy. Jaskier chce wygrać wielki konkurs trubadurów. Bierze ze sobą Geralta, który i tak nie ma zajęcia, aby mu pomógł z jednym oszustem. Zgrabne, ale bez rewelacji. 

Jeszcze dwa opowiadania nawiązują w dość istotnym stopniu do wiedźmińskiego świata. A także korzystają z jego bohaterów. O dziwo twórcy nie wzięli na "warsztat" postaci wiedźmina Geralta (może bali się posądzenia o wskrzeszanie herosa:/ ), a jego przyjaciela i kompana Jaskra. Jest on główną postacią w opowiadaniu "Lutnia i to wszystko" (aut. Maria Galina)- "Pięknej opowieści wykorzystującej motyw, który Andrzej Sapkowski porzucił - przywędrowania zarazy, która wojujące w sadze strony skłoniła do szybszego zawarcia pokoju." Tylko teraz, czy ta opowieść jest znowu taka piękna? Trochę wydumana, rozwleczona i ckliwa, to na pewno. Ale piękna - nie. Sapkowski pisał piękne opowiadania, a to jest po prostu nudne. Drugie z opowiadań, w których Jaskier jest naszą postacią przewodnią to "Ballada o smoku" (aut. Leonid Kudriacew) - "Historia szwendającego się po świecie Jaskra, który w poszukiwaniu natchnienia trafia do miasta, które podpisało umowę ze smokiem i interes turystyczny kwitnie." Tak jak podaje ten krótki opis mamy w tym opowiadaniu Jaskra, który bardzo mocno pragnie napisać balladę o smoku. W trakcie swojej podróży spotyka tajemniczego czeladnika, który tak jak on podąża do tego samego miasta, jednakże nie po natchnienie a w poszukiwaniu pracy. Tam, przy ognisku zawiązuje się między nimi coś na kształt porozumienia, a może i przyjaźni, co w późniejszym czasie bardzo Jaskrowi pomoże. Bardzo przeciętne, ale lepsze niż poprzednie.

Najciekawsza i swoją drogą najdłuższa historia to opowiadanie "Wesoły, niewinny i bez serca" (aut. Władimir Arieniew) - "W świecie wiedźmina, kilkaset lat po wydarzeniach opisanych w sadze inny wiedźmin stara się rozwikłać zagadkę znikających dzieci. Wariacja na temat słynnej bajki." I w sumie nic więcej o tym opowiadaniu nie da się napisać aby nie zdradzać jego fabuły. Choć ze swojej strony mogę dodać, że jest zbyt długie i czasami dość niejasne. Kilka razy w trakcie czytania gubiłem wątek i nie wiedziałem już kto jest kim i po co :| Ale na przestrzeni całego tomu, to właśnie ta historia wypadła najlepiej.

Są jednak w tomie jeszcze trzy opowieści. Choć tylko jedna z nich zasługuję na jako takie uznanie - "Okupanci"(aut. Aleksandr Zołotko) - "Historia z lat 80.. Akcja rozgrywa się w Polsce. Wrota do świata smoków, sidhe i innych stworów otwierają się wciąż w lasach pod Legnicą, a strzeże ich armia radziecka." Jest to historia młodego, niespełna dziewiętnastoletniego, żołnierza, któremu na kilka miesięcy przed zwolnieniem ze służby przytrafi się dziwna przygoda. Niezłe. Choć bardzo daleko od wiedźmińskiego świata. Już w jakimś stopniu bliższe "Żmii".


Przyszedł wreszcie czas na wiedźmina z Wielkiego Kijowa, czyli opowiadanie Władimira Wasiliewa pt. "Barwy braterstwa" - "Wiedźmin w świecie cyberpunkowym, gdzie magiczne są maszyny, a wiedźmini to fachowcy od rozprawiania się ze światem mechanicznym. Historia morderstwa popełnionego na zlocie motocyklowych gangów." Sam opis nie brzmi zachęcająco. A przynajmniej mnie nie zachwycił. Choć w tym przypadku nasz bohater też ma na imię Geralt, to jest to praktycznie wszystko co łączy go z wiedźmińskim światem stworzonym przez Sapkowskiego. Jakoś taki rodzaj rzeczywistości i tego typu zmagania i przygody (ujeżdżanie dzikiego motocykla, polowanie na oszalałą wywrotkę, czy "wyłączenie" niesfornej koparki) to nie moja bajka. Styl autora także nie należy do najlepszych. Jednym słowem słabo. 

Ostatnie opowiadanie, o którym chciałbym wspomnieć (i które jest zresztą opowiadaniem wieńczącym zbiór) to "Gra na serio" (aut. Sergiej Legieza) - "Saga o wiedźminie to nie tylko świat książkowy, ale też świat gier komputerowych." I to właśnie opowiadanie jest dla mnie największą zagadką. Ponad 72 strony...bredni! Od samego początku do samego końca nie wiedziałem o co w tym opowiadaniu chodzi. Być może pomysł był ciekawy i oryginalny, ale wydaje się, że przerósł autora. Jest to najgorsze opowiadanie z tego tomu. Być może się powtarzam, ale chcę bardzo dobitnie ten fakt podkreślić. Jeszcze nigdy każda kolejna strona książki z fabułą nie ciągnęła mi się tak jak w przypadku "Gry na serio". Po prosu marzyłem o tym aby się skończyło. No i się skończyło. Tak, że dalej nic nie wiem.


Podsumowując, całe przedsięwzięcie wydaje się ciekawe i chciałbym aby było w jakiś sposób "ciągnięte". Mogło by się rozwijać podobnie jak historie dotyczące "Gwiezdnych wojen". Wielu autorów tworzy swoje własne opowieści oparte na pomyśle i mające miejsce w świecie wykreowanym przez Georgea Lucasa. Świetny pomysł, ale w tym przypadku bardzo słabo wykonany. Zbiór opowiadań muszę z przykrością ocenić na 4/10. Miałem co do tej książki ogromne oczekiwania i bardzo mnie rozczarowała. Miejmy nadzieję, że kolejne takie inicjatywy, jeśli w ogóle będą miały miejsce, będą na zdecydowanie lepszym poziomie.

