Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film 2013. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 września 2017

[177-181] Filmy o miłości

Czasem lubię sobie obejrzeć komedię romantyczną. Dziś przedstawiam zestawienie 6 tytułów, które widziałem na przestrzeni kilkunastu ostatnich dni. Filmy ułożone są w kolejności od najniżej ocenionego do tego, który otrzymał najwyższą notę. 

"Cudowne tu i teraz / The Spectacular Now"* (2013)
Ostatni z obejrzanych przeze mnie filmów okazał się tym najsłabszym. Nie był on wszak typowym melodramatem czy też komedią lub romansem, a raczej czymś w rodzaju połączenia wszystkich tych elementów, z których na pierwszy plan wysuwa się dramat. Mamy tutaj do czynienia z Sutterem siedemnastoletnim imprezowym chłopakiem, który nie stroni ani od alkoholu, ani od seksu (w tej roli Miles Teller). Kiedy go poznajemy właśnie rzuciła go dziewczyna a on sam nie do końca wie co chce zrobić z resztą swojego życia. Do roboty przychodzi przeważnie na gazie albo pije w pracy. Nie ma też parcia na dostanie się do koledżu. W pewnym momencie poznaje zupełnie inną dziewczynę niż te, z którymi spotykał się do tej pory. Dziewczyna czyta książki, uczy się dobrze, nie pije i nie pieprzy się ze wszystkim co posiada penisa. Ich związek dość szybko ewoluuje i wydaje się, że oboje są sobie niezbędni i pięknie się uzupełniają (choć w filmie tego nie widać zbyt dobrze, można się jedynie domyślać, że taki był zamysł scenarzystów i reżysera). Dzieciaki się niby wspierają, niby motywują do "zerwania z tyranią rodziców". Matka Aimee (w roli Aimee Shaillene Woodley) nie pozwala jej pojechać na studia, a matka Suttera nie pozwala mu się skontaktować z ojcem, który opuścił ich kiedy chłopak był bardzo mały. Jednak o ile dziewczyna robi to szczerze, to Sutter ma mętlik w głowie, sam nie wie czego i kogo chce. Obraża dziewczynę, bo jest rozczarowany osobą ojca (udało mu się z nim spotkać dzięki siostrze, która dała mu numer telefonu). Co jest dalej musicie sobie zobaczyć sami, ale ja uważam, że film jest nie spójny klimatycznie i gatunkowo. Początek jest zwykłą imprezową komedią, środek to ewidentnie klimat z filmów "fajny chłopak wyrywa ładną outsiderkę", a końcówka to ewidentny dramat w stylu "wszystko wokół się pierdzieli a ja nie wiem co mam zrobić". Jak dla mnie trochę tego za dużo i nie trzyma się to kupy. Stąd też moja adekwatna do całości ocena.

Moja ocena: 4/10

"Sex story / No Strings Attached" (2011)
Teraz kolej na dwa zupełnie różne filmy, które otrzymały taką samą notę. Pierwszy z nich, to Sex story z Ashtonem Kutcherem i Natalie Portman w rolach głównych. Film jest dość bezpruderyjny. Bohaterowie otwarcie rozmawiają o seksie i jestem pewny, że nie każdemu "oglądaczowi" taka konwencja się spodoba (podobno wiele w tej materii psuje również polskie tłumaczenie/lektor, ja właśnie taką wersję wybrałem). Jeśli chodzi o fabułę to mamy tutaj do czynienia z fajnym chłopakiem (takim milutkim, czułym etc., etc.) i dziewczyną upośledzoną emocjonalnie, która nie umie i nie chce okazywać uczuć a co za tym idzie angażować emocjonalnie w związek. Ci dwoje znają się od - powiedzmy - dzieciństwa (kiedyś na obozie letnim Adam chciał wsadzić Emmie palec w łatwy do odgadnięcia otwór) i na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat spotykali się zupełnie przypadkiem w różnych miejscach i okolicznościach. Po raz ostatni dochodzi do tego po tym jak zupełnie pijany Adam (po tym jak zostawiła go dziewczyna) budzi się całkiem goły w mieszkaniu Emmy. I całkiem przez przypadek dochodzi między nimi do niezobowiązującego seksu (wiecie, to zawsze jest "przez przypadek"). Od słowa do słowa zostają tzw. "friends with benefits", czyli mówiąc inaczej łączy ich tylko seks, bo praktycznie nawet się nie przyjaźnią. Jednak, o ile Emmie wydaje się to odpowiadać, o tyle masz miły i romantyczny chłopak Adam chce normalnego związku. Później jest śmiesznie, czasami niezręcznie, a wszystko kończy się tak, jak na tradycyjną komedię romantyczną przystało. I niby film sam w sobie nie jest najgorszy. Da się go obejrzeć i nawet czerpać z tego jakąś tam radość, ale najgorsi są w nim aktorzy. O ile nie lubię Kutchera w każdej jego roli (chłopak się po prostu nie nadaje, szkoda, że tylko ja to widzę...), o tyle Natalie Portman, która nie dość, że jest śliczną to jeszcze utalentowaną aktorką po prostu zabija ten film. Mimo tego da się obejrzeć i nawet czasami zaśmiać, choć nie jest to film, po którym bolałby was brzuch ze śmiechu.

Moja ocena: 6/10

"Ten niezręczny moment / That Awkward Moment" (2014)
Drugim filmem, który otrzymał tę samą notę jest Ten niezręczny moment, czyli historia trzech przyjaciół Jasona (Zac Efron), Daniela (Miles Teller) i Mickeya (Michael B. Jordan). Wszystko zaczyna się od tytułowego niezręcznego momentu, kiedy dziewczyna wypowiadając słowo "więc" pyta "do czego to wszystko prowadzi?". Jest to chwila, w której trzeba się zdeklarować czy koniec przygody, czy może jednak mamy ochotę na poważny związek. W takiej sytuacji znalazł się właśnie Jason. Jego odpowiedź sprawiła, że po chwili znów był "wolny". Mickey dowiaduje się natomiast, że jego żona pieprzy się z Haroldem (swoim prawnikiem) i że chce rozwodu. W tej sytuacji panowie postanawiają przez najbliższy czas pozostać singlami. Będą chodzić po barach, upijać się, grać na konsoli i czerpać radość ze swojego męskiego towarzystwa i samczych rytuałów takich, jak rozmawianie o kupie/sraniu, bekanie i puszczanie bąków bez skrępowania. Niestety, ich genialny plan bierze w łeb, kiedy najpierw Jason spotyka piękną pisarkę Elli (Imogen Poots) i chcąc nie chcąc się w niej zakochuje. Po chwili okazuje się, że Daniel zakochuje się w swojej "naganiaczce" lasek Chelsie (Mackenzie Davis) a Mickey stara się odzyskać uczucia żony Very (Jessica Lucas). Tytuł trochę nieadekwatny do fabuły, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze, że jest w miarę śmieszny, nie jest jakoś bardzo głupi, aktorzy radzą sobie przywozicie, jest kilka momentów, które zapadają w pamięć a całość jest strawna i przyjemna. 

Moja ocena: 6/10

"Trzy metry nad niebem / Tres metros sobre el cielo"* (2010)
Trzy metry nad niebem to hiszpański remake włoskiego melodramatu o tym samym tytule z 2004 roku. Jego bohaterami są młody buntownik Ache (Mario Casas) i Babi (María Valverde), dziewczyna z tzw. dobrego domu. Ci dwoje są od siebie tak różni, jak to tylko możliwe, ale jak to w historiach o miłości bywa zakochują się w sobie i wszystko jest świetnie do momentu, kiedy podczas jednego z wyścigów motocyklowych dochodzi do tragicznego wypadku, w którym uczestniczy Pollo (Álvaro Cervantes) - najbliższy przyjaciel Ache i chłopak najlepszej przyjaciółki Babi, Katiny (Marina Salas). To wydarzenie wpłynie na dalsze losy głównych bohaterów. Cały film jest jednak dość niespójny. Początek to infantylna romantyczna komedyjka o grzecznej księżniczce i małym furiacie, który jest we wszystkim najlepszy, wszystko wie najlepiej etc. I choć ciekawie to wyglądało w innych niż polskie lub amerykańskie realia, to tutaj zachwytów piać nie ma nad czym. Podobała mi się za to końcówka, która trochę przełamała stereotyp i nie była tak oczywista, jak można się było tego spodziewać. W miarę ładni i przyzwoicie grający aktorzy i piękne plenery też robiły swoje. I choć w połowie filmu chciałem mu wystawić zdecydowanie niższą ocenę wraz z końcem seansu musiałem zweryfikować swoje podejście do niego.

