Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmowy Flesz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmowy Flesz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 maja 2015

[124-127] Filmowy Flesz #19: "Erratum" (2010); "Ida" (2013); "Różyczka" (2010); "Bogowie" (2014)

Dziś przez około 6 godzin z przerwami próbowałem napisać recenzję książki (naukowej lub chociaż popularnonaukowej) na zaliczenie przedmiotu, która jeśli spełni wszystkie wymagania, to może nawet ukaże się drukiem, w co szczerze wątpię. Po tym czasie miałem napisane trzy i pół strony i byłem, można powiedzieć, dopiero w połowie drogi, po czym uzmysłowiłem sobie, że przecież całość nie miała przekroczyć trzech stron (taki wymóg formalny). Załamałem się, poszedłem na spacer do TESCO i postanowiłem rzucić to wszystko w diabły i napisać coś na czym znam się lepiej - zwykłą recenzję zwykłych filmów! Takim oto sposobem mogę Was wszystkich zaprosić na kolejne wydanie Filmowego Flesza, tym razem w całości składającego się z filmów polskich. Co z tego wyniknie - przekonajcie się sami :)

Erratum (2010)
Film ten chciałem obejrzeć już od bardzo dawna. Praktycznie od momentu jego premiery w 2010 roku. Jest jednak we mnie coś takiego, że nie mogę oglądać filmów, na które nie mam ochoty, bo to nigdy się dla nas (filmu i mnie) dobrze nie kończy. Ja tracę jedynie czas. A film dostaje niską notę i piszę mu miażdżącą recenzję. Jednak był sobie trzeci tydzień maja 2015 roku kiedy stwierdziłem, że wreszcie dojrzałem do obejrzenia tego dramatu psychologicznego Marka Lechki, który po pięcioletniej przerwie od czasu premiery Skazanego na bluesa potwierdził, że Tomasz Kot to aktor z wielkim potencjałem jedynie marnujący swój talent w głupich komediach romantycznych. Jednak Z przykrością muszę stwierdzić, że w przypadku Erratum nie pomógł czas. Nie pomogła także ciekawa kreacja Kota. Film był nudny i tak naprawdę nie niósł ze sobą chyba jakichś uniwersalnych prawd tym bardziej nie poruszał zbyt sugestywnie omawianych tematów, ponieważ po 6 dniach od seansu nawet nie pamiętam o czym tak dokładnie był. Nie mam tutaj na myśli tego, że był całkowicie zły, ponieważ pokazanie mężczyzny w średnim wieku (coś koło 35-38 lat), który w wyniku niefortunnego wypadku, podczas którego śmiertelnie potrąca bezdomnego mężczyznę (ten w konsekwencji urazów umiera), musi na kilka dni zatrzymać się w rodzinnym mieście, z którego uciekł do Warszawy z powodu nieporozumień i utarczek z ojcem jest pomysłem ciekawym. To jednak już samo wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Michał (Kot) mimo tego, a może właśnie przez to, że policja umarza sprawę śmiertelnego wypadku postanawia odszukać rodzinę potrąconego mężczyzny i przy okazji wyprostować również swoje relacje z ojcem. Konkluzja filmu jest taka, że oba te zabiegi były bezcelowe, bo mimo iż udało mu się powiadomić o pogrzebie bezdomnego człowieka jego syna, nikt się na nim nie pojawia. A także ojciec Michała, którego porzucił po śmierci matki, jak był tak i pozostał mendą (nic dziwnego, ponieważ w tej roli obsadzony został Marian Paździoch, tfuu... Ryszard Kotys) i żadne zabiegi nie potrafiły tego zmienić. Ot i wszystko. Nudna historia, która ani mnie nie poruszyła, ani specjalnie nie zaciekawiła. Może się nie znam, ale dla mnie to nie jest film nawet dobry. Raczej przeciętny. Warty obejrzenia jedynie po to, żeby zobaczyć jak rozwijał się talent, bądź co bądź, jednego z ciekawszych obecnie polskich aktorów. 


Moja ocena 6/10

"Ida" (2013)
Nasz pierwszy wiekopomny zdobywca Nagrody Akademii... znudził mnie jeszcze bardziej niż Erratum. Jeśli nagrody przyznawaliby jedynie za wciągającą historię, to film ten przegrałby już w przedbiegach. Moim skromnym zdaniem wszyscy wcześniejsi kandydaci do Oscara byli ciekawsi i bardziej zasługiwali na tę nagrodę. A zarzuty, że nagroda jest za to, że film był o Żydach są chyba nie na miejscu, bo W ciemności też było i przegrało. Ale wróćmy do Idy. Historia młodej, pięknej dziewczyny, która wychowywana przez siostry zakonne kilka dni przez święceniami dowiaduje się, że ma rodzinę - siostrę matki - postanawia skorzystać z możliwości opuszczenia klasztoru i ją odnaleźć. Ciocia okazuje się sędziną sądu ludowego, byłą prokurator wielokrotnie skazującą na śmierć, o pseudonimie "krwawa Wanda". Kobiety razem wyruszają na poszukiwanie grobu rodziców Idy (którzy byli Żydami), a  podczas podroży konfrontują swoje światopoglądy. Ta podróż jest dla nich obu wielkim krokiem do spojrzenia wgłąb siebie i odpowiedzi na pytanie co jest w życiu tak naprawdę ważne? Kończy się na poły tragicznie, ponieważ czasami uświadomienie sobie czego się w życiu dokonało i co nas jeszcze w nim czeka nie wróży nic dobrego ani perspektywicznego. Pod względem opowiadanej historii film ten jest jak konstrukcja cepa. Jednak reżyser temu nie zaprzeczał. Jak sam twierdził chciał stworzyć film o ciszy, o wycofaniu w samego siebie i odnajdywaniu własnego ja. Współgrają z tym zdjęcia oraz muzyka. Całość jest naprawdę pięknym subtelnym, minimalistycznym obrazkiem, który daje do myślenia nie tyle o przeszłej epoce, co o uniwersalnych wartościach. I być może te prawdy docenili członkowie Akademii honorując film Pawlikowskiego pierwszym w naszej historii Oskarem. Podsumowując, Ida jest filmem do refleksji, takim który trzeba obejrzeć w ciszy i spokoju nie licząc na żadne fajerwerki. 