P.S. Zdjęcia pochodzą prawdopodobnie z gier Wiedźmin i Wiedźmin 2. Nie ze zbioru opowiadań. On nie jest ilustrowany.

wtorek, 28 maja 2013

5 Filmów w Moim Wieku!

Jak podaje kalendarium w roku 1984 wydarzyło się wiele fascynujących i zajmujących rzeczy, m.in.:
  • 7 II 1984 - podczas lotu promu kosmicznego „Challanger” astronauta amerykański Bruce McCandless jako pierwszy człowiek przebywał w kosmosie bez liny zabezpieczającej.
  • 22 II 1984 - po zaostrzeniu działań wojennych pomiędzy Iranem i Irakiem, USA i Wielka Brytania wysłały okręty w rejon Zatoki Perskiej.
  • 5 VI 1984 - jednostki armii indyjskiej szturmowały Złotą Świątynię w Amritsarze.
  • 11 VI 1984 - w USA udało się po raz pierwszy zniszczyć doświadczalną rakietę ofensywną w locie poza atmosferą ziemską z pomocą innej rakiety.
  • 31 X 1984 - premier Indii Indira Gandhi zginęła w zamachu w New Delhi zastrzelona przez dwóch Sikhów z jej ochrony osobistej.
  • 6 XI 1984 - wybory prezydenckie w USA wygrywa Ronald Reagan.
  • 31 XII 1984 - USA występują z UNESCO...
...hmm...jednak nie jest to aż tak ciekawe jak mi się wcześniej zdawało...:/

 A co wtedy działo się w Polsce? Wg tego samego źródła:
  • 19 X 1984 - porwano księdza Jerzego Popiełuszkę, a następnie bestialsko zamordowano.
I to niestety wszystko. A może i "stety" patrząc na to, jakiego rodzaju było to wydarzenie :(

Ale przejdźmy do tego po co się tu zebraliśmy, czyli do zaprezentowania 5 filmów, które są moimi równolatkami!




Amadeusz / Amadeus; 

USA (Saul Zaentz), 160 min,
reżyseria: Milos Forman,
Producent: Saul Zaentz,
scenariusz:Peter Shaffer, na podstawie swojej sztuki,
Zdjęcia: Miroslav Ondricek,
Muzyka: Johann Sebastian Bach, Wolfgang Amadeus Mozart, Antonio Salieri,
Obsada: F. Murray Abraham, Tom Hulce, Elizabeth Berridge Simon Callow, Roy Dotrice, Christine Ebersole, Jeffrey Jones, Charles Kay, Kenny Baker.

"Czeski reżyser Milos Forman obsadził w roli głupawo chichoczącego Wolfganga Amadeusza Mozarta Amerykanina Toma Hulce'a. Na tle przepychu kolejnych miejsc akcji i starannie odtworzonych szczegółów z epoki przedstawił epicką biografię austriackiego kompozytora. Widowiskowa i żywiołowa gra Hulce'a, przedstawiającego bohatera jako enfant terrible, zaprzecza teorii, że muzykę o niezwykłym brzemieniu musi tworzyć człowiek o niezwykłej osobowości." W tym miejscu posłużyłem się słowami Joshuy Klein'a, amerykańskiego pisarza i dziennikarza mieszkającego w Chicago, z racji tego, że fragment tekstu, który cytuje ukazał się w książce "1001 filmów, które musisz zobaczyć". Jest to chyba najlepsza rekomendacja i poświadczenie wartości i wiekopomności tego obrazu;) Do tego 11 nominacji i 8 wygranych Oscarów dopełniają dzieła. 
A tak naprawdę cytuje kogoś innego, bo sam jeszcze tego filmu nie widziałem :D  



Terminator / The Terminator;

USA (Cinema 84, Euro Film Fund, Hemdale, Pacific Western), 108 min,
Reżyseria: James Cameron,
Producent: Gale Ann Hurd,
Scenariusz: James Cameron, Gale Ann Hurd, na podstawie scenariuszy Soldier i Demon with a Glass Hand Harlana Ellisona,
Zdjęcia: Adam Greenberg,
Muzyka: Brad Fiedel,
Obsada: Arnold Schwarzenegger, Michael Biehn, Linda Hamilton, Paul Winfield, Lance Henriksen, Rick Rossovich, Bess Motta i inni.

Tutaj znów cytat z tej samej książki: "Film, będący w gruncie rzeczy absolutnym kiczem, pretendującym do nagrody Złotego Indyka, niespodziewanie stał się jednym z hitów roku 1984, a popularność, utrzymująca się przez kolejne dwa dziesięciolecia [teraz już trzy dziesięciolecia - przyp. aut.], zrobiła z niego klasyka gatunku. Terminator to triumf stylu nad fabułą, zręczności nad inteligencją. Całość jest znacznie lepsza niż to, co się na nią złożyło." Czy się zgadzam z tymi słowami Michaela Tappera? Po części na pewno tak, jednak ten film, którym kiedyś gardziłem i obejrzałem go zdecydowanie później niż mogłaby na to wskazywać jego reputacja, spodobał mi się. I mimo tego, że nie należy do moich ulubionych produkcji, nawet nie ulubionych z Arnim, to podobał mi się. A to najważniejsze. No i ta słynna fraza, której dotrzymał: "I'll be back".

Teraz mam lekki kłopot co wybrać, ale chyba zdecyduję się na kolejny klasyk, tylko tym razem z całkiem innej beczki. Tak dla różnorodności. A co!





Koszmar z ulicy Wiązów / A Nightmare on Elm Street;


USA (Media Home Entertainment, New Line, Smart Egg), 91 min.,
Reżyseria: Wes Craven,
Producent: Robert Shaye
Scenariusz: Wes Craven,
Zdjęcia: Jacques Haitkin,
Muzyka: Charles Bernstein, Steve Karshner, martin Kent, Michael Schuring,
Obsada: John Saxon, Ronee Blakley, Heather Langenkamp, Johnny Depp, Jsu Garcia, Amanda Wyss, Robert Englund i inni.


