Wczoraj miałem dzień z kinem Helios. Spędziłem w nim około 5 godzin. Ale opłacało się! Udało mi się obejrzeć dwa naprawdę ciekawe i nieźle zrobione filmy. Pierwszy z nich to "Wielki Gatsby" w reżyserii Baza Luhrmanna, twórcy takich obrazów jak choćby "Romeo i Julia" (1996), "Mulin Rouge!" (2001). Wspominam akurat te dwa obrazy, bo je widziałem i swoją obrazowością i rozmachem wpisują się w podobny nurt co rzeczony "The Great Gatsby".
A jeśli chodzi o rozmach, to film rzeczywiście go posiada. Stroje, biżuteria, domy, samochody, piękne wnętrza, fryzury, kapelusze... ferie kolorów i kształtów. Ahhh, co tu dużo pisać, po prostu wspaniałe i szalone lata 20 (dodatkowo film dostępny jest w dwóch wymiarach, ponieważ można iść na tradycyjne 2D a także obejrzeć ten obraz w 3D. Ja wybrałem się na "zwykły" seans. Mimo wszystko nie żałuję). Do tego rewelacyjna muzyka pięknie komponująca się i harmonizująca z obrazami na ekranie. Muzyka nowoczesna, z elementami Rapu, R&B, Soulu, ale i Jazzu, oraz szybszych, tanecznych rytmów jest chyba najlepszym składnikiem całego filmu. A nazwiska takie jak Lana Del Rey, JAY-Z (producent wykonawczy tego obrazu), will.i.am, Beyonce i Andre 3000, Gotye, Florance and the Machine na pewno zrobią swoje i dodatkowo przyciągną publiczność.
Jeśli chodzi o samą historię, to o niej nie ma co się rozpisywać, bo jest ona, można by rzec, "stara jak świat". Sama książka
F. Scotta Fitzgeralda wydana została już w 1925 roku i dziś uważana jest za klasykę. Ale dla dopełnienia całości dodam tylko, że tegoroczna odsłona opowieści o Jayu Gatsbym jest już 6-tą. Pierwsza została nagrana tuż po premierze książki, bo w 1926 roku w Niemczech. Kolejna pochodzi z roku 1949. Następna, ta najbardziej znana, z Mią Farrow i Robertem Redfordem w rolach głównych powstała w roku 1974. Później mieliśmy jeszcze telewizyjną wersję brytyjską i delikatnie "zakombinowaną" amerykańską wersję z 2002 roku dziejącą się w środowiskach czarnoskórych amerykanów w latach mniej więcej obecnych. Jej tytuł to "Summer G". Chcąc jak najkrócej przedstawić treść tego filmu, jaki i wszystkich pozostałych, można powiedzieć, że chodzi po prostu o miłość. I marzenie.
Ale wróćmy do tego co widzimy, a może bardziej kogo widzimy na ekranie. W główne role tej opowieści wcielają się Leonardo Di Caprio (Jay Gatsby), Carey Mulligan (Daisy Buchanan) i Tobey Maguire (Nick Carroway). Ci aktorzy radzą sobie dobrze. Leo jest niezły. Stara się tchnąć w postać Gatsbiego trochę więcej życia, niż czynił to Redford. Jednym się to spodoba, inni powiedzą, że przesadza. Ja mam mieszane uczucia, ale o tym później. Carey też daje radę. Jest tak słodko-delikatna, jak tylko można sobie wyobrazić. Jednak, tutaj po raz kolejny odwołam się do wersji z roku '74. Mulligan buduje swoją postać w zupełnie inny sposób niż Farrow. O niej nie można powiedzieć, że jest piękną, wyrachowaną idiotką tak jak o Daisy w wykonaniu Farrow. Jej postać jest pełna uczuć, natchniona, ale nie ma tutaj tego wyuzdania i bezmyślności, aroganckiego merkantylizmu. No i wreszcie Tobey, czyli postać Nacka Carrowaya. Moja największa obawa i największa niewiadoma tego filmu. Bardzo trudno jest znaleźć aktora, który dobrze zagra tę rolę. Bo jakby nie patrzeć jest to rola "prawie" pierwszoplanowa. Nick jest narratorem całej opowieść (swoją drogą, dość ciekawie przedstawiony jest sposób opowiadania - kozetka u psychiatry, późnej się to odrobinkę zmienia, ale niewiele), to dzięki niemu poznajemy wszystkich bohaterów tej historii. To on oprowadza nas po wspaniałym domu Buchananów i przepięknej rezydencji Gatsbiego. To z nim chodzimy na lunche, przyjęcia, bale. Jednak postać ta nie powinna ani być za ładna, ani zbyt charakterystyczna, ani za wysoka, ani za gruba. A to z prostego powodu - nie może nam swoją osobą przesłaniać dwójki najważniejszych bohaterów - Jaya i Daisy. Maguire, moim zdaniem, spisał się nieźle. Co prawda jego twarz i ten uśmiech, sprawia, że wydaje się on jakby niespełna rozumu, ale kiedy zachowuje się normalnie, to daje radę. A tutaj całkiem dobrze się wpasował. Jest dobrym przyjacielem Gatsbiego. I można powiedzieć, że tak naprawdę jest ostatnim sprawiedliwym w Sodomie. Ale to wiemy już z książki.