Moja ocena: 6.5/10

"Romans na dwie noce / Two Night Stand" (2014)
Romans na dwie noce to kolejna komedia romantyczna, która jest odrobinkę inna niż te, które do tej pory opisywałem. Mamy w niej do czynienia z dwójką młodych ludzi Alekiem (Miles Teller) i Megan (Analeigh Tipton). To akurat standard. Megan jest "skrzywdzoną dziewczyną wracającą do gry". Alec... zwykłym, przeciętnym facetem. Poznają się na portalu randkowym, który odwiedzają ludzie szukający partnera "na jedną noc" (a przynajmniej ja to tak zrozumiałem). Następnego dnia rano, kiedy dziewczyna chce wrócić do domu napotyka na swojej drodze śnieżycę, która unieruchamia całe miasto. Oboje utknęli ze sobą na... nie wiadomo jak długo. Po niemiłej wymianie zdań tuż przed próbą opuszczenia mieszkania przez Megan (spotykają się u niego) muszą dojść do porozumienia i jakoś bezkonfliktowo dotrwać do końca kataklizmu. Po przełamaniu początkowej niechęci i kilku wpadkach (np. zatkany kibel i wybite okno u sąsiadów w poszukiwaniu działającej toalety) zaczynają się poznawać i rozmawiać ze sobą coraz bardziej otwarcie. Najciekawsza i najzabawniejsza z całego filmu jest scena "konstruktywnej krytyki" zachowań seksualnych oraz późniejsze próby i testy przeprowadzane oczywiście "dla dobra nauki", które mają na celu polepszenia życia erotycznego ich przyszłych partnerów (towarzyszy temu świetny kawałek, który bardzo ładnie współgra z obrazami na ekranie). Jak skończy się ich dwudniowa "noc" dowiecie się po seansie. Ja osobiście polecam, bo jest to naprawdę przyjemny film. Nie taki słodki i głupkowaty, jak większość komedii romantycznych dostępnych w ostatnich latach. Do tego bardzo dobrze czujący się w takiej konwencji, jak zawsze świetny Miles Teller i urocza Analeigh Tipton o nieoczywistej urodzie, która z każdą minutą filmu zaczyna podobać się coraz bardziej. Czegoż chcieć więcej?

Moja ocena: 7/10

Życzę miłego seansu!
* Filmy te to adaptacje książek. Tim Tharp "Cudowne tu i teraz"; Federicco Moccia "Trzy metry nad niebem".

niedziela, 31 maja 2015

[124-127] Filmowy Flesz #19: "Erratum" (2010); "Ida" (2013); "Różyczka" (2010); "Bogowie" (2014)

Dziś przez około 6 godzin z przerwami próbowałem napisać recenzję książki (naukowej lub chociaż popularnonaukowej) na zaliczenie przedmiotu, która jeśli spełni wszystkie wymagania, to może nawet ukaże się drukiem, w co szczerze wątpię. Po tym czasie miałem napisane trzy i pół strony i byłem, można powiedzieć, dopiero w połowie drogi, po czym uzmysłowiłem sobie, że przecież całość nie miała przekroczyć trzech stron (taki wymóg formalny). Załamałem się, poszedłem na spacer do TESCO i postanowiłem rzucić to wszystko w diabły i napisać coś na czym znam się lepiej - zwykłą recenzję zwykłych filmów! Takim oto sposobem mogę Was wszystkich zaprosić na kolejne wydanie Filmowego Flesza, tym razem w całości składającego się z filmów polskich. Co z tego wyniknie - przekonajcie się sami :)

Erratum (2010)
Film ten chciałem obejrzeć już od bardzo dawna. Praktycznie od momentu jego premiery w 2010 roku. Jest jednak we mnie coś takiego, że nie mogę oglądać filmów, na które nie mam ochoty, bo to nigdy się dla nas (filmu i mnie) dobrze nie kończy. Ja tracę jedynie czas. A film dostaje niską notę i piszę mu miażdżącą recenzję. Jednak był sobie trzeci tydzień maja 2015 roku kiedy stwierdziłem, że wreszcie dojrzałem do obejrzenia tego dramatu psychologicznego Marka Lechki, który po pięcioletniej przerwie od czasu premiery Skazanego na bluesa potwierdził, że Tomasz Kot to aktor z wielkim potencjałem jedynie marnujący swój talent w głupich komediach romantycznych. Jednak Z przykrością muszę stwierdzić, że w przypadku Erratum nie pomógł czas. Nie pomogła także ciekawa kreacja Kota. Film był nudny i tak naprawdę nie niósł ze sobą chyba jakichś uniwersalnych prawd tym bardziej nie poruszał zbyt sugestywnie omawianych tematów, ponieważ po 6 dniach od seansu nawet nie pamiętam o czym tak dokładnie był. Nie mam tutaj na myśli tego, że był całkowicie zły, ponieważ pokazanie mężczyzny w średnim wieku (coś koło 35-38 lat), który w wyniku niefortunnego wypadku, podczas którego śmiertelnie potrąca bezdomnego mężczyznę (ten w konsekwencji urazów umiera), musi na kilka dni zatrzymać się w rodzinnym mieście, z którego uciekł do Warszawy z powodu nieporozumień i utarczek z ojcem jest pomysłem ciekawym. To jednak już samo wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Michał (Kot) mimo tego, a może właśnie przez to, że policja umarza sprawę śmiertelnego wypadku postanawia odszukać rodzinę potrąconego mężczyzny i przy okazji wyprostować również swoje relacje z ojcem. Konkluzja filmu jest taka, że oba te zabiegi były bezcelowe, bo mimo iż udało mu się powiadomić o pogrzebie bezdomnego człowieka jego syna, nikt się na nim nie pojawia. A także ojciec Michała, którego porzucił po śmierci matki, jak był tak i pozostał mendą (nic dziwnego, ponieważ w tej roli obsadzony został Marian Paździoch, tfuu... Ryszard Kotys) i żadne zabiegi nie potrafiły tego zmienić. Ot i wszystko. Nudna historia, która ani mnie nie poruszyła, ani specjalnie nie zaciekawiła. Może się nie znam, ale dla mnie to nie jest film nawet dobry. Raczej przeciętny. Warty obejrzenia jedynie po to, żeby zobaczyć jak rozwijał się talent, bądź co bądź, jednego z ciekawszych obecnie polskich aktorów. 


Moja ocena 6/10

"Ida" (2013)
Nasz pierwszy wiekopomny zdobywca Nagrody Akademii... znudził mnie jeszcze bardziej niż Erratum. Jeśli nagrody przyznawaliby jedynie za wciągającą historię, to film ten przegrałby już w przedbiegach. Moim skromnym zdaniem wszyscy wcześniejsi kandydaci do Oscara byli ciekawsi i bardziej zasługiwali na tę nagrodę. A zarzuty, że nagroda jest za to, że film był o Żydach są chyba nie na miejscu, bo W ciemności też było i przegrało. Ale wróćmy do Idy. Historia młodej, pięknej dziewczyny, która wychowywana przez siostry zakonne kilka dni przez święceniami dowiaduje się, że ma rodzinę - siostrę matki - postanawia skorzystać z możliwości opuszczenia klasztoru i ją odnaleźć. Ciocia okazuje się sędziną sądu ludowego, byłą prokurator wielokrotnie skazującą na śmierć, o pseudonimie "krwawa Wanda". Kobiety razem wyruszają na poszukiwanie grobu rodziców Idy (którzy byli Żydami), a  podczas podroży konfrontują swoje światopoglądy. Ta podróż jest dla nich obu wielkim krokiem do spojrzenia wgłąb siebie i odpowiedzi na pytanie co jest w życiu tak naprawdę ważne? Kończy się na poły tragicznie, ponieważ czasami uświadomienie sobie czego się w życiu dokonało i co nas jeszcze w nim czeka nie wróży nic dobrego ani perspektywicznego. Pod względem opowiadanej historii film ten jest jak konstrukcja cepa. Jednak reżyser temu nie zaprzeczał. Jak sam twierdził chciał stworzyć film o ciszy, o wycofaniu w samego siebie i odnajdywaniu własnego ja. Współgrają z tym zdjęcia oraz muzyka. Całość jest naprawdę pięknym subtelnym, minimalistycznym obrazkiem, który daje do myślenia nie tyle o przeszłej epoce, co o uniwersalnych wartościach. I być może te prawdy docenili członkowie Akademii honorując film Pawlikowskiego pierwszym w naszej historii Oskarem. Podsumowując, Ida jest filmem do refleksji, takim który trzeba obejrzeć w ciszy i spokoju nie licząc na żadne fajerwerki. 