W tym momencie, z racji, że jest to kolejny film, którego nie oglądałem, więc nie mam o nim zielonego pojęcia, (i w tym przypadku raczej nie obejrzę, horror to nie moja działka), ale nie chcę pomijać takiego klasyka, znów posłużę się cudzymi słowami: "Film Wesa Cravena Koszmar z ulicy Wiązów odniósł sukces nie tylko kasowy; spodobał się również krytykom. Jako jeden z niewielu obrazów zręcznie połączył horror i humor, ciemne motywy literackie, konwencję filmu komediowego, krwawe efekty specjalne i dyskretny komentarz społeczny. Wreszcie to ten właśnie film wprowadził do amerykańskiej popkultury nowego potwora: mordercę nastolatków w kapelusiku - Freddy Kruegera." Nie wypada mi się nie zgodzić z Stevenem Jayem Schneiderem - redaktorem wydania "1001 filmów...". 

W tym momencie po raz kolejny napotykam na problem co wybrać?:| Ale aby zestawienie było jak najbardziej różnorodne wybór pada na...








...Gliniarza z Beverly Hills / Beverly Hills Cop;


USA (Paramount), 105 min,
Reżyseria: Martin Brest,
Producent: Jerry Bruckheimer, Don Simpson,
Scenariusz: Daniel Petrie Jr., Danilo Bach,
Zdjęcia: Bruce Surtees,
Muzyka Harold Fratermeyer,
Obsada: Eddie Murphy, Judge Reinhold, John Ashton, Lisa Eilbacher, Ronny Cox, Paul Reiser, Steven Berkoff, James Russo i inni.


Czy wiecie, że w początkowej wersji filmu rolę Axela Foleya miał zagrać Sylvester Stalone? Całe szczęście, że tak się nie stało, bo akcja tego filmu byłaby za pewne zdecydowanie mniej kreatywna, a film nie miał by tego komediowego błysku, jaki nadała mu gra Eddiego Murphy'ego. Można powiedzieć, że to dzięki niemu film stał się sławny na całym świecie. I powstały jeszcze dwie kolejne części. Dodatkowo ścieżka dźwiękowa filmu oparta jest na popularnej muzyce Harolda Flatermeyera z wiodącym tematem Axel F. Któż go nie zna i dobrze nie wspomina niech pierwszy rzuci kamień! "Brest zrobił komedię o naprawdę wartkiej akcji, z kilkoma ostrymi aluzjami do przyjętej w Los Angeles konwencji, w której liczy się tylko styl i nic więcej." Dodatkowo Murphy w roli policjanta, eleganckiego cwaniaczka, który łamie wszelkie zasady i reguły sprawia, że ciężko nie lubić tego obrazu.



Z ostatnim filmem jest naprawdę ciężko, ponieważ są jeszcze dwa, które chciałbym opisać, ale skoro 5 to 5! 










Seksmisja 

(mimo tego, że film powstał w roku 1983, to swoją premierę miał dopiero w roku 1984, tak więc postanowiłem, że mieści się w tym zestawieniu)


Polska (Film Polski), 116 min,
Reżyseria: Juliusz Machulski,
Produkcja: Andrzej Sołtysik,
Scenariusz: Juliusz Machulski, Jolanta Hartwig, Pavel Hajný,
Zdjęcia: Jerzy Łukaszewicz,
Muzyka: Henryk Kuźniak,
Obsada: Jerzy Stuhr, Olgierd Łukaszewicz, Bożena Stryjkówna, Bogusława Pawelec, Hanna Stankówna, Beata Tyszkiewicz, Ryszarda Hanin, Janusz Michałowski i inni.


Postanowiłem do tej światowej zgrai dorzucić jakiś polski filmik, żeby było tak międzynarodowo :) Padło na "Seksmisję" w reżyserii Juliusza Machulskiego, czyli film przez wielu uważany za wręcz kultowy. Ja osobiście nie jestem zbyt wielkim zwolennikiem tego obrazu, choć muszę przyznać, że kilka razy zdarzyło mi się go obejrzeć. Wydaje mi się, że nie jest to najlepszy obraz Machulskiego, nawet zdecydowanie gorszy od "Vabanku 2, czyli riposty", który swoją premierę miał także w 1984. Jednak umieszczam go tutaj dla pokazania, że nawet niebywały gniot może stać się filmem kultowym :D








Serdecznie dziękuję za nominację Clover, właścicielce bloga Roztargniona sowa, za możliwość podzielenia się z Wami 5 Filmami w Moim Wieku!




Z przyjemnością nominuję do dalszej zabawy:
Mariusza z Panoramy kina
Michała z Salonu Filmowego MN
Katarzynę Szolc z Filmowego melanżu


Anne Eithne z Filmowego KOTa

Co trzeba zrobić?
1. Opisać 5 filmów, które powstały w Twoim roku urodzenia;
2. Wkleić ten banerek u siebie na blog 
3. Nominować kolejne osoby to uczestnictwa w tej zabawie ;)

sobota, 25 maja 2013

[2] Film polski: Mój rower (2012)

Przyszedł czas na kolejny film z cyklu "Oglądam film polski". Tym razem padło na "Mój rower" w reżyserii Piotra Trzaskalskiego. Zwiastun w kinie zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie, więc postanowiłem, że jak tylko nadarzy się okazja muszę ten film obejrzeć. Okazja nadarzyła się wczoraj. Jednak już sam film aż tak ciekawy się nie okazał. Nie był jednak do końca nieciekawy. A co o nim myślę? Zapraszam na recenzję. 

