czwartek, 30 kwietnia 2015

[125] Książka: "Blady przestępca" - Philip Kerr (1990)

Dziś wreszcie po 4 dniach permanentnego bólu głowy, ten mały @#$%^& krasnal przestał napieprzać w mój płat czołowy od wewnątrz, więc mam siłę aby skrobnąć krótki tekst a propos drugiej książki Kerra z cyklu Berlińska trylogia. Tym razem nosi ona tytuł Blady przestępca i jest porównywalnie dobra jak pierwsza. Zapraszam!

Jako, że to drugie spotkanie z tym autorem, to pominę biografię (ją, jak i recenzje Marcowych fiołków możecie znaleźć tutaj) i przejdę od razu do meritum. Akcja Bladego przestępcy dzieje się w dwa lata po wydarzeniach z pierwszej części cyklu. Jej głównym bohaterem również jest Bernard Gunther - niemiecki prywatny detektyw - który tym razem zajmuje się szantażem zamożnej damy, jednak szybko rozwiązuje sprawę i pod wpływem perswazji ponownie trafia w szeregi Kripo, aby rozwiązać sprawę seryjnego mordercy i gwałciciela młodych niemieckich dziewcząt. Cała akcja jest bardzo zmyślnie zapętlona, ponieważ pierwsza sprawa jak i druga pod koniec w jakimś stopniu znajdą wspólne rozwiązanie a w całość zamieszani będą najwyżsi funkcjonariusze Rzeszy z Himmlerem włącznie. sprawa jaką tym razem rozwiązuje Gunther wielokrotnie przypominała mi Ziarno prawdy Miłoszewskiego, bo tutaj również mamy do czynienia z czymś co wygląda na żydowski mord rytualny, jednak czym to się okaże naprawdę to już będziecie się musieli przekonać sami.

W przypadku drugiej części Berlińskiej trylogii Kerr jakby delikatnie odszedł od konwencji czarnego kryminału, bo mimo tego, że wszystkie jego elementy nadal się pojawiają, to jednak nie czuć tego wszechobecnego naśladownictwa. Wydaje się, że autor zaczął wypracowywać swój własny styl i coraz lepiej i swobodniej czuje się w tym gatunku wykorzystując tylko te elementy konwencji, które są mu potrzebne a inne opuszczając, nie wciskając ich na siłę, jak to miało miejsce poprzednio. Przez to książkę tę czyta się o wiele przyjemniej, nie jest wszak tak sztuczna jak miejscami bywała jej poprzedniczka.

To co zwróciło moją uwagę również in plus, to bardzo swobodne wykorzystywanie faktów historycznych przez Kerra, przez co jego historie są jeszcze ciekawsze. Wybrał sobie ciekawy obszar i bardzo interesujący czas na wplecenie w to wszystko działalności prywatnego detektywa, dzięki czemu może wpleść w swoją fabułę wiele interesujących spekulacji i oprzeć się poniekąd na istniejących wydarzeniach (np.: Noc kryształowa) i postaciach (wspomniany już Heinrich Himmler, Rudolf Hess, Julius Streicher etc.) co dodatkowo urozmaicało lekturę.

Autor zrezygnował z na siłę tworzonych, wypchanych po brzegi epitetami opisów postaci, czy też sztucznego tworzenia zabawnych komentarzy do niektórych sytuacji, więc tym razem nie mam się już do czego przyczepić. Wszystko jest bardziej spójne i naturalne. Podsumowując oceniam tę książkę podobnie wysoko jak poprzednią. Tym razem już bez naciągania.

Moja ocena 7/10

niedziela, 26 kwietnia 2015

[124] Georges Simenon: "Maigret i goście z Europy Wschodniej" (1929)


 Jak kryminał to kryminał. Tym razem bez sztucznego tworzenia klimatu epoki. Dziś będzie książka, która powstała w czasach jakie opisuje. A są to dość odległe dzieje. Opowieść ma bowiem miejsce we Francji pod koniec lat 20. XX w. Jej głównym bohaterem jest komisarz Maigret. Mówi Wam to coś? Jak nie to pora zacząć się wstydzić, bo to klasyka światowego kryminału. Dziś chronologicznie pierwsza część opowieści o wielkim (w przenośni i dosłownie) francuskim detektywie. Zapraszam!

Najpierw kilka słów o autorze, bo podejrzewam, że nie wszyscy mogą go znać. Simenon to Belg piszący w języku francuskim, twórca postaci komisarza Maigreta, jednego z najpopularniejszych bohaterów powieści kryminalnych wszech czasów. Autor w ciągu 43 lat przygody z tą postacią napisał łącznie 103 utwory poświęcone jego osobie (75 powieści i 28 opowiadań), a same książki były wielokrotnie ekranizowane (w postać Maigreta wcielali się tacy wielcy ekranu jak na przykład Jean Gabin). O wielkości albo chociaż poczytności tego twórcy przekonuje dodatkowo fakt, że w swoim życiu napisał on ponad 450 powieści (potrafił pisać ponad 50 stron dziennie), które sprzedał w nakładzie 550 milionów egzemplarzy. Jednak największą sławę przyniósł mu właśnie cykl powieści o Maigrecie, a jedna z nich - właśnie ta, o której będę dziś pisał - została umieszczona na Le Mondowskiej liście 100 najważniejszych książek (dla francuzów) zajmując na niej miejsce 84. Jak na kryminał liczący coś około 75 stron wydaje się być to arcy zacnym wynikiem. 

Najnowsze wydanie Wydawnictwa Dolnośląskiego z 2004 roku nosi tytuł Maigret i przybysz z Krakowa

Przejdźmy jednak do samej powieści. Komisarz dostaje szereg zaszyfrowanych (specjalnym policyjnym kodem) telegramów, że do Paryża zmierza znany oszust. Policjanci nie mają ani jego zdjęcia ani nawet odcisków palców, jedynie opis jego fizjonomii. Maigret wyrusza na dworzec, gdzie osobnik ten ma się pojawić zmierzając pociągiem Gwiazda Północy wprost do Paryża. Na miejscu okazuje się, że w jednym z przedziałów znaleziono zwłoki mężczyzny, który idealnie odpowiada opisowi jaki posiadał komisarz, jednak on jest przekonany, że widział postać, która również mu odpowiadała idącą po peronie. Maigret rozpoczyna śledztwo. Tak oto rozpoczyna się ten - niestety - mało wciągający kryminał z przeszłości. 


Książka jest krótka, bardzo prosta, nie mająca do zaoferowania dzisiejszemu czytelnikowi prawie nic, czego by już setki razy nie czytał. Jednak patrząc na nią z perspektywy czytelnika lat 30. musiała robić spore wrażenie. Ówcześni wielbiciele kryminałów dostawali całkiem innego niż chociażby Sherlock Holmes czy Herkules Poirot bohatera. Twardego, nieustępliwego faceta, który jest w stanie wiele poświęcić, aby rozwiązać nurtującą go tajemnicę zbrodni, kiedy trzeba nie stroniącego od rozwiązań siłowych. Także zagadka jaką Maigret musi rozwiązać mogła się wydawać dość ciekawa i solidnie zapętlona. Jednak jak przystało na tego typu kryminały my o rozwiązaniu dowiadujemy się dopiero ze spowiedzi winnego, tak naprawdę tropy jakie zostawia nam autor do samodzielnego odkrycia prawdy są niewystarczające lub nie ma ich wcale. Jesteśmy tak samo ślepi jak Maigret, bo poznajemy przebieg akcji jego i tylko jego oczami. Obecnie jest to prawie nie do pomyślenia i wygląda dość archaicznie jednak jestem w stanie sobie wyobrazić, że 80 lat temu mogło działać na wyobraźnię czytelnika i rozbudzać w nim ciekawość.

Osobiście uważam, że minie sporo czasu zanim sięgnę ponownie po klasyki z Maigretem w roli tytułowej, bo choć nie uważam tej książki za złą, to jednak mam innych autorów klasycznego kryminału, których powieści bardziej przypadły mi do gustu a wielu z nich jeszcze nie przeczytałem. Podsumowując, Maigret i goście z Europy Wschodniej tudzież Maigret i tajemniczy sobowtór (ten tytuł zdradza najwięcej biorąc pod uwagę fabułę) bądź Maigret i przybysz z Krakowa, bo pod takimi tytułami można spotkać ten utwór zasługuje na uwagę, ale tylko i wyłącznie grzecznościową. Ot, po prostu warto to znać jeśli jest się miłośnikiem kryminału. Niestety, nic więcej. 