Moja ocena 7/10

Różyczka (2010)
Wybrałem sobie filmy nie łatwe. To muszę sobie przyznać. Co za tym idzie filmy te nie są zbyt proste do krótkiego i lapidarnego recenzowania, ponieważ mają wiele kontekstów i wątków, które prawdziwa recenzja powinna poruszać i rozwijać. Jednak w myśl starego chińskiego przysłowia - "Sztuką jest napisać krótko to co wymaga wielu słów" - postaram się zmieścić swoje przemyślenia w następnych kilku zdaniach. Film Różyczka Jana Kidawy-Błońskiego jest właśnie jednym z takich wielowątkowych filmów poruszających trudną i ważną historię naszego kraju. Historię tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa. Co za tym idzie ich agentów prowadzących, a w związku z tym również ich przełożonych. A także, co chyba najważniejsze, osób inwigilowanych. Jakie były ich intencje, motywy, przekonania polityczne, zapatrywania na przyszłość, powinności, czyli pokrótce dlaczego wybierali drogę szpicli i zdrajców lub tez osób do szpiclowania i zdradzania zmuszających. Osób, które potrafiły się zbliżyć do obserwowanych tak blisko, że często dzielili nawet wspólne łoże (łącznie z małżeńskim). Dodatkową wartością tego konkretnie filmu jest fakt, że opowiada prawdziwą historię Pawła Jasienicy, któremu pod koniec lat 60. SB podsunęło młodą dziewczynę mającą na celu jego  "dogłębną" inwigilację. I tutaj zaczyna się cały dramat. Dramat dziewczyny zakochanej w tajnym agencie SB, która zaślepiona zgadza się wcielić w rolę donosiciela. Dramat agenta, który sam nie wie "gdzie mu ciepło", bo z jednej strony oczekuje od dziewczyny coraz "lepszych" raportów (czytaj, ma się zbliżyć do figuranta na odległość członka podczas wzwodu), z drugiej jest o dziewczynę zazdrosny. Oraz dramat literata w podeszłym już wieku, który daje się usidlić pięknej, młodej, zalotnej... W tle, równie ważne jak losy głównych aktorów tego dramatu, dramat Polski. Polski, na czele której stoją, cytując zdjęte wtedy ze sceny Mickiewiczowskie Dziady, "cisi, ciemni, mali ludzie". Oprócz zajmującej historii, która boli niczym uderzenie milicyjnej pały wielką zaletą tego filmu jest genialne aktorstwo. Przede wszystkim Andrzeja Seweryna (w roli Adama Warczewskieg) oraz denerwującej na początku, ale pod koniec naprawdę bardzo przekonującej Magdaleny Boczarskiej, której nie lubię, ale w tym filmie stanęła na wysokości zadania. Jednak także Roberta Więckiewicza, który urodził się chyba do grania takich ordynarnych chamów jak kapitan Rożek oraz Jan Frycz bardzo sugestywnego w roli wysokiego rangą SB-eka. Wszystko wieńczy bardzo dobra muzyka Michała Lorenca, który nie pierwszy raz udowadnia, że jest mistrzem w komponowaniu delikatnych i zapadających w ucho melodii, które świetnie ilustrują przewijające się na ekranie obrazy nadając im odpowiednią dawkę emocjonalną. 


Moja ocena 9/10

Bogowie (2014)
Jako ostatni w tym zestawieniu pojawia się film równie dobry jak ten opisywany przeze mnie przed chwilą, choć zupełnie inny. Nie mniej ważny pod względem opowiadanej historii (która swoją drogą również jest opowieścią na faktach) i prezentowanych postaci, jednak o zdecydowanie innej dynamice. Ten film aż buzuje od emocji, od chęci działania, od pomysłów. Historia profesora Religi była już recenzowana setki razy, więc moje kilka słów nie wniesie wiele do dyskusji, ale nie byłbym sobą gdybym ich nie wypowiedział. Bez rozwlekania się, napisze tylko, że świetne aktorstwo Kota wcielającego się w postać Religi, ale przecież nie tylko, bo również Piotra Głowackiego, który z każdą kolejną produkcją coraz bardziej mnie zadziwia i staje się jednym z moich faworytów w rolach drugoplanowych (choć wydaje mi się, że równie dobry będzie w pierowszoplanówce) są niekwestionowanymi atutem tej produkcji. Również bardzo sugestywne kreacje Jana Englerta, Zbigniewa Zamachowskiego, czy też Szymona Warszawskiego i Rafała Zawieruchy na dalszym planie powodują, że film ten jest jedną z lepszych produkcji ostatnich kilku, jeśli nie kilkunastu lat. Bezprecedensowość w dążeniu do swoich celów, mocna i charyzmatyczna osobowość profesora Religi powoduje, że ten świetnie napisany i nakręcony film prezentujący początki jego obfitującej w późniejsze sukcesy kariery, jest historią, która pozwala uwierzyć w ludzkie możliwości i zapada w pamięć jak mało która. W to, że jesteśmy zdolni do rzeczy wielkich i wiekopomnych. Jeśli tylko znajdą się ludzie na tyle odważni i twardzi, aby przekuć swoje marzenia w rzeczywistość przeciwstawiając się głosom sceptyków, organom władzy i niepowodzeniom, a często także i własnym słabościom. Podsumowując, jeśli jeszcze nie widzieliście tego filmu, to nie pozostaje Wam nic innego, jak rzucić wszystko i nadrobić zaległości. Jest naprawdę bardzo nikłe prawdopodobieństwo, że zakończycie ten seans rozczarowani!


Moja ocena 9.5/10

wtorek, 14 kwietnia 2015

[112-117] Filmowy Flesz #17: "Uwikłanie" (2011); "Los numeros" (2011); "Gracz / "The Gambler" (1974); "Gracz / The Gambler" (2014); "Los Bandoleros" (2009); "Turbo Charged Prelude to 2 Fast 2 Furious" (2003)

Dziś po raz kolejny recenzji nie doczeka się "Samuraj" (którego odkładam od dwóch FF, bo zasługuje na opis w oddzielnym tekście), za to podzielę się ze wszystkim, którzy będą chcieli przeczytać, odczuciami względem tym razem 6 (w tym 2 krótkometrażowych) filmów jakie w zeszłym tygodniu miałem na tapecie (a tak swoją drogą, to kto wie czego dotyczy i skąd się wywodzi przysłowie: "Mieć coś na tapecie"? Odpowiedzi w komentarzach mile widziane). Zapraszam!