Moja ocena 7/10

Różyczka (2010)
Wybrałem sobie filmy nie łatwe. To muszę sobie przyznać. Co za tym idzie filmy te nie są zbyt proste do krótkiego i lapidarnego recenzowania, ponieważ mają wiele kontekstów i wątków, które prawdziwa recenzja powinna poruszać i rozwijać. Jednak w myśl starego chińskiego przysłowia - "Sztuką jest napisać krótko to co wymaga wielu słów" - postaram się zmieścić swoje przemyślenia w następnych kilku zdaniach. Film Różyczka Jana Kidawy-Błońskiego jest właśnie jednym z takich wielowątkowych filmów poruszających trudną i ważną historię naszego kraju. Historię tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa. Co za tym idzie ich agentów prowadzących, a w związku z tym również ich przełożonych. A także, co chyba najważniejsze, osób inwigilowanych. Jakie były ich intencje, motywy, przekonania polityczne, zapatrywania na przyszłość, powinności, czyli pokrótce dlaczego wybierali drogę szpicli i zdrajców lub tez osób do szpiclowania i zdradzania zmuszających. Osób, które potrafiły się zbliżyć do obserwowanych tak blisko, że często dzielili nawet wspólne łoże (łącznie z małżeńskim). Dodatkową wartością tego konkretnie filmu jest fakt, że opowiada prawdziwą historię Pawła Jasienicy, któremu pod koniec lat 60. SB podsunęło młodą dziewczynę mającą na celu jego  "dogłębną" inwigilację. I tutaj zaczyna się cały dramat. Dramat dziewczyny zakochanej w tajnym agencie SB, która zaślepiona zgadza się wcielić w rolę donosiciela. Dramat agenta, który sam nie wie "gdzie mu ciepło", bo z jednej strony oczekuje od dziewczyny coraz "lepszych" raportów (czytaj, ma się zbliżyć do figuranta na odległość członka podczas wzwodu), z drugiej jest o dziewczynę zazdrosny. Oraz dramat literata w podeszłym już wieku, który daje się usidlić pięknej, młodej, zalotnej... W tle, równie ważne jak losy głównych aktorów tego dramatu, dramat Polski. Polski, na czele której stoją, cytując zdjęte wtedy ze sceny Mickiewiczowskie Dziady, "cisi, ciemni, mali ludzie". Oprócz zajmującej historii, która boli niczym uderzenie milicyjnej pały wielką zaletą tego filmu jest genialne aktorstwo. Przede wszystkim Andrzeja Seweryna (w roli Adama Warczewskieg) oraz denerwującej na początku, ale pod koniec naprawdę bardzo przekonującej Magdaleny Boczarskiej, której nie lubię, ale w tym filmie stanęła na wysokości zadania. Jednak także Roberta Więckiewicza, który urodził się chyba do grania takich ordynarnych chamów jak kapitan Rożek oraz Jan Frycz bardzo sugestywnego w roli wysokiego rangą SB-eka. Wszystko wieńczy bardzo dobra muzyka Michała Lorenca, który nie pierwszy raz udowadnia, że jest mistrzem w komponowaniu delikatnych i zapadających w ucho melodii, które świetnie ilustrują przewijające się na ekranie obrazy nadając im odpowiednią dawkę emocjonalną. 


Moja ocena 9/10

Bogowie (2014)
Jako ostatni w tym zestawieniu pojawia się film równie dobry jak ten opisywany przeze mnie przed chwilą, choć zupełnie inny. Nie mniej ważny pod względem opowiadanej historii (która swoją drogą również jest opowieścią na faktach) i prezentowanych postaci, jednak o zdecydowanie innej dynamice. Ten film aż buzuje od emocji, od chęci działania, od pomysłów. Historia profesora Religi była już recenzowana setki razy, więc moje kilka słów nie wniesie wiele do dyskusji, ale nie byłbym sobą gdybym ich nie wypowiedział. Bez rozwlekania się, napisze tylko, że świetne aktorstwo Kota wcielającego się w postać Religi, ale przecież nie tylko, bo również Piotra Głowackiego, który z każdą kolejną produkcją coraz bardziej mnie zadziwia i staje się jednym z moich faworytów w rolach drugoplanowych (choć wydaje mi się, że równie dobry będzie w pierowszoplanówce) są niekwestionowanymi atutem tej produkcji. Również bardzo sugestywne kreacje Jana Englerta, Zbigniewa Zamachowskiego, czy też Szymona Warszawskiego i Rafała Zawieruchy na dalszym planie powodują, że film ten jest jedną z lepszych produkcji ostatnich kilku, jeśli nie kilkunastu lat. Bezprecedensowość w dążeniu do swoich celów, mocna i charyzmatyczna osobowość profesora Religi powoduje, że ten świetnie napisany i nakręcony film prezentujący początki jego obfitującej w późniejsze sukcesy kariery, jest historią, która pozwala uwierzyć w ludzkie możliwości i zapada w pamięć jak mało która. W to, że jesteśmy zdolni do rzeczy wielkich i wiekopomnych. Jeśli tylko znajdą się ludzie na tyle odważni i twardzi, aby przekuć swoje marzenia w rzeczywistość przeciwstawiając się głosom sceptyków, organom władzy i niepowodzeniom, a często także i własnym słabościom. Podsumowując, jeśli jeszcze nie widzieliście tego filmu, to nie pozostaje Wam nic innego, jak rzucić wszystko i nadrobić zaległości. Jest naprawdę bardzo nikłe prawdopodobieństwo, że zakończycie ten seans rozczarowani!


Moja ocena 9.5/10

środa, 16 lipca 2014

[82-84] Filmowy Flesz #11: "Miejsce zbrodni: Witamy w Hamburgu" (2013); "Stan Zagrożenia" (1994); "Combustión" (2013); "Stritrejserzy" (2008)


Dużo oglądam - dużo recenzuje :) Tak pokrótce można scharakteryzować moją galopadę z kolejnymi, publikowanymi w lawinowym tempie, odsłonami Filmowego Flesha. Dziś pora na kolejny (do następnego powoli zbiera się materiał ;]), już #11. Zapraszam!

"Miejsce zbrodni: Witajcie w Hamburgu / Tatort: Wilkommen in Hamburg" (2013)

Dziś zacznę nietypowo, bo do filmów zakwalifikuję serial, a może coś bardziej na miarę serii telewizyjnej. Jest nim mianowicie "Tatort", czyli po polski "Miejsce zbrodni", czyli jeden z dłużej emitowanych niemieckich seriali kryminalnych. Jego początki sięgają końca 1970, a do tej pory wyprodukowano, bagatela, 908 odcinków. Jest to jednak prawie nie znana rzecz w naszym kraju (choć był on szeroko dystrybuowany w krajach niemieckojęzycznych takich jak Austria i Szwajcaria), a że odcinek, który oglądałem trwał ponad półtorej godziny potraktuję go jako oddzielną jednostkową całość. Głównym bohaterem jest komisarz Niklas "Nick" Tschiller (w którego bardzo dobrze wciela się Til Schweiger), facet po przejściach, po rozwodzie wychowujący samotnie córkę. Po przeniesieniu z oddziału specjalnego jest obecnie jednym z funkcjonariuszy hamburskiej Polizei. Osią fabuły jest próba rozbicia gangu zajmującego się handlem żywym towarem w postaci młodych dziewcząt z wschodniej Europy. W trakcie prowadzonego śledztwa Nick wśród zamieszanych w to ludzi dostrzega jednak swojego starego przyjaciela co zdecydowanie komplikuje sprawę. Ciekawie poprowadzona akcja potrafi wciągnąć widza w wir wydarzeń. Wyraziści bohaterowie, często budowani na zasadach kontrastów, a także połączenie brutalnego życia gliniarza z wychowywaniem nastoletniej córki często prowadzą do sytuacji humorystycznych. Ogólnie serial może być ciekawy, jednak chyba raczej nie do dostania w Polsce. Zostaje więc obejrzenie tego jednego jedynego odcinka jako filmu kryminalnego po prostu. Ja tak zrobiłem i nie żałuje. 