Moja ocena 4/10

czwartek, 23 kwietnia 2015

[123] Książka: "Marcowe fiołki" - Philip Kerr (1989)

Dziś przyszła kolej na następny kryminał, którego akcja dzieje się najpóźniej z dotychczas przeze mnie recenzowanych (mam tutaj na myśli Krugera i Scotland Yard), ponieważ "dopiero" w latach 30. i do tego w Niemczech. Powieść ta okazała się miłym zaskoczeniem, bo spodziewałem się solidnego "średniaka", ale jeśli chcecie się dowiedzieć czegoś więcej o niej, jak i o jej autorze, to musicie się pomęczyć i przeczytać poniższy tekst ;)

Philip Kerr urodzony w Edynburgu okazał się zaskakująco dobrym pisarzem, a jego książka, kupiona gdzieś przez przypadek przeszło 5 lat temu, sprawiła mi sporo czytelniczej przyjemności. I kto by się spodziewał, że ten brytyjski prawnik i filozof (w latach 1974-1980 Kerr studiował na Unversity of Birmingham prawo i filozofię) będzie potrafił tak sugestywnie oddać klimat Niemiec lat 30. oraz wpisać się ze swoim bohaterem w konwencję czarnego kryminału? Na pewno nie ja. Karierę jako samodzielny autor rozpoczął w roku 1989 właśnie książką Marcowe fiołki, która jest pierwszą częścią berlińskiej czarnej trylogii (Berliner Noir) o "prywatnym wywiadowcy" Bernardzie Guntherze. Swoją drogą trylogia ta piętnaście lat później została rozszerzona o kolejne 8 tomów, których akcja rozgrywa się w czasie "zimnej wojny", a wydanie najnowszego tomu The Other Side of Silence planowane jest na rok 2016. Oprócz książek z Guntherem w roli głównej i innych (często jednotomowych lub należących do serii o Scotcie Manssonie) powieści kryminalnych Kerr pisał również książki dla dzieci, które wydawał pod pseudonimem P. B. Kerr. Ten wcześniej nieznany mi autor ma obecnie na swoim koncie 36 książkowych publikacji "fiction" i "non-fiction" (wliczając w to również te jeszcze nie wydane) i może się również poszczycić pewnymi nagrodami jak m.in.: całkiem pokaźną (bo wynosząca €125.000), przyznawaną przez RBA (?) hiszpańską międzynarodową nagrodą dla pisarzy kryminałów (RBA International Prize for Crime Writing), którą otrzymał w 2009 roku za nieprzetłumaczoną jeszcze na język polski powieść z cyklu o Bernardzie Guntherze If The Dead Rise Not (w gronie obdarowanych tą nagrodą znaleźli się również tacy autorzy, jak między innymi Harlan Coben - 2010 - i w poprzednim roku Lee Child).

Ale dość już tej biografii, czas przejść do meritum, czyli zająć się książką. Z czym mamy do czynienia? Jest to, jak już zostało wspomniane powyżej, pierwsza powieść z cyklu o Bernardzie Guntherze, której akcja ma miejsce w Berlinie lat 30. Autor dość zgrabnie wpisał fabułę w historyczną zawieruchę związaną z przemianami jakie miały miejsce w tym czasie w Niemczech. A sam tytuł nawiązuje do kpiarskiego miana jakim byli określani nowi członkowie partii nazistowskiej, który wstąpili do niej właśnie w marcu 1933 roku po dojściu Hitlera do władzy (które miało miejsce w styczniu tego roku). Historia opowiedziana w książce rozgrywa się w trzy lata po tym wydarzeniu, a osią fabuły jest zlecenie odnalezienia cennej diamentowej kolii, która zaginęła z sejfu podczas wydarzeń, w których oprócz rabunku doszło również do zabójstwa córki i zięcia klienta oraz spalenia ich domu. Jednak, jak mówi stare chińskie przysłowie: "Kiedy bierze pan kota, by łapał myszy w kuchni, nie może pan oczekiwać, że nie zwróci uwagi na szczury w piwnicy." I w taki oto sposób na jaw wychodzi bardzo wiele spraw, o których główny zainteresowany, czyli czytelnik, nie miał z początku bladego pojęcia. A sama intryga staje się przez to jeszcze ciekawsza. 

Tyle jeśli chodzi o fabułę. Teraz troszkę o stylu i konwencji noir, w którą autor z dużym powodzeniem stara się wpisać, bo z pewnością nie jest to thriller kryminalny co sugeruje nam tekst z okładki. Na początku nic o tej książce nie wiedziałem. Podobnie jak o jej twórcy. Jednak już pierwsze akapity uświadomiły mi z czym będę miał do czynienia na dalszych stronach powieści. Był to wypisz wymaluj "Chandler", z tą różnicą, że jego akcja rozgrywała się w Berlinie. Główny bohater, prywatny wywiadowca (tak się tytułował, ja tylko powtarzam tę dziwnie brzmiącą nazwę), z przeszłością w armii oraz w strukturach policji kryminalnej (w Niemczech nazywała się ona wtedy Kripo - Kriminalpolizei - później, kiedy została połączona z Gestapo obie te formacje były wspólnie nazywane Sipo - Sicherheitspolizei) jest smutnym, cynicznym facetem w płaszczu i kapeluszu, który lubi whisky i ma słabość do pięknych dam oraz jest naprawdę dobry w swojej robocie. Reszta głównych atrybutów czarnego kryminału również się zgadza. Mamy wątek główny, pod powierzchnią którego znajduje się dużo poważniejsza sprawa. Bogatego i dobrze ustosunkowanego klienta. Jego przydupasów. Ofiary, które również miały co nieco za uszami. Femme fatale będącą w tym przypadku jedynie dodatkiem, a nie sprawczynią wydarzeń oraz kobietę, która na chwile zawładnie sercem głównego bohatera, a później jak to zwykle bywa, zniknie gdzieś w odmętach fabuły. Ciekawostką jest tutaj dodanie tych wszystkich aspektów historycznych, które budują klimat napięcia - prześladowanie Żydów i homoseksualistów w imię czystości rasy, zakrojone na szeroką skalę "obsadzanie" KCtów nowymi pensjonariuszami, zwalczanie konserwatystów nie chcących podporządkować się nowej władzy oraz Igrzyska Olimpijskie w tle - czyli atmosfery niepokoju i ideologicznego szaleństwa jaka zawładnęła mieszkańcami ówczesnych Niemiec.

Jednak patrząc z perspektywy czytelnika, który nie jeden kryminał (w tym noir również) przeczytał, muszę stwierdzić, że autor troszkę przesadził z niektórymi elementami konwencji, szczególnie w kwestii cynicznych wypowiedzi czy też "zabawowych" opisów wyglądu niektórych postaci. Aż czuć, że są budowane na siłę z jak największej ilości epitetów. Czasami co za dużo to nie zdrowo, nawet jeśli intencje były jak najbardziej słuszne.

"Miał włosy koloru musztardy, przystrzyżone przez kogoś, kto nawykł do strzyżenia owiec, i nos jak korek od szampana. Wąsy były szersze niż rondo meksykańskiego kapelusza. Drugi gliniarz ze swoją wystającą szczęką wyglądał jak archetyp rasowy z pruskich plakatów wyborczych. Obaj mieli zimne oczy, wyglądające jak marynowane małże, usta wykrzywiał im szyderczy uśmiech, jakby usłyszeli, że ktoś głośno beknął albo powiedział jakiś wyjątkowo niesmaczny dowcip."
"Dozorczyni była mocno przechodzoną kurwą. Kolor jej włosów był równie sztuczny, co defiladowy krok na paradach na Wilhelmstrasse, a usta malowała sobie chyba w bokserskich rękawicach. Piersi jej wyglądały jak zady perszeronów po dniu pracy. Może miewała jeszcze klientów, ale wydawało mi się to czymś tak samo nieprawdopodobnym, jak widok Żyda w kolejce do norymberskiego rzeźnika, który zaszlachtował świnię. Stała w drzwiach swojej dozorcówki, miała na sobie tylko brudny rozchylony płaszcz kąpielowy i zapalała raz już zgaszonego papierosa.
– Szukam Neumanna – oświadczyłem próbując nie patrzyć na brodę rosyjskiego bojara między jej nogami. Na sam widok zaczynało człowieka swędzić, jakby miał syfilis.
"

Chociaż niekiedy humor jaki serwuje nam autor trafiał w mój gust. Tutaj kilka przykładów:

"Usiadłem przy wolnym stoliku i rozejrzałem się. O dwa stoliki dalej siedziało dwóch
gliniarzy z Wydziału Zwalczania Homoseksualizmu, ich brygadę zwano >>poławiaczami pedryli<<, była to zgraja ludzi niezbyt się różniących od szantażystów.
"
"– Zabiję cię – oznajmił oblizując zeschnięte wargi.
– Dobrze, dobrze, tylko błagam cię, nie celuj w brzuch – wskazałem na jego pistolet. – Bo gotów jesteś mnie nie zabić, a ja resztę życia będę mógł pić wyłącznie mleko. Na twoim miejscu celowałbym raczej w głowę. Między oczy. To trudny strzał, ale za to pewna śmierć. Szczerze mówiąc tak się akurat źle czuję, że wyrządzisz mi dużą przysługę. Musiałem zjeść coś niestosownego, bo moje wnętrzności zachowują się jak w lunaparku. – I na potwierdzenie pierdnąłem, zabrzmiało to jak trąba.

