Już od kilku dni korciło mnie żeby napisać coś o tym serialu, ale niestety byłem "odłączony" od komputera. Powód: pobyt kompa w serwisie z powodu błędów dysku SSD (osobiście radzę się zastanowić nad kupnem takowego dysku, bo mimo iż jest szybki, tego nie da się ukryć, to ma czasami "odchyły", które w moim przypadku skończyły się ponownym zainstalowanie systemu operacyjnego, a co za tym idzie utratą większości danych i wszystkiego co tam jeszcze na nim było :( ) Ale na szczęście komputer już jest ze mną, i mogę, delektując się kieliszkiem brandy "Ararat" (która znów zawitała do Polski!), podzielić się opinią o tym serialu. A opinia ta nie będzie pochlebna.
Zacznę od tego, że miałem spore oczekiwania co do tego obrazu. Po pierwsze, dlatego że lubię seriale kryminalne. A po drugie, bo gra w nim Leon Zawodowiec, czyli Jean Reno. Ale niestety, serial jest słaby. I to żenująco słaby.
Nie mogę się wypowiedzieć co do całości wyemitowanych epizodów (których na razie było 6, a kolejne dwa mają być wyemitowane we Francji i prawdopodobnie w Polce też, 8 i 15 marca i łącznie jest ich zaplanowanych 8), ale pierwszy odcinek, z reguły jest tym, który decyduje, czy serial wejdzie na antenę czy nie, lub czy będziemy go oglądać, czy też sobie darujemy tę wątpliwą przyjemność.
I ja właśnie jestem po seansie pierwszego epizodu pierwszego sezonu serialu emitowanego przez stację Fox. I pierwsze co mnie zdenerwowało, to fakt, że mimo, iż akcja dzieje się w Paryżu, to aktorzy mówią po... angielsku (sic!). Po co, pytam się po co?! Albo może inaczej - dlaczego??
Druga sprawa, to sztampa i przewidywalność tego serialu. I tutaj moje pytanie, chyba retoryczne, czy Jean Reno wziął tę rolę tylko dla kasy? Scenariuz jest tak słaby, że serial w ogóle nie trzyma w napięciu. I choć pierwsza zagadka mogła być ciekawa (śmierć kompozytowa i pianisty w pewien sposób nawiązująca do symboliki biblijnej), to jest ona rozwiązywana w taki sposób jakby francuska policja, mówiąca po angielsku, była niomylna. Nie ma fałszywych tropów, wszystko idzie jak po sznurku. Ani się obejrzysz i już zbrodzień jest wytropiony i złapany.
Dla wyjaśnienia, jeśli ktoś nie oglądał, mogę tylko dodać, że jest to serial, w którym każdy odcinek opowiada oddzielną historię i tylko losy głównych bohaterów "ciągną" się przez wszystkie epizody, w każdym po trochu.
W tym przypadku mamy akurat do czynienia z inspektorem Jo St-Clair (Jean Reno), który jest rutynowanym i doświadczonym policjantem wydziału zabójstw. Z pierwszego odcinka dowiadujemy się także, że właśnie umarła matka jego córki (czy żona, już nie pamiętam). Z córką nie utrzymywał kontaktów, przez jakiś czas, aż do momentu pogrzebu. Jest też uzależniony od alkoholu i innych środków odurzających, przez co córka nie chce z nim rozmawiać. Brzmi znajomo?...chyba każdy serialowy policjant ma podobne problemy. Jednak w tej historii jest to jakoś tak łopatologicznie ukazane, że w żaden sposób mnie to nie wciągnęło, ani nie zainteresowało. Ani nie współczułem głównemu bohaterowi, ani mu nie kibicowałem w nawiązaniu dobrych stosunków z córką (bo, co oczywiste, Jo chce odzyskać swoją córeczkę, która notabene, też nie jest święta i spotyka się z dealerem narkotyków). W "robocie", oczywiście, wszyscy wiedzą, że Jo jest nałogowcem, ale z racji tego, że jest taki "super" to każdy przymyka na to oko, włącznie z jego przełożonymi.
Podsumowując, serial nie jest wciągający, ale dla pewności spróbuję obejrzeć jeszcze kilka epizodów. Być może się rozkręci, w co, niestety, wątpię. Póki co dostaje ode mnie 5/10.