Dobrze wypadli także Georg Willson ( Jason Clarke) i Myrtl Wilson (Isla Fisher) czyli mechanik, który w filmie odegra bardzo istotną rolę i kochanka Toma Buchanana.
![]() |
Meyer Wolfsteim |
Jest jednak w obsadzie coś co mnie zdenerwowało. A mianowicie dobór postaci drugoplanowych. Tom Buchanan (Joel Edgerton), Jordan Barker (Elizabeth Debicki) i krótki epizod Meyera Wolfsheima ( Amitabh Bachchan). Ten pierwszy był żałosny. Być może to wina scenariusza, albo koncepcji reżysera, ale mniej pasować do Daisy już nie mógł. Jego gra była także bardzo przerysowana. Ten okropny wąsik. Chamstwo, arogancja, zarozumialstwo. Ja wiem, że Tom taki powinien być, ale nie w taki sposób jak zaprezentował to Edgerton. Źle zarysowana była także postać Jordan Baker. W filmie była praktycznie niewidoczna. Nie doszło między nią i Nickiem do żadnej chemii, a w książce ewidentnie było ją czuć. Postać zmarginalizowana i do tego źle dobrana aktorka. Brzydka i taka jakaś "stara" mimo swych 22 lat się wydawała. Na koniec zostawiłem sobie postać, która mnie najbardziej zdegustowała i rozśmieszyła. Meyer Wolfsteim, Żyd, gangster, hochsztapler, oszust, krętacz, spryciarz...można by wyliczać jeszcze długo wyglądał jakby się urwał z jakiegoś bollywoodzkiego filmidła. Żałość przez duże "Ż". Ja nie wiem jaka była koncepcja twórcy tego filmu, ale ta postać zdecydowanie mu się nie udała. To powinien być mały wąski Żydek z lisią twarzą. Taki którego się widzi i się od razu zapominało, że się go widziało. No ale o czym ja pisze. Grał go Amitabh Bachchan - mówi wam to coś? BOLLYWOOD wielką gębą. Jeszcze tylko turbana brakowało i takiej sukienki zamiast garnituru. Słabe to było.
Zbliżając się do końca mojego wywodu chciałbym jeszcze troszkę napisać o tej "przesadzie", o której już wspomniałem przy opisywaniu postaci Toma, ale która także nie pozwala mi do końca ocenić występu Di Caprio. Reżyser, moim zdaniem, przegiął troszkę...ze wszystkim. Ja rozumiem, że chciał tym obrazem nawiązać to swoich największych osiągnięć ("Romeo i Julia" i "Mulin Rouge"), ale forma prawie przerosła treść. Reżysera tak pochłoneły obrazy, że prawie zapomniał, iż ten film ma o czymś opowiadać. Jednak na szczęście nie zatracił się do końca i podsumowując całość, film wypada dobrze.
I taka też jest moja ocena. Mocne 7/10. Choć przyznaję, że liczyłem na troszkę więcej.