– Chryste Panie – jęknąłem i machnąłem przed nosem ręką. – Sam widzisz."
"Niełatwo jest uciec kurwie. Nie lubią, żeby towar wymykał im się z rąk."
"Rozejrzałem się po sali; mrugało ku mnie tak wiele otoczonych rzęsami oczu, że poczułem przeciąg. Parę stolików ode mnie jakaś tłusta kobieta zamachała ku mnie pulchną ręką, skrzywiłem się, a ona uznała to za uśmiech i zaczęła wstawać. Jęknąłem.
– Słucham pana – pojawił się kelner. Wyciągnąłem z kieszeni zmięty banknot i rzuciłem na tacę. Nie czekając na resztę, wstałem i uciekłem.
Jest tylko jedna rzecz gorsza od towarzystwa brzydkiej kobiety wieczorem, a mianowicie towarzystwo tej samej kobiety następnego ranka.
"

Podsumowując, książka o Marcowe fiołki z pewnością nie zostanie moim ulubionym czarnym kryminałem, a jej intryga choć ciekawa, to pod koniec troszkę się rozjechała a samo zakończenie wydało mi się troszkę zbyt wydumane (choć w pewien sposób rozumiem intencje autora, który pewnie chciał w nim przemycić jeszcze jeden aspekt ówczesnych czasów) , to jednak z pewnością sięgnę po kolejne tomy z przygodami prywatnego wywiadowcy Bernarda Gunthera, bo czytało mi się ją zaskakująco dobrze oraz podoba mi się czas i miejsce w jakich osadził tę postać Philip Kerr.

Moja ocena: nie wiem czy nie deczko za wysoko, ale co tam mi - 7/10

wtorek, 21 kwietnia 2015

[122] Książka: "Scotland Yard" - Alex Grecian (2014)

Jakoś ostatnimi czasy bardzo mocno wkręciłem się w kryminały, ale takie, których akcja nie rozgrywa się w szeroko rozumianej teraźniejszości, a często ponad wiek wcześniej (w związku z tym zacząłem też oglądać "Detektywa Murdocha" :]). Tak było w przypadku "Krugera" Ciszewskiego, który jak wiecie mocno mnie rozczarował. Tak jest również w przypadku "Scotland Yardu" Alexa Greciana, który swoją powieść o londyńskich stróżach prawa osadził pod koniec XIX wieku, w chwilę po tym jak na miasto padł cień grozy w związku z działaniami - nigdy zresztą nieschwytanego - Kuby Rozpruwacza. Zapraszam na recenzję!

Książka Greciana, w przeciwieństwie do Cieszewskiego "Krugera", zaczyna się dosyć chaotycznie i niezbyt interesująco. Tutaj już nikt nie oszukuje, że bohaterów będzie niewielu. Ich ogrom w pierwszym momencie przytłacza. Dodatkowym problemem jest też fakt, że śledczy nie prowadzą jednej sprawy, a kilka równocześnie, jedynie w pewien sposób dając nam do zrozumienia, która z nich jest najważniejsza. I tak, mamy tutaj sprawę funkcjonariusza Scotland Yardu znalezionego na dworcu w podróżnym kufrze z obciętymi kończynami oraz zaszytymi ustami oraz powiekami (jest więc coś dla fanów makabreski :]). Drugim przypadkiem jest brodaty facet z podciętym gardłem oraz zwłoki dziecka znalezione w kominie.

Z powodu tego namnożenia bohaterów i wątków przedarcie się przez pierwsze 40 % (...tak, znów ebook) książki było nie lada wyzwaniem. Trzeba było kojarzyć, kto jest kim i czym się w danej chwili zajmuje. Jednak z biegiem czasu zaczęła ginąć (xD) coraz większa ilość osób biorących czynny udział w opowieści a jedne wątki zaczęły się zespalać z innymi. I w taki oto sposób około procenta 60-go historia nabrała rytmu i utrzymała moje względne zainteresowanie do samego końca.

Jednak problemem tej powieści jest brak solidnie zarysowanego głównego bohatera (z którym czytający mógłby zacząć się utożsamiać) oraz fakt, że autor sam chyba nie wiedział, czy chce utrzymywać tożsamość morderców w tajemnicy - takie miałem wrażenie gdzieś do wspomnianego 60% - czy też wyjawić ją nam i skupić się jedynie na śledztwie mającym na celu pokazanie nam w jaki sposób policjanci odkryją tożsamość sprawców, czyli tak naprawdę zdobędą wiedzię, którą my już posiadamy i doprowadzą do ich schwytania. Dziwne trochę, ale cóż. Jego wybór. 


To co natomiast w tej książce jest ciekawe, to próba oddania atmosfery miasta jakim był Londyn końca XIX w. Tej wielkiej metropolii, w której rodził się nowy rodzaj przestępczości - morderstwa bez powodu, bez motywu, dla samej przyjemności zabijania. A także mentalności niegdysiejszych ludzi i ich warunków życiowych. Po części się to autorowi udało. Obraz ten jest na tyle sugestywny, że jesteśmy w stanie w niego uwierzyć, choć na pewno nie jest to dokument historyczny, ale też nie aspiruje do takiego miana. Jest to powieść kryminalna i to zadanie spełnia całkiem dobrze. 

Inną ciekawostką jest również próba pokazania jak rodziły się nowe techniki śledcze i jakie z początku budziły kontrowersję i niewiarę w ich możliwości. Chodzi tutaj o dokładne sekcje zwłok, ale przede wszystkim o posługiwanie się odciskami palców jako głównym dowodem w kwestii potwierdzania tożsamości sprawców. Ludzie nie byli w stanie uwierzyć w to, że każdy człowiek posiada inny komplet linii papilarnych. Z perspektywy czasu wydaje się to śmieszne i absurdalne, ale nie wątpię, że konserwatyści i ludzie o bardzo zamkniętym umyśle mieli z takimi nowinkami problem. Jednak jeśli ktoś chce się dowiedzieć czegoś o narodzinach nowożytnej kryminalistyki, to zdecydowanie bardziej polecam książki Jurgena Thornwalda (np.: "Stulecie detektywów" lub "Godzina detektywów").

Podsumowując, muszę przyznać, że jest to powieść przyzwoita, jednak nie porwała mnie jakoś nadzwyczajnie. Wątek mordercy okazał się mało zajmujący i nie wzbudził we mnie dreszczyku grozy. Jedyne co w tej książce ciekawe, to fakt, że pokazuje nam dopiero rodzącą się kryminalistykę, z próbami wdrażania technik, które obecnie są tak oczywiste jak to, że w zbliżających się wyborach znów nie ma na kogo głosować. 

Moja ocena: umiarkowane 5.5/10

niedziela, 19 kwietnia 2015

[121] Książka: "Krüger. Szakal" - Marcin Ciszewski (2014; I tom Cylku o Willhelmie Krügerze)

 Muszę szczerze przyznać, że już baaaardzo dawno nie zawiodłem się tak na żadnej książce. A rozczarowanie jest o tyle przykre, że liczyłem na naprawdę miło spędzone z nią chwile co dodatkowo jeszcze mocniej rozbudził we mnie całkiem obiecujący początek. Jednak z każdym kolejnym procentem przeczytanych znaków (tak, znów korzystałem z ebooka) historia ta stawała się coraz bardziej absurdalna i niedorzeczna. Szkoda, bo mogło być tak pięknie. Zapraszam na moją opinię.

Tak jak już napomknąłem sam początek zupełnie nie zwiastował tego czego byłem świadkiem na dalszych "stronicach książki". Moim oczom bowiem ukazał się całkiem przyzwoicie skreślony bohater. Małomówny, potrafiący posługiwać się bronią, znający swój przestępczy fach. Pomyślałem wtedy, że ciekawa będzie jego konfrontacja z wymiarem sprawiedliwości - wtedy myślałem, że taki będzie dalszy ciąg wydarzeń - i, że autor będzie miał nie lada problem, żeby stworzyć stróża prawa, który dorówna Krugerowi. Ale zaraz... on ma współpracownika. Ooo! A nawet dwóch. No, ale w sumie to jeszcze nie problem. Co mi szkodzi. Ich trzech plus policjant, to dopiero niespełna czterech bohaterów. Damy radę. Ale zaraz zaraz... kim jest ten cały Iwan? Aha... to podobno on ma być głównym antagonistą naszego Szakal (takie pseudo ma podobno Kruger, nie wiem, bo w książce raczej "Wilk" na niego mówią, ale tak jest na okładce). Spoko. Jakoś to przeżyję. To dopiero piątka. Ooo... jest i siostra Krugera. No i miła patriotka, która tylko marzy o tym, żeby wymienić płyny ustrojowe z dzielnym wojownikiem o wolność (tu mam na myśli Krugera oczywiście). Jest jej tata. Jest młody żołnierz-dowódca. Jest Ojciec Iwana. Jest trener Krugera z młodości. Jest żona Iwana. Są rodzice Krugera... K&*%a!!! Nie za dużo tego?! I o co tak w ogóle w tym wszystkim chodzi?!

Tak mniej więcej wyglądała moja przygoda z pierwszą częścią opowieści o Willhelmie Krugerze. A o tym, że to dopiero pierwszy tom dowiedziałem się przed chwilą, bo kupując tę książkę byłem święcie przekonany, że mam do czynienia z zamkniętą w jednym tomie fabułą (choć na okładce jak byk jest napisane "Nowa seria", ale jakoś nie zwróciłem na to uwagi :/). Teraz pomyślcie tylko jak musiałem się czuć kiedy akcja urwała się w miejscu zupełnego nic-nie-wy-jaś-nie-nia! A kiedy dotarło do mnie, że główny bohater ma dopiero 18 lat, moja sympatia do niego uleciała równie szybko jak wiara w to, że będę miał kiedyś "kaloryfer" jak Ronaldo.