Idealny Jack Reacher :D
Ocena - wciąż się waham czy 6.5 czy 7/10

"Stan zagrożenia / Clear and Present Danger" (1994)

A jednak się skusiłem na obejrzenie ostatniej z dotychczas nakręconych części przygód o Jacku Ryanie i muszę przyznać, że nie znając książkowego pierwowzoru (tej części jeszcze nie przeczytałem) oglądało mi się film całkiem nieźle. Choć dalej twierdzę, że Harrison Ford zupełnie się nie nadaje do tej roli. Koniec. Kropla. Ale filmik był spoko. Narkotykowy kartel morduje rodzinę na łodzi. Po chwili okazuje się, że ojciec rodziny był bliskim przyjacielem prezydenta USA, o czym mordercy nie mieli pojęcia. Wujek Sam wypowiada wojnę przestępcom i wysyła potajemnie oddział żołnierzy do zlikwidowania najważniejszych celów. W tym czasie Ryan w wyniku choroby przełożonego zaczyna pełnić obowiązki szefa CIA, a po kilku niefortunnych zabiegach cała odpowiedzialność za potajemną akcję spada na niego. Film jak zwykle jest bardzo rozbudowany, akcja toczy się wielotorowo co wielu odbiorcom może utrudnić recepcję całości jako spójnej i niezaburzonej. Jednak jeśli ogląda się uważnie, to nie powinno być z tym żadnych problemów. W tej części znów pojawiło się kilka zupełnie nie trafionych wyborów castingowych, które tym razem przemilczę, jednak na jeden tym razem bardzo dobry chciałbym zwrócić szczególną uwagę. Przez cały seans nie mogłem przypomnieć sobie nazwiska, ale wiedziałem skąd go pamiętam. Po sprawdzeniu okazało się, że dobrze mi się wydawało. Był to ten sam aktor, który grał Bucho w "Desperado", czyli Joaquim António Portugal Baptista de Almeida znany bardziej jako Joaquim de Almeida. Facet idealnie nadający się do takich właśnie ról, tajemniczych południowców lub latynoskich twardzieli. Co do reszty, to zupełnie nie widzę w tym filmie miejsca dla Jamesa Earl Jonesa ani tym bardziej dla Willema Dafoe, ale nic na to nie poradzę. Jednak całość ogląda się dość dobrze, choć bez fajerwerków.

Żałosny Jack Ryan :D
Ocena 6/10

"Combustión" (2013)

Pamiętacie "The Fast and the Furious"? A pamiętacie takie powiedzonko z "Bad Boysów" "Każdy chce być taki jak Mike"? To teraz dodajcie jedno do drugiego i wyjdzie Wam, że Hiszpanie też chcą mieć swoich "Szybkich i wściekłych". Czy im to wyszło równie dobrze jak Amerykanom przeszło 13 lat temu? O tym postaram się w kilku zdaniach opowiedzieć. Po pierwsze chciałbym zaznaczyć, że chyba się zakochałem :D Nie no, żartuje, ale Adriana Uragte grająca główną rolę kobiecą, jest śliczna :) Dodatkowo sceny erotyczne są nakręcone bardzo zmysłowo i mogą przyspieszyć bicie serca. Przechodząc już do samej fabuły, to wydaje się ona trochę nierówna i w niektórych miejscach nielogiczna. Kolejnym zarzutem jest fakt, że nie wszystko co jest wspomniane w filmie zostaje wystarczająco wyjaśnione, co czasami powoduje pewną konsternację u widza. Mamy tutaj do czynienia z grupą przestępców: Ari (Adriana Ugarte), Navas (Alberto Ammann) i Nano (Christian Mulas, którzy starają się zdobyć szybkie pieniądze (na jakiś wyścig w Lizbonie - jest to jeden z tych niewyjaśnionych wątków) okradając bogatych mężczyzn "przy pomocy" Ari, która ich uwodzi a później jak już ląduje u nich w domu wpuszcza przyjaciół i udaje, że również się boi napadu :D Kłopoty pojawiają się w momencie kiedy starają się okraść Mikela, w którym Ari się zakochuje. Do rabunku nie dochodzi, ale cała sprawa i tak mocno się komplikuje. Na drugim planie mamy troszkę wyścigów samochodowych. I choć auta są ciekawe (Ferrari F430, Porsche Panamera Turbo, Porsche 911 GT3, Ferrari 458 Italia itp.), to jak na "Szybkich i wściekłych" made in España jest tego zdecydowanie za mało. Całość ogląda się raczej jak romans z dodatkiem wyścigów niż film o ścigantach czy też nawet film akcji. Jednak nie mogę stwierdzić jednoznacznie, że jest to film zły. ponieważ w pewnych momentach trzyma w napięciu i seans przebiega dość przyjemnie. Polecam jako ciekawostkę zza granicy ;)

To już jeden z ostatnich kadrów, ale za to jakże okazały :]
Ocena 6/10

"Stritrejserzy / Stritreysery" (2008)

Ojejku... W tym przypadku również mamy do czynienia z tym, że każdy chce mieć swoich "Szybkich i wściekłych", jeśli jednak Hiszpanom udało się połowicznie, to Rosjanom nie udało się wcale. Film to jedna wielka cepelia. Jest żałosny pod względem wizualnym i niezrozumiały pod względem fabularnym. Akcja jest chaotyczna i niezrozumiała. Samochody są po prostu przykre, a realizm przedstawionych sytuacji ma poziom "Transformerów" (wyobraźcie sobie np Ładę Samarę w ulicznym wyścigu z Ferrari Testarossa? swoją drogą to Ferrari, to był chyba najjaśniejszy punkt całego tego filmu). Najgorsze jest to, że prawie do końca nie wiadomo o co w tym filmie chodzi i nie wiemy co jest osią fabuły. W momencie kiedy się dowiadujemy jest to tak wyjaśnione, że powtórzyć nie potrafię. Jedyny pozytywny akcent to przyzwoita rola Nikolaya Chindyaykina grającego rolę ojca głównej bohaterki - ścigantki - i zarazem podpułkownika milicji. Jest po prostu zabawny. To wszystko, ale to i tak sporo w porównaniu z całokształtem. Nie ma co się dalej rozpisywać. Napisze tylko, że jest to mniej więcej film na poziomie jednego z odcinków "Ojca Mateusza" o motocyklowych ścigantach. Ten sam poziom beznadziei. Jedyne co go ratuje, to w miarę przyzwoity soundtrack.

Cepelia, normalnie cepelia :(
Ocena 3/10

piątek, 16 maja 2014

[72-75] Filmowy Flesz #8: "Z miłości do... / Song for Marion" (2012); "Whisky dla aniołów / The Angel's Share" (2012); "Lwie serce / Lionheart" (1990); "Wyścig po życie / Getaway" (2013)


Z racji tego, że nie chcę całkiem zapomnieć treści filmów jakie oglądałem już jakiś czas temu, i póki mam ich świeży, ale dobrze "przetrawiony" obraz w pamięci, dziś kolejny Filmowy Flesh. Zapraszam!

"Z miłości do..." (2012)  

Pierwszym filmem jaki dziś omówię jest brytyjski komediodramat Paul'a Andrew Williams'a z roku 2012 pod tytułem "Z miłości do...". I choć, jak w większości przypadków, oryginalny tytuł jest o wiele lepszy, to jednak i nasz tłumaczenie oddaje istotę filmu. A film opowiada nam spokojną, delikatną, miejscami wzruszającą, historię o... miłości. Tak, to chyba będzie najodpowiedniejsze określenie tematyki. Mamy tutaj parę zakochanych w sobie ludzi, z których jedno, z powodu podeszłego już wieku i choroby, zbliża się do kresu swoich dni. Reżyser bardzo umiejętnie pokazał w tym filmie konflikt jaki rodzi się w mężu, który z jednej strony chciałby mieć swoją ukochaną żonę tylko dla siebie i przy okazji nie narażać jej na wysiłek związany z jej nowym hobby. A z drugiej, mimo wszystko nie chce jej zabraniać w tych ostatnich chwilach życia robienia tego co sprawia jej przyjemność - śpiewania w chórze seniorów - i spotkania z przyjaciółmi. Do tego dochodzą konflikty z synem, z którym nasz bohater, Arthur (Terence Stamp), nie dogaduje się zbyt dobrze. I mimo chęci zmiany całej tej sytuacji nie jest to takie proste jakby się mogło wydawać. Jednak cała ta fasada, ten mur jaki buduje wokół siebie Arthur - ta jego niedostępność, oschłość, opryskliwość - jest tylko zasłoną, próbą odgrodzenia się od cierpienia, a także konsekwencją życiowych trosk i zgryzot. Jednak Arthur spotyka na swojej drodze Elizabeth (świetna Gemma Arterton), instruktorkę chóru, w którym śpiewa jego żona. A trzeba wiedzieć, że nie jest to całkiem standardowy chór. Staruszkowie mają w repertuarze rap, rock i nie jeden kawałek o seksie. Instruktorka także nie jest zwyczajna, choć pozory - ładna i młoda nauczycielka śpiewu - mogły by nam mówić co innego. Jednak Elizabeth ma problemy komunikacyjne w grupie swoich rówieśników - przez co wciąż jest samotna - i najlepiej dogaduje się właśnie ze staruszkami. W taki oto sposób spotyka się dwoje ludzi, którzy są od siebie tak różni, jak to tylko możliwe. Jednak łączy ich ta sama pasja. Arthur po stracie żony chce wypełnić pustkę tym czym żyła w swoich ostatnich dniach - śpiewaniem. A Elizabeth chce mu w tym pomóc. Jest to piękna opowieść o życiu, przezwyciężaniu słabości, radzeniu sobie z problemami zewnętrznego świata i konfliktami wewnątrz nas. Odnajdywaniu siebie na nowo w momencie kiedy myśleliśmy, że już nic nie może się zmienić. I na szczęście Williams nie pokazuje nam tego w sposób prostacki i banalny, jak to czasami ma miejsce w amerykańskich gniotach. Tak, że wszystko ocieka lukrem i aż mdli. Tutaj subtelność i końcowe niedopowiedzenie jest esencją tego obrazu. Zdecydowanie polecam!