Film, do którego scenariusz wspólnie napisali reżyser - P. Trzaskalski i Wojciech Lepianka (swoją drogą - ciekawe nazwisko :D ) opowiada historię trzech pokoleń rodziny Starnawskich. Mamy tutaj seniora rodu - w jego roli Michał Urbaniak, który grywał już epizody w kilku filmach, ale wydaje się jakby ta kreacja była jedną z większych w jego karierze - człowieka starszego, schorowanego, nie stroniącego jednak od alkoholu i pełnymi garściami czerpiącego z życia. Mężczyznę z bogatą przeszłością. Muzyka. Można by nawet rzec showmana (świadczy o tym złota marynarka, o której w filmie będzie mowa). Jest on niestety człowiekiem trudnym w pożyciu. Film rozpoczyna się bowiem w chwili kiedy opuszcza go żona. Jednak to nie jedyna oznaka trudnego charakteru. Włodek - bo tak ma na imię senior - nie żyje również w zbyt dobrych stosunkach ze swoim synem Pawłem, w tej roli Artur Żmijewski. Paweł Starnawski jest człowiekiem sukcesu. Muzykiem koncertującym na całym świecie. W przeciwieństwie do ojca, który gra na klarnecie, jego domeną jest fortepian. Jednak i on nie jest idealny. Do jego ciężkich relacji z ojcem, wynikających z zadrażnień z przeszłości, dochodzi jeszcze trudna relacja z synem, z którym nie utrzymywał kontaktu od momentu opuszczenia jego matki. W rolę najmłodszego z rodu Starnawskich, Maćka, wciela się Krzysztof Chodorowski. Ten młody chłopak nie ma zbyt dobrego zdania o swoim ojcu, szanuje i bardzo lubi jednak swojego dziadka (dziadkowi także łatwiej dogadać się z wnukiem niż z własnym synem). Jemu jednak także nie brak problemów i zgryzot o których dowiemy się w trakcie seansu. Nagłe odejście żony Władka doprowadza go do zapaści (zawału?) przez co ląduje w szpitalu. 


W taki oto sposób dochodzi do spotkania wszystkich trzech mężczyzn z rodu Starnawskich. Paweł dowiedziawszy się o odejściu matki od ojca postanawia zapewnić mu miejsce w ekskluzywnym domu starości. Włodek, jak i Maciek (który uważa ojca za  bezdusznego bydlaka) nie zgadzają się na to. Po wielu dyskusjach i poszukiwaniu miejsca w które udała się Barbara (żona Władka) postanawiają ją odszukać i przekonać do powrotu - ktoś przecież musi zajmować się schorowanym Władkiem. W trakcie podróży, a także pobytu w ośrodku wypoczynkowym blisko miejsca gdzie znajduje się Barbara między bohaterami filmu dochodzi do wielu sytuacji, które na nowo budują w nich wzajemny szacunek i miłość. Odkrywają oni, że dawne zatargi nie mają znaczenia, że warto czasem zapomnieć, aby znaleźć szczęście płynące z posiadania rodziny. 


Samą historię oceniam pozytywnie, ale bez jakichś szaleństw i super zachwytów. Ot, film jak film. Gra aktorska też nie powala, choć Urbaniak i Żmijewski nie są najgorsi. Męczący wydawał się tylko Chodorowski, który jakoś nie pasował mi do tej roli od samego początku. Dużo ładnych zdjęć. Sielankowe plenery. Wszystko to wprowadzało aurę spokoju i lekkiej zadumy. Do tego dobra, bardzo klimatyczna muzyka dopełniały dzieła. Jednak w filmie pojawiło się kilka dłużyzn, spowodowanych głównie przez dziwne zabiegi związane z robieniem i oglądaniem zdjęć przez Maćka. Być może miało to na celu wprowadzenie czasu na refleksję dla widzów, bo momenty te były ilustrowane muzyką i wstawiane tuż po jakimś istotnym, przełomowym wydarzeniu. Mnie to jednak nie przekonało i troszkę nudziło. 


Całość oceniam jednak pozytywnie i daję 6-6.5/10. "Mój rower" to film, który można obejrzeć w wolnej chwili, ale bez ciśnienia.

piątek, 24 maja 2013

[15] Serial: The Hour / Czas prawdy (2011) [Sezon 1]

Po dłuższej przerwie, spowodowanej oglądaniem filmów (nawet do kina się kilka razy wybrałem, niebywałe :D ) przyszedł czas na to co Tygryski lubią najbardziej, czyli na recenzję kolejnego serialu. Tym razem chciałbym napisać kilka słów o brytyjskim serialu znanym u nas jako "Czas prawdy", a którego oryginalny tytuł brzmi "The Hour". 

Serial ten, którego akcja toczy się pod koniec lat 50-tych XX w., opowiada historię dziennikarzy telewizji BBC, którzy są współautorami programu informacyjnego pt. "The Hour". W skład tejże grupy wchodzą: młoda i ambitna producentka Bel Rowley (Romola Garai), która będąc kobietą w świecie zdominowanym przez mężczyzn często trafia na wiele przeszkód, jednak nie daje za wygraną i mimo przeciwności i rozterek sercowych (wdaje się w romans z żonatym prezenterem ich serwisu) stara się być silna i zawsze podejmować słuszne decyzje; reporter Freddie Lyon (Ben Whishaw), najlepszy przyjaciel Bel (w sumie jest między nimi taka dziwna więź, jakby kiedyś wydarzyło się coś więcej, albo ktoś chciał czegoś więcej niż tylko przyjaźni), świetny młody dziennikarz, dla którego najważniejsza jest prawda i będzie do niej dążył za wszelką cenę, nie zważając na konsekwencje, odpowiadający w programie za informacje krajowe; owy prezenter, o którym już była mowa, Hector Madden (Dominic West), piękny elegancik z bogatej rodziny, dobrze wykształcony, ale trochę goguś i snob bez dziennikarskiego powołanie, robotę dostał po protekcji, ale w trakcie pracy pokazuje, że nie jest taki najgorszy i "będą z niego ludzie"; wydawca programu i człowiek, który jest tutaj osobą najważniejszą, Clarence Fendley (Anton Lesser); Lexi Storm (Anna Chancellor), jedna z najstarszych i najbardziej doświadczonych dziennikarek w ekipie, odpowiedzialna za informacje zza granicy; a także dwoje pomocników/asystentów/operatorów niższego szczebla: Isaac Wengrow (Josh McGuire) i Sissi Cooper (Lisa Greenwood). 