Czytałem już wiele dobrych opinii na temat Ciszewskiego, jednak sam mogę o nim powiedzieć tyle, że gość dziwnie pisze. Niby pod względem stylistycznym jest dobrze. Nie ma jakichś kulawych fragmentów. Wszystko przesuwa się do przodu w znośnej formie i zadowalającym tempie. Jednak trochę zdziwiło mnie w tym tomie połączenie poważnych wątków historyczno-politycznych z infantylnością niektórych bohaterów. Tutaj akurat przemyślenia osiemnastoletniego chłopaka, który bez skrupułów potrafi zabijać ludzi względem urodziwej niewiasty:
    "Błysk sympatii.
    Jako człowiek w tej materii zupełnie niedoświadczony nie zdawał sobie sprawy, że jego gospodyni już od pewnego czasu walczy z podobnym, tyle że znacznie intensywniejszym uczuciem. Wiedział jednak, co sam chce osiągnąć. Czuł się lepiej. Zaczął myśleć o innych sprawach.
    O urodzie rozmówczyni. I o jej piersiach. A zwłaszcza o tym, jak mogą wyglądać uwolnione od okrywającej je garderoby.
    Początkowo przestraszył się nawet samego pomysłu.
    Później jednak zaczął zastanawiać się nad jego realizacją."

Później poszło już z górki i nasi zapalczywi młodzieńcy pieprzyli się jak przysłowiowe króliki nie zważając za bardzo na napiętą sytuację w mieście, co wydaje się dość dziwne biorąc pod uwagę wysoce rozwinięty patriotyzm u Jadzi i ranę, która nie pozwalała się Wilkowi nawet podnieść z łóżka (nie wiem jak autor, ale ja wiem z doświadczenia, że seks wymaga jednak trochę wysiłku od jednej jak i drugiej strony...).
     "Później nie pamiętał, w jaki sposób pozbyli się ubrań. Rana dokuczała mu, ale nie myślał o tym, całkowicie zafascynowany jej ciałem, proporcjonalnie zbudowanym, o kształtnych piersiach i długich, zgrabnych nogach. Jadwiga rzuciła się na niego z namiętnością i zapamiętaniem, zamkniętymi oczyma i ciężkim, jakby spazmatycznym oddechem. Nie wiedzieli dokładnie, co ma się wydarzyć – oboje byli debiutantami – ale, zdając się na instynkt, doszli do celu niemal w jednym momencie. Ciało Jadwigi wygięło się łuk, dziewczyna sapnęła głośno, potem zwiotczała.
    Krüger opadł na poduszkę w poczuciu spełnienia. Jeszcze nigdy nie odczuwał czegoś podobnego.
    – Czuję, że szybko dochodzę do zdrowia – powiedział w końcu.
    Jadwiga wsparła się na łokciu. Była zarumieniona. Oczy jej błyszczały.
    – Czyli musi pan brać tego lekarstwa jak najwięcej.
    – Tak jest. To najlepsza kuracja rekonwalescencyjna.
    – Panie Wilhelmie, pracuję w szpitalu. Moim powołaniem jest nieść pomoc.
    Krüger uśmiechnął się. Było mu dobrze i lekko.
    – Jadwigo, przyjaciele mówią do mnie Wilek.
    Pochyliła się i pocałowała go, a potem wstała. Krüger patrzył na jej ciało i stracił poczucie czasu.
    – Muszę pojawić się choć na godzinę w szpitalu – powiedziała, po czym sięgnęła po ubranie. – Ale postaram się wrócić jak najszybciej, byś przed przyjściem papy zdążył zażyć jeszcze jedną dawkę kuracji rekonwalescencyjnej."

    "W odróżnieniu od tej patriotycznej euforii polskiej części mieszkańców Lwowa, Krüger ostatnich kilka dni przeżył w euforii zdecydowanie prywatnej, można rzec: całkowicie egoistycznej. Jadwiga stała się mistrzynią w pozbywaniu się profesora z mieszkania; jeszcze nigdy tyle ważkich spraw państwowych nie czekało na Brochwicza w odległych zakątkach miasta. Każdą wolną od obowiązków w szpitalu chwilę poświęcała na kolejne sesje kuracji rekonwalescencyjnej, wkrótce dochodząc w tej niełatwej sztuce do mistrzostwa. Była delikatna, czuła i starała się zgadnąć najdrobniejsze życzenie swego gościa."

Motywacje i pragnienia naszego antagonisty - Iwana Kolcowa - również można zaliczyć do tych bardziej z domu dla obłąkanych. Postać imoptenta-mordercy, który za jedyny i najważniejszy cel w życiu obrał sobie mordowanie kobiet i spełnienie równie szalonej jak niedorzecznej ostatniej woli ojca, jakoś słabo mi pasuje na, tak naprawdę głównego bohatera jakiejkolwiek opowieści (Krugera jest w tej książce mniej niż mógłby na to wskazywać jej tytuł).

Ale koniec tego narzekania, czas na podsumowania. Nie podobało mi się. Nie podobało mi się ze względu na za dużą ilość bohaterów. Na urywanie wątki. Na niedorzeczność postępowania najważniejszych postaci tej opowieści i na to, że przez swoją nieuwagę znów kupiłem książkę, która jest częścią cyklu. To ostatnie zresztą uratowało całą ocenę, bo pierwotnie chciałem dać 1/10.

Moja ocena: 3/10
 

piątek, 17 kwietnia 2015

[120] Książka: "Nóż w lodzie" - Kevin Hearne (2015 r.; 7 część z Cyklu o Żelaznym Druidzie)

No i skończyło się ciekawe pisanie naszego miszcza od ganiania po parku z pieskami. A szkoda, bo liczyłem, że wraz z szóstą częścią znów nabrał wiatru w żagle i ruszy do przodu z głowa pełną nowych pomysłów. Wszak właśnie po to dodał druidowi dwoje, a licząc psa nawet troje nowych towarzyszy. Skończyło się jednak na pobożnych życzeniach. Tym tomem Druidyczny cykl osiągnął dno. Szkoda. Zapraszam na moją opinię. 

Zacznę może od tego, że stylistycznie nic się nie zmieniło. Autor dalej posługuje się piórem lekko co przekłada się na szybkość i umiarkowaną przyjemność przedzierania się przez kolejne strony powieści. Jest też równie wiele co w poprzednich częściach nawiązań do kultury popularnej a także kalsyki szczególnie z dziedziny literatury (głównie Szekspir i Whitman). Zmieniło się jednak sporo jeśli chodzi o narrację. W tej części jest ona prowadzona już trzytorowo. Swoje perypetie opowiada nam Atticus, Granuaile i nowy towarzysz, czyli stary archdruid  Siodhachana, który na potrzeby współczesnych przybrał imię Owen Kennedy. 

No i tu się zaczyna pierwszy problem. Autor doszedł do wniosku, że będzie fajnie jeśli każde z bohaterów będzie sobie biegało po świecie samopas za swoimi sprawami... Jakoś nie kupuje tego pomysłu, bo i nie do końca podobał mi się ich "rozkład zajęć" z ostatniego tygodnia. Granuaile chce z pomocą Lakshy (hinduskiej wiedźmy, którą poznaliśmy w pierwszych częściach cyklu) ratować swojego ojca, którego ciałem i umysłem zawładnął jakiś potężny demon (nie pytajcie jaki i jak się nazywa, to są zbyt trudne rzeczy jak dla mnie). Atticus najpierw wprowadza w realia życia w XXI wieku swojego archdruida (co przysparza autorowi wielu sytuacji do rozśmieszania czytelników), a później goni gdzieś na drugi koniec świata za lisem z pięcioma ogonami na spotkanie z shintoistycznym bogiem pozostawiając niedzisiejszego człowieka pod opieką wilkołaków. Owen natomiast, kiedy już odmłodniał przy pomocy magicznej druidzkiej herbatki o jakieś 35 lat (ponosząc oczywiście wszystkie tego konsekwencje, w których kluczowymi elementami był dół i łopata) i nauczył się jako tako władać współczesnym językiem angielskim, zaczął się zaprzyjaźniać z wilkołakami głównie poprzez łóżko (to akurat z ich częścią piękną), walkę (z całą resztą) i filmy o Sherlocku Holmesie (Cumberbatch rządzi! xD). Dopiero na kilku ostatnich stronach cała ekipa łączy siły w starciu z jednym Tuatha Dé Danan, ale z którym, po co i jak to się wszystko skończy, to już musicie sobie przeczytać sami ;) 

Teraz napiszę o tym co mi się nie podobało. A niestety było tego sporo. Po pierwsze chyba najgorszym posunięciem było zrobienie z Granuaile pełnoprawnego bohatera tej opowieści. Jej ckliwe wypowiedzi i te "słodziuchne" rozmowy z psem bardziej przyprawiają o mdłości niż widok dobrze odżywionej nastolatki w bikini... Tutaj krótka próbka jej (a tak naprawdę jego, bo przecież ustami bohaterki przemawia do nas autor) możliwości:

"Obok mnie leży zwinięta w kłębek Orlaith, więc trącam ją czule, żeby się obudziła.
Dzień dobry, słodka psino.
<Granuaile! Witaj! Radość! Musieć przeciągnąć>.
Też się z tobą przeciągnę.
Przeciągamy się rozkosznie i nie po raz pierwszy myślę sobie, że ten pies to prawdziwe błogosławieństwo. Orlaith już pomaga mi przetrwać te ciężkie chwile, przypominając po prostu, że życie toczy się dalej i trzeba się nim cieszyć."