"Uwikłanie"
Zaczniemy może od filmu, który mnie niesamowicie zmęczył (3 podejścia do niego mówią same za siebie), czyli od "Uwikłania". Wydawałoby się, że tego nie da się sp%$@#olić, bo w książce Miłoszewskiego dostajemy wszystko co jest potrzebne do stworzenia trzymającego w napięciu solidnego kryminału. Mamy bardzo wciągającą i nieszablonową zagadkę śmierci. Mamy demony z przeszłości, które zawsze fajnie urozmaicają fabułę. Mamy lekki i nienachalny humor. Ale co najważniejsze mamy bardzo dobrego głównego bohatera. Wystarczy tylko używając cytatu z "Misia" skończyć śniadanie i robić. Ale... No właśnie. W tym filmie jest ogromne "ale". Takie "ale", o które można się zabić. Twórcy właśnie to zrobili. Zabili tym "ale" cały film. I żeby to jeszcze jakieś leszcze były, a to przecież wielcy twórcy polskiego kina rozrywkowego. Pan Machulski i pan Bromski. Wstyd. Daliście panowie czterech liter jak się patrzy. Powiedzcie mi jak można było mężczyznę zmienić na osobnika mającego waginę i do tego obsadzić w tej roli kobietę o aparycji leśnego trola?! No jak? (i czemu ona tak często paraduje po ekranie nago pokazując te swoje szpiczaste namioty?!) Swoją drogą przeniesienie akcji do Krakowa, to też niezły bezsens, bo każda część trylogii była dość mocno powiązana z miejscem, w którym rozgrywały się wydarzenia, ale dali wam kasę, więc spoko, rozumiem. Nie rozumiej jednak tego, jak można było tak namieszać w głównej historii. Do tego stopnia, że po seansie nie za bardzo wiadomo o co do k*&^%y nędzy chodziło? Choć książkę czytałem i nie miałem problemów ze zrozumieniem fabuły tak tutaj słabo rozumiałem po co to się wszystko tak naprawdę wydarzyło i kto na tym najwięcej zyskał... Ok, tak, wiem, to tylko luźna adaptacja powieści. No ale przepraszam bardzo! Nie taka luźna, skoro prawie wszystko się zgadza, a zmienione zostało tylko to co było naprawdę ciekawe. Nie. To jest moim zdaniem największa porażka polskiego filmu od bardzo długiego czasu. I nie porównuję go tutaj z tymi infantylnymi komedyjkami z Karolakiem. A raczej stawiam w szranki z naprawdę ciekawymi obrazami jak choćby "Vinci", "Tam i z powrotem", "Prywatne śledztwo", "Trójkąt bermudzki" czy nawet najodleglejszy czasowo "Wściekły" (wymieniam jedynie filmy przynależne do tego samego gatunku, które uważam za ciekawe i w miarę oryginalne).

Przepraszamy. Troli nie obsługujemy. Proszę zwracać do lasu...

Moja ocena 3/10

"Los numeros"
W tym przypadku było podobnie słabo jak w przypadku powyższego obrazu, ale z zupełnie innych względów. Tutaj fabuła jest jasna. Nie ma jakichś większych niedociągnięć w obsadzie (są aktorzy, którzy mi się nie podobają, ale nie do tego stopnia jak pani trolica), niestety wszystko jest podane w formie prawie komedii slapstikowej. Policjanci, którzy potykają się o własne nogi, nie potrafią wymawiać trudniejszych słów, banda lewusów, która pod koniec przeradza się w superbohaterów i ten On (Lesław Żurek), jeden jedyny najlepszy - istny heros bez skazy i zmazy. Wygląda na ich tle jak ktoś z innej galaktyki. Do tego jest jeszcze dziewczyna (Justyna Schneider, której po roli w "Nowej" nie mogę polubić) jej siostra (Joanna Kulig, swoją drogą rodzona siostra Justyny), nimfomanka-dziewczyna gangstera (Weronika Książkiewicz), femme fatale dla ubogich (Tamara Arciuch) i bogu ducha winny szef loterii (Marek Włodarczyk), który o niczym nie wie. Tak, bo tutaj o wygraną na loterii chodzi. A może nie tyle o wygrają, co o oszukaną i wygraną...hmm... jakieś to wszystko bez sensu. No nic. A zresztą wiecie co? Nie oglądajcie tego po prostu...

- Tylko ty, ja i Ludwik XVI...