Freddy i Bel


A o czym jest ten serial? Tak jak już na wstępie napomknąłem, opowiada on historię tworzenia programu informacyjnego na żywo pt. The Hour. Jednak nie byłby to dobry serial, a taki w istocie jest, gdyby nie pojawiły się tam także inne wątki oprócz czysto zawodowych. I tak oto główną linią fabularną jest śledztwo jakie od pierwszego odcinka prowadzi Freddie Lyon, a które dotyczy zabójstwa nauczyciela. Wydawałoby się, że sprawa błaha i nieskomplikowana, policja od razu stwierdziła zabójstwo w celach rabunkowych, jednak Lyon drąży, bo prosiła go o to przyjaciółka, a poza tym kilka szczegółów takich jak pełen portfel i zegarek znalezione przy denacie nie pozwalają mu w wersję policji uwierzyć. Jego śledztwo doprowadza go do poważnej afery, w którą zamieszany jest rząd i wywiad Wielkiej Brytanii. Dodatkowo, tak jak wspomniałem na wstępie, rozgrywa się romans między Bel i Hectorem, a także wiele wątków pobocznych. Są one jednak dobrze połączone i nie odbiegają od siebie tworząc spójną fabułę. 

Issac, Freddy i Hector

Serial utrzymuje stylistykę znaną z filmu "Szpieg" z 2011 roku, jest mroczny, zagadkowy, mamy tu do czynienia w tajemnicami i dużą ilością niedomówień. Wiele gestów i spojrzeń może nas zmylić i wprowadzić na "boczną ścieżkę" w dojściu do prawdy. 



Serial na pewno warty obejrzenia. Jego największą wadą jest chyba tylko to, że po nakręceniu dwóch sezonów, łącznie 12 odcinków, zakończono jego produkcję. Na razie jestem po seansie pierwszego sezonu i nie wiem czy tak niewielka liczba odcinków była zamierzona i serial kończy się opowiadając nam całą swoją historię, czy stało się tak z powodu braku oglądalności. Miejmy nadzieję, że mamy tutaj do czynienia z tą pierwszą opcją. 

Pełen skład serialu "The Hour"

Obecnie przyznaję serialowi notę 8/10. Wkrótce obejrzę drugi sezon i napisze krótką notkę kończącą opis tej produkcji.

czwartek, 23 maja 2013

[15] Film: Szybcy i wściekli 6 / The Fast and the Furious 6 (2013)

Wczoraj udało mi się pójść na przedpremierową, kolejną już, odsłonę filmu "Szybcy i wściekli". Tym razem szóstą. Reżyserią, jak w ostatnich trzech obrazach, zajął się Justin Lin. I muszę przyznać, że wyszło mu to całkiem dobrze. Na podobnym poziomie jak trzy wcześniejsze części. Na ekranie zobaczyliśmy także (prawie) całą paczkę znaną z poprzednich epizodów. Po seansie (jako wielki fan tej serii, więc ocena może nie być obiektywna) mogę powiedzieć na pewno jedno: WOW!


Historia jest ułożona w taki sposób aby pozamykać wszystkie wątki i wreszcie wyprowadzić opowieść, którą poznamy z siódmej części (że się pojawi jest już ustalone i zaplanowane), na wydarzenia po tym co zdarzyło się w "Tokio Drift". Jednakowoż aby nie zespoilerować, nie mogę zdradzić zbyt wiele szczegółów. Powiem tylko o tym, że agent Hobbs ma "mały" problem z jednym złym facetem, niejakim Owenem Showem (Luke Evans), byłym wojskowym, który dokonał kilku zuchwałych i spektakularnych kradzieży, i potrzebuje do pomocy Dominicka oraz jego ekipy. Przekonanie ich do współpracy nie wydaje się łatwe. Hobbs ma jednak asa w rękawie - zdjęcie rzekomo nieżyjącej Letty zrobione przed tygodniem. Wszyscy znamy Doma (a przynajmniej Ci co oglądają serię). On nigdy nie opuszcza swojej "rodziny". Zgadza się więc pomóc Hobbsowi. Stawia jednak pewne warunki. Jeśli uda się dopaść Showa wszyscy członkowie jego grupy dostaną ułaskawienie. W trakcie wydarzeń okazuje się, że Letty naprawdę żyje, a Dominick za wszelką cenę chcę ją sprowadzić do domu. Więcej nie chcę zdradzać, bo jest wiele smaczków, które lepiej poznać samemu podczas seansu.

Panowie po latach życia na krawędzi próbują się ustatkować i osiąść gdzieś na stałe, jednak nigdzie nie czują się jak w domu

Ja, jako wielki fan, o tym już wspominałem na początku, będę tylko chwalił ten film, ale wydaje mi się, że jest za co. Po pierwsze za świetne napisy początkowe. Nie wiem czy ktoś tu zrzynał z "Iron Mana 3", czy było wręcz na odwrót, ale mamy podobny schemat. Podczas napisów przechodzimy przez wszystkie najważniejsze momenty każdej z pięciu poprzednich części. Fajny zabieg. Miło sobie przypomnieć co się działo wcześniej. 

Troszkę przegięte prawda?;>

Kolejna sprawa, to naprawdę duuuużo trzymającej w napięciu akcji. Są pościgi, wybuchy, dużo kopaniny. I choć niekiedy z foteli obok słyszałem stwierdzenia: Nie, coś takiego jest niemożliwe. Ale bajka!", i musiałem się nieraz z tymi sądami w duchu zgodzić, to jednak jak w tych scenach wyłączy się logiczne myślenie, to ogląda się je naprawdę fajnie. 

Rita Ora, angielska piosenkarka i twórczyni tekstów startująca nielegalny nocny wyścig w Londynie

Po trzecie i najważniejsze - dużo naprawdę świetnych samochodów. Mamy tutaj takie perełki jak Charger Dytona (auto Dominika), Ford Escort Mk1 (prowadzony przez Briana), Ford Mustang (chyba Shelby GT500, ale nie jestem do końca przekonany), a także Jensen Intecepton z silnikiem V8 Chryslera (auto Letty). Jednak w tym, jak i w poprzednich filmach widać, że chłopcy wyrośli już z podwórkowych ściganek. Teraz na nielegalnych licznych wyścigach w Londynie nie zobaczymy, tak jak w pierwszej części, Hond Civic, Mazd RX-7, Nissanów Skylineów, czy Mitshubishi Eclipsów. Nie, tutaj pojawiają się samochody kupowane na aukcjach za grube miliony takie jak kilka z wyżej wymienionych, ale też Koenigsegg, Ferrari F430 Scuderia, Aston Martin, Ferrari Enzo i wiele innych. W jednej ze scen pojawia się także...czołg ;) To już lekka przesada, ale cóż. Tak postanowili twórcy tego obrazu. Niech więc tak będzie.