"Wypijam kilka garści, a potem podchodzi Orlaith i wychłeptuje swoją część, robiąc przy tym wiele hałasu, który zwykle mógłby być denerwujący, ale tym razem wydaje mi się taki kochany."

Wkurzyło mnie również to, że przejaskrawiona i posunięta do granic absurdu poprawność polityczna wkroczyła także na karty tej powieści, a dokładnie do jednego ze stad wilkołaków, w którym męska Alfa ma... męża:/

"Po naszym późnym lunchu zabrałem go pod adres, który podał mi Hal, i poznaliśmy tam Sama Obrista, alfę Watahy z Flagstaffu. Choć wiedziałem oczywiście, że to miasto ma całkiem sporą watahę, nigdy jakoś nie miałem okazji go poznać. Wysoki blondyn o kwadratowej szczęce na nosie miał okulary, które były bez wątpienia tylko objawem hipsterskiego sentymentu. Jego dom położony był tuż pod lasem – w sumie logiczne – i mieszkał w nim ze swoim betą, Tyem Pollardem, który był zarazem jego mężem."

Sytuację tak naprawdę ratują tylko dowcipne wymiany znań Atticusa z Oberonem: 

"No tak. Wyciągnąłem. Jest w Flagstaffie z kilkoma wilkołakami. Nic mu nie będzie… chyba.
<Nie słyszę pewności w twoim głosie>.
– Nie zna jeszcze najlepiej języka i jest w gorącej wodzie kąpany – mruknąłem, podłączając komórkę i odrywając kolejną żółtą karteczkę, żeby zapisać czas naszego wyjścia.
<Czyli byłby idealną gwiazdą filmów akcji, tak?>."

"Oberonie, siądź po mojej lewej, proszę, i żeby cię przypadkiem nie podkusiło zadzierać z tym lisem. To nie jest zwykły kitsune. To tenko, lis tysiącletni.
<Nie bój lisa. Nic mu nie zrobię. Latające lisy są jeszcze bardziej niefair od latających wiewiórek>."

"<Ale nie powiesz nigdy Orlaith, że poprosiłem o kąpiel, co? To takie niepsie>.
– Niepsie? Nie jestem pewien, czy w ogóle istnieje taki przymiotnik, Oberonie.
<Teraz już tak. I musisz mi też przy okazji obiecać, że nigdy słowem nie wspomnisz przy niej o moim uzależnieniu od pudlic>.
– O twoim uzależnieniu od pudlic?
Oberon spuścił głowę i ogon.
<Taka jest prawda, Atticusie. Jestem pudlicarzem>.
– Nawet nie ma czegoś takiego!
<Jest, jest. A pierwszy krok do zerwania z tym nałogiem to przyznać, że się ma z tym problem. A ja mam. Z pudlicami>.
– Oberonie, skąd ty wytrzasnąłeś tę bzdurę? Nie masz żadnego problemu.
<O, widzisz? Proszę bardzo! Jeszcze mnie usprawiedliwiasz, Atticusie! Obaj musimy z tym zerwać. Powinniśmy chodzić na odpowiednie spotkania>.
– Własnym uszom nie wierzę. Powiedz mi, skąd ty to wytrzasnąłeś."
Lub wypowiedzi samego psa. Tutaj moja ulubiona xD:
"<Fuuuu! Teraz śmierdzę jak dupa w płynie!>."
W pewnym miejscu pojawił się nawet delikatny pojazd a duchownych kościoła rzymsko-katolickiego, w którym oczywiście brał udział obok Jezusa, ups... Jesusa (w tym konkretnym przypadku przybrał postać wyluzowanego meksykanina) i Atticusa również pies:

"Oberonie, na miłość boską, dobrze, że cię nikt nie słyszy. Nie uchodzi pytać żadnego faceta, czy ma w spodniach grube salami, rozumiesz? A już w szczególności nie tego.
<Dlaczego? Facet ma coś przeciwko salami?>.
Jezus roześmiał się rozbawiony i nalał nam hojnie tequili.
– Podoba mi się twój pies, Siodhachanie. – Przechylił głowę, żeby zwrócić się bezpośrednio do niego. – Cześć, Oberonie. Ja też cię słyszę i powiem ci szczerze, że nie mam nic przeciwko salami samemu w sobie. Lepiej jednak, żeby każdy wiedział, kiedy powinien trzymać swoje salami w porciętach, a kiedy je wyciągać, i powiem ci, że nawet moi księża mają czasem z tym problemy."
Kilka opisów wyglądu bohaterów lub ich atrybutów takich jak części ciała, bądź elementy fizjonomii również powodowały u mnie szczery śmiech:

"Perun tylko rozerwał koszulę i zacisnął prawą dłoń na toporze. Miał na sobie czarne pantalony rodem z jakiegoś teledysku z lat osiemdziesiątych, wciśnięte w wysokie do kostek, błękitne zamszowe botki, które na pewno ukradł z jakiegoś komiksu z tej samej epoki."

"Brwi mojego archdruida – szalone, białe, włochate gąsienice, które spokojnie mogłyby mu służyć jako miotełki do odkurzania bibelotów – zjechały się na czole."

Również wymiany zdań z niedzisiejszym druidem były niekiedy przezabawne, a niekiedy niosły ze sobą pewne - można by nawet rzec ludowe - mądrości:

"– Uczą się rzeczy z książek zamiast od druidów?
– Tak.
– To muszą być dość durni, nie?
– No, część z nich może rzeczywiście – przyznałem. – W większości ci, którzy nie czytają. W każdym razie książki mają tę zaletę, że zawierają wiedzę dostępną dla wszystkich. Ludzie, którzy czegoś nie wiedzą, mogą w każdej chwili się tego dowiedzieć, we własnym tempie. Poza tym książki nie mają zwyczaju walić ich po głowach dębowym kijem i mówić, że znowu coś spieprzyli."

"– Nikt już nie jest tak uczciwy w sprawach seksu jak kiedyś – zacząłem.
– Dlaczego nie?
– Przez monoteizm wszyscy się boją, czy aby się nie puszczają."

"– Dzwoń do biura.
Myślę w panice, czy aby nie powiedział tego do mnie, ale w samochodzie rozlega się jakiś dźwięk, coś stuka, a potem kobiecy głos mówi:
– Magnusson & Hauk, słucham.
Próbuję ukryć zdumienie i od niechcenia rozglądam się po pojeździe, żeby ustalić, gdzie się schowała ta kobieta. Tu naprawdę nie ma miejsca na nikogo poza nami dwoma."

"Fryzura doktora Jodurssona świadczy jednak o tym, że nie szuka on długotrwałego związku. Jest zbyt dopracowana i zaczynam podejrzewać, iż należy on do współczesnego plemienia mężczyzn, o którym wspominał mi już Siodhachan. Plemię to nazywa się ponoć Dupki."

"Żywiołak radzi mi pobiec w stronę jeziora Woods Canyon, gdzie Siodhachan splótł jakieś drzewo. Spędził zresztą kilkaset lat na splataniu świata z Tír na nÓg. Było to ponoć w czasach, gdy królowie zmuszali swoich ludzi do zapracowywania się na śmierć, a księży wykorzystywali do tego, by wmawiać tymże ludziom, że taki jest plan Boga i nie im go kwestionować."

"- Zatem sprawa załatwiana. A teraz chodzimy do miasteczko na dóle tej góry i najebijmy się w sześć gąb i jeden psi pysk.
Wszystkim nam opadły szczęki i spojrzeliśmy na niego zdezorientowani. 
- Co proszę? - wybąkałem.
- Nie tak się mówi? To jak się mówi, jak się ludź chce porządnie upić?
- A. Masz może na myśli "najebać w cztery dupy"?
Perun bezwolnie zamachał rękoma.
- I jak to ma niby być logicznym? Nas być sześć luda. I niby czemu w dupy? Dobra wódka nic nie ma do dupy!
- Hmm, nie mnie to oceniać...
- I dobrze. To chodźmy się najebać w sześć gąb."

I tym optymistycznym akcentem zakończmy nasze spotkanie z Druidami. Mam tylko nadzieję, że kolejna część będzie bardziej spójna i przede wszystkim duuużo ciekawsza, bo w tej nie znalazłem zupełnie nic oprócz humoru, co by mnie zainteresowało i utrzymywało w jakim takim skupieniu. 

Moja ocena 4/10 + 1punkt za śmichychichyzkońskiejkichy = 5/10

wtorek, 14 kwietnia 2015

[112-117] Filmowy Flesz #17: "Uwikłanie" (2011); "Los numeros" (2011); "Gracz / "The Gambler" (1974); "Gracz / The Gambler" (2014); "Los Bandoleros" (2009); "Turbo Charged Prelude to 2 Fast 2 Furious" (2003)

Dziś po raz kolejny recenzji nie doczeka się "Samuraj" (którego odkładam od dwóch FF, bo zasługuje na opis w oddzielnym tekście), za to podzielę się ze wszystkim, którzy będą chcieli przeczytać, odczuciami względem tym razem 6 (w tym 2 krótkometrażowych) filmów jakie w zeszłym tygodniu miałem na tapecie (a tak swoją drogą, to kto wie czego dotyczy i skąd się wywodzi przysłowie: "Mieć coś na tapecie"? Odpowiedzi w komentarzach mile widziane). Zapraszam!