Moja ocena 3/10

"Gracz" (1974) vs "Gracz" (2014)
Ostatnio na Polu Filmów u Kaśki O. przeczytałem o pewnej produkcji z Makiem Wahlbergiem. Po jego seansie zobaczyłem, że jest on remakiem starczego o czterdzieści lat pierwowzoru. Tym razem niestety z Jamesem Caanem, którego szczerze nienawidzę za wszystkie role wiejskich, chamskich, ordynarnych twardzieli, za które tak kochają go inni. Postanowiłem zobaczyć cóż to za film spowodował powstanie tego obrazu z 2014 roku. No i okazało się, że był to film słaby do tego stopnia, że wymagał poprawki. Tak, jedynie poprawki, ponieważ prawie wszystkie elementy zostały zachowane. Zmieniły się jedynie drobiazgi. Mamy wykładowcę historii literatury na uniwersytecie jeżdżącego dobrym autem, posiadającego bogatą rodzinę i niestety mającego problemy z hazardem. Jednak o ile w tej nowej wersji potrafię zrozumieć, polubić i uszanować bohatera za to jaki jest (sam chciałbym taki być wszystkim zawsze i wszędzie mieć odwagę powiedzieć te dwa majestatyczne słowa; no może za wyjątkiem tych problemów uzależnieniem) o tyle pierwowzór mnie wpienia na każdym kroku. Jest rozwrzeszczanym, porywczym psycholem, któremu nie przyświeca żaden cel.
Drugi gracz (Mark Wahlberg) jest cichy stonowany, ale inteligentny i kiedy trzeba potrafi zasunąć ostarą ripostę albo jakiś znaczący monolog oraz być stanowczym aż do bólu. Nie wiem za bardzo co natomiast mógłbym napisać o pierwszym graczu (James Caan), bo go nie za bardzo zrozumiałem. Niby chce doprowadzić się do destrukcji, jednak jest przy tym zbyt uśmiechnięty, zbyt ruchliwy, zbyt wygadany. Taki pozer trochę. O ile drugiemu graczowi zależy głównie na zniszczeniu samego siebie (w pewnym momencie padają słowa, że nałogowy hazardzista chce przegrać, gra do momentu aż przegra wszystko niezależnie jak dobrą ma passę), o tyle pierwszy niszczy również wszystko dookoła. Jemu chodzi tylko o adrenalinę, ale pokazane jest to w jakiś mało przekonujący sposób. Natomiast w przypadku drugiego gracza aż się czuje to zagubienie i cierpienie bohatera. Tę chęć odnalezienia siebie, wyjścia poza schemat. To, że dla niego liczą się tylko dwa stany albo całkowite zwycięstwo, albo śmierć. Nie ma półśrodków. Pierwszy to taki ratlerek, który jedynie dużo i głośno szczeka. Drugi bardziej przypomina dobermana, który w milczeniu przyjmuje razy od życia, ale kiedy trzeba potrafi się odgryźć. Dodatkowym atutem nowszej produkcji jest cała otoczka. Lepiej poprowadzony wątek rodziny. Wątek miłości do kobiety. A także wątek lichwiarzy i przestępców, u których bohater jest zadłużony. Podsumowując, choć większość ludzi, którzy widzieli oba te filmy się ze mną nie zgodzi, ja stanowczo będę wyrażał opinie, że nowsza wersja jest o niebo lepsza niż pierwowzór. 

Tak powinien wyglądać bohater, który ma na wszystko wywalone!

Moje oceny: (1974) 4/10 vs (2014) 7/10

"Los Bandoleros" i "Turbo Charged..."
Oba te filmy są krótkometrażowymi wprowadzeniami do konkretnych części serii F&F. Podałem je trochę niechronologicznie, ponieważ "Los Bandoleros" (praktycznie w całości twór Vina Disela - reżyseria, scenariusz, produkcja, główna postać) to preludium do "Szybko i wściekle" z 2009 roku, natomiast "Turbo Charged..." (filmik praktycznie anonimowych twórców; reżysera - Philipa G. Atwella - który do tej pory stworzył jedynie ten 6 minutowy obrazek i scenarzysty - Keitha Dinielli'ego - którego nazwisko może być znane z produkcji "Zabójca"), to jak sam pełen tytuł wskazuje wstęp do "2 Fast 2 Furious" z roku 2003. Filmy te różnią się dość znacznie od siebie i to w wielu aspektach. Po pierwsze "Los..." jest ponad dwukrotnie dłuższy i dokładnie opowiada o tym jak i dlaczego doszło do pierwszej sceny z "Fast & Furious", czyli kradzieży cystern z paliwem. "Turbo..." jest próbą  zaprezentowania nam w bardzo skróconej, acz szalenie sugestywnej formie tego co działo się z Brianem między pierwszą i drugą częścią serii. Oba filmy są ciekawe, ale różne również na poziomie sposobu prezentacji opowiadanej historii. "Los..." jest bardzo powolny, trochę melancholijny pozwalający nam poznać wszystkich bohaterów biorących udział w akcji z cysterną (i późniejszych częściach) troszkę lepiej, od bardziej prywatnej strony. W "Turbo..." naszym jedynym bohaterem jest Brian. Poza nim na ekranie bardziej zarysowaną od zwykłego statysty są jedynie postacie dziewczyny, która go podwozi oraz jednego z policjantów, którzy go ścigają, a w całym filmie nie pada chyba nawet jedno słowo. Swoją drogą te wprowadzenia oceniam idealnie odwrotnie niż filmy, które poprzedzają. 

Tak wygląda prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia xD

I tak "Los Bandoleros" daje 6/10 ("Szybko i wściekle" dostało 8/10)
A "Turbo Charged" ma ode mnie 8/10 (przy czym "2 Fast 2 Furious" jedynie 6/10)


czwartek, 9 kwietnia 2015

[107-110] Filmowy Flesz #16: "Wspólna pasja: FIFA" (2014), "Redline" (2007), "Port lotniczy" (1970), "Płonący wiezowiec" (1974)

Tak jak obiecałem, dziś kolejna odsłona filmowego Flesza, a w niej, jak to zwykle bywa gatunkowy misz-masz, czyli dla każdego coś miłego. Od filmów na poły historyczno-biograficznych, przez kino katastroficzne na filmach akcji kończąc. Zapraszam!

"Wspólna pasja: FIFA / United Passion"
Film z zaskakująco dobra obsadą, który jest nudny jak flaki z olejem. Mamy tutaj do czynienia z blisko wiekiem działalności Fedejasją Internaszjonal Futbol Asosijejszan, czyli tzw. FIFA wciśniętym w niespełna dwugodzinny film. Jak dla mnie to przypominało bardzo okrojony bryk z lektury szkolnej, jedynie zaznaczający, że doszło do niektórych wydarzeń, a znaczną ich część zupełnie pomijając. Co z tego wychodzi? Niby powinno być dynamicznie i ciekawie, no bo przecież trzeba zmieścić tak wiele treści w tak niewielkim czasie, jednak jest zupełnie odwrotnie. Zupełnie mnie nie interesowało to co działo się na ekranie, gdyż były to nietrzymające się kupy wyrywki z historii działalności tej organizacji. Zastanawiający jest dla mnie tylko fakt wystąpienia w niej aktorów o światowej renomie jak Gérard Depardieu (w roli Julesa Rimeta), Tim Roth (jako Sepp Blatter) czy nawet Sam Neil (wcielający się w Joao'a Havelange'a). Jedynie dla wytrwałych.