Letty i jej Interceptor

Kolejną rzeczą, która przypadła mi do gustu były, zwyczajowe już, utarczki słowne niektórych bohaterów filmu. A także komiczne sytuacje, które sami generowali. O aktorstwie nie można powiedzieć zbyt wiele, bo to nie film, w którym się na to patrzy. Ma być ciekawie i wybuchowo. I tak właśnie było. No może poza jednym przypadkiem. Jakoś nie mogę znieść Dwanyea Johnsona, który wciela się w postać Hobbsa. On jest żałosny. Taki betonowy Hulk. Wielki kloc bez talentu. No ale jakoś go zniosłem. Ale co ciekawe, dla zrównoważenia siły i rozmiaru Toretto i Hobbsa w drużynie tych złych pojawia się Klaus grany przez duńskiego kulturystę Kima Kolda. Z tego co zauważyłem, nie jest to jego debiut filmowy, ale jakoś jego talent do mnie nie przemówił. Ot, po prostu duży facet i tyle.
Dom i Letty - spotkanie po latach

Tak na gorąco, tuż po seansie, nie wiem co jeszcze napisać. Na pewno bardzo fajnie zapowiada się kolejna część, w której zobaczymy Jasona Stathama jako czarny charakter, ponieważ twórcy postanowili nam zdradzić odrobinkę przyszłości i zakończyć film tzw. cliffhangerem.


Moim skromnym zdaniem film, jako kino rozrywkowe, i kolejna część serii zasługuje na 8.5/10. Dałbym 9 gdyby nie dwie rzeczy. Osoba Johnsona i zbyt długa scena końcowa, która spowodowała, że napięcie zaczęło powoli spadać jeszcze przed jej końcem, bo się niemiłosiernie ciągnęła. Poza tym, naprawdę kawałek dobrego, wysokooktanowego kina, okraszonego dymem z palonych opon i sprzęgła i kapką sentymentalizmu.

Dla wszystkich fanów serii to zdecydowany i nieodwołalny Must-Have-Seen! A dla ludzi niezwiązanych z tematem...hmm...tu bym się już zastanawiał.

P.S. A tak mniej więcej wyglądają napisy początkowe, z tym właśnie kawałkiem w tle. No...prawie ;)

wtorek, 21 maja 2013

[1] Film polski: Pokłosie (2012)

Postanowiłem założyć na moim blogu nowe wyzwanie pod tytułem "Oglądam Film Polski". Mam dość duże zaległości, a co by o naszym rodzimym filmowym biznesie nie mówić, czasem trafi się ciekawa premiera. Tak więc będę odrabiał zaległości i dzielił się z Wami moimi refleksjami. Podejrzewam, że jak dobrze pójdzie to recenzja będzie się pojawiała jakoś na początku każdego tygodnia.

W niedzielę udało mi się obejrzeć "Pokłosie" Władysława Pasikowskiego. Film, wokół którego narosło wiele mitów i legend, a na pewno obraz, który wzbudził ogrom kontrowersji. No bo i temat nie był błahy. Chyba pierwszy tak poważny w dorobku tego reżysera. Wcześniej, oczywiście, także zdarzały mu się świetne obrazy, ale było to raczej kino rozrywkowe. Tym filmem poruszył jednak bardzo ważny temat. Temat mniejszości żydowskich na terenach polskich i to co się z nimi stało w czasie wojny. I jaki był a także jest nasz stosunek do tej społeczności.


Mamy tutaj do czynienia z historią dwóch braci. Jeden po 20-tu latach wraca z Chicago, ponieważ dowiedział się, że jego młodszy brat ma problemy w swojej wsi. Chce mu pomóc, a także rozwikłać sprawę ucieczki jego żony z kraju, właśnie do Stanów Zjednoczonych. Na miejscu Franek (Ireneusz Czop) dowiaduje się, że Józek (świetny Maciej Stuhr) zniszczył drogę gminną i za to został przeciw niemu skierowany wniosek do sądu. Kiedy zaczyna drążyć o co tak naprawdę chodziło, brat wyjawia mu, że "zniszczył" drogę, bo była wybrukowana żydowskimi nagrobkami, a po powodzi wszystko to zostało odkryte i po prostu nie mógł tak tego zostawić. Jednak nagrobki z drogi, to nie jedyne pomniki, które brat skrupulatnie przechowuje na swojej (to pod koniec filmu także nie jest już takie pewne) ziemi. W trakcie śledztwa bracia odkrywają przerażającą tajemnicę, która doprowadzi do tragicznego końca. Ale o tym nie napiszę już ani słowa. To trzeba zobaczyć samemu.


Historia opowiedziana przez Pasikowskiego jest dość mroczna, intrygująca, poprowadzona została w taki sposób, że wciąga już od pierwszych kadrów. Jednak ważniejszy jest problem, który porusza. Nietolerancja, zawiść, zbrodnia, zapomnienie... Ludzie i ich małe społeczności, które boją się wyjścia na jaw grzechów przeszłości i sami próbują wyprzeć ze swojej pamięci niechlubne wydarzenia. Jeśli ktoś zaczyna w tym bagnie grzebać, to dzieje się tak jakby wkładał kij w mrowisko. Pasikowski rewelacyjnie uchwycił strukturę i podział władzy w małych polskich miejscowościach. Tutaj najważniejsze zdanie ma zwykle ksiądz, w tym przypadku nowy duchowny, który zabrał autorytet i poparcie wiernych staremu (w tej roli Jerzy Radziwiłowicz), odchodzącemu już na emeryturę proboszczowi. Także dużo do powiedzenia ma komendant policji (Zbigniew Zamachowski), aż dziwne, że nie ma nikogo z władz gminnych. Wracając jednak do samej historii można zaobserwować, że tajemnica, którą poznaje Franek, początkowo będąc do całej sprawy nastawiony bardzo ambiwalentnie, zaczyna go wciągać. I pod sam koniec, to właśnie on, a nie Józek, chce odkryć i ukazać prawdę. Józek jakby się wystraszył i to co odkrył przeraziło go. 