"Uwikłanie"
Zaczniemy może od filmu, który mnie niesamowicie zmęczył (3 podejścia do niego mówią same za siebie), czyli od "Uwikłania". Wydawałoby się, że tego nie da się sp%$@#olić, bo w książce Miłoszewskiego dostajemy wszystko co jest potrzebne do stworzenia trzymającego w napięciu solidnego kryminału. Mamy bardzo wciągającą i nieszablonową zagadkę śmierci. Mamy demony z przeszłości, które zawsze fajnie urozmaicają fabułę. Mamy lekki i nienachalny humor. Ale co najważniejsze mamy bardzo dobrego głównego bohatera. Wystarczy tylko używając cytatu z "Misia" skończyć śniadanie i robić. Ale... No właśnie. W tym filmie jest ogromne "ale". Takie "ale", o które można się zabić. Twórcy właśnie to zrobili. Zabili tym "ale" cały film. I żeby to jeszcze jakieś leszcze były, a to przecież wielcy twórcy polskiego kina rozrywkowego. Pan Machulski i pan Bromski. Wstyd. Daliście panowie czterech liter jak się patrzy. Powiedzcie mi jak można było mężczyznę zmienić na osobnika mającego waginę i do tego obsadzić w tej roli kobietę o aparycji leśnego trola?! No jak? (i czemu ona tak często paraduje po ekranie nago pokazując te swoje szpiczaste namioty?!) Swoją drogą przeniesienie akcji do Krakowa, to też niezły bezsens, bo każda część trylogii była dość mocno powiązana z miejscem, w którym rozgrywały się wydarzenia, ale dali wam kasę, więc spoko, rozumiem. Nie rozumiej jednak tego, jak można było tak namieszać w głównej historii. Do tego stopnia, że po seansie nie za bardzo wiadomo o co do k*&^%y nędzy chodziło? Choć książkę czytałem i nie miałem problemów ze zrozumieniem fabuły tak tutaj słabo rozumiałem po co to się wszystko tak naprawdę wydarzyło i kto na tym najwięcej zyskał... Ok, tak, wiem, to tylko luźna adaptacja powieści. No ale przepraszam bardzo! Nie taka luźna, skoro prawie wszystko się zgadza, a zmienione zostało tylko to co było naprawdę ciekawe. Nie. To jest moim zdaniem największa porażka polskiego filmu od bardzo długiego czasu. I nie porównuję go tutaj z tymi infantylnymi komedyjkami z Karolakiem. A raczej stawiam w szranki z naprawdę ciekawymi obrazami jak choćby "Vinci", "Tam i z powrotem", "Prywatne śledztwo", "Trójkąt bermudzki" czy nawet najodleglejszy czasowo "Wściekły" (wymieniam jedynie filmy przynależne do tego samego gatunku, które uważam za ciekawe i w miarę oryginalne).

Przepraszamy. Troli nie obsługujemy. Proszę zwracać do lasu...

Moja ocena 3/10

"Los numeros"
W tym przypadku było podobnie słabo jak w przypadku powyższego obrazu, ale z zupełnie innych względów. Tutaj fabuła jest jasna. Nie ma jakichś większych niedociągnięć w obsadzie (są aktorzy, którzy mi się nie podobają, ale nie do tego stopnia jak pani trolica), niestety wszystko jest podane w formie prawie komedii slapstikowej. Policjanci, którzy potykają się o własne nogi, nie potrafią wymawiać trudniejszych słów, banda lewusów, która pod koniec przeradza się w superbohaterów i ten On (Lesław Żurek), jeden jedyny najlepszy - istny heros bez skazy i zmazy. Wygląda na ich tle jak ktoś z innej galaktyki. Do tego jest jeszcze dziewczyna (Justyna Schneider, której po roli w "Nowej" nie mogę polubić) jej siostra (Joanna Kulig, swoją drogą rodzona siostra Justyny), nimfomanka-dziewczyna gangstera (Weronika Książkiewicz), femme fatale dla ubogich (Tamara Arciuch) i bogu ducha winny szef loterii (Marek Włodarczyk), który o niczym nie wie. Tak, bo tutaj o wygraną na loterii chodzi. A może nie tyle o wygrają, co o oszukaną i wygraną...hmm... jakieś to wszystko bez sensu. No nic. A zresztą wiecie co? Nie oglądajcie tego po prostu...

- Tylko ty, ja i Ludwik XVI...

Moja ocena 3/10

"Gracz" (1974) vs "Gracz" (2014)
Ostatnio na Polu Filmów u Kaśki O. przeczytałem o pewnej produkcji z Makiem Wahlbergiem. Po jego seansie zobaczyłem, że jest on remakiem starczego o czterdzieści lat pierwowzoru. Tym razem niestety z Jamesem Caanem, którego szczerze nienawidzę za wszystkie role wiejskich, chamskich, ordynarnych twardzieli, za które tak kochają go inni. Postanowiłem zobaczyć cóż to za film spowodował powstanie tego obrazu z 2014 roku. No i okazało się, że był to film słaby do tego stopnia, że wymagał poprawki. Tak, jedynie poprawki, ponieważ prawie wszystkie elementy zostały zachowane. Zmieniły się jedynie drobiazgi. Mamy wykładowcę historii literatury na uniwersytecie jeżdżącego dobrym autem, posiadającego bogatą rodzinę i niestety mającego problemy z hazardem. Jednak o ile w tej nowej wersji potrafię zrozumieć, polubić i uszanować bohatera za to jaki jest (sam chciałbym taki być wszystkim zawsze i wszędzie mieć odwagę powiedzieć te dwa majestatyczne słowa; no może za wyjątkiem tych problemów uzależnieniem) o tyle pierwowzór mnie wpienia na każdym kroku. Jest rozwrzeszczanym, porywczym psycholem, któremu nie przyświeca żaden cel.
Drugi gracz (Mark Wahlberg) jest cichy stonowany, ale inteligentny i kiedy trzeba potrafi zasunąć ostarą ripostę albo jakiś znaczący monolog oraz być stanowczym aż do bólu. Nie wiem za bardzo co natomiast mógłbym napisać o pierwszym graczu (James Caan), bo go nie za bardzo zrozumiałem. Niby chce doprowadzić się do destrukcji, jednak jest przy tym zbyt uśmiechnięty, zbyt ruchliwy, zbyt wygadany. Taki pozer trochę. O ile drugiemu graczowi zależy głównie na zniszczeniu samego siebie (w pewnym momencie padają słowa, że nałogowy hazardzista chce przegrać, gra do momentu aż przegra wszystko niezależnie jak dobrą ma passę), o tyle pierwszy niszczy również wszystko dookoła. Jemu chodzi tylko o adrenalinę, ale pokazane jest to w jakiś mało przekonujący sposób. Natomiast w przypadku drugiego gracza aż się czuje to zagubienie i cierpienie bohatera. Tę chęć odnalezienia siebie, wyjścia poza schemat. To, że dla niego liczą się tylko dwa stany albo całkowite zwycięstwo, albo śmierć. Nie ma półśrodków. Pierwszy to taki ratlerek, który jedynie dużo i głośno szczeka. Drugi bardziej przypomina dobermana, który w milczeniu przyjmuje razy od życia, ale kiedy trzeba potrafi się odgryźć. Dodatkowym atutem nowszej produkcji jest cała otoczka. Lepiej poprowadzony wątek rodziny. Wątek miłości do kobiety. A także wątek lichwiarzy i przestępców, u których bohater jest zadłużony. Podsumowując, choć większość ludzi, którzy widzieli oba te filmy się ze mną nie zgodzi, ja stanowczo będę wyrażał opinie, że nowsza wersja jest o niebo lepsza niż pierwowzór. 

Tak powinien wyglądać bohater, który ma na wszystko wywalone!

Moje oceny: (1974) 4/10 vs (2014) 7/10

"Los Bandoleros" i "Turbo Charged..."
Oba te filmy są krótkometrażowymi wprowadzeniami do konkretnych części serii F&F. Podałem je trochę niechronologicznie, ponieważ "Los Bandoleros" (praktycznie w całości twór Vina Disela - reżyseria, scenariusz, produkcja, główna postać) to preludium do "Szybko i wściekle" z 2009 roku, natomiast "Turbo Charged..." (filmik praktycznie anonimowych twórców; reżysera - Philipa G. Atwella - który do tej pory stworzył jedynie ten 6 minutowy obrazek i scenarzysty - Keitha Dinielli'ego - którego nazwisko może być znane z produkcji "Zabójca"), to jak sam pełen tytuł wskazuje wstęp do "2 Fast 2 Furious" z roku 2003. Filmy te różnią się dość znacznie od siebie i to w wielu aspektach. Po pierwsze "Los..." jest ponad dwukrotnie dłuższy i dokładnie opowiada o tym jak i dlaczego doszło do pierwszej sceny z "Fast & Furious", czyli kradzieży cystern z paliwem. "Turbo..." jest próbą  zaprezentowania nam w bardzo skróconej, acz szalenie sugestywnej formie tego co działo się z Brianem między pierwszą i drugą częścią serii. Oba filmy są ciekawe, ale różne również na poziomie sposobu prezentacji opowiadanej historii. "Los..." jest bardzo powolny, trochę melancholijny pozwalający nam poznać wszystkich bohaterów biorących udział w akcji z cysterną (i późniejszych częściach) troszkę lepiej, od bardziej prywatnej strony. W "Turbo..." naszym jedynym bohaterem jest Brian. Poza nim na ekranie bardziej zarysowaną od zwykłego statysty są jedynie postacie dziewczyny, która go podwozi oraz jednego z policjantów, którzy go ścigają, a w całym filmie nie pada chyba nawet jedno słowo. Swoją drogą te wprowadzenia oceniam idealnie odwrotnie niż filmy, które poprzedzają. 