Ocena ogólna 8/10

"Whisky dla aniołów" (2012)

Oryginalny tytuł tego filmu - "The Angel's Share" - jest znanym w kręgach pasjonatów whisky procesem, polegającym na odparowywaniu pewnej części alkoholu z beczek podczas jego starzenia. Stąd też starsze whisky są z reguły o wiele droższe od tych młodych, ponieważ producenci otrzymują zdecydowanie mniej gotowego produktu. Już w przypadku siedmiu lat leżakowania alkoholu w beczkach jego utrata waha się w w granicach 14%, a najpopularniejsze roczniki większości destylarni mają lat od 10 do 12, a co dopiero mówić o tych, które mają lat 25, 30, 40. A są też przecież i takie whisky - choć bardzo rzadko spotykane - które liczą sobie nawet po 50 lat w beczce! Nie dziwmy się więc, że i ceny dochodzą do kilkudziesięciu tysięcy złotych za butelkę. Ale widzę, że recenzja ta zaczyna przybierać kształt wykładu z gorzelnictwa, więc kończę te smuty i przechodzę do rzeczy. A rzecz w tym, iż sam tytuł filmu i proces, który omówiłem ma jako-takie powiązanie z głównym wątkiem tego obrazu. Ale o tym później. Zacznijmy od tego, że film ten z grubsza opowiada o grupce zupełnie nie znających się osób, które w wyniku większych lub mniejszych przewinień zostały przez sąd skazane na prace społeczne. Nasz główny bohater - Robbie (Paul Brannigan) - jest chłopakiem z kryminalną przeszłością, który właśnie ma zostać ojcem. Jednak jego sytuacja prezentuje się dość kiepsko. Rodzina jego partnerki chce, żeby zostawił ją w spokoju, a dodatkowo zaczyna go prześladować jego przeszłość materializująca się jako kilku "typków' chcących mu spuścić bęcki. W całym tym natłoku wypadków, owe prace społeczne są najlepszym co mogło mu się przytrafić, ponieważ poznaje tam Harrego, opiekuna grupy, który przez dziwny zbieg okoliczności odkrywa, że chłopak ma talent do rozpoznawania smaków whisky. Robbie dochodzi do wniosku, że jest to sposób na odmienienie swojego życia. Jednak zanim przystąpi do realizacji swoich legalnych planów, ma w zanadrzu coś nie do końca zgodnego z prawem - choć jeśli się uda - bardzo dochodowego. I właśnie do tego przedsięwzięcia najlepiej, moim zdaniem, pasuje tytuł, czyli do znikania whisky. Ale podsumujmy film. Sama historia rozpoczyna się jak typowe kino społeczno-problemowe. Mamy grupkę wyrzutków z ich problemami i ich zmaganie się z życiowymi meandrami. Później jednak film przeradza się w lekką komedyjkę z whisky w tle. Czy to dobry zabieg? Chyba nie, gdyż film ten nie przekonał mnie na żadnej z płaszczyzn. I choć patologia tam prezentowana jest podobna do tej, którą można zaobserwować w naszym kraju, to jakoś klimat tej opowieści do mnie nie trafił. Ani jego część problemowa, ani tym bardziej ta, gdzie ci młodzi ludzie zgłębiają tajniki degustacji whisky, nie były na tyle spójne i zharmonizowane, aby tworzyło to jakąś gładką do przełknięcia całość. Moim zdaniem Ken Loach tym razem się nie popisał, ale i tak planuje dać mu jeszcze szansę i zobaczyć "Szukając Erica". A ten film nie jest jednak całkiem zły i można go sobie w wolnej chwili zobaczyć.

Ocena ogólna 6/10

"Lionheart" (1990)

Ostatnio lubię sobie tuż przed snem włączyć jakiegoś "gniotka" z JCVD w roli głównej. Przy okazji albo przypominając sobie największe hity z jego filmografii, albo uzupełniając ją o filmy, których jeszcze nie widziałem. Tym razem trafiło na "Lwie serce" - produkcję z roku '90, która już kiedyś oglądałem, ale było to tak dawno, że nie pamiętałem już zupełnie jej fabuły. A okazało się, że jest ona bardzo prosta (jak zwykle zresztą w tego typu filmach) i opowiada historię żołnierza Legii Cudzoziemskiej (to już chyba drugi raz kiedy JCVD jest legionistą :D; był też wszakże film pt. "Legionista", z nim w roli głównej, z 1998), który ucieka z armii, ponieważ jego brat został poważnie okaleczony. Lyon chce go zobaczyć, może po raz ostatni, i pomóc jego żonie i córce. O dziwo, nie ma tutaj ani słowa o zemście, co w tego typu scenariuszach jest regułą. Motywem przewodnim tej opowieści są nielegalne walki za pieniądze organizowane przez Cynthie (Deborah Rennard), bogatą blond lalę, której się wydaje, że każdego można kupić. W dostaniu się na szczyty Lyonowi pomaga Joshua (Harrison Page) - były zawodnik, dawno temu kontuzjowany, ale wciąż posiadający koneksje - który początkowo chciał na nowym koledze zarobić trochę kasy, a później zmienił zdanie. W tle mamy nawiązywanie zerwanego w drastyczny sposób kontaktu z rodziną i pościg legionistów za Lyonem (trochę mi się przypomina wątek z Helmerem i Rawlinsem z "Bloodsport", a i ogólnie całość też jest dość podobna). Film ogląda się dość dobrze. Walki są ciekawe pod względem choreograficznym, choć raczej baletowe niż prawdziwe, jednak taki urok tego kina. Historia nie trzyma zbyt mocno w napięciu, ale da się ją raz na jakiś czas obejrzeć. I mimo, że "Lwie serce" nie należy i nie będzie należał do moich ulubionych filmów z tamtej epoki i gatunku, jak i tych z dorobku JCVD, to uważam, że na pewno choć raz warto go zobaczyć. 

Ocena gatunkowa 6/10
Ocena ogólna 4/10

"Wyścig po życie" (2012)

Zamysł ciekawy - wykonanie żałosne. Tak w jednym zdaniu mógłbym wyrazić swoją opinię na temat tego filmu. Jeśli jednak miałbym napisać coś więcej, to też raczej nie byłoby to nic pochlebnego. Bo w sumie co dobrego można powiedzieć o filmie, który jest nie dość, że nierealny (choć nie jest fantastyczny), to do tego ma raczej sztampowy i przeciętny scenariusz, a aktorzy oraz ich gra jest raczej poniżej standardowego ich (przynajmniej w przypadku Ethan'a Hawke'a, bo Seleny Gomez jeszcze nigdy wcześniej nie widziałem) poziomu? Nic. A gdyby się postarać to może i dało by się to obejrzeć. Ale Courtney Solomon nie jest znany z angażowania się w dobre produkcje, więc i ta była taka jak wszystkie poprzednie. Po prostu bardzo przeciętna (filmwebowa ocena to 5.3; IMDb 4.3). Historia byłego kierowcy wyścigowego, któremu jakiś szaleniec porywa żonę i za jej odzyskanie żąda demolowania miasta super podrasowanym samochodem należącym do Seleny G.? No sorki, taki numer nie przejdzie. I gdyby chociaż motyw pościgów był zrobiony autentycznie, to może bym tę mierność historii wytrzymał, ale autorzy stwierdzili, że powiedzenie na początku filmu, iż samochód został specjalnie wzmocniony i podrasowany wystarczy żebym uwierzył w to, że jest w stanie wytrzymać całodobowe odbijanie się od ścian jedynie z zarysowanym lakierem. Brednie. Krótko mówiąc totalny przeciętniak z dziwnie dobrą, ale niewykorzystaną obsadą (gdzieś w tle pojawia się jeszcze John Voight). 

Ocena gatunkowa 5/10
Ocena ogólna 3/10

Ok, to już wszystko, ale niedługo możecie się spodziewać kolejnego flesha, w którym takie filmy jak "Szatan z siódmej klasy" i "Czarny orzeł" ;)

środa, 7 maja 2014

[63-66] Filmowy Flesz #6: "Naiwniak/Nobody's Fool" (1994); "AmbaSSada" (2013); "Ratując pana Banksa/Saving Mr. Banks" (2013); "Hobbitt: Pustkowie Smauga/Hobbit: The Desolation of Smaug" (2013)

W ostatni majowy weekend, z racji tego, że pogoda dopisała tyko częściowo, miałem sporo czasu na oglądanie filmów. Nadrobiłem kilka zaległości w wielkich tytułach sprzed kilku miesięcy, ale też udało mi się obejrzeć filmy starsze. Dziś kolej na następne cztery krótkie recenzje, czyli 6 odcinek Filmowego Flesha. Zapraszam!