Przeszłość drzemiąca w starych ludziach jak zaropiała drzazga, której wstydzą się i boją wyjąć. Wolą o niej zapomnieć, zignorować. Nie ważne, że boli. Nie chcą pamiętać tego co się stało. Jednak w takich lokalnych społecznościach nie da się nic ukryć "na zawsze". Prędzej czy później prawda wyjdzie na jaw. I jeśli się z nią nie uporamy w należyty sposób, to może dojść do nieszczęścia. 


"Pokłosie" to ważny i dobrze zrealizowany film. Zdecydowanie polecam. Moja ocena to 8.5/10.

poniedziałek, 20 maja 2013

[14] Film: Iron Man 3 (2013)

Kolejnym filmem jaki udało mi się na sobotnim seansie kinowym obejrzeć jest właśnie "Iron Man 3". Z racji tego, że to jedna z najgorętszych premier roku, i prawie wszyscy już to widzieli, a jeszcze więcej ludzi o tym napisało, dlatego ja nie będę tutaj powtarzał informacji kto, dlaczego, z kim i po co to nakręcił, bo możecie znaleźć to w necie. Napiszę jakie są moje odczucia co do tego filmu.

Krótko mówiąc - zawiodłem się! I to strasznie. Po pierwsze i najważniejsze na tym, że kino mnie oszukało, dystrybutorzy i producenci pewnie też, ale zawsze ma się pretensje do tego kto jest najniżej w łańcuchu pokarmowym. Jak do tego doszło? 3D!!! Nienawidzę 3D!!! Jest żałosne, męczące, niepotrzebne, ciemne i niewygodne. A w "Iron Man 3" nie było nic co by wymuszało decyzję o zrobieniu tego filmu w 3D. W trakcie seansu czułem się tak jakbym miał cały czas na nosie przyciemnione okulary. Na początku miałem nadzieję, że to tylko chwila i wszystko zaraz się rozjaśni, ale NIE! Do tego napisy wyświetlały się w takim miejscu, że trzeba było wybierać - albo czytamy albo oglądamy. Inaczej się nie dało. Był to mój pierwszy seans w 3D i ostatni. Już nigdy nic i nikt nie zmusi mnie do obejrzenia filmu w takiej okropnej wersji. Żadnego!


A teraz druga sprawa, która mnie rozczarowała. Czytając recenzję sądziłem, że film będzie genialny, rewelacyjny, albo chociaż bardzo dobry. Był dobry, a to trochę za mało jak na tyle zachwytów :/ Historia niby ciekawa, aktorzy też nieźle się spisują na ekranie - Downey Jr. jak zwykle niezły, choć jakiś przygaszony, Gwyneth daje radę. Najlepiej wypadają czarne charaktery - rewelacyjny Kingsley i naprawdę "zły" Pearce. Ale to wszystko za mało. Przynajmniej dla mnie.


Sama historia jakaś taka sobie. Nie porwało mnie to ani nie trzymało w napięciu tak jak bym sobie tego życzył. Nie dało mi też tyle satysfakcji i rozrywki co pierwsza część. Nie zauważyłem także odrodzenia się "kina kumplowskiego", z którego tak słynął twórca tego obrazu, czyli Shane Black. Ot zwykły dzieciak, który raptem kilka razy pojawił się na ekranie. 
Dość słabo wyjaśnione było także o co tak naprawdę chodzi z tym Excośtam. Albo przez ten #$TYTRW@R$#^%^U^&U$Y% 3D, do którego musiałem się przyzwyczaić nie zrozumiałem co ten wynalazek Killiana robi :| (po chwili załapałem co robi). I na jakiej zasadzie działa (tego już nie udało mi się rozwikłać). Nieistotne. Najgorsza jednak była ta okropna myśl, która jak zwariowana piłeczka ping pongowa odbijała się w mojej czaszce, i krzyczała: "Jak ja nienawidzę 3D!". 


W taki oto sposób twórcy zepsuli mi całą radość z oglądania filmu. Mam nadzieję, że po normalnym seansie zmienię zdanie i uznam, że "Iron Man 3" był lepszy niż wydał mi się za pierwszym razem. Póki co - 7/10.

niedziela, 19 maja 2013

[13] Film: Wielki Gatsby (2013)

Wczoraj miałem dzień z kinem Helios. Spędziłem w nim około 5 godzin. Ale opłacało się! Udało mi się obejrzeć dwa naprawdę ciekawe i nieźle zrobione filmy. Pierwszy z nich to "Wielki Gatsby" w reżyserii Baza Luhrmanna, twórcy takich obrazów jak choćby "Romeo i Julia" (1996), "Mulin Rouge!" (2001). Wspominam akurat te dwa obrazy, bo je widziałem i swoją obrazowością i rozmachem wpisują się w podobny nurt co rzeczony "The Great Gatsby". 

A jeśli chodzi o rozmach, to film rzeczywiście go posiada. Stroje, biżuteria, domy, samochody, piękne wnętrza, fryzury, kapelusze... ferie kolorów i kształtów. Ahhh, co tu dużo pisać, po prostu wspaniałe i szalone lata 20 (dodatkowo film dostępny jest w dwóch wymiarach, ponieważ można iść na tradycyjne 2D a także obejrzeć ten obraz w 3D. Ja wybrałem się na "zwykły" seans. Mimo wszystko nie żałuję). Do tego rewelacyjna muzyka pięknie komponująca się i harmonizująca z obrazami na ekranie. Muzyka nowoczesna, z elementami Rapu, R&B, Soulu, ale i Jazzu, oraz szybszych, tanecznych rytmów jest chyba najlepszym składnikiem całego filmu. A nazwiska takie jak Lana Del Rey, JAY-Z (producent wykonawczy tego obrazu), will.i.am, Beyonce i Andre 3000, Gotye, Florance and the Machine na pewno zrobią swoje i dodatkowo przyciągną publiczność.  