Tak wygląda prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia xD

I tak "Los Bandoleros" daje 6/10 ("Szybko i wściekle" dostało 8/10)
A "Turbo Charged" ma ode mnie 8/10 (przy czym "2 Fast 2 Furious" jedynie 6/10)


niedziela, 12 kwietnia 2015

[111] Film: "Szybcy i wściekli 7" (2015)

Post miał być wczoraj, ale jakoś tak wyszło, że cały dzień byłem zajęty i tylko na krótkie chwile zbliżałem się do komputera. Swoją drogą musiałem też wiele spraw przemyśleć i przeanalizować, bo mimo tego, że ten film nie jest zbyt trudny w odbiorze, można by nawet rzec, że jest wręcz prostacki, to jednak zbyt pochopnie napisana recenzja może być dla niego krzywdząca, lub też aż nazbyt pochlebna. Wszyscy wiecie jaki film mam na myśli, więc zaczynajmy. 

"Jeśli myślałeś, że to będzie uliczna walka... to miałeś rację"

Z tego co zapowiadały pierwsze trailery, ten obraz miał wyglądać zupełnie inaczej, jednak niespodziewana tragiczna śmierć kluczowego członka obsady spowodowała odwrócenie koncepcji do góry nogami. Prawdopodobnie większość scen została nagrana ponownie, a w rolę zmarłego Paula Walkera wcielili się jego bracia Cody i Caleb, których twarze były później cyfrowo zmieniane. Tak jak wspomniałem pomysł na ten film był zupełnie inny, pierwotny scenariusz przewidywał uśmiercenie Dominica, w którego od 15 lat wcielał się z powodzeniem Vin Diesel, to jednak prawdziwa śmierć w ekipie spowodowała, że [Uwaga Spoiler!] w tej części już nikt nie zginął [koniec Spojlera]

To tylko pogrzeb Hana, tak jak pisałem, tu nikt już nie zginie.

Jednak śmierć Paula pociągnęła za sobą także inne zmiany, nie tylko te w scenariuszu, za który podobnie jak w 3 poprzednich epizodach odpowiedzialny był Chris Morgan. Przyczyniła się także do zmiany reżysera. Justina Lina (który w największej mierze nie zgadzał się na tak szybkie tempo pracy) zastąpił na tym polu James Wan - znanym głównie z horrorów takich jak m.in. "Piła", "Naznaczony", "Obecność" - czyli ktoś kto zupełnie nie pasował do tego filmu. I to się czuje.

No to zaczynamy!

Jak wszyscy dobrze wiemy, seria F&F od samego początku pełna była akcji na niespotykanie szybkich obrotach, co na pewno wyszło jej na dobre. Jednak od 4 części, czyli roku 2009 akcja ta zaczęła przybierać tak absurdalnie nieprawdopodobną postać i tak szalenie oddalać się od praw logiki i przede wszystkim fizyki (jazda z zawrotną prędkością po wąskich tunelach wydrążonych wewnątrz góry i "wykolejenie" autobusu z więźniami przez zwykłą osobówkę - część 4; ciągnięcie przez miasto z zawrotną prędkością kilkutonowego sejfu - część 5; walka z czołgiem - część 6), że oczywistym było, iż do końca wytrwają z nią już tylko najwierniejsi fani. Ci, którzy zamiast przewracać oczami na widok ekwilibrystycznych ewolucji autami pomyślała sobie: "No wreszcie się coś dzieje!". Reszta została wykluczona z tego "elitarnego" klubu. Nie chwaląc się, sam myślałem, że zaliczam się do tej pierwszej grupy. Ludzi lubiących szybkie samochody, piękne dziewczyny, duuuużo akcji i te grupę przyjaciół, których łączy niespotykana w dzisiejszych czasach więź, a sam Dominic nazywa ją Rodziną. 

Tak jak pisałem, akcja jest... hmm... szalona

Jednak twórcy w tym konkretnym epizodzie posunęli się zbyt daleko poza mój próg przyswajalności głupoty. Tutaj już nie wystarcza nie myślenie o absurdalności i niemożliwości wykonania pewnych rzeczy. Tutaj się cierpi na sam ich widok ([Uwaga Spojler!] latające samochody, samochody strącające drony, samochody strącające helikoptery, samochody spadające z samolotu na spadochronach, samochody skaczące z budynku do budynku na wysokości kilkuset metrów etc.[koniec Spojlera]). Twórcom, podobnie jak w jednej ze scen Dominikowi, wysiadły hamulce i w przeciwieństwie do niego, dla nich nie skończyło się to dobrze. Oczywiście nie chodzi mi tutaj o zarobki, ani o ogólną opinie na temat filmu, bo te pierwsze będą niebotycznie wysokie (w tym momencie, czyli niespełna miesiąc po premierze film zarobił na świecie przeszło pół miliarda $), a te drugie niesłychanie dobre (sam kilka słyszałem w kolejce do wyjścia z kina). Chodzi mi o to, że tutaj forma znokautowała treść. Jak Tyson. I to właśnie dlatego tak bardzo męczą te wszystkie zabiegi mające uatrakcyjnić fabułę. We wcześniejszych epizodach bohaterom o coś chodziło. Mieli jakiś jasno określony cel (pomszczenie śmierci Letty - część 4; chęć utarcia nosa pewnemu gangsterowi i zarobienia kupy kasy - część 5; odnalezienie Letty i sprowadzenie całej rodziny do "domu" - część 6), do którego dążyli. My im kibicowaliśmy i nawet kiedy ich metody były "oryginalne" i naginały prawa fizyki, to byliśmy tak pochłonięci wątkiem fabularnym naszpikowanym akcją, że przymykaliśmy oko na absurdalne sposoby jego osiągnięcia. Tutaj cel, na którym oparta jest cała fabuła jest niepotrzebny i niezrozumiały. 

Kurt Russel pierwotnie miał grać brata Dominika, teraz jest Panem Nikt

W opisie na filmwebie znajdziemy takie zdanie: "Deckard Shaw [Jason Statham] pragnie dokonać zemsty za śmierć brata Owena [brat nie umarł, więc tu jest błąd], eliminując Toretto i jego ekipę." Tak jest w rzeczy samej. Więc wplecenie w to wątku poszukiwania przez grupę Dominika pewnego hakera i wydostania go z rąk terrorystów, bo stworzył genialny program pozwalający namierzyć każdego człowieka na kuli ziemskiej, aby go wykorzystać do znalezienia Shawa, który łazi za Rodziną krok w krok i pojawia się wszędzie tam, gdzie oni jest bez sensu. Wystarczyłoby usiąść i poczekać aż sam przyjdzie (a przychodził nie raz), a nie organizować jakieś niedorzeczne akcje. Sam Dominic zadaje takie pytanie w jednej z początkowych scen (po co ty i ten program jesteście mi potrzebni skoro mogę usiąść i poczekać?), jakby twórcy chcieli utwierdzić widzów, a także samych siebie w przekonaniu, że to naprawdę ma sens. Mnie nie przekonali.

Abu Dabi? W sumie czemu nie...

Kolejnym mankamentem filmu jest również fakt praktycznej niezniszczalności głównych bohaterów. A co gorsza ich wiedzy o tym. Tak poważnych i - niestety, ale muszę po raz kolejny użyć tego słowa - niedorzecznych wypadków, z których bohaterowie wychodziliby bez najmniejszego draśnięcia, jeszcze nie widziałem. [Uwaga Spojler!] A ostatnia walka Dominica z Decardem jest pokazem starcia ludzi dosłownie ze stali. Po potężnym czołowym zderzeniu samochodami, około 10 minutach ciągłej walki na pięści oraz ciężkimi kawałkami metali, zawaleniu się razem z połową parkingu na niższe piętro oraz walnięciem samochodem w helikopter i upadek w nim z kilkunastu metrów na ziemię obaj bohaterowie są jedynie lekko zadrapani i... zmęczeni[koniec Spojlera].

A ty walcz, głupia walcz, swoim życiem się baw... przecież wiesz, że i tak nie zginiesz...

Swoją drogą już sam przeciwnik jakiego na potrzeby tej części wymyślili twórcy jest niedorzeczny, a poziom rozpierduchy jaki zostanie nam zaserwowany najlepiej pokazuje pierwsza scena, czyli obraz zrujnowanego szpitala, którego dokonał - odwiedzając brata - Decard Shaw. Starszy braciszek Owena jest nadczłowiekiem. Jest syntezą wszystkich ról twardzieli jakie Statham do tej pory zagrał podaną nam w formie zupełnie nie do strawienia. To oczywiście nie jego wina, i tak ogólnie bardzo go lubię, ale w tym przypadku zupełnie przegiął pałę. A może bardziej twórcy scenariusza niż on sam. 

