Postanowiłem założyć na moim blogu nowe wyzwanie pod tytułem "Oglądam Film Polski". Mam dość duże zaległości, a co by o naszym rodzimym filmowym biznesie nie mówić, czasem trafi się ciekawa premiera. Tak więc będę odrabiał zaległości i dzielił się z Wami moimi refleksjami. Podejrzewam, że jak dobrze pójdzie to recenzja będzie się pojawiała jakoś na początku każdego tygodnia.
W niedzielę udało mi się obejrzeć "Pokłosie" Władysława Pasikowskiego. Film, wokół którego narosło wiele mitów i legend, a na pewno obraz, który wzbudził ogrom kontrowersji. No bo i temat nie był błahy. Chyba pierwszy tak poważny w dorobku tego reżysera. Wcześniej, oczywiście, także zdarzały mu się świetne obrazy, ale było to raczej kino rozrywkowe. Tym filmem poruszył jednak bardzo ważny temat. Temat mniejszości żydowskich na terenach polskich i to co się z nimi stało w czasie wojny. I jaki był a także jest nasz stosunek do tej społeczności.
Mamy tutaj do czynienia z historią dwóch braci. Jeden po 20-tu latach wraca z Chicago, ponieważ dowiedział się, że jego młodszy brat ma problemy w swojej wsi. Chce mu pomóc, a także rozwikłać sprawę ucieczki jego żony z kraju, właśnie do Stanów Zjednoczonych. Na miejscu Franek (Ireneusz Czop) dowiaduje się, że Józek (świetny Maciej Stuhr) zniszczył drogę gminną i za to został przeciw niemu skierowany wniosek do sądu. Kiedy zaczyna drążyć o co tak naprawdę chodziło, brat wyjawia mu, że "zniszczył" drogę, bo była wybrukowana żydowskimi nagrobkami, a po powodzi wszystko to zostało odkryte i po prostu nie mógł tak tego zostawić. Jednak nagrobki z drogi, to nie jedyne pomniki, które brat skrupulatnie przechowuje na swojej (to pod koniec filmu także nie jest już takie pewne) ziemi. W trakcie śledztwa bracia odkrywają przerażającą tajemnicę, która doprowadzi do tragicznego końca. Ale o tym nie napiszę już ani słowa. To trzeba zobaczyć samemu.
Historia opowiedziana przez Pasikowskiego jest dość mroczna, intrygująca, poprowadzona została w taki sposób, że wciąga już od pierwszych kadrów. Jednak ważniejszy jest problem, który porusza. Nietolerancja, zawiść, zbrodnia, zapomnienie... Ludzie i ich małe społeczności, które boją się wyjścia na jaw grzechów przeszłości i sami próbują wyprzeć ze swojej pamięci niechlubne wydarzenia. Jeśli ktoś zaczyna w tym bagnie grzebać, to dzieje się tak jakby wkładał kij w mrowisko. Pasikowski rewelacyjnie uchwycił strukturę i podział władzy w małych polskich miejscowościach. Tutaj najważniejsze zdanie ma zwykle ksiądz, w tym przypadku nowy duchowny, który zabrał autorytet i poparcie wiernych staremu (w tej roli Jerzy Radziwiłowicz), odchodzącemu już na emeryturę proboszczowi. Także dużo do powiedzenia ma komendant policji (Zbigniew Zamachowski), aż dziwne, że nie ma nikogo z władz gminnych. Wracając jednak do samej historii można zaobserwować, że tajemnica, którą poznaje Franek, początkowo będąc do całej sprawy nastawiony bardzo ambiwalentnie, zaczyna go wciągać. I pod sam koniec, to właśnie on, a nie Józek, chce odkryć i ukazać prawdę. Józek jakby się wystraszył i to co odkrył przeraziło go.
Przeszłość drzemiąca w starych ludziach jak zaropiała drzazga, której wstydzą się i boją wyjąć. Wolą o niej zapomnieć, zignorować. Nie ważne, że boli. Nie chcą pamiętać tego co się stało. Jednak w takich lokalnych społecznościach nie da się nic ukryć "na zawsze". Prędzej czy później prawda wyjdzie na jaw. I jeśli się z nią nie uporamy w należyty sposób, to może dojść do nieszczęścia.
"Pokłosie" to ważny i dobrze zrealizowany film. Zdecydowanie polecam. Moja ocena to 8.5/10.