Moja ocena 3/10

"Linia ryzyka / Redline" 
W oczekiwaniu na premierę "F&F 7" oglądam poprzednie części, ale także wszystko co klimatem i treścią może być bliskie tej znakomitej serii. Takim oto sposobem trafiłem na film "Redline", który swoją premierę miał w roku 2007. Przy budżecie 26 mln $ zarobił jedynie nieco ponad 8 mln $. To wystarczy, czy mam pisać dalej?;> Ok, napiszę. Można by rzec, że jest to film na poły fanowski - jego producentem i dystrybutorem na rynku amerykańskim był Daniel Sadek, facet, który zbił majątek na nieruchomościach, a prywatnie jest wielkim fanem samochodów. I to widać już na pierwszy rzut oka. Mamy w tym filmie bowiem pomieszanie i poplątanie okrutne. Do tego stopnia, że nie wiemy kto jest głównym bohaterem i jaki jest jego cel, a co za tym idzie o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Czyli ktoś miał kasę, i mimo, że nie miał pomysłu, to bardzo chciał zrobić film o samochodach. Jest dziewczyna co śpiewa, naprawia auta i umie nimi jeździć bo tata był kierowcą. Jest chłopak, który trochę jeździ i trochę szpanuje. Jest jego brat, który właśnie wrócił z Iraku i tak naprawdę chyba tylko w-ryj-dać-umie-dać. Jest ich wujek, który szasta forsą i prowadzi jakieś interesy ze złymi ludźmi i zakłada się o dużą kasę w wyścigach samochodowych. Jest producent muzyczny, który niby ma kasę, ale mniej niż "wujek" a chciałby więcej dlatego tez obstawia wyścigi. Jest producent filmowy, który ma kasy najwięcej i jak mu się psuje szyba w Enzo, to kupuje drug... ie Enzo (tylko dla jasności napisze, że nowe kosztuje 1.2 mln $). No i tak to moi Drodzy wygląda. Nikt nic nie wie, ale jest absurdalnie (raczej niedorzecznie) szybko i niesamowicie (raczej ordynarnie) pięknie. Wszystko jest posunięte do granic absurdu, zero subtelności ani wyczucia. Zdecydowanie odradzam, Lepiej poczekać na premierę "Furious 7" (lub poszukać w necie kinówek, już jakieś są z napisami) lub jeszcze raz F&Fa starego obejrzeć albo NFSa.


Moja ocena 2/10

"Port lotniczy / Airport"
Jakoś tak mnie w święta naszło, żeby sobie katastroficzne filmy pooglądać, ale nie te nowe, bo one jakoś mnie męczą, ale takie starsza, które mają swój specyficzny klimat. Miałem plan na trzy, udało mi się znaleźć i obejrzeć jedynie dwa, choć to i tak całkiem niezły wynik zważywszy na ich czas trwania (2h to minimum, a czasem nawet 3h). Jednym z nich był właśnie "Port lotniczy" z 1970 roku w ciekawej obsadzie (Burt Lancaster, Dean Martin, George Kennedy, Jacqueline Bisset, Jean Seberg). Sama fabuła była mało katastroficzna i tak naprawdę ani razu nie załapała mnie trwoga o losy bohaterów, ale oglądało się go całkiem przyjemnie, gdyż w charakterystyczny dla obrazów z tamtego okresu sposób pokazywał życie prywatne bohaterów wplecione w główną intrygę. Mamy problemy z żoną szefa lotniska (Lancaster), która wypomina mu, że praca jest ważniejsza od niej. Mamy kapitana (Martin), którego kochanka zachodzi w ciążę. Jest również specjalista od rzeczy niemożliwych (Kennedy), który musi zostawić ukochaną i biec na ratunek bo w Północnej Ameryce pada śnieg. Mamy staruszkę (Maureen Stapleton), która uwielbia latać samolotami na gapę. I wreszcie biednego faceta (Van Heflin), który jest nieudacznikiem i w akcie desperacji postanawia doprowadzić do katastrofy lotniczej wykupując uprzednio polisę na znaczą kwotę, którą przesyła swojej równie biednej i umęczonej życiem żonie. Podejrzewam, że nie każdemu się spodoba, bo takie filmy trącą już trochę myszką i efekty specjalne oraz niektóre rozwiązania fabularne mogą nas męczyć albo śmieszyć, to jednak jest to dość przyjemnie oglądadło. 


Moja ocena 6/10

"Płonący wieżowiec / The Towering Inferno"
Tym razem było znacznie lepiej. Film zdecydowanie bardziej trzymał w napięciu niż "Port lotniczy". Było tutaj również o wiele więcej - jak na tamte czasy genialnych - efektów specjalnych. No i znacznie lepsza była również obsada. Steve McQueen, Paul Newman, William Holden, Faye Dunaway, Fred Astaire, Richard Chamberlain zrobili naprawdę świetną robotę. No może poza wyjątkiem tego ostatniego, który jakoś słabo mnie przekonuje do swoich kreacji. I choć podobnie jak w powyższym filmie tak i w tym po pond 40 latach od premiery na niektóre rozwiązania techniczne, czy też fabularne będziemy patrzeć z drwiącym uśmieszkiem, to jednak trzeba przyznać, że film ten nie bez przyczyny jest zaliczany do kanonu kina katastroficznego. Mamy tutaj solidne wprowadzenie pokazujące nam wszystkich najważniejszych bohaterów - czyli nić naszej sympatii zostaje nawiązana, nie są to już zupełnie anonimowi ludzie, których potencjalna śmierć nas nie obejdzie. Mamy również bardzo powolne rozprzestrzenianie się żywiołu, który cały czas wydaje się do opanowania, czyli jesteśmy trzymani w w napięciu, które stopniowo narasta. Mamy heroicznego i stanowczego strażaka (McQueen) oraz dzielnego architekta, który projektował budynek a teraz pomaga okiełznać w nim pożar (Newman). Są też bohaterowie negatywni i tacy stojący po środku, czyli zięć właściciela budynku, który zmienił jakość materiałów, co w konsekwencji doprowadziło do tragedii (Chamberlain) oraz wspomniany właściciel, który w ramach oszczędności przystał na te zmiany, jednak pod koniec wykazał się odwagą i próbował odkupić swoje winy (Holden). "Płonący wieżowiec" to mimo upływu lat wciąż naprawdę dobry film z trzymającą w napięciu akcją i świetnym aktorstwem będący dziełem kanonicznym dla wielu późniejszych twórców kina tego gatunku. Polecam.