"Naiwniak / Nobody's Fool" (1994)

Pierwszym i niezaprzeczalnie najlepszym filmem z dzisiaj omawianych jest na pewno "Naiwniak". Jedna z późniejszych kreacji, zawsze genialnego Paula Newmana. W 1995 roku Newman był za nią nominowany do Oscara za rolę pierwszoplanową, oraz do pięciu innych nagród, przy czym udało mu się zdobyć Srebrnego Niedźwiedzia na Berlinale. Wydaje mi się, że ten zachwyt nad jego kreacją nie jest bezpodstawny. Sully Sullivan, w którego wciela się Paul Newman jest tak naprawdę postacią ciągnącą film, utrzymującą uwagę widzów i skupiającą całą sympatię publiczności. I choć w tym dość kameralnym i bezfajerwerkowym filmie Roberta Bentona (reżyseria i scenariusz) praktycznie nic się nie dzieje, to jednak jest on niezaprzeczalnie urokliwy i optymistyczny. Ot, zwykła mała mieścina, przeciętni ludzie ze swoimi problemami i słabostkami, senne, nudne ulice i ta małomiasteczkowa znajomość wszystkich ze wszystkimi. Na tym tle postać Sullivana, podstarzałego nieudacznika, faceta z rozbitą rodziną, brakiem kasy i własnego konta. Gdyby nie sposób w jaki została ona wykreowana i zagrana, to pewnie nawet nie zwróciłaby naszej uwagi, jednak jest w niej coś ujmującego. Pod pokładami złośliwości i zgryzot kryje się ciepły i dobry człowiek, który kiedyś popełnił na swojej drodze błędy i teraz musi żyć z ich konsekwencjami. Dodatkowym atutem filmu są także postaci drugoplanowe, w których możemy zobaczyć m.in. Bruce'a Willisa grającego szefa Sully'ego, Carla Roebucka, drobnego oszusta i niewiernego męża, a także Melanie Griffith wcielającą się w rolę zdradzanej żony Tony Roebuck, kobiety dojrzałej i pięknej jednak nieszczęśliwej i niedocenianej, bardzo ochoczo zarazem adorowanej przez naszego podstarzałego rozwodnika Sully'ego. W tle pojawiają się jeszcze sprawy takie jak próba ułożenia swoich stosunków z synem (w tej Dylan Walsh), odkrycie uroków ojcostwa przeniesionych na wnuka, przyjaźń, zazdrość i drobny konflikt z prawem (w roli policjanta młody Philip Seymour Hoffman). Film, choć na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że nudny, to jednak absorbuje naszą uwagę dobrze opowiedzianą historią (nominacja do Oscara za scenariusz), ciekawymi postaciami i solidną grą aktorską, w której oczywiście na największe brawa zasługuje Paul Newman. Zdecydowanie polecam.

Ocena gatunkowa 8/10
Ocena ogólna 7/10

"AmbaSSada" (2013)

Widząc jakiś czas temu w kinie zwiastun najnowszego filmu Juliusza Machulskiego pomyślałem sobie: "OMG! Jaki gniot :/". Trwałem w tym przeświadczeniu dość długo. Dokładnie do momentu, kiedy kilka dni temu wreszcie postanowiłem ten film obejrzeć. Tak po prostu. Z nudów. Bez żadnych większych oczekiwań, a raczej z przeświadczeniem, że będzie to chała jakich mało. Film jednak okazał się świetnie skonstruowaną, minimalistyczną pod względem formy (kilka pomieszczeń i 2-3 "plenery") komedią absurdów. Genialny pomysł z osadzeniem akcji w byłej ambasadzie Niemieckiej w Warszawie, zbombardowanej przez niemieckie lotnictwo, w której każda przejażdżka windą na inne niż 4 piętro przenosi nas w czasie do starej Warszawy tuż sprzed wybuchu wojny. Dodatkowo szpiedzy, utajniona wizyta Hitlera, niezapowiedziany nalot i przypadkowa śmierć sobowtóra Fuhrera na schodach Reichstagu sprawiają, że jest to typowa historia co by było gdyby, kończąca się ciekawym obrazem niedoszłej rzeczywistości. Ja wiem, że większość z Was oceni ten film na jakieś 4-5/10 i może nawet będziecie mieli słuszność, ale mnie ten film naprawdę się podobał. Wszystko mi zagrało. Ta sztuczność postaci, czasami przypominająca bardziej występ teatralny niż grę w filmie (najbardziej widoczne u dwojga głównych bohaterów: Melani - Magdalena Grąziowska i Przemka/Antona - Bartosz Porczyk). Ta karykaturalność i przerysowanie bohaterów (żałośnie nieporadny Hitler w roli Więckiewicza był naprawdę śmieszny). Ten kontrast między teraźniejszością i przeszłością. Nawet te absurdalne podróże w czasie i porwanie Fuhrera. Moja dobra recepcja tego obrazu mogła jednak także być wynikiem majówkowego nastawienia do świata. Nie wiem. Być może, aby się utwierdzić w tym przekonaniu, obejrzę sobie "AmbaSSadę" już w pełni władz umysłowych, ale póki co jestem na TAK!

Ocena gatunkowa: 8/10
Ocena ogólna: 6/10

"Ratując pana Banksa / Saving Mr. Banks" (2013)

Trzecim z dziś opisywanych filmów będzie "Ratując pana Banksa", czyli najnowszy obraz z wielkim Tomem Hanksem i troszkę zapomnianą już Emmą Thompson w rolach głównych. Ten biograficzny komediodramat jest bardzo zgrabną i miejscami wzruszającą opowieścią przede wszystkim o historii i genezie powstania jednej z niezapomnianych literackich, a za sprawą właśnie Walta Disneya także filmowych, postaci jaką była Mary Poppins. A także o wieloletniej negocjacji filmowego magnata ze skromną i niezbyt zamożną pisarką dotyczącą możliwości zekranizowania jej historii. P.L. Travers (Emma Thopmson) jako nie młoda już, lekko zgorzkniała, pełna wszelakich nawyków i mocno konserwatywna Brytyjka jest osobą, którą ciężko nam polubić, jednak nie czujemy też do niej jakiejś otwartej niechęci. Dodatkowo pomaga nam w tym wplatane w obraz aktualnych wydarzeń retrospekcje pokazujące dość wczesne dzieciństwo pisarki i wszystkie ważne, fundamentalne wydarzenia, które ukształtowały ją jako osobę. A także miały wielki wpływ na obraz rodziny Banksów, a w szczególności pana Banksa, oraz tajemniczej Mary Poppins. Disney w wykonaniu Hanksa jest natomiast człowiekiem amerykańsko otwartym, uśmiechniętym, szybko skracającym dystans dzielący go z ludźmi. Dla niego mówienie do dopiero co poznanej osoby po imieniu jest rzeczą absolutnie naturalną. Dla pani Travers absolutnie karygodną i niepoprawną. Ich relacje są budowane na kontrastach. Zresztą prawie każde spotkanie czy też rozmowa P.L. Travers z mieszkańcami słonecznej Kalifornii jest swojego rodzaju konfrontacją konserwatywności i oschłości z otwartością i pogodą ducha. Także sama sprawa z akceptacją przez pisarkę scenariusza posunięta jest do granic absurdu. Jej dokładność przy analizowaniu każdego aspektu opowiadanej historii, świata przedstawionego, a także budowy postaci jest naprawdę zaskakujące. Jednak takie postępowanie jest jakoś uzasadnione przez jej biografię. Film jaki udało się stworzyć Johnowi Lee Hancockowi jest obrazem, jak przystało na wytwórnię Walta Disneya, bardzo ciepłym i emocjonalnym, gdzie dziecięca naiwność przeplata się z często gorzką rzeczywistością, który można obejrzeć z całą rodziną. Jest też obrazem sprawnie skonstruowanym, wypełnionym barwnymi i dobrze zagranymi postaciami. Polecam.