Jason Statham. Lubie gościa

Ten film tak naprawdę ratuje kilka dowcipnych sucharów, ekipa, która mimo niedorzecznych sytuacji, w której umieścili ją twórcy, wciąż jest pełna uroku oraz zakończenie, które jest hołdem i jednoczesnym uczczeniem pamięci Paula Walkera, któremu poświęcony jest ten obraz. Choć, co ciekawe i w nim jest jedna poważna nieścisłość, której nie potrafię zrozumieć choćbym nie wiem na ile różnych sposobów ją sobie tłumaczył. 

Pamięci Paula Walkera
1973-2013

Podsumowując, film jest mizerny, choć wielu ludzi na pewno będzie się na nim bawić wybornie. Mnie podobał się połowicznie. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że był posklejany z nietrzymających się kupy kawałków. Na siłę i bez pomysłu. 

Moja ocena 4/10 + 2 za zakończenie i całkiem znośny początek = 6/10




czwartek, 9 kwietnia 2015

[107-110] Filmowy Flesz #16: "Wspólna pasja: FIFA" (2014), "Redline" (2007), "Port lotniczy" (1970), "Płonący wiezowiec" (1974)

Tak jak obiecałem, dziś kolejna odsłona filmowego Flesza, a w niej, jak to zwykle bywa gatunkowy misz-masz, czyli dla każdego coś miłego. Od filmów na poły historyczno-biograficznych, przez kino katastroficzne na filmach akcji kończąc. Zapraszam!

"Wspólna pasja: FIFA / United Passion"
Film z zaskakująco dobra obsadą, który jest nudny jak flaki z olejem. Mamy tutaj do czynienia z blisko wiekiem działalności Fedejasją Internaszjonal Futbol Asosijejszan, czyli tzw. FIFA wciśniętym w niespełna dwugodzinny film. Jak dla mnie to przypominało bardzo okrojony bryk z lektury szkolnej, jedynie zaznaczający, że doszło do niektórych wydarzeń, a znaczną ich część zupełnie pomijając. Co z tego wychodzi? Niby powinno być dynamicznie i ciekawie, no bo przecież trzeba zmieścić tak wiele treści w tak niewielkim czasie, jednak jest zupełnie odwrotnie. Zupełnie mnie nie interesowało to co działo się na ekranie, gdyż były to nietrzymające się kupy wyrywki z historii działalności tej organizacji. Zastanawiający jest dla mnie tylko fakt wystąpienia w niej aktorów o światowej renomie jak Gérard Depardieu (w roli Julesa Rimeta), Tim Roth (jako Sepp Blatter) czy nawet Sam Neil (wcielający się w Joao'a Havelange'a). Jedynie dla wytrwałych.



Moja ocena 3/10

"Linia ryzyka / Redline" 
W oczekiwaniu na premierę "F&F 7" oglądam poprzednie części, ale także wszystko co klimatem i treścią może być bliskie tej znakomitej serii. Takim oto sposobem trafiłem na film "Redline", który swoją premierę miał w roku 2007. Przy budżecie 26 mln $ zarobił jedynie nieco ponad 8 mln $. To wystarczy, czy mam pisać dalej?;> Ok, napiszę. Można by rzec, że jest to film na poły fanowski - jego producentem i dystrybutorem na rynku amerykańskim był Daniel Sadek, facet, który zbił majątek na nieruchomościach, a prywatnie jest wielkim fanem samochodów. I to widać już na pierwszy rzut oka. Mamy w tym filmie bowiem pomieszanie i poplątanie okrutne. Do tego stopnia, że nie wiemy kto jest głównym bohaterem i jaki jest jego cel, a co za tym idzie o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Czyli ktoś miał kasę, i mimo, że nie miał pomysłu, to bardzo chciał zrobić film o samochodach. Jest dziewczyna co śpiewa, naprawia auta i umie nimi jeździć bo tata był kierowcą. Jest chłopak, który trochę jeździ i trochę szpanuje. Jest jego brat, który właśnie wrócił z Iraku i tak naprawdę chyba tylko w-ryj-dać-umie-dać. Jest ich wujek, który szasta forsą i prowadzi jakieś interesy ze złymi ludźmi i zakłada się o dużą kasę w wyścigach samochodowych. Jest producent muzyczny, który niby ma kasę, ale mniej niż "wujek" a chciałby więcej dlatego tez obstawia wyścigi. Jest producent filmowy, który ma kasy najwięcej i jak mu się psuje szyba w Enzo, to kupuje drug... ie Enzo (tylko dla jasności napisze, że nowe kosztuje 1.2 mln $). No i tak to moi Drodzy wygląda. Nikt nic nie wie, ale jest absurdalnie (raczej niedorzecznie) szybko i niesamowicie (raczej ordynarnie) pięknie. Wszystko jest posunięte do granic absurdu, zero subtelności ani wyczucia. Zdecydowanie odradzam, Lepiej poczekać na premierę "Furious 7" (lub poszukać w necie kinówek, już jakieś są z napisami) lub jeszcze raz F&Fa starego obejrzeć albo NFSa.


Moja ocena 2/10

"Port lotniczy / Airport"
Jakoś tak mnie w święta naszło, żeby sobie katastroficzne filmy pooglądać, ale nie te nowe, bo one jakoś mnie męczą, ale takie starsza, które mają swój specyficzny klimat. Miałem plan na trzy, udało mi się znaleźć i obejrzeć jedynie dwa, choć to i tak całkiem niezły wynik zważywszy na ich czas trwania (2h to minimum, a czasem nawet 3h). Jednym z nich był właśnie "Port lotniczy" z 1970 roku w ciekawej obsadzie (Burt Lancaster, Dean Martin, George Kennedy, Jacqueline Bisset, Jean Seberg). Sama fabuła była mało katastroficzna i tak naprawdę ani razu nie załapała mnie trwoga o losy bohaterów, ale oglądało się go całkiem przyjemnie, gdyż w charakterystyczny dla obrazów z tamtego okresu sposób pokazywał życie prywatne bohaterów wplecione w główną intrygę. Mamy problemy z żoną szefa lotniska (Lancaster), która wypomina mu, że praca jest ważniejsza od niej. Mamy kapitana (Martin), którego kochanka zachodzi w ciążę. Jest również specjalista od rzeczy niemożliwych (Kennedy), który musi zostawić ukochaną i biec na ratunek bo w Północnej Ameryce pada śnieg. Mamy staruszkę (Maureen Stapleton), która uwielbia latać samolotami na gapę. I wreszcie biednego faceta (Van Heflin), który jest nieudacznikiem i w akcie desperacji postanawia doprowadzić do katastrofy lotniczej wykupując uprzednio polisę na znaczą kwotę, którą przesyła swojej równie biednej i umęczonej życiem żonie. Podejrzewam, że nie każdemu się spodoba, bo takie filmy trącą już trochę myszką i efekty specjalne oraz niektóre rozwiązania fabularne mogą nas męczyć albo śmieszyć, to jednak jest to dość przyjemnie oglądadło. 


Moja ocena 6/10

"Płonący wieżowiec / The Towering Inferno"
Tym razem było znacznie lepiej. Film zdecydowanie bardziej trzymał w napięciu niż "Port lotniczy". Było tutaj również o wiele więcej - jak na tamte czasy genialnych - efektów specjalnych. No i znacznie lepsza była również obsada. Steve McQueen, Paul Newman, William Holden, Faye Dunaway, Fred Astaire, Richard Chamberlain zrobili naprawdę świetną robotę. No może poza wyjątkiem tego ostatniego, który jakoś słabo mnie przekonuje do swoich kreacji. I choć podobnie jak w powyższym filmie tak i w tym po pond 40 latach od premiery na niektóre rozwiązania techniczne, czy też fabularne będziemy patrzeć z drwiącym uśmieszkiem, to jednak trzeba przyznać, że film ten nie bez przyczyny jest zaliczany do kanonu kina katastroficznego. Mamy tutaj solidne wprowadzenie pokazujące nam wszystkich najważniejszych bohaterów - czyli nić naszej sympatii zostaje nawiązana, nie są to już zupełnie anonimowi ludzie, których potencjalna śmierć nas nie obejdzie. Mamy również bardzo powolne rozprzestrzenianie się żywiołu, który cały czas wydaje się do opanowania, czyli jesteśmy trzymani w w napięciu, które stopniowo narasta. Mamy heroicznego i stanowczego strażaka (McQueen) oraz dzielnego architekta, który projektował budynek a teraz pomaga okiełznać w nim pożar (Newman). Są też bohaterowie negatywni i tacy stojący po środku, czyli zięć właściciela budynku, który zmienił jakość materiałów, co w konsekwencji doprowadziło do tragedii (Chamberlain) oraz wspomniany właściciel, który w ramach oszczędności przystał na te zmiany, jednak pod koniec wykazał się odwagą i próbował odkupić swoje winy (Holden). "Płonący wieżowiec" to mimo upływu lat wciąż naprawdę dobry film z trzymającą w napięciu akcją i świetnym aktorstwem będący dziełem kanonicznym dla wielu późniejszych twórców kina tego gatunku. Polecam.


Moja ocena 7/10


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...