Moja ocena 7/10


środa, 8 kwietnia 2015

[103-106] Filmowy Flesz #15: "Atlantic City" (1980), "Dom gry" (1987), "Przekręt doskonały" (2003), "Ostra rozgrywka" (1986),,


Miały być recenzje każdego z tych filmów, ale chyba nie mam ochoty na tyle pracy i wysiłku :) Postanowiłem więc pokusić się o krótkie notki z opiniami i minimalistycznym streszczeniem fabuły. Zaczynajmy więc!

"Atlantic City"

Film, który wspomniałem w tekście dotyczącym "Jokera" jest nagrodzonym w 1980 roku w Wenecji Złotym Lwem obrazem, który chyba nie wytrzymał próby czasu. Albo ja nie potrafiłem odnaleźć tego co zauważyli w nim członkowie jury 35 lat temu. Historia Leo (Burt Lancaster) - podstarzałego złodzieja i oszusta bardzo niskich lotów - który wreszcie, dzięki zbiegowi okoliczności, dostaje szansę na wypłynięcie z kryminalnych mielizn na szersze wody przestępczej działalności nie zachwyciła mnie, a jedynie lekko znudziła. Nie pomogła nawet Susan Sarandon toples, w której podkochiwał się nasz nieudacznik przeświadczony o swojej wielkości. W tle podupadające Atlantic City, które już dawno straciło blask i przestało się liczyć na hazardowej i mafijnej mapie Ameryki. Podobnie jak nasz główny bohater. I tutaj może być nadzieja dla tego filmu. Jeśli uchwycimy to podobieństwo i poddamy je analizie, to jest szansa, że docenimy to dzieło. Ja jednak nie potrafiłem. Dla mnie to przeciętniak.



Moja ocena 6/10

"Dom gry"
W tym przypadku już jest zdecydowanie lepiej. Film typowo przekręciarski z nutka psychologizacji. Nawiązuje w swojej wymowie do dział takich jak "Oceans Eleven" (ten z 1960, żeby nie było, że się nie znam na kinematografii przekręciarskiej :P) i  "Żądło", a na jego scenariuszu na pewno bazowali późniejsi twórcy podobnych schematów fabularnych. Jest w nim jednak pewna różnica. Tutaj osobą, która jest postacią przewodnią nie należy do światka przestępczego. Jest z zewnątrz. To doktor psychologii. Autorka bestselera. Specjalistka od uzależnień i wybaczania sobie. Jednak uświadamia ona sobie pewien problem dopiero podczas sesji z nałogowym hazardzistą. Jak ja mam pomagać tym ludziom skoro w ogóle nie znam ich świata. Nie wiem co taki człowiek może czuć. No i tak się zaczyna. Pani doktor poznaje czarującego oszusta, który wprowadza ją w tajniki swojego fachu. Pokazuje jej pewne drobne numery. Kobieta jest oczarowana, podniecona, adrenalina w niej buzuje. Czuje, że nie może się od tego uwolnić. Chce więcej. Jeszcze więcej wrażeń. Podczas jednego z numerów dochodzi jednak do tragicznego wypadku... Jak to się skończy? To musicie zobaczyć sami. Naprawdę warto. Fajny klimacik końca lat 80. i całkiem zmyślna historyjka. Trochę kiszkowate zakończenie, ale i tak uważam, że to ciekawa propozycja. 



Moja ocena 7.5/10

"Przekręt doskonały"
Pamiętacie takiego aktora Edwarda Burnsa? No ja tez jakoś nie specjalnie, ale wiem, że gdzieś tam kiedyś coś grał i że był podobny do Bena Afflecka. Wspominam o nim nie bez powodu - to on odtwarza w "Przekręcie doskonałym" postać Jacka Viga, oszusta, który wraz ze swoją ekipą naraża się pewnej grubej rybie - tzw. Kingowi (w tej roli Dustin Hoffman) i, żeby zdjąć z siebie nieuchronne widmo śmierci musi przekręcić jeszcze większą grubą rybę. Całkiem znośna intryga, która prawie do końca trzyma w napięciu i jak przystało na tego typu filmy - czyli te powstałe po "Oceans Eleven" (tym razem mam już na myśli ten z 2001) - dość cukierkowe zakończenie, a także  całkiem fajne postacie zagrane przez naprawdę topowych aktorów (to też jakby ukłon w stronę "Oceansów", które gromadziły na planie zastęp gwiazd) takich jak wspomniani już Burns i Hoffman, ale i Rachel Weisz, Paul Giamatti i Andy Garcia powodują, że film jest dobrą rozrywką nie wymagającą zbyt wiele wysiłku od oglądającego, jednak nie będącą również odrealnionym gniotem, w którym włączenie myślenia powoduje niepotrzebne wybuchy gniewu (ukłon w stronę serii F&F? nieee.... taki mały żarcik po prostu :]). Polecam jak ktoś jeszcze nie oglądał ;)



Moja ocena 7/10

"Ostra rozgrywka" (1986)
Johnowi Frankenheimerowi zdarzały się różne filmy. Obok takich klasyków jak "Francuski Łącznik 2" (1975) i "Ronin" (1998) ma też w swoim portfolio gniota typu "Uwikłany" (2000). "Ostra rozgrywka", choć nie jest aż tak dobra, to na szczęście trzyma poziom tych dwóch pierwszych filmów. Opowiada historię faceta, który mając żonę, chciał sprawdzić czy pewna młoda dziewczyna nie ma aby kwadratowej waginy (;)) i takim oto sposobem został wmanewrowany w szantaż. Jednak jako, że był to twardziel - w tej roli Roy Scheider - nie poddał się tak łatwo i nie dał się zastraszyć. Postanowił własnoręcznie znaleźć i przemówić do rozumu facetom, który mu to zrobili. Całkiem spoko akcja. Dużo golizny (szantażyści działali w biznesie porno). W miarę dobrze zarysowane sylwetki głównych bohaterów, tych złych jak i dobrych. No i, jako wisienka na torcie, fakt, że sporo miejsca w filmie zarezerwowano dla Jaguara E-Type - jednego z najpiękniejszych sportowych samochodów w historii ;) Całkiem przyjemny thriller kryminalny z dużą dawką kina akcji. Polecam.