Ocena gatunkowa 7/10
Ocena ogólna 7/10

"Hobbit: Pustkowie Smauga / Hobbit: The Desolation of Smaug" (2013)

Ostatni z omówionych dziś filmów jest typowym przykładem przerostu formy nad treścią i chęcią skoku na kasę. Sorry Peter, ale w mojej ocenie zrobiłeś z ciekawej książeczki rozciągnięty do granic możliwości, poruszający zbyt wiele wątków, nudny, a zarazem przepełniony, w złym tego słowa znaczeniu, akcją zakalec. Zamysł był świetny. Uzupełnić trylogię Władcy Pierścieni o poprzedzającą ją historię Bilbo Bagginsa - hobbita podróżnika. Jednak pierwsze rozczarowanie nastąpiło już po zakończeniu pierwszej części. Było tak dlatego, że film ten powinien skończyć się już właśnie na niej. Jest to bowiem wcale nie taka długa, zgrabna historyjka z jednym wątkiem głównym i maksymalnie 2-3 pobocznymi. Rozwlekanie jej w prawie ośmiogodzinny seans jest albo chęcią stworzenia śmiałego eksperymentu pogłębienia charakterologicznego wszystkich postaci, albo nieudaną próbą napakowania tej prostej opowieści jak największą liczną przydługich sekwencji akcji. Z tego co już większość z Was zdążyła pewnie zaobserwować, postacie są głębokie jak mała kałuża po 20 minutowym deszczu, więc to pewnie nie o to chodziło. Natomiast jeśli chodzi o akcję, no tej jest w opór i aż do zeżygania się. I o ile w pierwszej części mi to jeszcze tak nie przeszkadzało (nie wiem dlaczego jednak oceniłem ten film aż na 7/10, muszę chyba obejrzeć go jeszcze raz), to w "Pustkowiu Smauga" czułem się przytłoczony bezpodstawnością rozwlekania tej historii aż do takich rozmiarów. Są jednak dwa elementy, które ratują ten film. Pierwszy z nich to piękna kolorystyka i plenery jakie się w nim pojawiają, choć i tak raczej nie umywające się do tych z "Władcy...". Drugi pojawia się dopiero podczas napisów końcowych i jest piękną balladą Eda Sheerana "I see fire". Tak genialnego utworu, tak kompleksowo stworzonego (tekst, muzyka i wykonanie większości partii muzycznych: gitara, skrzypce, jest dziełem tego niespełna 23 letniego Brytyjczyka) utworu dawno nie słuchałem. Dodatkowym atutem jest to, że świetnie uzupełnia klimat filmu, ale można go także słuchać oddzielnie, nie tracą praktycznie nic z jego magii. 

Ocena gatunkowa 6/10
Ocena ogólna 4.5/10

Na zakończenie proponuję po delektować się dźwiękami wspomnianej ballady :) See ya!


środa, 30 kwietnia 2014

[59-62] Filmowy Flesz #5: "42 - Prawdziwa historia amerykańskiej legendy" (2013); "47 Roninów" (2013); "The Seven-Ups" (1973); "13" (2010)

Tak jak pisałem, wczoraj była przerwa na reklamy, ale dziś wracamy już do dalszej części programu :) A z racji tego, że na dyżurze mam chwilę czasu, bo i tak nikt do mnie nie przychodzi, to dziś kolej na następny Filmowy Flesh, czyli kilka krótszych form dotyczących filmów, które według mnie nie wymagają samodzielnych recenzji. Zaczynamy!

"42 - Prawdziwa legenda amerykańskiej legendy" (2013)

"42" jest to biograficzny dramat sportowy. Taka jego charakterystyka byłaby najbardziej adekwatna do tego co widzimy na ekranie. A przedstawia on historię przełomu w amerykańskim baseballu. Przełomu jaki dokonał się za sprawą Jackiego Robinsona (Chadwick Boseman), a także Brancha Rickeya (Harrison Ford). A polegał, ów przełom, na wprowadzeniu do zawodowej ligi MLB gracza czarnoskórego, co w tamtych czasach (połowa lat 40.) było nie do pomyślenia. Jednak pomyślał o tym Rickey, który w dwa lata po objęciu fotela prezydenta i menadżera generalnego klubu Brooklyn Dodgers postanowił taki krok przedsięwziąć. Kazał swoim asystentom wybrać najlepszego gracza ligi czarnoskórych i dać mu szansę gry najpierw w zespole "rezerw", a później w drużynie Dodgersów. Tym zawodnikiem był Jackie Robinson grający z numerem 42. To on zrobił ten pierwszy krok i swoją genialną grą oraz nienaganną postawą życiową poza boiskiem sprawił, że w lidze z każdym rokiem Afroamerykanów było coraz więcej. Ludzie, początkowo wrogo do niego nastawieni, zaczynali się przekonywać do jego wyglądy zewnętrznego, a jego gra robiła na nich ogromne wrażenie. Film ten w oryginale nosi tytuł "42", bez tego idiotycznego polskiego dopowiedzenia. Przyczyną tego jest fakt, że numer 42 jest jedynym numerem w tym sporcie, który został bezterminowo wyłączony z użycia. Jest on zarezerwowany jedynie dla Jackiego Robinsona i nikt inny nie może z takim numerem grać w baseball. A sam film? Jest ciekawy, w miarę wciągający, z dobrymi, choć nie rzucającymi na kolana kreacjami aktorskimi. Historia jest dość przewidywalna, ale ogląda się to przyjemnie i pod koniec ludzie płytsi uczuciowo mogą czuć nawet lekkie wzruszenie. Polecam na jakiś spokojny wolny wieczór dla ludzi lubiących takie klimaty. Jednak bez ciśnienia, bo nie jest to film z kategorii must see.

Ocena gatunkowa 6/10
Ocena ogólna 6/10

"47 Roninów" (2013)

Dziś, jak już zapewne zauważyliście będą same filmy z liczbą w tytule. Tak jest też w przypadku "47 Roninów". Jest to zmodyfikowana i skomplikowana opowieść bazująca na japońskiej legendzie. Ja osobiście odnajduje dwa powody takich zabiegów. Po pierwsze film z samymi azjatyckimi aktorami mógłby nie znaleźć odbiorców w Europie, USA i innych krajach zachodnich, więc została wprowadzona postać okrągłookiego Kai'a (Keanu Reeves), który choć biały, to ma związek nie ze światem zza morza a raczej z demonami. Drugi wątek to właśnie te demony, wiedźmy, potwory i czary. Tego wątku także nie pamiętam z książki, którą czytałem kilka lat temu. Była to natomiast opowieść o zdradzie i honorze. Tutaj, jak wiadomo, musiał zostać dołączony jeszcze wątek zakazanej miłości między córką władcy prowincji Miką (Kô Shibasaki) a tym obcym, w tym wypadku Kai'em. Mamy też tego złego, który podstępem i przy pomocy czarów zmusza ojca Miki do popełnienia rytualnego samobójstwa - seppuku - tym samym skazuje wszystkich swoich samurajów na pohańbienie, czyli stanie się roninami, samurajami bez pana. Jednak po roku przywódca roninów Oishi (Hiroyuki Sanada) postanawia powziąć zemstę na człowieku odpowiedzialnym za jego los, a tym samym uratować księżniczkę przed rychłym ożenkiem z tymże złoczyńcą, którym jest Lord Kira (Tadanobu Asano). Co do samego filmu i tego jak ta historia została opowiedziana, to z jednej strony nie była wcale taka najgorsza, choć trochę za bardzo wydumana i przefajnowana jak dla mnie. Byłaby zdecydowanie lepsza, gdyby autorzy dali sobie spokój z całą tą magią, a oparli się na tradycjach Bushido, honorze, męstwie i niezachwianej lojalności tych dzielnych ludzi, jakimi byli roninowie z owej legendy. Wolałbym zobaczyć coś podobnego do "Ostatniego samuraja" niż to co Carlowi Rinschowi wyszło. 

Ocena gatunkowa 6/10
Ocena ogólna 4/10

"The Seven-Ups" (1973)

Jest to jeden z filmów wpisujących się w bardzo popularny na przełomie tat 60. i 70. nurt kina policyjnego. Powstał wtedy szereg obrazów o podobnej tematyce, klimacie i poruszających się w tej samej konwencji. Najsłynniejsze to "Bullitt" (1968) i "Francuski łącznik" (1971). "The Seven-Ups" to jeden z nich, wyprodukowany zresztą przez tego samego człowieka - Phillip'a D'Antoni'ego - i chyba niesłusznie zapomniany. Opowiada on wycinek z działalności specjalnej jednostki policji nazywanej właśnie "The Seve-Ups" (choć nie wiem tak naprawdę do czego się ta nazwa odnosi), która, jak na tamte czasy, używając niekonwencjonalnych metod (działanie tzw. undercover) wyłapywała różnego rodzaju przestępstwa i przekręty. Jej dowódca, Buddy Manucci (Roy Sheider), ma wtykę w mafii, starego przyjaciela jeszcze z dzieciństwa, który podrzuca mu raz na jakiś czas użyteczne informacje. W pewnym momencie zaczyna w mieście dochodzić do porwań dla okupu członków mafii pod przykrywką zatrzymania w celu przesłuchania przez wymiar sprawiedliwości. Na grupę Manucciego spada zadanie rozwiązania tej sprawy. A sprawa się w pewnym momencie dość mocno skomplikuje. Jednak sam film jest w swoim wydźwięku dość prosty. Mamy kilak elementów składowych tego typu produkcji, takich jak pościg, tym razem w przeciwieństwie do tego z Bullitta, wielkimi tapczanami, strzelaniny, zdrady i specyficzny rodzaj ludzi bez skrupułów. Jednak w przeciwieństwo do Bullita film nie jest tak spójny i nie posiada tak charyzmatycznej pierwszoplanowej postaci. Choć mimo wszystko jest to obraz warty uwagi. 