Jeśli chodzi o samą historię, to o niej nie ma co się rozpisywać, bo jest ona, można by rzec, "stara jak świat". Sama książka F. Scotta Fitzgeralda wydana została już w 1925 roku i dziś uważana jest za klasykę. Ale dla dopełnienia całości dodam tylko, że tegoroczna odsłona opowieści o Jayu Gatsbym jest już 6-tą. Pierwsza została nagrana tuż po premierze książki, bo w 1926 roku w Niemczech. Kolejna pochodzi z roku 1949. Następna, ta najbardziej znana, z Mią Farrow i Robertem Redfordem w rolach głównych powstała w roku 1974. Później mieliśmy jeszcze telewizyjną wersję brytyjską i delikatnie "zakombinowaną" amerykańską wersję z 2002 roku dziejącą się w środowiskach czarnoskórych amerykanów w latach mniej więcej obecnych. Jej tytuł to "Summer G". Chcąc jak najkrócej przedstawić treść tego filmu, jaki i wszystkich pozostałych, można powiedzieć, że chodzi po prostu o miłość. I marzenie. 


Ale wróćmy do tego co widzimy, a może bardziej kogo widzimy na ekranie. W główne role tej opowieści wcielają się Leonardo Di Caprio (Jay Gatsby), Carey Mulligan (Daisy Buchanan) i Tobey Maguire (Nick Carroway). Ci aktorzy radzą sobie dobrze. Leo jest niezły. Stara się tchnąć w postać Gatsbiego trochę więcej życia, niż czynił to Redford. Jednym się to spodoba, inni powiedzą, że przesadza. Ja mam mieszane uczucia, ale o tym później. Carey też daje radę. Jest tak słodko-delikatna, jak tylko można sobie wyobrazić. Jednak, tutaj po raz kolejny odwołam się do wersji z roku '74. Mulligan buduje swoją postać w zupełnie inny sposób niż Farrow. O niej nie można powiedzieć, że jest piękną, wyrachowaną idiotką tak jak o Daisy w wykonaniu Farrow. Jej postać jest pełna uczuć, natchniona, ale nie ma tutaj tego wyuzdania i bezmyślności, aroganckiego merkantylizmu. No i wreszcie Tobey, czyli postać Nacka Carrowaya. Moja największa obawa i największa niewiadoma tego filmu. Bardzo trudno jest znaleźć aktora, który dobrze zagra tę rolę. Bo jakby nie patrzeć jest to rola "prawie" pierwszoplanowa. Nick jest narratorem całej opowieść (swoją drogą, dość ciekawie przedstawiony jest sposób opowiadania - kozetka u psychiatry, późnej się to odrobinkę zmienia, ale niewiele), to dzięki niemu poznajemy wszystkich bohaterów tej historii. To on oprowadza nas po wspaniałym domu Buchananów i przepięknej rezydencji Gatsbiego. To z nim chodzimy na lunche, przyjęcia, bale. Jednak postać ta nie powinna ani być za ładna, ani zbyt charakterystyczna, ani za wysoka, ani za gruba. A to z prostego powodu - nie może nam swoją osobą przesłaniać dwójki najważniejszych bohaterów - Jaya i Daisy. Maguire, moim zdaniem, spisał się nieźle. Co prawda jego twarz i ten uśmiech, sprawia, że wydaje się on jakby niespełna rozumu, ale kiedy zachowuje się normalnie, to daje radę. A tutaj całkiem dobrze się wpasował. Jest dobrym przyjacielem Gatsbiego. I można powiedzieć, że tak naprawdę jest ostatnim sprawiedliwym w Sodomie. Ale to wiemy już z książki.
Dobrze wypadli także Georg Willson ( Jason Clarke) i Myrtl Wilson (Isla Fisher) czyli mechanik, który w filmie odegra bardzo istotną rolę i kochanka Toma Buchanana. 

Meyer Wolfsteim

Jest jednak w obsadzie coś co mnie zdenerwowało. A mianowicie dobór postaci drugoplanowych. Tom Buchanan (Joel Edgerton), Jordan Barker (Elizabeth Debicki) i krótki epizod Meyera Wolfsheima ( Amitabh Bachchan). Ten pierwszy był żałosny. Być może to wina scenariusza, albo koncepcji reżysera, ale mniej pasować do Daisy już nie mógł. Jego gra była także bardzo przerysowana. Ten okropny wąsik. Chamstwo, arogancja, zarozumialstwo. Ja wiem, że Tom taki powinien być, ale nie w taki sposób jak zaprezentował to Edgerton. Źle zarysowana była także postać Jordan Baker. W filmie była praktycznie niewidoczna. Nie doszło między nią i Nickiem do żadnej chemii, a w książce ewidentnie było ją czuć. Postać zmarginalizowana i do tego źle dobrana aktorka. Brzydka i taka jakaś "stara" mimo swych 22 lat się wydawała. Na koniec zostawiłem sobie postać, która mnie najbardziej zdegustowała i rozśmieszyła. Meyer Wolfsteim, Żyd, gangster, hochsztapler, oszust, krętacz, spryciarz...można by wyliczać jeszcze długo wyglądał jakby się urwał z jakiegoś  bollywoodzkiego filmidła. Żałość przez duże "Ż". Ja nie wiem jaka była koncepcja twórcy tego filmu, ale ta postać zdecydowanie mu się nie udała. To powinien być mały wąski Żydek z lisią twarzą. Taki którego się widzi i się od razu zapominało, że się go widziało. No ale o czym ja pisze. Grał go Amitabh Bachchan - mówi wam to coś? BOLLYWOOD wielką gębą. Jeszcze tylko turbana brakowało i takiej sukienki zamiast garnituru. Słabe to było. 



Zbliżając się do końca mojego wywodu chciałbym jeszcze troszkę napisać o tej "przesadzie", o której już wspomniałem przy opisywaniu postaci Toma, ale która także nie pozwala mi do końca ocenić występu Di Caprio. Reżyser, moim zdaniem, przegiął troszkę...ze wszystkim. Ja rozumiem, że chciał tym obrazem nawiązać to swoich największych osiągnięć ("Romeo i Julia" i "Mulin Rouge"), ale forma prawie przerosła treść. Reżysera tak pochłoneły obrazy, że prawie zapomniał, iż ten film ma o czymś opowiadać. Jednak na szczęście nie zatracił się do końca i podsumowując całość, film wypada dobrze. 


I taka też jest moja ocena. Mocne 7/10. Choć przyznaję, że liczyłem na troszkę więcej.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...