Moja ocena 7/10

Na dziś to już koniec, następna notka w-za-niedługim-czasie ;) Postaram się przybliżyć w niej kolejne 4 filmy.

niedziela, 24 sierpnia 2014

[92-95] Filmowy Flesz #14: "Opiekun" (2012); "Millerowie" (2013); "Strażnicy Galaktyki" (2014); "Wkręceni" (2014)


Udało się cało i zdrowo wrócić z wakacyjnego wypoczynku, wiec pora uzupełnić zaległości na moim ulubionym kawałku internetowego "poletka". A że w trakcie tych chwil leniuchowania, oprócz odwiedzenia fascynującego iwentu jakim niewątpliwie był pierwszy w Polsce Festiwal Whisky w Jastrzębiej Górze (z którego relacja już wkrótce), udało mi się także obejrzeć kilka filmideł, więc pora na kolejny Filmowy Flesh. Tym razem #14.

wtorek, 29 lipca 2014

[88-90] Filmowy Flesz #13: "Kac Vegas w Bangkoku" (2011); "Druhny" (2011); "Beat the world. Taniec to moc" (2011); "Don John" (2013)


Dziś przyszła kole na następne wydanie Filmowego Flesha. Tym razem pechowe 13. I niestety coś w tym jest, bo i filmy jakie się na niego składa są nadzwyczaj nudne, wtórne, debilne, chamskie, ordynarne i po prostu żałosne. Jednak, aby nie trzymać Was już dłużej w niepewności przechodzę do meritum.

sobota, 19 lipca 2014

[85-87] Filmowy Flesz #12: "Wzgórze rozdartych serc" (1986); "Polowanie na Czerwony Październik" (1990); "Złodziej" (1981); "Jak za dawnych dobrych czasów" (1980)


Już trzy dni minęły odkąd ostatni raz pogłaskałem mojego bloga... a z tego co go znam nie lubi być tak długo pozostawiany samemu sobie. Stąd też dziś po raz kolejny podzielę się paroma spostrzeżeniami na temat kilku klasyków kina. Zapraszam na Filmowy Flesh #12!

"Wzgórze Rozdartych Serc / Heartbreak Ridge" (1986)

Dziś zacznę od filmu, który jest jednym z moich ulubionych w dorobku Wielkiego Clinta, czyli od "Wzgórza Rozdartych Serc" z roku 1986. W sumie zawsze mi się wydawało, że powinno być "złamanych" zamiast "rozdartych", ale to w końcu POLSKIE tłumaczenie tytułu, a tutaj wszystko jest możliwe. Ale wracając do meritum. Dawno już nie oglądałem tego klasyka, jednak ostatnio wpadłem na niego przez zupełny przypadek i pomyślałem, że z chęcią go sobie odświeżę, co też skwapliwie uczyniłem. Później wszedłem na filmweb, aby zobaczyć jaką ocenę mu wystawiłem i moją uwagę przykuła jedna z dyskusji na temat tego filmu. Jednoznacznie wynikało z niej, że są na świecie ludzie, którzy nie lubią dobrego kina. Film jest podobno według nich prostacki, nudny i zupełnie pozbawiony sensu. Jednym słowem beznadziejny. Aż mnie zamurowało jak doczytałem te bluźnierstwa do końca. Jednak swoim starym zwyczajem, w dyskusję na tamtym forum się nie wdałem, bo to nigdy nie prowadzi do żadnej sensownej wymiany myśli, a kończy się na przebranżawianiu naszych matek i innych tego typu argumentach ad personam. Postanowiłem jednak na moim własnym poletku napisać dlaczego tak cenie i lubię ten film. Najważniejszy jest fakt, że to świetnie zagrana historia. Prosta, ale sugestywna i choć czasem patetyczna, to jednak dość zręcznie przedstawiająca istotny temat. Osią fabuły jest los faceta, który większość swoich dorosłych lat poświęcił walce w obronie ojczyzny, przez co nie miał czasu ułożyć sobie swojego własnego życia. Faceta, który chce po raz ostatni przydać się na coś swojemu krajowi, nawet jeśli miałoby to być tylko wyszkolenie kilku niesfornych młodzieńców, którzy być może dzięki niemu nie dadzą się zabić, a może w przyszłości zajmą jego miejsce. W te wydarzenia wplecione zostają perypetie obyczajowe, czyli próba odzyskania byłej żony, która także poturbowana przez życie egzystuje jakby w zawieszeniu między chęcią ułożenia sobie wszystkiego na nowo, a niemożnością zerwania ze starymi przyzwyczajeniami. Clint świetnie nadaje się na twardego sukinsyna, który, jak to sam mówi w scenie otwarcia na "śniadanie je drut kolczasty i sika napalmem", a na widok jego baretek nie jednemu to i owo się podnosi. Jednak dla innych jest tylko przeżytkiem, pozostałością starej epoki. Taki stan rzeczy nieuchronnie prowadzi do starcia między tym co nowe (lepsze) i tym co stare (przestarzałe? gorsze). Jakim wynikiem zakończy się to starcie jest raczej oczywiste, ale zdradzał tego nie będę, bo być może będą to czytały osoby, które jeszcze filmu nie oglądały. Dla mnie jest to rewelacyjny film i ciężko znaleźć mi jakieś jego wady, więc i na siłę wyszukiwał ich nie będę. Napiszę tylko, że jeśli ktoś jeszcze go nie oglądał, to najwyższy czas nadrobić to niedopatrzenie. 