Ocena gatunkowa 7/10
Ocena ogólna 5/10

"13" (2010)

Ostatnim filmem całkiem nieprzypadkowo jest film o enigmatycznym tytule "13". Jest to bowiem niebywały gniot. Jego seans był zwyczajną stratą czasu, a konfundująca okładka, która wprowadziła mnie w błąd co do jego tematyki, powinna być jak najszybciej zmieniona. Sugeruje ona bowiem, że będziemy mieli do czynienia z filmem gangsterskim, a przynajmniej czymś na miarę sensacji, a nie psychopatycznego dramatu (thrillera?) z niesatysfakcjonującym zakończeniem. Rodzina młodego chłopaka, Vince'a Ferro (Sam Riley), ma problemy finansowe. On przy wykonywaniu dorywczej pracy elektryka podsłuchuje rozmowę, z którą wiążą się dość spore pieniądze. A po nagłej śmierci osoby w sprawę zaangażowaną, kradnie z jego domu wskazówki jak dostać się na miejsce spotkanie z tą kasą. Okazuje się jednak, że wpakował się w wielki bagno. Będzie zawodnikiem w turnieju, upgrejdowanej przez szajbusa, rosyjskiej ruletki, w której każdy z bogatych zdeprawowanych imbecyli społecznych wystawia swojego człowieka "na strzał", przy okazji obstawiając grube sumy. Film sam w sobie był beznadziejnie niedopowiedziany. Nie poznajemy tak naprawdę żadnego z bohaterów. Oglądamy historię osób, którzy nas nie obchodzą. Historię patologicznie chorą i jakoś dziwnie niespójną. Dodatkowo poziom absurdu postępowania i zachowań postaci tej opowieści sprawia, że wciąż zadajemy sobie masę pytania o ich motywacje. O aktorstwie raczej nie ma mowy. Ot taki produkcyjniak dla debili. Statham i Rourke w obsadzie wprowadzają jedynie w błąd tych, którzy mają ochotę na kawałek dobrego kina akcji.

Ocena gatunkowa 4/10
Ocena ogólna 2/10

niedziela, 27 kwietnia 2014

[57] Film: "Snowpiercer / Snowpiercer: Arka Przyszłości" (2013)

Już pewnie niektórzy z Was zaczęli podejrzewać, że tylko książki i książki. Nie ma obawy, filmy także oglądam, tylko jakoś zdecydowanie mniej chce mi się o nich ostatnio pisać. Jednak w najbliższym czasie pewnie pojawi się kilka recenzji filmowych z racji tego, że na dłuższy czas utknę na antologii reportaży "100/XX". Stąd też dziś pierwsza z nich. A będzie ona mianowicie dotyczyć filmu, który skończyłem oglądać kilka godzin temu (czyli nie już wcześniej obiecywana recenzja "42 - Prawdziwej historii amerykańskiej legendy", ani też "47 Roninów", choć i na nie przyjdzie pora), czyli "Snowpiercer'a" (z polskim podtytułem "Arka przyszłości", który ma się moim zdaniem do treści jak wół do karety).

Zamarznięty świat to wizja na rok 2031

Jeszcze, za pewne, nie wiecie, ale nie lubię kina post-apokaliptycznego, a ten film właśnie do takiej kategorii z grubsza można by zaliczyć. Stąd też moja, bardzo niska ocena dla "Drogi" (2009), która bazowała na nagrodzonej Pulitzerem książce Cormaca McCarthego, i brak zainteresowania innymi tego typu produkcjami. Jednak jakoś tak z nudów, przeglądając ofertę dostępnych filmów, zatrzymałem się na "Snowpiercerze", który zresztą także jest adaptacją, tym razem komiksu, i nacisnąłem play. Czy to był dobry wybór? Ja już zdecydowałem, a poniżej moje przemyślenia.

Rebelianci

Film Joon-ho Bonga (nie wiem kto zacz) opowiada nam o tym, jak po nieudanej próbie przeciwdziałania wciąż wzrastającemu globalnemu ociepleniu poprzez rozpylenie w atmosferze tajemniczego środka o nazwie CW7 (o którym zresztą w dalszej części filmu nie ma ani słowa), ziemię ogarnęło ogólne zlodowacenie, czyli inaczej mówiąc ponowna epoka lodowcowa. Jednak był sobie kiedyś pan Wilford (Ed Harris), który już od dziecka był zafascynowany "ciufciami". Marzył o tym, że kiedyś na stałe zamieszka w pociągu. Pan Wilford ziścił swoje marzenie. Jego pociąg jest ostatnim miejscem na ziemi, na którym panuje życie. Pociąg jest też samowystarczalny, ponieważ napędza go perpetum mobile, a jego odnawialne zapasy pozwalają przeżyć znajdującym się na jego pokładzie ludziom. Jednak pociąg, jak to pociąg, podzielony jest na klasy. My poznajemy tych z ogona, czyli tak jakby najniższy poziom w łańcuchu egzystencji. Zmuszeniu do życia w tragicznych warunkach od przeszło 17 lat (tyle akurat non stop kursuje dookoła ziemi Pociąg) mają już dość bycia traktowanymi jak zwierzęta. Postanawiają wszcząć rewoltę. Na ich czele staje młody Kapitan Ameryka...ups...przepraszam...Curtis (Chris Evans), który pod opieką swojego mentora Gilliama (John Hurt) obmyśla precyzyjny plan jak przejąc władzę nad Pociągiem. Jednak jak możecie się tego spodziewać nie wszystko idzie po ich myśli, a cały plan był tak naprawdę jedną wielką...nie napiszę, bo nie będziecie mieli radochy z seansu ;)

Szalona ministra Mason

Przejdźmy teraz do samego obrazu. Jak on został stworzony? Ano dziwacznie. I miejscami trochę surrealistycznie. Pan Wilford porównywany jest z Bogiem. Lokomotywa nazywana jest Świętą. W pociągu jest nawet szkoła, w której nawiedzona nauczycielka (w tej roli Alison Pill, która bardzo dobrze się sprawuje w roli nawiedzonych psychopatek, ale proszę, nie obsadzajcie jej już w żadnym filmie, który obejrzę!) wybrane dzieci uczą się o wydarzeniach jakie miały miejsce podczas podróży, np.  Rebelia Siedmiorga, czy też Insurekcja McGregora, czyli o buntach jakie zostały zdławione podczas tych 17 lat podróży. A także dość rozwiniętą administrację z panią ministrą (hahahahaha) Mason (świetna Tilda Swinton) na czele. Jedynie brudni rewolucjoniści wyglądają mniej więcej tak jak we wszystkich tego typu filmach. Jeśli natomiast chodzi o grę aktorską, to ona jest nawet w porządku. Postaci są dość wyraziste. Poznajemy dość dobrze historię najważniejszych z nich (po kawałku, bo po kawałku, ale pod koniec wiemy już wszystko co najważniejsze). Chris Evans może troszkę za często płacze, ale można mu to wybaczyć. 

Czas ruszać do boju

Jeśli chodzi o muzykę, nie pamiętam nawet, że jakaś była, więc szału nie zrobiła. Obrazy także nie, bo wszystko dzieje się w wąskich wagonach, czyli kadry są jakby ściśnięte i nie dają zbyt wielkiego pola do popisu. A zamrożony świat za oknami przesuwającego się pociągu jest...nudny. Ot, tu statek, tu jakiś domek, a tam znów kawałek śnieżnej góry. 

Nie ma to jak dobra edukacja, czyli nasza psychopatyczna nauczycielka

Wydaje się jakoby ten film miał nieść ze sobą jakieś przesłanie, ale ciężko mi powiedzieć jakie, więc jeśli ktoś kto już to oglądał wie, niech się podzieli. Ja osobiście wynudzić się nie wynudziłem, ale i filmy bez sensu mnie nie zachwycają z reguły, stąd też i ocena taka a nie inna. 

Ocena gatunkowa 5/10
Ocena ogólna 3/10

Nie mogło przecież zabraknąć też solidnej rąbanki

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...