Ocena 8.5/10

"Polowanie na Czerwony Październik / The Hunt for Red October" (1990)

Tak jak już niedawno pisałem, "Polowanie na Czerwony Październik" jest jednym z filmów o Jacku Ryanie, który kiedyś już widziałem, ale nie pamiętałem z niego praktycznie nic. Na fali moich ostatnich seansów przygód Jacka Ryana, postanowiłem odświeżyć sobie również i "Polowanie...". I już teraz wiem, że jest to zdecydowanie najlepsza część serii. Głownie za sprawą bardzo ciekawego klimatu napięcia jaki dodatkowo potęgują klaustrofobiczne przestrzenie łodzi podwodnej. Świetna rola Seana Connery'ego, idealnie wcielającego się w kapitana Marko Ramiusa, no i całkiem przyzwoity Ryan w wykonaniu Baldwina (swoją drogą nie mam pojęcia dlaczego już dwa lata później zmienili głównego aktora właśnie na Forda, skoro obsada drugoplanowa została, m.in. James Earl Jones w roli dyrektora CIA). Nie mający już nic do stracenia Ramius, w trosce o bezpieczeństwo świata, chcący przekazać najnowszy, praktycznie niewykrywalny, okręt podwodny największemu przeciwnikowi Związku Radzieckiego i tylko jeden facet - Jack Ryan -  który domyślający się jego zamiarów, jednak aby doszły one do skutku, musi o tym przekonać najważniejszych ludzi w państwie. Już z tego telegraficznego przedstawienie fabuły widać, że jest to bardzo dobra historia umiejscowiona pod koniec zimnej wojny, swoją drogą chyba jedna z najlepszych powieści Clancy'ego w ogóle, która będzie trzymać nas w niepewności i napięciu aż do ostatnich minut seansu. Na koniec dodam tylko jedno małe spostrzeżenie, które być może, podobnie jak mnie, umknęło większości widzów. Pamiętacie jak nazywał się oficer polityczny na pokładzie Czerwonego Października? Ten, który musiał bardzo szybko zginąć, aby cała akcja mogła się zakończyć powodzeniem? Poszukajcie w takim razie. Ja muszę przyznać, że baaardzo się zdziwiłem. Ciekawi mnie tylko, czy to zbieg okoliczności, czy ktoś już wtedy znał wartość człowieka, który nosił te nazwisko. 


Ocena 8/10

"Jak za dawnych, dobrych czasów / Seems Like Old Times" (1980)

"Jak za dawnych, dobrych czasów" to komedia pomyłek w starym, dobrym stylu. Teraz już się takich filmów nie kręci, ale lata 80. były to czasy świetności Chevy'ego Chase'a i filmów takich jak "Golfiarze", "W krzywym zwierciadle", czy też "Szpiedzy tacy jak my". Tutaj humor jest bardzo podobny. Mamy do czynienia z prawniczką (Golfie Hawn), z reguły broniącą mniejszości narodowych w sprawach o małej szkodliwości społecznej (kradzieże itp.). Jest to typowa dobra dusza. Większości bronionych przez siebie ludzi znajduje później prace... u siebie, aby tylko nie pozwolić im wrócić na złą drogą, zatrudnia ich w roli szoferów, pokojówek, czy innego rodzaju służby, na którą w gruncie rzeczy i tak jej nie stać). Jej mąż, uściślając, drugi mąż Ira Parks (Charles Grodin) jest natomiast prokuratorem okręgowym z dużymi widokami na awans. Jest jeszcze Nicolas Gardenia (Chevy Chase) obecnie pisarz (chyba, bo może być że dziennikarz, reportażysta), fajtłapa, jonasz, ciamajda i pierwszy mąż Glendy Parks. Mąż, z którym rozwiodła się właśnie z powodu wspomnianych wad. I niby już się od niego uwolniła, jednak Nicolas znów wplątał się w aferę (tym razem jest zamieszany w obrabowanie banku) i jak zwykle pomocy szuka właśnie u Glendy, której mąż jest akurat oskarżycielem w jego sprawie. W tym miejscu już na pierwszy rzut oka widać co najmniej dwa konflikty interesów, które będą prowadziły do co i rusz to nowych komicznych sytuacji i zbiegów okoliczności. Sama scena końcowa natomiast mogłaby być wstępem do kontynuacji losów tej szalonej "rodzinki". "Jak za dawnych..." jest bardzo przyjemną i ciepłą komedią, którą można się podelektować w chwili odprężenia. Jest to kino lekkie, z żartem słownym jak i sytuacyjnym na bardzo dobrym poziomie, które z pewnością przypadnie do gustu nie tylko fanom talentu Chevy'ego Chase'a. 


Ocena 7/10

"Złodziej / Thief" (1981)

"Złodziej" to debiut reżyserski Michael'a Mann'a (był on także twórcą scenariusza), a także bardzo dziwna opowieść o pewnym złodzieju. Z jednej strony jest to bardzo klimatyczny film kryminalny z elementami dramatu a nawet thrillera, opowiadający ciekawą historię ze świetną muzyką i dobrze zarysowanymi postaciami. Z drugiej strony jest to również historia faceta o imieniu Frank (James Caan), którego przez przeszło dwie godziny seansu nie da się ani polubić ani tak naprawdę zrozumieć. Ma on niby swoje cele, swój plan na życie, które odzyskał po 10 latach w więzieniu, ale wszystko to jest jakieś takie chaotyczne, niespójne, poszarpane. Niby chce mieć rodzinę, ale zabiera się do tego jak do jeża. Niby jest twardy i inteligentny, ale nie rozumie najprostszych zasad rządzących jego biznesem. To tak naprawdę Frank jest najsłabszym ogniwem tej świetnej historii, bo jest głównym bohaterem pozytywnym (? tutaj chyba takich nie ma), któremu życzymy porażki. I choć zdjęcia, napięcie jakie Mann zręcznie tworzy, całe te przygotowania przed akcją (Frank to taki amerykański Kwinto, lecz bez jego subtelności, sejfy otwiera przy użyciu ciężkich narzędzi i kradnie jedynie kamyczki albo kasę) są naprawdę bardzo zajmujące i klimatyczne, to jednak przez główną postać film ogląda się dość nieprzyjemnie. I choć chciałbym być bardziej usatysfakcjonowany po seansie, to jakoś nie potrafię. Być może obejrzenie tego obrazu po raz kolejny odkryje przede mną coś co umknęło mi podczas pierwszego seansu, jednak na chwilę obecną czuję lekki niedosyt.



Ocena 6.5/10

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...